Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

REWOLUCJA ROSYJSKA - cz. 2

 

 

 

Łupienie łupieżców

Po raz pierwszy od wielu lat generał Denikin znalazł się wśród zwyczajnych Rosjan, siedząc w wagonie kolejowym trzeciej klasy, przebrany za polskiego arystokratę, w drodze do okręgu dońskiego:

"Byłem teraz po prostu 'burżujem', popychanym i przeklinanym, czasem ze złością, czasem mimowolnie, ale na szczęście nikt nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi. Teraz ujrzałem wyraźniej prawdziwe życie i byłem przerażony. Zobaczyłem bezgraniczną nienawiść wobec idei i ludzi, wszystkiego, co przewyższało ludzką masę pod względem społecznym bądź intelektualnym, wszystkiego, co nosiło choćby ślady dostatku, nawet wobec martwych przedmiotów, które znamionowały jakąś kulturę nieznaną masom i dla nich niedostępną. Uczucie to wyrażało nienawiść gromadzoną przez stulecia, gorycz trzech lat wojny oraz histerię wywoływaną przez rewolucyjnych przywódców".

Przyszły przywódca armii białych nie był jedynym uchodźcą z bolszewickiej Rosji, który odczuł gniew tłumu podczas tamtej straszliwej zimy przełomu lat 1917/1918. Literatura wspomnieniowa obfituje w podobne relacje książąt, hrabin, artystów, pisarzy i przedsiębiorców z traumatycznych podróży, w które byli zmuszeni się udać, przemierzając ziemie ogarniętej rewolucją Rosji, ażeby uciec przed bolszewickim reżimem. Wszyscy opowiadali o tym samym szoku, jakiego doznali w zetknięciu z gburowatoscią i wrogością zwykłych ludzi: czyż nie byli oni braćmi i siostrami ich niań i służących, ich kucharzy i lokajów, którzy jeszcze wczoraj wydawali się tak uprzejmi i pełni szacunku? Jak gdyby klasa służących przez cały czas nosiła maskę dobrej woli, którą zdarła rewolucja, obnażając skryte pod nią prawdziwe oblicze nienawiści.

Dla ogromnej większości Rosjan zerwanie ze wszystkimi przywilejami społecznymi było podstawową zasadą rewolucji. Rosjanie mieli długą tradycję równości społecznej, sięgającą czasów chłopskich wspólnot. Wyrażała się ona w ludowych pojęciach sprawiedliwości społecznej, które legły u podstaw rewolucji 1917 roku. Powszechny pogląd rosyjskiego ludu, że nadmierne bogactwo jest niemoralne, że własność jest równoznaczna z kradzieżą, a praca fizyczna to jedyne rzeczywiste źródło wartości, zawdzięczał dużo mniej doktrynom Marksa niż egalitarnym zwyczajom wiejskiej wspólnoty. Idee sprawiedliwości społecznej stały się również częścią owej osobliwej odmiany chrześcijaństwa, którą przywłaszczyli sobie rosyjscy chłopi. W mniemaniu rosyjskiego wieśniaka w ubóstwie wyrażały się chrześcijańskie cnoty *[Zachodnim umysłom może wydawać się dziwne, że bolszewicy postanowili zatytułować główną chłopską gazetę "Chłopska Biedota" ("Kriestianskaja biednota"). W istocie był to jednak błyskotliwy przykład ich propagandy. Rosyjski chłop poczytywał siebie za biedaka i w przeciwieństwie do chłopów z protestanckiego Zachodu nie widział w ubóstwie nic wstydliwego.]. "Pokorni odziedziczą ziemię!". Właśnie to nadało rewolucji ów quasi-religijny status w ludowej świadomości: wojnę wydaną bogactwu uważano za czyściec w drodze do bram raju na ziemi.

Jeśli w 1917 roku bolszewicy cieszyli się popularnością wśród mas ludowych, to właśnie za sprawą obietnicy zerwania z wszelkimi przywilejami i zastąpienia niesprawiedliwego porządku społecznego republiką równych. Utopijna wizja powszechnego państwa socjalistycznego była fundamentem ludowego idealizmu rewolucji. Na przykład pewien chłoporobotnik napisał do Wszechrosyjskiego Zjazdu Rad delegatów chłopskich w maju 1917 roku: "Wszyscy ludzie, czy to bogaci, czy biedni, powinni być zabezpieczeni; każdy człowiek powinien otrzymywać równy i należny mu przydział z komitetu, żeby wystarczyło dla wszystkich. Komitety powinny dzielić równo nie tylko żywność, ale i pracę oraz przestrzeń życiową; wszystko powinno być ogłoszone własnością publiczną". Odrzucenie wszelkich nadrzędnych form władzy (sędziów, urzędników, duchownych, dziedziców, pracodawców itd.) było główną siłą napędową rewolucji społecznej. Nadając formę instytucjonalną tej wojnie z przywilejami, bolszewicy mogli czerpać rewolucyjną energię od tych licznych ubogich, którzy odczuwali przyjemność, widząc możnych i bogatych w ruinie, bez względu na to, czy poprawiało to w jakikolwiek sposób ich własny los. Skoro władza rad nie była w stanie zdziałać zbyt wiele dla ulżenia niedoli biednych, mogła przynajmniej uczynić życie zamożnych nędzniejszym od ich własnego - co sprawiało im niemałą satysfakcję. Po roku 1918, gdy ideały rewolucji zostały zszargane, a lud ubożał coraz bardziej, reżim bolszewicki coraz silniej skłaniał się ku opieraniu swej popularności niemal wyłącznie na wzbudzaniu prymitywnej satysfakcji z odwetu. We wstępniaku na początek 1919 roku "Prawda" z dumą obwieszczała:

"Gdzież podziały się te bogate, modne damy, drogie restauracje i prywatne rezydencje, piękne bramy, kłamliwe gazety, całe to zepsute 'złote życie'? Wszystko zmiecione z powierzchni ziemi. Nie ujrzycie już na ulicy bogatego barina (pana) w futrze, czytającego 'Russkije wiedomosti' (liberalną gazetę zamkniętą po październiku 1917 roku). Nie ma 'Russkich wiedomosti', nie ma futer dla barina; mieszka on na Ukrainie albo w Kubaniu, albo jest wycieńczony i wychudzony, żywiąc się racjami trzeciej kategorii; nie wygląda już nawet jak barin".

Ta plebejska wojna z przywilejami była poniekąd rozszerzeniem przemocy i destrukcji, które Gorki potępiał po rewolucji lutowej. Towarzyszyła jej ta sama nienawiść i nieufność do klas posiadających, to samo okrutne pragnienie odwetu oraz ta sama żądza zniszczenia dawnej cywilizacji. Klasom posiadającym wszystko to wydawało się częścią tej samej rewolucyjnej burzy. Porównywali przemoc z 1917 roku do pugaczewszcziny, anarchicznej fali chłopskiej destrukcji - "bezsensownej i bezlitosnej", jak opisał ją Puszkin - która prześladowała Rosję od XVIII stulecia. Mówili o "mrocznych" i "dzikich" instynktach ludu, które rozpalili bolszewicy, tak jak ich poprzednicy mówili w XIX wieku o naśladowcach Pugaczowa. Jednak takie niezgrabne i wartościujące stereotypy prawdopodobnie mówią nam więcej o tych, którzy się nimi posługiwali, niż o tych, których miały opisywać. Innymi słowy, jedynie społeczne pretensje tych, którzy uważali się za "cywilizowanych" i "szanowanych", definiowały przemoc tłumu jako "anarchiczną", "mroczną" i "nieokrzesaną". Jeśli spojrzeć na tę przemoc jej własnymi kategoriami, widać znaczące różnice między wojną z przywilejami po październiku a wcześniejszymi formami przemocy wobec klas posiadających.

Przede wszystkim przemoc po październiku była wyrażana i legitymizowana przez nowy język klasowy oraz konflikt klasowy pogłębiany przez partie socjalistyczne w 1917 roku. Dawne, pełne szacunku formy zwracania się do członków klas posiadających (gospodin i barin) zostały wycofane z użycia. Wkrótce stały się formą wyzwiska lub sarkastycznych drwin pod adresem tych, którzy utracili swój tytuł i majątek. To byli "dawni ludzie" (bywszije ludi), jak zaczęli nazywać ich bolszewicy. Szybkie mnożenie się egalitarnych form zwracania się do siebie nawzajem - "towarzysz" (do członków partii i robotników) oraz "obywatel" (do wszystkich innych) - zdawało się zapowiadać nową republikę równości, choć oczywiście towarzysze byli w praktyce równiejsi od innych, jak określił to George Orwell. Słowo "towarzysz" (towariszcz) od dawna miało konotacje braterstwa i solidarności wśród robotników przemysłowych o najwyższej świadomości klasowej. Stało się atrybutem proletariackiej dumy, znakiem wyróżniającym i jednoczącym żądnej zemsty armii biedoty w klasowej walce z możnymi. Ten nowy język klasowy obudził poczucie godności i mocy w ludziach wcześniej poniewieranych. Wkrótce znalazł odzwierciedlenie w większej pewności siebie wyrażanej w stroju i mowie ciała klas niższych. Wojskowi i robotnicy zsuwali czapki na tył głowy i rozpinali bluzy w manifestacji chojrackiej bezczelności. Paradowali z pistoletami ostentacyjnie wystającymi zza pasa i zachowywali się w ogólnie agresywny sposób. Odzywali się grubiańsko do osób stojących wyżej w społecznej hierarchii, nie ustępowali miejsc w tramwajach kobietom, w teatrach siedzieli z nogami wyłożonymi na krzesłach przed sobą, paląc i pijąc.

W przekonaniu zwykłych ludzi, którzy nie czytali nigdy Marksa, podziały klasowe opierały się znacznie bardziej na emocjach niż obiektywnych kryteriach społecznych. Popularny termin "burżuj" nie miał na przykład ustalonych konotacji klasowych, poza oczywistą derywacją od słowa "burżuazyjny". Używano go jako ogólnej formy znieważania pracodawców, urzędników, właścicieli ziemskich, duchownych, kupców, Żydów, studentów, profesjonalistów albo każdej osoby dobrze ubranej, wyglądającej na obcokrajowca lub z pozoru zamożnej. Głodni robotnicy potępiali chłopów jako "burżujów", ponieważ posądzano ich o gromadzenie zapasów żywności; natomiast chłopi - którzy często mylili to słowo ze słowem barżuj (właściciel barki) i birżyje (od słowa oznaczającego giełdę, birża) - piętnowali z kolei robotników oraz ogólnie wszystkich mieszkańców miast, ponieważ panowała opinia, że magazynują oni artykuły przemysłowe. Innymi słowy, "burżuje" stanowili nie tyle klasę, ile zbiór kozłów ofiarnych bądź wrogów wewnętrznych, na których można było niemal na zawołanie zrzucić odpowiedzialność za załamanie rynku, trudy wojny i ogólny brak równości w społeczeństwie. Wieśniacy często opisywali "burżuja" jako "ukrytego" i "chytrego" wroga chłopów, który ponosi winę za wszystkie ich problemy: mógł być mieszkańcem miasta, kupcem czy urzędnikiem. W miejskich kolejkach po żywność, gdzie nieustannie snuto teorie sabotażu mające wyjaśnić braki chleba, słowa "burżuj", "spekulant", "Niemiec" i "Żyd" były praktycznie synonimami. Społeczeństwo toczyło wojnę samo ze sobą - tyle że wszyscy myśleli, że walczą z "burżujem".

Prasa socjalistyczna umacniała takie popularne nastawienie, przedstawiając "burżujów" jako "wrogów ludu". Niezwykle popularny pamflet z 1917 roku - który bardziej niż jakakolwiek inna publikacja przyczynił się do ukształtowania politycznej i klasowej świadomości mas zwykłych ludzi - nosił tytuł Pająki i muchy i był dziełem Wilhelma (nie mylić z Karlem) Liebknechta. Sprzedał się w kilku milionach egzemplarzy w ponad dwudziestu różnych wydaniach sponsorowanych przez wszystkie główne partie socjalistyczne. Pająki i muchy podzieliły Rosję na dwa walczące ze sobą gatunki:

"Pająki to panowie, chciwcy, wyzyskiwacze, arystokracja, bogacze oraz duchowni, sutenerzy i pasożyty wszelakiego autoramentu!... Muchy to nieszczęśni robotnicy, którzy muszą być posłuszni wszystkim prawom, które wymyśla sobie kapitalista - muszą być posłuszni, ponieważ biedny człek nie ma nawet okruchu chleba" *[Prawicowi pamfleciści przed wojną wykorzystywali obraz pająka, by przedstawić Żyda "wysysającego krew bezbronnym muchom (rosyjskiemu ludowi) złapanym w pajęczynę" (L. Engelstein, The Keys).].

Bogaci i wykształceni, otrzymawszy etykietkę "burżujów", byli automatycznie szkalowani jako jednostki aspołeczne. "Burżuj - pisał pewien socjalistyczny pamflecista - to ktoś, kto myśli wyłącznie o sobie, o swoim brzuchu. To ktoś, kto jest wyniosły, gotów chwycić każdego za gardło, jeśli rzecz dotyczy jego pieniędzy lub jedzenia". W miarę pogłębiania się kryzysu społecznego "burżuje" byli coraz mocniej potępiani jako "pasożyty" i "pijawki", a zaciekłe żądania doprowadzenia ich do ruiny dawały się słyszeć z rosnącą regularnością, i to nie tylko ze strony partii skrajnej lewicy, lecz również na ulicach, w fabrykach i koszarach. "Powinniśmy wytępić wszystkich burżujów - obwieścił pewien robotnik fabryczny w styczniu 1918 roku - żeby uczciwemu rosyjskiemu ludowi żyło się lżej".

Bolszewicy podżegali do wojny z przywilejami - a wręcz uczynili ją swą własną powszechną raison d'etre. Lenin zawsze opowiadał się za użyciem masowego terroru przeciw wrogom rewolucji. W tekście Jak zorganizować współzawodnictwo?, napisanym w grudniu 1917 roku, wzywał do "wojny na śmierć i życie przeciwko bogaczom, próżniakom i pasożytom". Każda wieś i miasto powinny mieć swobodę wypracowania własnych sposobów: "oczyszczenia rosyjskiej ziemi ze wszelkiego plugastwa, pcheł łajdactwa, pluskiew bogactwa i tak dalej. W jednym miejscu wsadzą do więzienia tuzin bogaczy, tuzin drani, pół tuzina robotników, którzy wymigują się od pracy... Gdzie indziej przydzielą ich do czyszczenia latryn. W jeszcze innym miejscu po odsiadce w więzieniu dostaną żółte papiery [takie, jakie dawano prostytutkom], żeby każdy wiedział, że mogą wyrządzić szkodę i trzeba mieć ich na oku. W kolejnym jeden na dziesięciu próżniaków zostanie rozstrzelany. Im większa różnorodność, tym lepiej... tylko praktyka może bowiem wskazać najskuteczniejsze metody walki". Wielokrotnie podkreślał, że "proletariackie państwo" jest "systemem zorganizowanej przemocy" przeciwko burżuazji: tak rozumiał zawsze pojęcie "dyktatury proletariatu". Zezwalanie na rabunki i akty odwetowe było integralnym elementem tego systemu, sposobem "zastraszenia burżuazji", aby zmusić ją do poddania się państwu proletariatu. Stąd wziął się czerwony terror.

Historycy przejawiają tendencję do marginalizowania związków między plebejską wojną z przywilejami a źródłem czerwonego terroru. Większość z nich traktuje terror jako zjawisko wyłącznie polityczne. Wykazują, jak został narzucony przez bolszewików - albo rozmyślnie, dla wzmocnienia władzy, tak żeby terror stał się podstawą ich reżimu (pogląd prawicy), albo jako głównie pragmatyczna reakcja na zagrożenia i problemy wojny domowej (pogląd lewicy). Każde z wyjaśnień pozostawia wiele do życzenia. Terror wybuchł oddolnie. Był integralnym elementem rewolucji społecznej już od jej zarania. Bolszewicy zachęcali do masowego terroru, ale go nie stworzyli. Główne instytucje terroru zostały ukształtowane, przynajmniej częściowo, w odpowiedzi na naciski z dołu. Anarchiczne rabowanie własności burżuazji, Cerkwi i arystokracji zostało usankcjonowane i zinstytucjonalizowane bolszewickimi dekretami rewolucyjnej konfiskaty i opodatkowania, które lokalne oddziały Czeki wprowadzały następnie w życie, aresztując "burżuazyjnych" i "kontrrewolucyjnych" zakładników. Samosądy nad pracodawcami, urzędnikami, spekulantami oraz innymi "wrogami ludu" zostały zinstytucjonalizowane w formie sądów ludowych oraz prymitywnego systemu "sprawiedliwości rewolucyjnej", którym zarządzali - i który stał się z kolei częścią terroru Czeki.

System Czeki, czyli centralnie zorganizowanego terroru politycznego, w rzeczywistości zaczął funkcjonować dopiero pod koniec lata 1918 roku. W pierwszych miesiącach bolszewickiego reżimu system Czeki był, jak pozostała część aparatu państwowego, skrajnie zdecentralizowany, a to częstokroć oznaczało, że naciski społeczne, takie jak żądza ograbienia możnych i bogatych wyrażana przez miejscową ludność, czy nawet dążenie jednej społeczności do porachunków z inną, mogły przesądzić o tym, kogo lokalni szefowie Czeki postanowili aresztować lub zgładzić. Ów "masowy terror" jest tu analizowany po to, by zrozumieć społeczne korzenie terroru Czeki. Ponieważ bez względu na to, jak bardzo by go potępiać lub jakkolwiek trudno byłoby to przyznać, nie ulega wątpliwości, że terror głęboko poruszył rosyjską mentalność okresu wojny domowej i w osobliwy sposób trafił do przekonania szerokim rzeszom ludzi. Hasło "Śmierć burżuazji!" wypisane na ścianach pokojów przesłuchań Czeki było zarazem hasłem ulicy. Ludzie nadawali nawet córkom imię Terrora.

*

W styczniu 1918 roku na zebraniu partyjnych agitatorów wybierających się do guberni Lenin wyjaśnił, że należy namawiać do grabienia burżuazyjnej własności jako formy sprawiedliwości społecznej w drodze zemsty. Była to kwestia "łupienia łupieżców". Pod tym hasłem, które bolszewicy wkrótce sobie przywłaszczyli, przez kolejne kilka miesięcy trwała orgia rabunków i przemocy. Gorki opisał ją jako masowy pogrom. Uzbrojone bandy rabowały klasy posiadające - a następnie siebie nawzajem. Oszuści, złodzieje i bandyci bogacili się, a ład i porządek publiczny wreszcie zniknęły na dobre. "Rabują śpiewająco - napisał Gorki w gorzkim wstępniaku z 16 marca - historia z pewnością opowie o tym procesie rosyjskiego samorozgrabiania z największym polotem. Okradają i sprzedają cerkwie i muzea, frymarczą działami i karabinami, ogałacają wojskowe magazyny, rabują pałace dawnych wielkich książąt; wszystko, co tylko da się splądrować, jest plądrowane, wszystko, co da się sprzedać, jest sprzedawane; w Teodozji żołnierze handlują nawet ludźmi - sprowadzają z Kaukazu tureckie, ormiańskie i kurdyjskie kobiety i sprzedają je po dwadzieścia pięć rubli za sztukę. To bardzo 'oryginalne', i możemy być z siebie dumni - coś podobnego nie zdarzało się nawet w epoce Wielkiej Rewolucji Francuskiej".

W guberniach ustanowieniu władzy rad często towarzyszyły akty szabrownictwa i przemocy. Większości dopuszczały się buntownicze jednostki z tłumu, choć miejscowi przywódcy partii sami niejednokrotnie brali w nich udział bądź dopingowali tłum z boku. W Jekaterynosławiu lokalny szef bolszewików nakazał swym zwolennikom "wyrwać burżuazji miliony odebrane masom i zmyślnie zamienione na jedwabną bieliznę, futra, dywany, złoto, meble, obrazy, porcelanę. Musimy zabrać to wszystko i rozdać proletariatowi, a następnie zmusić burżuazję, by zapracowała na swoje przydziały pod sowieckim reżimem". W Stawropolu zbolszewizowani żołnierze systematycznie plądrowali sklepy i domy, a także aresztowali zakładników spośród burżuazji; lokalna Rada, która dzieliła władzę z przywódcami Dumy i ziemstw, była zbyt słaba, by powstrzymać terror i zamiast tego zdecydowała się dać nań przyzwolenie, traktując go jako pierwszy krok ku przejęciu pełnej władzy. Przemoc rozlała się wkrótce na okoliczne wsie, gdzie rosyjscy chłopscy żołnierze dawali upust swej dawnej klasowej i etnicznej nienawiści do zasobnych w ziemię kałmuckich pasterzy, podpalając ich domy i mordując rodziny z niewypowiedzianym okrucieństwem (ciężarnym kobietom wykrawano z łona nienarodzone dzieci). Następnie Kałmucy w odwecie napadali na rosyjskie gospodarstwa chłopskie. Ta eskalacja terroru była dość powszechna, długo tłumione konflikty etniczne i społeczne wybuchały nagle i nie było żadnej neutralnej siły, która mogłaby je pohamować. W przemysłowym naddońskim mieście Taganrog Czerwona Gwardia okrutnie zemściła się na junkrach, głównie synach burżuazji, których pokonała w walce o władzę. Pięćdziesięciu kadetów, którzy poddali się, gdy obiecano im amnestię, zaprowadzono do huty metalu, związano im nogi i ręce, po czym wrzucono, jeden po drugim, do wielkiego pieca. W Eupatorii, nadbrzeżnym mieście na Krymie, przywódcy Rady pozwolili zbolszewizowanym marynarzom na wszczęcie zamieszek: w ciągu trzech dni zmasakrowali 800 oficerów i mieszkańców z kręgów burżuazji. Większość z nich zamordowano w barbarzyński sposób, wiążąc im wokół głowy połamane ręce i nogi, a następnie wrzucając ich ciała do morza. Do podobnych masakr doszło w Jałcie, Teodozji i Sewastopolu.

Wojnie z burżuazją towarzyszyły bolszewickie dekrety sankcjonujące owo "łupienie łupieżców". Sowieccy urzędnicy wyposażeni w wątłe nakazy krążyli po domach burżuazji, konfiskując "dla rewolucji" maszyny do pisania, meble, ubrania i kosztowności. Prywatnym właścicielom odbierano fabryki, unieważniano akcje i obligacje, a później zniesiono prawo dziedziczenia. Banki znacjonalizowano, a posiadaczom rachunków ograniczono możliwość podejmowania pieniędzy do maksymalnie tysiąca rubli miesięcznie (wskutek hiperinflacji suma ta wkrótce stała się bezwartościowa). Właścicielom skrytek depozytowych w bankach nakazywano zjawić się z kluczami, by można było skontrolować ich zawartość: waluta zagraniczna, złoto i srebro oraz wszelkie inne precjoza podlegały konfiskacie. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy 1918 roku sprawdzono ponad 35 000 skrytek. Hrabina Mieszczerska barwnie opisała marynarza odpowiedzialnego za tę operację w jej lokalnym banku: "Pierś miał opasaną pasem z nabojami do karabinu maszynowego, a w kaburze u boku można było dojrzeć rękojeść rewolweru. Młody, barczysty, z oczami szeroko otwartymi z powodu świadomości wykonywania odpowiedzialnego zadania, starał się przywołać groźny wyraz na swe szerokie i życzliwe oblicze. Kompletnie nie znał się na drogocennych klejnotach, lecz wiedział jedno: państwo potrzebuje złota". Z otwartego sejfu wyjął kilka garści przedmiotów - klejnoty, brylantowe monogramy, srebrne krucyfiksy, a nawet jajko Faberge - i ułożył je na stole. Kilkakrotnie przerywał pracę, "wpatrując się z podziwem w tę górę łupów".

Rady nakładały własne podatki karne na burżuazję. Był to często początek bolszewickiego terroru, ponieważ lokalne oddziały Czeki miały skłonność do egzekwowania tych podatków przez aresztowania zakładników. Na przykład w Niżnym Nowogrodzie Rada nałożyła podatek rewolucyjny w wysokości 22 milionów rubli, Czeka zaś aresztowała 105 burżuazyjnych obywateli i przetrzymywała ich jako zakładników do czasu uiszczenia żądanej kwoty. Wiele z tych podatków nakładano na osoby niezdolne do ich zapłacenia: emigracja i inflacja drastycznie ograniczyły liczebność i zamożność rosyjskiej burżuazji, a wielu prześladowanych za "bogactwo" było po prostu drobnymi kupcami lub na wpół zubożałymi nauczycielami, lekarzami i urzędnikami. Przekonani przez własną propagandę, że ta widmowa burżuazją z pewnością ukrywa swój majątek, lokalni czekiści dokonywali dalszych aresztowań i zaczęli rozstrzeliwać zakładników.

To samo działo się z konfiskatą majątku Cerkwi. Zaczęło się od nieudolnej próby Kołłontaj, ludowej komisarz opieki społecznej, przekształcenia ławry Aleksandra Newskiego w schronisko dla inwalidów wojennych. 19 stycznia wysłała oddział marynarzy, by zajął to słynne sanktuarium w centrum Piotrogrodu. Marynarze zetknęli się z gniewnym tłumem wiernych, a w przepychankach, do których potem doszło, zginął od kuli duchowny. Lenin wpadł w furię: ostatnia rzecz, jaka była mu teraz potrzebna, to otwarta konfrontacja z Cerkwią, która jak dotąd starała się nie mieszać do polityki. Skoro jednak Kołłontaj i tak rozjuszyła już duchowieństwo, nie widział powodu powstrzymywać się dłużej przed konfliktem, który jego zdaniem musiał prędzej czy później się pojawić. Dekret o oddzieleniu Kościoła od państwa wydano następnego dnia, to jest 20 stycznia, znacznie wcześniej niż planowano. Dekret głosił, że cały majątek Cerkwi jest majątkiem państwa. Otrzymawszy taką sankcję, oddziały bolszewików objeżdżały wiejskie cerkwie i klasztory, plądrując srebra, pijąc wino mszalne i terroryzując duchowieństwo. Patriarcha Tichon, głowa Kościoła, wezwał kler do stawienia oporu "tym potworom rasy ludzkiej" w liście duszpasterskim rzucającym anatemę na bolszewicki reżim. Nie całe duchowieństwo wybrało drogę jawnego oporu. Część drobniejszego kleru, która powitała rewolucję jako szansę na zacieśnienie więzi z parafianami, dążyła do ugłaskania bolszewików. Na przykład klasztor Prieobrażenski w Wiatce sam przekształcił się we wspólnotę robotniczą ze żłobkiem dla dzieci robotników i warsztatem, w którym zakonnice szyły ubrania i buty dla sierot. Jednak większość kleru i wiernych posłuchała wezwania Tichona, co pozwoliło bolszewikom przyczepić im łatkę kontrrewolucjonistów i nasilić kampanię rabunku i przemocy. Zakonnicy z monastyru Aleksandra Świrskiego w Ołoniecku zostali uwięzieni - a następnie zgładzeni - przez lokalny oddział Czeki po próbie stawienia oporu bolszewickim oddziałom.

Jednym z najbardziej traumatycznych upokorzeń, jakich doznały klasy posiadające w pierwszych miesiącach sowieckiego reżimu, było przymusowe dzielenie się całością lub częścią swej życiowej przestrzeni. Bolszewicy chlubili się - i podkreślali to w swej propagandzie - że zmuszają zamożnych do dzielenia swych przestronnych domów z miejską biedotą. Wielu ludziom wydawało się to całkowicie sprawiedliwe: fakt, że niektórzy zamieszkują pałace, podczas gdy inni gniją w wilgotnych i brudnych piwnicach, stał się symbolem niesprawiedliwego porządku społecznego w czasach dawnego reżimu. Bogate rodziny często robiły, co w ich mocy, by znaleźć na lokatorów schludną i skromną parę, która zadowoliłaby się jednym lub dwoma najmniejszymi pokojami w domu. Ale czujność komitetów domowych, którym powierzono nadzór nad tym procesem, ogromnie to utrudniała. W skład komitetów wchodzili zazwyczaj dawni portierzy i służba domowa, wśród których żądza zemsty częstokroć bywała bardzo silna. Wstąpienie do komitetów domowych, a tym bardziej do partii, dawało im przyzwolenie na odwrócenie sytuacji na niekorzyść swych dawnych panów. Zajmowali najlepsze pokoje w domach i meblowali je najpiękniejszymi sprzętami, natomiast dawnych pracodawców przenosili do pomieszczeń dla służby. Tam znajdował się świat ukrytych w domowych pieleszach rewolucji, gdzie służący i panowie zamienili się miejscami w sposób dosłowny. Był to mikrokosmos transformacji społecznych w całym kraju.

"Całe życie spędziłem w stajniach - skarżył się były służący na wiecu politycznym w Cirque Moderne - podczas gdy oni mieszkali w swoich pięknych mieszkaniach i wylegiwali się na miękkich kanapach, bawiąc się ze swoimi pudlami. Dość tego, mówię! Teraz moja kolej bawić się z pudlami: a co do o nich, teraz niech oni idą harować do stajni". Idea wysłania klas uprzywilejowanych do pracy była integralnym elementem walki z przywilejami społecznymi - a bolszewicy skwapliwie ją zinstytucjonalizowali. Lenin obiecał, że fundamentalna zasada sowieckiego porządku będzie brzmiała: "Ten, kto nie pracuje, jeść nie będzie". Powszechny werbunek do pracy był częścią Deklaracji praw ludu pracującego (która była w praktyce "Deklaracją zobowiązań ludu niepracującego"), którą bolszewicy przedstawili Zgromadzeniu Konstytucyjnemu. Trocki wprowadził masowy werbunek burżuazyjnej siły roboczej na początku istnienia Armii Czerwonej, w której wykorzystywano ją do zadań cywilnych na tyłach frontu, takich jak kopanie okopów i sprzątanie koszar. Wkrótce stało się to jednak ogólną praktyką miejskich rad. Arystokratów, byłych dyrektorów fabryk, maklerów giełdowych, prawników, artystów, duchownych oraz byłych urzędników zaganiano do wykonywania takich prac, jak zamiatanie lub odśnieżanie ulic. Tymczasem komisarze i grupki bezczynnych robotników stali wokół, paląc papierosy i przyglądając się z wyraźną przyjemnością, jak elegancko ubrani panie i panowie, którzy nie przepracowali fizycznie ani jednego dnia w całym swoim życiu, męczą się, by opanować umiejętność posługiwania się łopatą i kilofem. Z owego werbunku burżuazyjnej siły roboczej nie płynęły żadne rzeczywiste korzyści ekonomiczne; jedynym celem było upokorzenie i fizyczne wyniszczenie warstw szlacheckich. Jak ujął to Trocki w mowie, która doskonale wyrażała psychologię tłumu: "Przez stulecia nasi ojcowie i dziadowie sprzątali brud i plugastwo klas rządzących, a teraz my każemy im sprzątać nasze brudy. Musimy tak uprzykrzyć im życie, by stracili ochotę na pozostanie burżuazją".

Życie "dawnych ludzi", wywłaszczonych i upokorzonych, stało się wkrótce uciążliwą codzienną walką o byt. Godzinami stali w kolejkach po chleb i opał, razem z miejską biedotą. Ponieważ inflacja poszybowała w górę, byli zmuszeni pozbywać się ostatnich cennych przedmiotów, aby się wyżywić. Baronowa Meyendorff sprzedała brylantową broszę za 5000 rubli - wystarczyło na worek mąki. Możni potomkowie arystokracji zostali zredukowani do drobnych ulicznych handlarzy: księżna Golicyn sprzedawała domowe pierogi, baronowa Wrangler odzież robioną na drutach, hrabina Witte ciastka i słodycze, żona Brusiłowa zaś sprzedawała zapałki, podobnie jak setki rannych weteranów wojskowych, którymi dowodził niegdyś jej mąż. Dawny szambelan cara został strażnikiem w muzeum, gdzie w słojach wypełnionych alkoholem spirytusowym przechowywano dziwne stwory; zastępował go wodą i sprzedawał odrażający trunek na ulicach. Na pchlich targach Piotrogrodu i Moskwy roiło się od przedmiotów należących niegdyś do upadłych plutokratów: były tam ikony, obrazy, dywany, pianina, gramofony, samowary, bonżurki i suknie balowe - wszystko można było nabyć za cenę kilku posiłków. Cenniejsze przedmioty były rozchwytywane przez nouveaux riches sowieckiego reżimu - komisarzy i urzędników, żołnierzy i marynarzy szabrowników, drobnych handlarzy i bandytów - dążyli oni bowiem do zdobycia symboli statusu klasy rządzącej. Nowych panów Rosji można było z łatwością rozpoznać po sposobie noszenia długich i brudnych, zaczesanych do tyłu na brylantynę włosów, po wyszczerzonych w uśmiechu złotych zębach i zapachu wody kolońskiej oraz po tym, w jaki sposób przechadzali się po sklepach i hotelach w towarzystwie uwieszonych im na ramionach wystrojonych dziewcząt lekkich obyczajów.

Baron Wrangler wspominał jednego z owych arrivistes rouges, bolszewickiego żołnierza "prosto od pługa", kupującego dla swojej kochanki naszyjnik z pereł u jednego z najlepszych jubilerów na Newskim Prospekcie. Kochanka była niegdyś pomocą kuchenną, ubraną teraz z przepychem w futra i brylanty, choć jej twarz pokrywały blizny po ospie wietrznej. Wiejski chłopak był wyraźnie dumny z towarzystwa tak "eleganckiej damy" i zażądał pokazania "najdroższych pereł, takich błyszczących, jakie noszą baryni*[Damy z arystokracji.]". Nie zadowoliły go te wyłożone przez jubilera, ponieważ przy cenie 75 000 rubli okazały się niewystarczająco drogie. On i jego pani mają być wieczorem na przyjęciu w Pałacu Zimowym i muszą mieć to, co najlepsze. Podkuchenna oznajmiła, że pójdą do Gostinnego Dworu, gdzie "na pewno znajdę to, czego szukam". Wywołało to wybuch pogardliwego śmiechu ze strony innych klientek, grupki byłych dam z towarzystwa, które przyszły sprzedać swoje brylanty, ponieważ tamtejsze sklepy znane były ze sprzedaży taniej sztucznej biżuterii. Zdawszy sobie sprawę z popełnionej gafy, nieszczęsna dziewczyna oblała się rumieńcem i usiłowała się zrehabilitować, mówiąc, że wezmą jednak te "nędzne perły" i wrócą, gdy jubiler znajdzie coś wykwintniejszego.

Wielu podupadłych bogaczy i możnych Rosji wyprzedało cały majątek i albo wyjechało za granicę, choć było to szalenie trudne, albo uciekło na południe, na Ukrainę i nad Kubań, lub na wschód, na Syberię, gdzie Biała Gwardia miała swe główne bazy władzy. Inni szukali schronienia w swych majątkach ziemskich na wsi, w nadziei, że chłopi, których uważali zawsze za pokornych i pełnych szacunku, potraktują ich lepiej niż zbolszewizowani robotnicy w mieście. Ale i tam wojna z bogatymi toczyła się pełną parą, jako że chłopi na mocy październikowego dekretu o ziemi sami dokonywali przejęć szlacheckiej ziemi i własności.

Równy podział wszystkich środków produkcji, ziemi, narzędzi i żywego inwentarza od dawna był podstawową ideą chłopskiej rewolucji. Traktowali ten "czarny podział" jak bożą wolę i wierzyli, że cała rewolucja została zorganizowana na podstawie tych samych ogólnych zasad. Chłopi wyobrażali sobie Wszechrosyjską Radę jako rodzaj ogromnej wiejskiej wspólnoty rozdzielającej ponownie cały majątek w kraju. Wielu z nich było przekonanych, jak wyraził się jeden z ich lepiej wykształconych przedstawicieli, że socjalizm, o którym niewiele słyszeli, "był jakimś tajemniczym sposobem - tajemniczym, ponieważ nie potrafiliśmy sobie wyobrazić, jak działa - podziału całego mienia i pieniędzy bogaczy; wedle naszego miejscowego krawca oznaczało to, że każde gospodarstwo chłopskie miało dostać 200 000 rubli. Była to, jak się zdaje, najwyższa liczba, jaka przyszła mu na myśl".

Sami chłopi nie znali żadnych tajemniczych sposobów dzielenia ziemi. Nie mieli nawet podstawowych środków technicznych, takich jak mapy i linijki. Ziemię dzielono tak jak zawsze, odmierzając krokami szerokość poletek albo szacując całkowitą powierzchnię pól na oko, a następnie przydzielając je gospodarstwom chłopskim wedle miejscowych egalitarnych norm. Zwykle brano pod uwagę liczbę osób do wyżywienia, rzadziej liczbę pracujących dorosłych w każdym gospodarstwie. Z powodu braku dokładnych metod mierniczych podziałom tym nieuchronnie towarzyszyły kłótnie, czasem zwieńczone walką na pięści, o to, jaki kawałek ziemi powinien dostać konkretny chłop. Ale ogólnie rzecz biorąc, zważywszy na wielką wagę podziału ziemi dla chłopskiej społeczności, proces ten przebiegał niezwykle pokojowo - co było zasługą dobrej organizacji wiejskich wspólnot, które przeprowadzały podział.

Skonfiskowane grunty szlacheckie i kościelne były zazwyczaj parcelowane osobno, obawiano się bowiem, że jeśli losy rewolucji się odwrócą, chłopi będą zmuszeni zwrócić ziemię jej poprzednim właścicielom. Wiele wspólnot zastrzegło, że wszyscy członkowie gospodarstwa muszą dostać kawałek ziemi, żeby wspólnie dźwigać ciężar ryzyka. Samej szlachcie, również tej, która powracała z miast do swych majątków, zostawiano zwykle pokaźną część ziemi i narzędzi, co pozwalało stworzyć spore gospodarstwo rodzinne dorównujące pozostałym wiejskim gospodarstwom. Choć chłopi nie mieli wątpliwości co do tego, że szlachtę należy rozbić jako klasę nadrzędną, równocześnie uważali, że należy pozwolić dziedzicom zamienić się w "chłopów" i uprawiać należną im część "bożej ziemi", jak mówili, rękami własnej rodziny. Prawa do ziemi i pracy, które leżały u podstaw chłopskiej wspólnoty, były rozumiane jako podstawowe prawa człowieka. Co więcej, póki "chłopienie" dziedziców pozostawało w zgodzie z podstawową chłopską ideą stworzenia społeczeństwa złożonego wyłącznie z chłopów małorolnych, można było nawet przyjąć je z zadowoleniem. Wielu właścicieli ziemskich, zwłaszcza tych drobniejszych, pozostało na roli po 1917 roku; dołączyli do nich ci, którzy zamieszkując na co dzień miasta, szukali w swych majątkach schronienia przed bolszewickim terrorem. Jeszcze w połowie lat dwudziestych w majątkach mieszkało obok chłopów około 10 000 dawnych gospodarzy; liczba ta odpowiadała dziesięciu procentom całkowitej liczby właścicieli ziemskich w Rosji przed 1917 rokiem.

Rudniewowie, średniej wielkości rodzina ziemiańska z guberni symbirskiej, byli typowym przykładem. Postanowili pozostać w rodzinnym majątku, ponieważ, jak wyjaśnił Siemion Rudniew, sądzili, że "rewolucyjne niepokoje będą mniej dotkliwe na wsi niż w miastach [i ponieważ] warunki gospodarcze na wsi, z jej niemal naturalną gospodarką, również będą lepsze". Wrzenie 1917 roku w dużej mierze ominęło ich wieś. Rudniewowie spędzili lato i jesień spokojnie i leniwie, tak jak przywykli: "Mężczyźni popijali i chodzili na polowania, z Symbirska przyjeżdżali goście, jeździliśmy do Nażyma i do gospodarstw mlecznych na pikniki i grzybobrania". W trakcie następnej zimy przystali na żądania sąsiedniej wspólnoty wiejskiej i przekazali swą ziemię oraz mienie chłopom. Zatrzymali niewielkie gospodarstwo o powierzchni 20 diesiatin (54 akrów) w pobliżu dworu, gdzie nadal mieszkali. Żywy inwentarz oraz narzędzia sprzedano na licytacji po okazyjnych cenach, choć większości chłopów nie stać było na wykarmienie nowo nabytych rodowodowych koni, które nieustannie przybiegały do poprzednich właścicieli po siano. Chłopi przychodzili wiosną pracować na polach Rudniewów; płacono im wódką i likierami owocowymi. Zbiory były tam wyższe niż w gospodarstwach chłopskich, zatem wspólnota nakazała Rudniewom sprzedać nadwyżkę ziarna wiejskiej biedocie po ustalonych cenach. Jednak na długo przed zebraniem plonów dwór został splądrowany przez miejscowy oddział Czerwonej Gwardii, a Rudniewowie zmuszeni do ucieczki.

Taki schemat należał do typowych. Choć zdarzały się chłopskie akty przemocy, grabieże i podpalenia; w podżeganiu do nich prym wiedli młodzi zdemobilizowani żołnierze. Hasło "łupić łupieżców!" przywozili na wieś ci, którzy powracali z frontu i garnizonów, gdzie rozwinęli w sobie silne poczucie braterstwa w walce i byli poddawani bolszewickiej propagandzie. Formowali często paramilitarne frakcje w obrębie wsi, dość podobne do fascisti działających w owym czasie na wiejskich terenach Włoch. Mieli własne organizacje regionalne, takie jak Związek Żołnierzy Frontowych czy Związek Rannych Weteranów, a także własne oddziały Czerwonej Gwardii związane z lokalną radą, która mogła wywrzeć na wieś potężny wpływ i pchnąć ją ku bardziej radykalnym formom działań przeciwko ziemiaństwu. Na przykład w pewnej wsi z okręgu kiereńskiego w guberni penzańskiej nasiliły się nagle chłopskie ataki na miejscowych dziedziców: miało to związek z powrotem kilku żołnierzy, którzy w wyniku wyborów objęli następnie szefostwo wiejskiej Rady. Wojna z pewnością wywarła na nich brutalizujący wpływ, wkrótce bowiem zasłynęli z wielkiego pijaństwa i sadystycznego okrucieństwa. Pewną zubożałą arystokratyczną wdowę, która żyła dotąd spokojnie obok chłopów, oddawszy im uprzednio większość swych gruntów i inwentarza, przywiedziono do samobójstwa po tym, jak pijani awanturnicy zastrzelili jej ostatniego konia i krowę, a zabitego psa położyli na progu domu: uczynili to z czystej złośliwości.

*

Mogłoby się wydawać, że Rosjanie mieli szczególny pociąg do takich okrutnych i brutalnych aktów zemsty. "Jestem nieufny - pisał Gorki - zwłaszcza wobec Rosjanina, kiedy dostaje w swoje ręce władzę. Będąc jeszcze niedawno niewolnikiem, staje się najbardziej niepohamowanym despotą, gdy tylko ma okazję stać się panem swojego sąsiada". Samosądy i lincze były najbardziej powszechnym przejawem owej mściwości ludu, zarówno na wsi, jak i w miastach. Przyjęły się jako zjawisko masowe w reakcji na katastrofalny wzrost przestępczości i upadek ładu i porządku publicznego w 1917 roku (w którym Gorki naliczył, jak utrzymywał, ponad 10 000 wypadków wymierzania sprawiedliwości przez tłum). Ponieważ policja i dawne sądy kryminalne praktycznie przestały istnieć, panowało powszechne odczucie, że jedynym sposobem radzenia sobie z problemem przestępczości są samosądy na ulicach. Tłum chwytał jakiegoś nieszczęsnego złodzieja, sądził go doraźnie i wykonywał egzekucję na miejscu. Gorki był świadkiem takiego zajścia w centrum Piotrogrodu, gdy nawet dzieci uczestniczyły w brutalnej egzekucji złodzieja. W miarę pogłębiania się kryzysu społeczno-ekonomicznego i rozszerzania popularnego poglądu, że odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponoszą "burżuje", samosądy zaczęły przybierać charakter jawnie klasowy. Stały się bronią w walce z przywilejami, skupiając się mniej na drobnych złodziejaszkach z miejskiej biedoty, a w znacznie większym stopniu na kupcach i sklepikarzach, właścicielach fabryk i pracodawcach, oficerach armii, byłych carskich urzędnikach oraz innych postaciach reprezentujących nadrzędną władzę.

Bolszewicy nadali samosądom formę instytucjonalną w postaci sądów ludowych, gdzie "sprawiedliwość rewolucyjną" wymierzano w trybie przyspieszonym we wszystkich sprawach karnych. Dawny system sądownictwa karnego z formalnymi zasadami prawnymi zniesiono jako relikt "burżuazyjnego porządku". Dwunastu wybranych sędziów tworzących sądy ludowe nie musiało mieć żadnych formalnych kwalifikacji prawniczych - mieli kierować się swym "sumieniem rewolucyjnym" - i wywodziło się głównie z robotników, chłopów oraz gryzipiórków z dawnych sądów. Połowa z nich otrzymała wykształcenie nie wykraczające poza poziom podstawowy, a jeden na pięciu należał do partii bolszewickiej. Posiedzenia sądów ludowych nie różniły się wiele od samosądów, którym nadano charakter formalny. Nie istniały żadne ustalone procedury prawne ani zasady postępowania dowodowego, tak czy owak, dowody nie bardzo się liczyły. Do skazania doprowadzano zwykle na podstawie denuncjacji, wynikających często z prywatnych porachunków, a wyroki dostosowywano do nastrojów tłumu, który swobodnie wyrażał swe opinie z galerii dla publiczności.

System rewolucyjnej sprawiedliwości wymierzanej przez sądy ludowe był pod wieloma względami podobny do dawnego chłopskiego prawa zwyczajowego, z jego prymitywną zasadą oko za oko, ząb za ząb. Oto kodeks karny wprowadzony przez sąd ludowy we wsi Lubny w guberni tambowskiej w maju 1918 roku:

"Jeśli ktoś uderzy drugą osobę, poszkodowany uderzy sprawcę dziesięć razy. Jeśli ktoś uderzy drugą osobę, powodując w ten sposób zranienie lub złamanie kości, sprawca zostanie uśmiercony. Ten, kto dopuści się kradzieży lub otrzyma kradzione dobra, zostanie uśmiercony. Ten, kto dopuści się podpalenia, zostanie uśmiercony".

Od dawna w chłopskiej świadomości prawnej tkwiło przekonanie, że bogacz okradający biedaka jest po wielekroć bardziej winny niż biedak okradający bogacza - i ta sama zasada "sprawiedliwości klasowej" obowiązywała w sądach ludowych. Orzeczenia wydawano w zależności od statusu społecznego oskarżonych oraz ich ofiar. W pewnym sądzie ludowym sędziowie przysięgli mieli w zwyczaju kontrolować dłonie pozwanego i jeśli były czyste i miękkie, wydawać wyrok skazujący. Spekulantów karano surowo, czasem nawet skazywano na karę śmierci, natomiast na rabusiów - a bywało, że nawet morderców - atakujących osoby zamożne wydawano wyroki bardzo łagodne lub wręcz całkowicie ich uniewinniano, jeśli zasłaniali się biedą jako motywem przestępstwa. Łupienie łupieżców zalegalizowano, a przy okazji obalono prawo jako takie - pozostało tylko bezprawie.

Lenin zawsze twierdził z uporem, że system prawny powinien być wykorzystywany jako broń masowego terroru przeciwko burżuazji. System samosądów, który rozwinął się w sądy ludowe, dał mu oręż terroru. Podobnie jak trybunały rewolucyjne wzorowane na jakobińskich, od których zaczerpnęły nazwę i które zajmowały się całym nowym zakresem "zbrodni przeciw państwu". W lutym 1918 roku, w czasie niemieckiej inwazji na Rosję, Lenin wydał dekret - Socjalistyczna Ojczyzna w niebezpieczeństwie! - nakazujący trybunałom rewolucyjnym rozstrzeliwać "na miejscu" wszystkich "wrogich agentów, spekulantów, rabusiów, chuliganów i kontrrewolucyjnych agitatorów". Ku jego rozczarowaniu trybunały rewolucyjne okazały się wysoce nieskutecznymi instrumentami bolszewickiego terroru: zbyt wielu sędziów można było bez trudu przekupić, co nie jest szczególnie zaskakujące, zważywszy na fakt, że większość z nich trafiła na swoje stanowiska prosto z fabrycznej hali. Był to jednak dopiero początek nowej państwowej machiny masowego terroru, a pracę trybunałów przejmowały stopniowo lokalne oddziały Czeki, którym nie brakowało rewolucyjnego zapału. Lacis, jeden z przywódców Czeki, instruował funkcjonariuszy: "nie szukać dowodów na to, że oskarżony działał lub wypowiadał się przeciwko radom. Najpierw musicie zapytać go, do jakiej klasy należy, jakie ma pochodzenie społeczne, wykształcenie i zawód. Te pytania muszą przesądzić o losie oskarżonego. Taki jest sens czerwonego terroru".

We wczesnej fazie rozwoju system Czeki był skrajnie zdecentralizowany: każda lokalna organizacja Czeki robiła, co jej się żywnie podobało. Sprawiło to, że terror Czeki działał na oślep i był podatny na naciski oddolne. Praktycznie każdy mógł zostać aresztowany i niemal wszystko mogło być potraktowane jako zachowanie "kontrrewolucyjne". Wewnętrzne instrukcje Czeki zaliczały do postępowania "kontrrewolucyjnego" prywatny handel, pijaństwo, a nawet spóźnienie do pracy. Na tej zasadzie do więzień powinno trafić całe społeczeństwo. Wiele początkowych ofiar czerwonego terroru aresztowano na podstawie zaledwie jednego doniesienia jakiegoś osobistego wroga. Czeka w Omsku skarżyła się w kwietniu, że z wniesionych dotychczas 1000 spraw o "kontrrewolucję", ponad 200 trzeba było odrzucić, ponieważ przeciwko oskarżonym świadczyły jedynie dowody ze słyszenia przedstawione przez osobę lub grupę osób, które, jak później wyszło na jaw, chowały jakieś osobiste urazy. Nie powstrzymywało to jednak mniej skrupulatnych czekistów przed wydawaniem wyroków skazujących. Penzański Wydział Sprawiedliwości utyskiwał w kwietniu, że jego więzienia "są pełne niewinnych ludzi aresztowanych przez Czekę na podstawie fałszywych oskarżeń jednej osoby przeciw drugiej". Szczególnie powszechnym zjawiskiem było denuncjowanie przez dłużnika jego pożyczkodawcy jako "kułackiego lichwiarza", a zatem "kontrrewolucjonisty". Był to jeden ze sposobów na anulowanie długów.

Tak miały się sprawy w początkowych fazach terroru, zanim centrala nie przejęła nad nim kontroli i nie wymierzyła go we własnych zdefiniowanych politycznie wrogów: część środowisk społecznych napędzała machinę przemocy oddolnie, traktując ją jako sposób odwetu na tych, których uważały za swoich wrogów i utożsamiały z "wrogami rewolucji". Ich możliwości na tym polu były oczywiście zależne od pozycji w lokalnej bolszewickiej strukturze władzy. Nie oznacza to bynajmniej, że terror budowano od góry. Sugeruje raczej, że istniał bliski, choć skomplikowany związek między terrorem politycznym a terrorem mas. Jak napisał sam Dzierżyński w 1922 roku, czekiści po prostu "nadawali mądry kierunek kilkusetletniej nienawiści proletariatu do swoich ciemiężców", nienawiści, która mogła w innym wypadku "znaleźć ujście w bezsensownych i krwawych zajściach".

Wielu przewidywało, że terror masowy skończy się społecznym unicestwieniem, w którym zginie nie tylko burżuazja, ale i wielu zwykłych ludzi. Przytaczając słowa należącego do anarchistów marynarza Żelezniakowa, że "dla dobra narodu rosyjskiego można zabić nawet milion osób", Gorki przestrzegał 17 stycznia czytelników "Nowej żyzni":

"Milion 'wolnych obywateli' może faktycznie zginąć w naszym kraju. Może zginąć ich nawet więcej. Dlaczego by ich nie pozabijać? Jest w Rosji wielu ludzi i mnóstwo morderców, kiedy jednak dochodzi do sądowego ścigania przestępców, reżim komisarzy ludowych napotyka pewne tajemnicze przeszkody, jak najwyraźniej miało to miejsce podczas dochodzenia w sprawie ohydnych morderstw Szyngariowa i Kokoszkina *[Przywódcy kadetów, Szyngariow i Kokoszkin, zostali aresztowani przez bolszewików i uwięzieni w Twierdzy Pietropawłowskiej po demonstracjach 28 listopada w obronie Zgromadzenia Konstytucyjnego. 6 stycznia, gdy byli poważnie chorzy, przewieziono ich do szpitala Maryjskiego, gdzie kolejnej nocy zostali brutalnie zamordowani przez grupę bałtyckich marynarzy, którzy wdarli się do szpitala. Ministerstwo Sprawiedliwości ujawniło potem, że morderstw dokonano za cichym przyzwoleniem bolszewickiej Czerwonej Gwardii oraz komendanta szpitala, Stefana Basowa, który usprawiedliwiał morderstwo, argumentując, że będzie "o dwie burżuazyjne gęby mniej do wyżywienia". Basowa postawiono przed sądem i skazano, lecz żadnego z morderców nigdy nie złapano, a bolszewiccy przywódcy, którzy początkowo potępili morderstwa, starali się je później tłumaczyć aktem politycznego terroru.]. Masowa eksterminacja tych, którzy myślą inaczej, jest starą i sprawdzoną metodą rosyjskich rządów, od Iwana Groźnego do Mikołaja II... dlaczego zatem Włodzimierz Lenin miałby się wyrzec tak prostej metody?"

Steinberg, komisarz sprawiedliwości z lewicowego odłamu SR, był kolejnym krytykiem terroru już u jego zarania, choć wszystkie czynione przez niego wysiłki podporządkowania Czeki sądom okazały się daremne. Kiedy w lutym Steinberg po raz pierwszy ujrzał dekret o Socjalistycznej Ojczyźnie w niebezpieczeństwie!, zawierający rozkaz rozstrzeliwania "na miejscu" wszystkich "spekulantów, chuliganów i kontrrewolucjonistów", natychmiast udał się do Lenina i zaprotestował: "W takim razie dlaczego w ogóle zawracamy sobie głowę Komisariatem Sprawiedliwości? Nazwijmy go uczciwie 'Komisariatem Społecznej Eksterminacji' i miejmy problem z głowy!". Twarz Lenina rozjaśniła się, po czym odparł: "Trafnie ujęte, dokładnie tym powinien być; ale tego powiedzieć otwarcie nie możemy".

 

W 1918 roku na ulicach Piotrogrodu było przynajmniej 30 000 prostytutek, w większości nastoletnich dziewcząt. Wiele z nich pochodziło z szacownych rodzin. Badania przeprowadzone we wczesnych latach dwudziestych wykazały, że 42 procent prostytutek w Moskwie wywodziło się z rodzin arystokratycznych lub burżuazyjnych, zrujnowanych przez rewolucję. Emma Goldman zastała Newski Prospekt obstawiony ładnymi, młodymi dziewczętami "sprzedającymi się za bochenek chleba, kawałek mydła lub czekolady".

Dla tzw. dawnych ludzi, pozbawionych zatrudnienia lub racji żywnościowych, codzienne poszukiwanie pożywienia było zabójcze. Niegdysiejsi możni potomkowie arystokracji zostali zmuszeni do wyprzedawania na ulicach ostatnich cennych przedmiotów. Klasy "tłuste" stały się "chude". Gdy pytano ludzi, jak się miewają, odpowiadali żartobliwie: "Mogłoby być gorzej. Przynajmniej udaje mi się stracić trochę na wadze".

 

Kułacy

Dla Lenina oraz większości jego zwolenników wojna domowa była niezwykle istotną fazą każdej rewolucji społecznej. "Wojna domowa jest tym samym co wojna klasowa - ogłosił jeden z bolszewickich przywódców w Baku. - Popieramy wojnę domową nie dlatego, że jesteśmy żądni krwi, lecz dlatego, że bez walki ciemiężcy nie zrezygnują ze swych przywilejów na rzecz ludu". Według bolszewików wojna domowa była niczym więcej niż burzliwą formą walki klasowej. Nie dostrzegali różnic między konfliktem wojskowym a konfliktem społecznym w każdym mieście i każdej wsi.

Wobec powyższego wojnę domową należało, zdaniem Lenina, przyjąć z zadowoleniem jako niezbędną fazę rewolucji. Zawsze utrzymywał, że wojnę domową rozpoczęły siły prawicy latem 1917 roku i że bolszewickie przejęcie władzy należy traktować jak przyłączenie się proletariatu do walki zbrojnej; klasowych konfliktów rewolucji nie da się rozwiązać środkami politycznymi. Rosja była podzielona na dwa wrogie obozy - "dyktatury wojskowej" i "dyktatury proletariatu" - i pozostawała kwestia, która strona zwycięży. Wszystkie strategie Lenina, od październikowego przejęcia władzy do rozwiązania Zgromadzenia Konstytucyjnego oraz pokoju brzeskiego, można uważać (i tak traktowała je opozycja) za świadome podburzanie do wojny domowej. Sam Lenin bez wątpienia żywił przekonanie, że jedyną nadzieją partii na zbudowanie własnego skromnego zaplecza politycznego jest prowadzenie wojny domowej. W istocie często podkreślał, że Komuna Paryska upadła właśnie dlatego, że nie wszczęła wojny domowej. Wyniki takiego konfliktu były przewidywalne - polaryzacja kraju na siły "rewolucyjne" i "kontrrewolucyjne", rozszerzenie wojskowej i politycznej władzy państwa oraz stosowanie terroru dla tłumienia sprzeciwów - i uznawane przez Lenina za niezbędne dla konsolidacji dyktatury. Oczywiście Lenin nie mógł przewidzieć pełnych rozmiarów wojny domowej, jaka rozgorzała od następnej jesieni - w kwietniu 1918 roku ogłosił nawet, że wojna domowa została już wygrana - a gdyby był w stanie to zrobić, być może zastanowiłby się jeszcze raz nad wykorzystaniem wojny domowej do budowania reżimu. Tak czy owak, prawdą jest, że bolszewicy byli psychologicznie przygotowani na wojnę domową, czego nie można powiedzieć o ich przeciwnikach. Można by porównać tę sytuację do hiszpańskiej wojny domowej: strona Franco była gotowa do wojny i jej żądna, natomiast po stronie republikanów sytuacja wyglądała zgoła inaczej.

"Bitwa o zboże", bolszewicka wojna przeciwko wsi, była zakorzeniona w fundamentalnej nieufności - graniczącej z nienawiścią - do chłopstwa. Jako marksiści bolszewicy zawsze patrzyli na chłopów z uczuciem zbliżonym do pogardy. "Anarchistyczni", "zacofani", "kontrrewolucyjni" - takie terminy znajdowały się w ich wiejskim leksykonie. Chłopi zbyt słabo opanowali umiejętność czytania i pisania oraz byli zbyt przesądni, zbyt blisko związani z dawną Rosją, by odegrać jakąkolwiek rolę w budowaniu nowego społeczeństwa. Byli zbyt "drobnomieszczańscy" (och, najbardziej haniebny ze wszystkich marksistowskich grzechów!), zbyt mocno nasiąknięci zasadami własności prywatnej i wolnego handlu, by nadawać się na towarzyszy. Owa pogarda dla chłopów często uwidaczniała się szczególnie jaskrawo wśród tych bolszewickich robotników chłopskiego pochodzenia - partyjnych Kanatczikowów - którzy jako młodzi ludzie uciekli przed przygniatającym ubóstwem i nudą wsi, przed dominacją popów i gwałtownością swych tęgo pijących ojców, i błąkali się po miastach w poszukiwaniu pracy. Dla nich miasto było światem możliwości i postępu symbolizowanych przez szkolnictwo i przemysł, natomiast wieś reprezentowała to wszystko - zacofanie, nędzę i głupie przesądy - co pragnęli zmieść z powierzchni ziemi. "Nie jestem wieśniakiem", to był pierwszy przejaw przyjętej przez nich tożsamości klasy robotniczej. I przez proletariacką kulturę miast, która powiodła ich ku bolszewizmowi, chcieli wyprzeć swą chłopską przeszłość.

Wyraźną oznakę tego antychłopskiego nastawienia - tak istotnego w budowie sowieckiego reżimu - można odnaleźć w życiorysach, które musieli napisać wszyscy bolszewicy wstępujący na urząd. Jedna czwarta wywodziła się ze wsi, lecz tylko nieliczni wyrażali się o swojej przeszłości pozytywnie. "Począwszy od najmłodszych lat - wspominał pewien bolszewik z Wołogdy - edukacja była moją jedyną szansą ucieczki od nędznego i idiotycznego życia na wsi. Chciałem dać stamtąd nogę, dokądkolwiek, możliwie jak najdalej".

Marksizm dał tej nienawiści do chłopstwa pseudonaukowe uzasadnienie. "Prawa" rozwoju historycznego "dowodziły", że chłopstwo skazane jest na zagładę. Przeniknięcie na wieś rynku i stosunków kapitalistycznych nieuchronnie spowoduje podział klasowy chłopstwa. Lenin wykazał, że wieś dzieli się na dwie wrogie klasy - ubogich chłopów, którzy uchodzili za sprzymierzeńców proletariatu, oraz kułaków czy "kapitalistycznych farmerów", którzy uchodzili za jego wrogów - i schemat ten stał się podstawową zasadą bolszewickiej polityki na wsi. W rzeczywistości taka analiza była wyssana z palca: wiejskich kapitalistów było doprawdy niewielu - z pewnością zbyt mało, by stworzyć klasę. Nawet liczba gospodarstw chłopskich zatrudniających na stałe najemną siłę roboczą wynosiła przed rewolucją niespełna 2 procent i spadła znacząco w 1917 roku. W przeważającej większości wsi wszystko, co odróżniało chłopów najbogatszych od najbiedniejszych, to posiadanie dodatkowego konia lub krowy, albo domu z cegły zamiast drewnianego, z podniesioną podłogą zamiast desek położonych bezpośrednio na klepisku.

Chłopi, których bolszewicy zaliczali do kułaków, byli zwykle patriarchalnymi przywódcami wsi. Malutinami Rosji, siwobrodą wiejską starszyzną, jak ci ze wsi Andriejewskoje, którzy stawali na przeszkodzie wszystkim reformom Siemionowa. Prawdą jest, że to właśnie oni byli często najbogatszymi gospodarzami we wsi, u których zadłużała się cała reszta, pożyczając a to konia, a to pieniądze. To jednak nie czyniło z nich w oczach chłopów kułaków - nawet Siemionow, który miał wszelkie powody gardzić Malutinem, nigdy nie określił go tym mianem. Wielu chłopów spoglądało na starszyznę z mieszaniną szacunku i strachu. Jako gospodarze, którym wiodło się najlepiej, byli nierzadko uważani za naturalnych przywódców społeczności. Należeli zazwyczaj do najzagorzalszych obrońców lokalnych tradycji, ludzi, którzy kontaktowali się ze światem zewnętrznym i do których sąsiedzi przychodzili po radę w sprawach rolniczych. Na czele pierwszych chłopskich rad często stała właśnie starszyzna wsi.

Bolszewicy otwarcie wyrazili swoje poparcie dla chłopskich rad w pierwszych miesiącach reżimu. Umożliwiło im to zneutralizowanie chłopów podczas walki o władzę w miastach. W rezultacie jednak władza na wsi uległa decentralizacji - co wydatnie utrudniło zadanie pozyskania od chłopstwa żywności i żołnierzy. Chłopskie rady, co oczywiste, broniły interesów ekonomicznych lokalnej ludności. Próbowały blokować wywóz zboża do miast lub przynajmniej żądać na tyle wysokiej ceny, by pozwoliło im to w zamian na zakup potrzebnych artykułów. Gdy pogłębiał się kryzys żywnościowy w mieście, bolszewicy coraz częściej obarczali winą za niego "kułackich chomików". Ich propaganda przedstawiała typowego kułaka jako opasłego i chciwego kapitalistę bogacącego się na głodzie miejskich robotników. Kułak zajął miejsce u boku burżuja jako "wewnętrzny wróg rewolucji". Dla bolszewików kułak był kozłem ofiarnym, sposobem skoncentrowania gniewu robotników na "kontrrewolucyjnej" wsi zamiast na nich samych. Bolszewicy zaczęli twierdzić, że chłopskie rady są zdominowane przez kułaków i kierowane przez nich w zmowie z eserowcami, aby zamorzyć rewolucję głodem. Nie była to prawda - i Lenin o tym wiedział. Wiejskie rady, jak sam przyznał, były zasadniczo ciałami chłopskimi. Po prostu przedkładały interesy własne nad interesy miast. Ale mit "kułackiego strajku zbożowego" dał jego partii pretekst do rozpoczęcia wojny domowej przeciwko chłopstwu.

Lenin wydał okrzyk wojenny w przemówieniu naznaczonym zdumiewającą gwałtownością, a wygłoszonym latem 1918 r.:

"Kułacy są zaciekłymi wrogami radzieckiego rządu... Te pijawki wzbogaciły się na głodzie ludu... Te pająki *[Bez wątpienia odniesienie do Pająków i much, doskonale sprzedającego się pamfletu z 1917 r., który uczynił tak wiele dla ukształtowania popularnego mitu "burżuja".] obrosły sadłem kosztem zrujnowanych przez wojnę chłopów, kosztem robotników. Ci krwiopijcy wysysali krew ludu pracującego i nabijali kabzy, gdy robotnicy w miastach i fabrykach głodowali... Bezwzględna wojna kułakom! Śmierć im wszystkim".

"Armia aprowizacyjna" przypuściła szturm na "kułackich chomików". Uzbrojone oddziały rekwizycyjne (prodotriady) były upoważnione do zajmowania wsi i pozyskiwania siłą nadwyżek zboża. Przed wyruszeniem z miast pozowali do fotografii niczym armia ruszająca do boju. Oddziały miały składać się ze śmietanki klasy robotniczej. Ale w istocie, tak jak w wypadku jednostek Armii Czerwonej, spośród 76 000 ich członków większość stanowiły bezrobotne, pozbawione korzeni, napływowe elementy lumpenproletariatu oraz niemający gdzie się podziać żołnierze. Władze zaopatrzeniowe na prowincji nieustannie się skarżyły, że oddziały odznaczają się "marną jakością i niezdyscyplinowaniem", "wykonują swą pracę bez jakiegokolwiek planu", "często stosują wobec chłopstwa przymus" i zabierają im nie tylko nadwyżki zboża, ale i niezbędne zapasy nasion, mienie prywatne, broń i wódkę. Jak rzekł jeden z komisarzy na prowincji, ich działalność sprowadzała się do "zorganizowanego okradania chłopów".

"Czasem - pisał Ciurupa, komisarz ludowy do spraw aprowizacji - oddziały rekwizycyjne naśladowały metody carskiej policji". Nierzadko okupowały one wieś i torturowały chłopów w brutalny sposób, póki nie przekazali im wymaganej ilości artykułów żywnościowych oraz mienia. "Sposoby wymuszania przywodzą na myśl średniowieczną inkwizycję - donosił pewien urzędnik z Jelca - każą chłopom rozbierać się i klękać na podłodze, biczują ich albo biją, czasem na śmierć". Pojawienie się oddziału aprowizacyjnego wystarczało, by chłopi umykali w panice. Pewien zszokowany komisarz z guberni ufijskiej zrelacjonował następujący incydent. Wszedł do chaty chłopki, która, jak się zdawało, nie zdążyła uciec, gdy jego niewielki pluton, który wzięła za oddział aprowizacyjny, przybył do wsi. Zaczęła krzyczeć, zagarnęła małego synka. "Powalcie mnie i zabijcie, ale nie zabierajcie mojego dziecka", płakała. Komisarz próbował ją uspokoić, mówiąc, że jest bezpieczna, na co kobieta rzekła: "Myślałam, że macie zamiar mnie zabić. Nie miałam pojęcia, że istnieją bolszewicy, którzy nie mordują chłopów. Wszyscy ci, których widzieliśmy, to opriczniki [znienawidzeni poplecznicy Iwana Groźnego]". W borysoglebskim powiecie guberni tambowskiej - przyszłego bastionu powstania Antonowa - działał barbarzyński przywódca oddziału o nazwisku Margolin, który okradał chłopów, jak popadnie, gwałcił ich kobiety i zabierał konie, gdy nie mogli zapłacić daniny. Wielu chłopów było zmuszonych skupować zboże z sąsiedniej guberni woroneskiej albo rozstawać się z ostatnimi niezbędnymi zapasami żywności i nasion, by usatysfakcjonować Margolina. Inny lokalny tyran, przywódca oddziału o nazwisku Czeriemuchin, zamienił południowe wsie Bałaszowa, tuż za czerwonym frontem walki z Denikinem, w swoje prywatne skorumpowane lenno. Rekwirowano chłopom żywność i własność z brutalną siłą, często pozostawiając rolników bez jedzenia lub ziarna pod zasiewy, wiejskie kobiety zaś bez skrupułów gwałcono. Przywódca pobliskiego oddziału rekwizycyjnego pozostawił opis chłopskich nastrojów, które zaobserwował, gdy przejeżdżał przez "wsie Czeriemuchina": "Chłopi wzięli nas za pomocników Czeriemuchina, wszyscy padli na kolana i ukłonili się przed nami. Czuło się, że duch rewolucji wśród mieszkańców tej wsi został całkowicie stłumiony. Na ich obliczach znów malowało się wyraźnie niewolnictwo caratu. Wywarło to na nas przygnębiające wrażenie".

Większość chłopów próbowała ukryć cenne zapasy zboża przed oddziałami aprowizacyjnymi. Worki mąki chowano pod deskami podłogowymi, na strychach obór, głęboko w lasach i pod ziemią. Oddziały wyszły z założenia, że robią tak wszystkie wsie i że ukryte zboże pochodzi z nadwyżek, podczas gdy w rzeczywistości były to niezbędne rezerwy nasion i pożywienia. I tak rozpoczęła się "bitwa o zboże", podczas której oddziały stosowały terror, by wydobyć zapasy, chłopi zaś walczyli z nimi, uciekając się do biernego oporu albo jawnego buntu. W lipcu i sierpniu 1918 roku doszło do ponad dwustu rewolt przeciwko oddziałom aprowizacyjnym. Bolszewicy usiłowali przedstawiać je jako "eserowsko-kułackie bunty"; w rzeczywistości były to jednak powszechne wiejskie rebelie, w których najubożsi chłopi (skazani na największy głód wskutek rekwizycji) odgrywali częstokroć główną rolę. Bunty były spontaniczne i burzliwe, zazwyczaj wybuchały w odpowiedzi na popełnione przez oddziały okropieństwa. W jednej z wiosek guberni samarskiej, gdzie oddział aprowizacyjny obrabował i zamordował kilku wieśniaków, chłopi wzięli okrutny odwet. Pewnej listopadowej nocy ścięli głowy dwunastu członkom oddziału, gdy ci spali w lokalu partii, po czym osadzili je na palach ustawionych przy rogatkach wsi jako makabryczne ostrzeżenie dla innych oddziałów. Trzy tygodnie później Armia Czerwona ostrzelała wioskę ogniem artyleryjskim, a kiedy wszyscy jej mieszkańcy uciekli do lasu, puściła ją z dymem.

Na terenie wsi oddziałom miały towarzyszyć nowo powołane komitety wiejskiej biedoty (kombiedy). Lenin obwieścił ich ustanowienie w dniu 11 czerwca momentem rozpoczęcia rewolucji społecznej na wsi. Miał to być chłopski październik, kiedy "wiejski proletariat" przyłączy się do "walki klasowej" przeciwko kułakom, "wiejskiej burżuazji". Pomagając oddziałom zdobyć zboże, kombiedy miały doprowadzić do "socjalistycznej transformacji" wsi, tj. zastąpić "kułackie rady" i dokończyć wywłaszczanie innych kułaków z nadwyżek ziemi i żywego inwentarza. Jak wyraził się Swierdłow, celem było "rozbicie wsi na dwie walczące ze sobą klasy" oraz "rozpętanie takiej samej wojny domowej jak w miastach". Od tego zależało przetrwanie sowieckiego reżimu na wsi.

Rozniecenie "wojny klasowej" przez kombiedy zakończyło się całkowitą klęską. To tam marksistowski dogmat załamał się pod ciężarem chłopskiej rzeczywistości. Lwia część wsi uważała się za rolnicze społeczności równorzędnych członków połączonych więzami pokrewieństwa: często określali siebie mianem "chłopskiej rodziny". Taka była zasadnicza idea (jeśli nie realia) wiejskiej wspólnoty. W tej sytuacji wieś wrogo ustosunkowywała się do sugestii zakładania odrębnego ciała dla wiejskiej biedoty. Czyż nie mieli rady? Większość wiejskich wspólnot albo nie zdołała wybrać kombiedu, pozostawiając to zadanie agitatorom z zewnątrz, albo zakładała kombied, do którego wstępował każdy wieśniak z tego powodu, że - jak często mówiono - wszyscy chłopi są tak samo ubodzy. W takim wypadku kombiedu nie sposób było odróżnić od rady. Chłopi z Kisielewa-Czemizowki w okręgu atkarskim uznali, że kombied jest niepotrzebny, "ponieważ chłopi są sobie niemal równi, a ci ubodzy są już w radzie. Organizacja odrębnego kombiedu prowadziłaby jedynie do niepotrzebnych napięć między obywatelami tej samej wspólnoty". Bolszewiccy agitatorzy zupełnie nie byli w stanie wprowadzić na wsi podziałów klasowych. Biedni chłopi nie uważali siebie za "proletariuszy". Nie myśleli też o swych zamożniejszych sąsiadach jako o "burżuazji". Wszyscy uważali się za współmieszkańców wsi i spoglądali na wysiłki bolszewików zmierzające do rozbicia ich jedności z podejrzliwością i wrogością.

W rezultacie w wielu miejscach kombiedy zostały utworzone przez elementy spoza wiejskiej wspólnoty. Nie byli to ubodzy rolnicy, lecz napływowa ludność miejska i żołnierze, bezrolni rzemieślnicy i robotnicy wykluczeni ze wspólnoty. Badania nad 800 kombiedami z guberni tambowskiej wykazały, że niespełna połowa ich członków na szczeblu wołosti kiedykolwiek gospodarowała na roli; 30 procent stanowili w nich żołnierze. W na wpół przemysłowych wsiach północy takie typy społeczne mogłyby równie dobrze zostać uznane za "swojaków", ale na rolniczym południu byli obcy dla rdzenia wsi. Oderwani od chłopskiej wspólnoty, na której opierała się cała wiejska władza, nie byli w stanie wykonywać swoich zadań bez uciekania się do przemocy. Rekwirowali własność prywatną, dokonywali bezprawnych aresztowań, dewastowali cerkwie i generalnie terroryzowali chłopów. Przypominali bardziej lokalną mafię niż organ radzieckiego państwa. W pewnej wołosti saratowskiej kombiedem rządzili bracia Drużajewowie we współpracy z szefem regionalnej policji, towarzyszem Warłamowem. Objeżdżali wsie, wymuszając na przerażonych chłopach pieniądze, broń i wódkę. Konfiskowali także żywy inwentarz i przekazywali swoim poplecznikom spośród "wiejskiej biedoty". Pewnego chłopa, który nie był w stanie zapłacić haraczu, zmusili do patrzenia, jak gwałcą jego żonę. To państwo terroru działało przez sześć miesięcy. Wieśniacy wystosowali petycję do "towarzysza Lenina" w nadziei położenia temu kresu. Jak powiedział jeden z nich: "Ludzie zaczynają gadać, że za cara żyło się lepiej".

Wraz z oddziałami aprowizacyjnymi kombiedy wznieciły wielką falę chłopskich buntów. Rewolty osiągnęły kulminację w listopadzie, szczytowym okresie "bitwy o zboże" oraz pierwszych poważnych mobilizacji do Armii Czerwonej. Chłopskie bandy uzbrojone w widły i karabiny opanowywały całe okręgi Tambowa, Tuły i Riazania. Na pozostałych obszarach do powstań dochodziło bardziej sporadycznie, lecz przebieg miały nie mniej gwałtowny.

Chłopi linczowali i mordowali członków kombiedu, miejscowych bolszewików i przywódców rad. Członek bolszewickiego Komitetu Centralnego Smidowicz, którego wysłano, by zebrał informacje o buntach w Tulę, podsumował w listopadzie, że "chłopi zaczynają odnosić wrażenie, że rządzi nimi arbitralna wola jakiejś obcej grupy panów; nie wierzą już w obietnice sowieckiej władzy i spodziewają się po niej wszelkiego zła".

Na VI Zjeździe Rad w listopadzie Lenin wezwał do obalenia kombiedów. Był to początek nowej polityki - zatwierdzonej następnie w marcu przez VIII Zjazd Partii - poprawiania relacji z umiarkowanym chłopstwem. Oznaczało to przyznanie, że kombiedy toczyły, jak wyraził się Lenin, "niebezpieczną wojnę spustoszeń godzącą w interesy chłopów". Cała próba podzielenia wsi na dwie wrogie klasy została, jak sam stwierdził, zrozumiana opacznie i należało jej zaniechać. Jednak na naprawienie stosunków z chłopstwem było z pewnością już za późno.

Kilka tygodni po zniesieniu kombiedów, w styczniu 1919 roku, bolszewicy zmienili również taktykę "bitwy o zboże". Rekwizycja zbiorów z 1918 roku, pierwsza przeprowadzona przez sowiecką władzę, okazała się wielką katastrofą. Do końca roku zebrano tylko jedną piątą "daniny". Oczywiście bolszewicy winili za to kułaków, ale w rzeczywistości należało winić słabość infrastruktury zaopatrzenia. Oddziały aprowizacyjne nie miały skutecznych metod rozliczania zbiorów. Kombiedy dbały o własne interesy lokalne kosztem centrum, czasem nawet zatrzymując zboże dla siebie. Składy zarekwirowanego ziarna nie radziły sobie z magazynowaniem takich ilości z powodu braku opału. Chaos na kolei często sprawiał, że zboże nie docierało do miast. Reforma styczniowa wprowadzająca przymus dostarczania kontyngentu żywnościowego i nazywana prodrazwierstki miała w założeniu wzmocnić system. Różniła się od monopolu zbożowego z maja 1918 roku pod dwoma zasadniczymi względami. Po pierwsze, o ile monopol zbożowy ograniczał się do ziarna, o tyle kontyngentem żywnościowym były objęte wszystkie główne artykuły żywnościowe, łącznie ze zwierzętami i warzywami *[Jedynym wyjątkiem była cebula - bez wątpienia rezultat biurokratycznego przeoczenia. Wkrótce nastąpił gwałtowny rozkwit uprawy cebuli, jako że chłopi dążyli do maksymalnego wykorzystania tego ostatniego obszaru wolnego handlu, jaki im pozostał.]. Po drugie, podczas gdy kontyngenty monopolu zbożowego były ustalane przez lokalne organy aprowizacyjne zgodnie z szacunkami zbiorów, wysokość kontyngentu żywnościowego ustalano z góry, przez centralę państwową, zależnie od ogólnego zapotrzebowania, a następnie dzielono go między władze lokalne. Tak więc całkowicie poniechano zasadę, jakkolwiek luźno byłaby stosowana, że normy powinny odpowiadać rzeczywistym nadwyżkom plonów. Coraz częściej chłopi nie byli zdolni do zapłacenia podatków. Oddziały aprowizacyjne otrzymywały polecenie ściągnięcia odpowiednich ilości żywności siłą, nawet gdyby miało to oznaczać pozbawienie chłopów ostatnich niezbędnych zasobów pożywienia i nasion. Te przerażająco dyletanckie szacunki zakładały, że pusta stodoła świadczy o tym, że jej właściciel jest ukrywającym żywność "kułakiem".

I tak, gdy wojna domowa zmierzała ku swej kulminacji wiosną 1919 roku, "walka o zboże", równoległa wojna domowa, rozgrywająca się na tyłach czerwonego frontu, również osiągnęła swój obłąkańczy szczyt. Przeobraziła się w walkę na śmierć i życie między bolszewikami a chłopstwem.

 

Kolor krwi

Choć może wydawać się to dziwne, nazwisko i postać Lenina stały się powszechnie znane w Rosji dopiero we wrześniu 1918 roku - i to tylko dlatego, że o mały włos nie stracił życia. Podczas pierwszych dziesięciu miesięcy bolszewickich rządów rzadko widywano go publicznie. Strzały oddane w stronę jego samochodu w Nowy Rok przepełniły wodza światowej rewolucji lękiem o własne życie; potem rzadko odważał się opuszczać swe pilnie strzeżone kwatery w Smolnym czy na Kremlu. "Nikt nie znał nawet twarzy Lenina - pisała Krupska o tamtych pierwszych tygodniach. - Wieczorami często przechadzał się wokół Smolnego i nikt go nigdy nie rozpoznał, ponieważ nie było wówczas jeszcze żadnych jego portretów" *[Pierwszy oficjalny portret Lenina pojawił się dopiero w styczniu 1918 r.].

Wszystko to uległo zmianie 30 sierpnia. Lenin udał się do fabryki Michelsona na południowych przedmieściach Moskwy wygłosić przed robotnikami standardowe kazanie o potrzebie bronienia rewolucji, jak bolszewiccy przywódcy mieli w zwyczaju czynić w piątkowe popołudnia. Wcześniej dotarły do niego wieści, że Uricki, bolszewicki szef piotrogrodzkiej Czeki, zginął z rąk eserowskiego zamachowca Leonida Kannegissera. Rodzina Lenina błagała go o odwołanie tej wizyty; ale tym razem Lenin postanowił nie dać za wygraną. Kiedy opuścił fabrykę, przecisnęła się do niego przez tłum kobieta o nazwisku Fanny Kapłan i oddała do niego trzy strzały. Lenin upadł na ziemię, jego ochrona zaś rzuciła się w pościg za zamachowczynią. Gdy Lenina przewieziono z powrotem na Kreml, wydawał się na granicy śmierci. Jedna z kul utkwiła mu w szyi, obficie krwawił. Krew dostała się do jednego z płuc. (Nie powstrzymało go to przed upewnieniem się, że jego lekarze są bolszewikami). Przez następne kilka dni jego życie wisiało na włosku. Potem jednak zaczął dochodzić do siebie i przed 25 września uznano, że stan jego zdrowia pozwala mu wyjechać wraz z Krupską na rekonwalescencję do podmoskiewskiej wsi Gorki, gdzie zarekwirowano wiejską posiadłość do jego prywatnego użytku.

Szybki powrót Lenina do zdrowia bolszewicka prasa uznała za cud. Obwołano go postacią na miarę Chrystusa, obdarzoną nadprzyrodzonymi mocami, która nie lęka się poświęcić własnego życia dla dobra ludu. Bucharin, redaktor "Prawdy", wyssał z palca opowieść, że po postrzałach Lenin odmówił pomocy i że "z wciąż krwawiącym, przebitym płucem" powrócił natychmiast do pracy, by mieć pewność, że "lokomotywa" rewolucji się nie zatrzyma. W specjalnej broszurze przeznaczonej do masowej dystrybucji Zinowjew wychwalał Lenina jako chłopskiego syna, który "stworzył rewolucję": "On jest tym jedynym, wybranym z milionów. On jest przywódcą za sprawą bożej łaski. Taki wódz rodzi się w historii ludzkości raz na pięćset lat". W kolejnych tygodniach po zamachu w prasie pojawiały się dziesiątki podobnych peanów. Robotnicy martwili się rzekomo tylko o jedno: by "ich przywódca" powrócił do zdrowia. Na ulicach zaczęły pojawiać się plakaty z podobizną Lenina. On sam pokazał się po raz pierwszy w filmie dokumentalnym Kremlowska przechadzka Włodzimierza Iljicza, wyświetlanym jesienią w całej Moskwie, by przerwać wzbierającą falę plotek o jego śmierci. Tak rodził się kult Lenina - kult wymyślony przez bolszewików wyraźnie wbrew woli samego Lenina *[Według Boncza-Brujewicza Lenin nie pochwalał tego kultu (ideologia marksistowska negowała znaczenie jakiejkolwiek jednostki w historii) i ukrócił go po powrocie do zdrowia (W. Boncz-Brujewicz, Wspomnienia o Leninie).], reklamujący go jako "cara ludu".

Kult ten pod pewnymi względami przywodził na myśl pradawny kult świętego cara. Sięgał średniowiecznego zwyczaju kanonizowania książąt, którzy przedwcześnie zginęli, służąc Rosji. Jednak kult Lenina był czymś nowym w tym sensie, że czerpał również z istniejących w tradycji ludowej mitów przywódców ludu buntujących się przeciwko carowi, takich jak Stieńka Razin czy Jemielian Pugaczow, obdarzonych magicznymi mocami na wzór Chrystusa. Oto mieszanina chłopskiego chrześcijaństwa i pogańskiego mitu, które w ludowej świadomości długo łączyły rewolucję z poszukiwaniem prawdy i sprawiedliwości. Aranżerowie kultu Lenina świadomie wykorzystali ten motyw. "Lenina nie można zabić - oznajmił jeden z jego hagiografów 1 września - ponieważ Lenin jest jak powstanie uciśnionych. Póki żyje proletariat - żyje Lenin". A więc Lenin jako Chrystus robotników. Inny propagandzista utrzymywał, że to cudowna interwencja "woli proletariatu" odchyliła tor kul Kapłan niczym jakiś krzyż lub guzik na piersi, dzięki czemu nie zadały śmiertelnej rany. Wydawano wiersze opiewające Lenina jako męczennika wysłanego przez Boga, by cierpiał za biedotę:

 

Przybyłeś do nas, by ulżyć

Naszym nieznośnym cierpieniom,

Przybyłeś jako wódz, by zniszczyć

Wrogów robotniczego ruchu.

Nie zapomnimy udręki,

Którą ty, nasz wódz, dla nas zniosłeś.

Tyś jest męczennikiem...

 

Po zamachu wydano naprędce biografię Lenina dla robotników. Opatrzona tytułem, który prędzej mógłby kojarzyć się z kultem Stalina czy Mao, a brzmiącym Wielki wódz robotniczej rewolucji, przedstawiała Lenina jako w najwyższym stopniu mądrą, nadludzką, boską postać, wielbioną przez wszystkich robotników. Podobną broszurę dla chłopów Przywódca wiejskiej biedoty, W.I. Uljanow-Lenin, wydano w 100 000 egzemplarzy. Czytało sieją trochę jak Żywoty świętych, ulubioną lekturę chłopów. Wśród chłopstwa zaczęły krążyć wszelkiego rodzaju mity na temat Lenina, bojownika o prawdę i sprawiedliwość. Jego fotografie pojawiały się po raz pierwszy w odległych wioskach. Umieszczano je często w "czerwonym narożniku", świętym miejscu" we wnętrzu chłopskiej chaty, gdzie tradycyjnie ustawiano ikony i portrety cara.

Niedoszła zabójczyni Lenina, Fanny Kapłan, była młodą Żydówką i dawną członkinią partii anarchistycznej, która przeszła do SR. Oświadczyła Czece, że spisek na życie Lenina był wyłącznie jej dziełem. Mówiła, że Lenin zdradził rewolucję i że "żyjąc dłużej, tylko odwleka ideały socjalizmu na przyszłe dekady". Kapłan osadzono na Łubiance w tej samej celi, co brytyjskiego dyplomatę Bruce'a Lockharta, którego bolszewicy również aresztowali, podejrzewając o udział w spisku. Opisał, jak wchodziła do celi:

"Była odziana w czerń. Miała czarne włosy, oczy zaś nieruchomo utkwione w jednym punkcie, mocno podkrążone i z wielkimi cieniami. Jej twarz była blada. Wyraźnie żydowskie rysy nie prezentowały się atrakcyjnie. Mogła mieć między dwadzieścia a trzydzieści pięć lat. Domyśliliśmy się, że to Kapłan. Bolszewicy mieli bez wątpienia nadzieję, że zdradzi się w jakiś sposób, że nas zna".

Ale tego nie uczyniła. Wkrótce przewieziono ją na Kreml i niemal na pewno torturowano przed wykonaniem egzekucji (jej szczątki zniszczono bez śladu) 3 września. Wedle Angeliki Balabanoff, która wkrótce miała zostać sekretarzem Kominternu, Krupska płakała na myśl, że w osobie Kapłan rewolucyjny rząd zgładził pierwszą rewolucjonistkę. Można jedynie zastanawiać się, czy równie mocno opłakiwała tysiące innych rewolucjonistów, których wkrótce zamordowano w zemście za próbę zamachu na jej męża.

Choć Kapłan zawsze temu zaprzeczała, z miejsca oskarżono ją o pracę dla SR i zachodnich mocarstw [*Okazało się później na procesie SR w 1922 r., że Kapłan została zwerbowana przez organizację bojową SR, podziemną jednostkę terrorystyczną, oficjalnie niezwiązaną z Centralnym Komitetem SR (którego większość przeniosła się do Samary przed sierpniem 1918 r.), ale popieraną przez część jego członków (m.in. Goca), którzy pozostali w Moskwie. Organizacja bojowa zgładziła bolszewickiego komisarza Wołodarskiego 20 czerwca. Usiłowała także zamordować Trockiego w drodze na front wschodni; on jednak udaremnił ten plan, zmieniając w ostatniej chwili pociąg.]. Był to kolejny "dowód" w paranoicznej teorii, że reżim jest otoczony przez pierścień wrogów i że jeśli reżim ma przetrwać, trzeba toczyć z nimi nieustanną wojnę domową. Prasa bolszewicka domagała się zbiorowych odwetów. Po nakręceniu szalonej spirali pochwał dla bolszewickiego przywódcy nie trzeba było wiele, by przekształcić tę pasję w gwałtowną nienawiść do jego wrogów. Wydana 1 września w ogromnym nakładzie "Krasnaja gazieta" nadała ton:

"Będziemy bez litości zabijać naszych wrogów setkami. Niech będą ich tysiące, niech utoną we własnej krwi. Za krew Lenina i Urickiego niech leje się krew burżuazji - strumieniami, jak najszerszymi".

Peters, zastępca szefa Czeki, potępił zamach Kapłan na Lenina jako atak na klasę robotniczą i wezwał robotników do "zmiażdżenia hydry kontrrewolucji" przez zastosowanie masowego terroru. Komisarz spraw wewnętrznych rozkazał radom "natychmiast aresztować wszystkich eserowców" i brać "zakładników" en masse z grona "burżuazji i oficerów": na nich miano dokonywać egzekucji już "przy najmniejszym oporze". Był to sygnał rozpoczęcia czerwonego terroru.

*

Czerwony terror nie pojawił się znikąd. Tlił się w reżimie od początku. Kamieniew i jego zwolennicy ostrzegali partię w październiku, że burzliwe przejęcie władzy i odrzucenie przez Lenina demokracji musiało skończyć się rządami terroru. Bolszewicy byli zmuszeni uciekać się coraz częściej do prześladowań, by uciszyć swych krytyków politycznych i ujarzmić społeczeństwo, którego nie mogli kontrolować innymi środkami.

Lenin zawsze akceptował potrzebę użycia terroru dla "obrony rewolucji". Była to broń w "wojnie domowej". Oczywiście dbał o publiczne zdystansowanie się od instytucji terroru - inni umieszczali swe podpisy pod wyrokami śmierci - to zaś pomogło podsycać mit Lenina jako dobrego i łagodnego "cara", który nie ma nic wspólnego z niecnymi czynami jego opriczników. Jednak za kulisami Lenin był zagorzałym orędownikiem czerwonego terroru. 26 października 1917 roku II Zjazd Rad przyjął zaproponowaną przez Kamieniewa rezolucję zniesienia kary śmierci. Lenin był nieobecny na owym posiedzeniu, a kiedy się o tym dowiedział, wpadł w furię:

"Nonsens, jak można robić rewolucję bez plutonów egzekucyjnych? Chcecie pozbyć się wrogów, wytrącając sobie broń z ręki? Jakie mamy inne środki represji? Kto przywiązuje do tego wagę w trakcie wojny domowej?"

Lenin traktował stosowanie terroru jako środek walki klasowej z "burżuazją". Od początku skłaniał się ku masowemu terrorowi klas niższych wymierzonemu w bogatych i uprzywilejowanych, co zawierało się w haśle "Łupić łupieżców!". "Musimy pobudzać dynamikę i ludową naturę terroru", pisał w czerwcu następnego roku. Masowy terror zapewnił bolszewikom silną bazę emocjonalnego poparcia pośród tych elementów biedoty, które czerpały niejaką satysfakcję z patrzenia, jak upadają bogaci i możni, bez względu na to, czy przynosiło to jakąkolwiek poprawę ich doli. Wczesny system Czeki ukształtowały bezpośrednio lokalne inicjatywy użycia masowego terroru.

Od czasu swego powstania w listopadzie 1917 roku Czeka rozrastała się błyskawicznie. Gdy wprowadzała się do swej pierwszej głównej siedziby w Piotrogrodzie, tworzyło ją skromne grono. Jej szef Dzierżyński nosił wszystkie jej akta we własnej teczce. Lecz pod koniec marca, gdy rząd przeniósł się do Moskwy i Czeka zajęła niesławny budynek Łubianki (w którym mieściło się wcześniej towarzystwo ubezpieczeniowe Lloyda), liczyła sobie już 600 członków, a liczba personelu wzrosła w czerwcu do 1000, nie włączając wojsk bezpieczeństwa wewnętrznego. Oddziały Czeki na prowincji rozwijały się wolniej; niemniej jednak niemal wszystkie gubernie i większość powiatów miały już swoje filie Czeki we wrześniu, gdy przyszedł rozkaz rozpętania czerwonego terroru.

Czeka była państwem w państwie. W zasadzie nie istniały takie aspekty sowieckiego życia, od walki z kontrrewolucją do wydawania zaświadczeń o opłaceniu podatku za psa, którymi by się nie zajmowała. Od początku działała poza ramami prawnymi. Komisariat Sprawiedliwości na próżno walczył o podporządkowanie jej sądom. Pukanie do drzwi w środku nocy, przesłuchania i więzienie bez oskarżenia, tortury i przyspieszone egzekucje - takie były metody Czeki. Jak wyraził się jeden z jej założycieli:

"Czeka nie jest komisją śledczą, sądem ani trybunałem. Jest organem walki na wewnętrznym froncie wojny domowej... Nie sądzi, tylko uderza. Nie przeprasza, lecz niszczy wszystkich, których przyłapie po drugiej stronie barykady".

Podczas pierwszych miesięcy bolszewickiej władzy Czeka nie była tak zbrodnicza, jaka stanie się później. Pewne źródło naliczyło 884 egzekucje odnotowane w prasie między grudniem a lipcem. Obecność lewicowych eserowców - którzy wstąpili do Czeki w styczniu i pozostali w niej nawet po wystąpieniu w marcu z Sownarkomu - wywierała hamujący wpływ. Podobnie jak protesty publiczne, zwłaszcza ze strony robotników, którzy niemal zawsze potępiali terror w swych strajkowych rezolucjach. Czas, kiedy społeczeństwo żyło w strachu przed Czeka, jeszcze nie nadszedł. Weźmy na przykład słynny incydent w moskiewskim cyrku. Wyzuci z poczucia humoru czekiści poczuli się urażeni antysowieckimi żartami klauna Bim-Boma i w samym środku jego numeru wtargnęli na arenę, żeby go aresztować. Początkowo publiczność sądziła, że jest to część występu, ale Bim-Bom zaczął uciekać, a czekiści strzelili mu w plecy. Ludzie zaczęli krzyczeć, wybuchła panika. Rozeszła się wieść o strzale, dając początek publicznym potępieniom terroru Czeki. Setki osób przybyły na pogrzeb klauna, który przekształcił się w demonstrację.

W tej wczesnej fazie terroru aresztowania często bywały przypadkowe. Wynikało to z chaotycznego charakteru nowo powstałego państwa policyjnego: praktycznie każdy mógł zostać aresztowany za sprawą denuncjacji przez wroga albo kaprysu lokalnego szefa Czeki. W pierwszych miesiącach więzienia Czeki zapełniały się ludźmi wszelkiego autoramentu. Książę Lwów, aresztowany przez Czekę w Jekaterynburgu, opisał w lutym swych współwięźniów jako "niezwykle różnorodną grupkę", od książąt i księżnych po zwykłych wieśniaków. Nawet kuzyn Lenina, Wiktor Ardaszew, został aresztowany i rozstrzelany przez jekaterynburską Czekę w styczniu 1918 roku. Bolszewicki przywódca dowiedział się o tym dopiero kilka miesięcy później, kiedy nakazał urzędnikowi przekazać Ardaszewowi pozdrowienia i usłyszał, że ów został zabity. Wydaje się, że bardzo lubił kuzyna. Ale uczucie nie było odwzajemniane. Ardaszew był czołowym kadetem w Jekaterynburgu i organizował strajk urzędników administracji państwowej przeciwko rządowi Lenina.

*

W rozwoju terroru wyróżniają się dwa punkty zwrotne: rewolta lewicowej SR oraz wymordowanie carskiej rodziny.

Rebelia lewicowej SR była jednym z najbardziej farsowych epizodów w historii rewolucji. Ucieleśniała naiwność lewicowych eserowców. Jest rzeczą niezwykłą, że w decydującym momencie lewicowi eserowcy mogli obalić bolszewicki reżim; wydaje się jednak, że sukces nie był częścią ich planu. Był to nie tyle coup d'etat, ile - podobnie jak lipcowe powstanie bolszewików w 1917 roku - samobójczy akt protestu publicznego mający pobudzić masy do stawienia oporu reżimowi. Lewicowi eserowcy w żadnym momencie nawet nie rozważali przejęcia władzy. Oni tylko bawili się w rewolucję.

Idee, które w grudniu przyciągnęły lewicowych eserowców do Sownarkomu, w lutym roku następnego wydawały się wszystkie bez wyjątku mocno zagrożone. Dyktatura zdławiła wolność rad. Monopol zbożowy oraz kombiedy zdeptały interesy chłopstwa. Wolności obywatelskie odeszły precz wraz z naiwnym poglądem lewicowych eserowców, że przez przyłączenie się do bolszewików w rządzie zdołają ograniczyć nadużycia władzy. Największym wszak rozczarowaniem był traktat brzeski. Podobnie jak lewicowi komuniści, tak i lewicowi eserowcy uważali, że pokój przekształcił Rosję w wasala cesarstwa niemieckiego i że pogrzebał jedyną nadzieję na rozszerzenie socjalizmu na zachód za sprawą rewolucyjnej wojny z imperialistami. Po podpisaniu pokoju lewica SR potępiła bolszewików jako zdrajców rewolucji i wystąpiła z Sownarkomu, mimo że pozostała w komitecie wykonawczym Rady oraz, jak na ironię, w strukturach Czeki. Hrabia Mirbach, niemiecki ambasador, który przybył w drugiej połowie kwietnia, by wznowić stosunki dyplomatyczne między Berlinem a Moskwą *[Sowiecka Rosja swoją pierwszą ambasadę zagraniczną otworzyła w owym czasie w Berlinie.], stał się celem terrorystycznych pogróżek ze strony lewicowych eserowców, którzy zdecydowanie chcieli zerwać pokój.

Ich kampania głośnego sprzeciwu osiągnęła szczyt na V Zjeździe Rad, który został otwarty w Teatrze Wielkim 4 lipca. Zważywszy na wiosenny odwrót od bolszewików w radach, lewicowi eserowcy mieli delegację liczną, choć nie aż tak, jak się spodziewali, podejrzewano zatem, że bolszewicy skaptowali na zjazd swoich popleczników. Lewica SR twierdziła, że reprezentuje masy, które poparły "sowiecką rewolucję", lecz poczuły się zdradzone przez bolszewików. Dwoje głównych liderów partii, Kamkow i Spiridonowa, ostro skrytykowało politykę bolszewików. Na czele ich listy zarzutów figurował "haniebny pokój", który, jak mówili, zaprzedał ukraińskich robotników i chłopów niemieckim imperialistom. Poprzysięgli wznowić wojnę rewolucyjną i wymachiwali pięściami w stronę carskiej loży, gdzie zasiadał hrabia Mirbach.

Dwa dni później został on zamordowany. Ten akt terroru miał doprowadzić do zerwania pokoju, prowokując Niemców do napaści na Rosję. Podobnie jak bomby terrorystów XIX stulecia, miał także wzniecić powszechne powstanie przeciwko reżimowi. Decyzję o zamachu na Mirbacha podjęli lewicowi eserowcy wieczorem 4 lipca, po pierwszym posiedzeniu Zjazdu, gdy stało się jasne, że nie są w stanie uzyskać większości potrzebnej do spowodowania zmiany w proniemieckiej i antychłopskiej polityce rządu. Zgłoszone przez lewicę SR wotum nieufności dla bolszewików - które miało w założeniu zdobyć im poparcie lewicowych komunistów - zostało odrzucone i lewicowi eserowcy opuścili salę. Spiridonowa - której pomimo dystyngowanego wyglądu nie brakowało nigdy terrorystycznego zacięcia - zaplanowała morderstwo Mirbacha. Do wykonania tego krwawego czynu zwerbowała Jakowa Blumkina, czekistę z lewicowego odłamu SR, któremu odpowiednio powierzono kontrwywiad przeciwko Niemcom, oraz jego fotografa, Nikołaja Andriejewa. 6 lipca po południu zaaranżowali oni spotkanie z ambasadorem pod pretekstem omówienia sprawy hrabiego Roberta Mirbacha, uważanego za krewnego ambasadora, a aresztowanego z powodu podejrzeń o szpiegostwo. Po krótkiej rozmowie czekiści wyciągnęli rewolwery i oddali strzały. Kule chybiły, Mirbach zaczął uciekać. Ale Blumkin rzucił za nim granat, śmiertelnie go raniąc. Dwaj mężczyźni czmychnęli przez okno, Blumkin raniony kulą w nogę, i uciekli oczekującym na nich samochodem do koszar Pokrowskich, które stały się główną kwaterą powstania i gdzie stacjonował bojowy oddział Czeki, dowodzony przez Dmitrija Popowa, kolejnego czołowego członka lewicy SR w Czece. Lenina wezwano natychmiast do Ambasady Niemieckiej, by przeprosił za zamach. Nigdy w historii dyplomacji nie upokorzono w ten sposób głowy rosyjskiego państwa.

W późniejszych godzinach popołudniowych Dzierżyński udał się do koszar Pokrowskich i zażądał wydania Blumkina oraz Andriejewa w celu ich aresztowania. Tymczasem bojowy oddział Czeki aresztował jego samego i zadeklarował lojalność wobec rebelii. Buntownicy zajęli następnie główną kwaterę Czeki na Łubiance i pojmali Lacisa, uczynionego naprędce zastępcą Dzierżyńskiego. Nie była to uliczna rewolta, lecz rewolucja pałacowa w łonie Czeki: zawdzięczała wszystko nietypowemu dla bolszewików niedopatrzeniu. Lewicowym eserowcom pozwolono zająć siedem z dwudziestu miejsc w kolegium Czeki. Dzierżyński mianował lewicowego eserowca Aleksandrowicza swoim zastępcą i pozwolił mu zbudować oddział bojowy złożony wyłącznie z członków lewicowej SR. Wieczorem 6 lipca Aleksandrowicz - który według Spiridonowej nie wiedział nic o spisku na życie Mirbacha i dołączył do rewolty lewicowego odłamu SR właśnie 6 lipca - objął dowództwo nad zbuntowanym oddziałem.

W tym momencie praktycznie nic nie stało na przeszkodzie przejęciu władzy przez lewicę SR. Dysponowali 2000 dobrze uzbrojonych żołnierzy w stolicy w porównaniu z 700 wiernych reżimowi. Większość Strzelców Łotewskich, jedynych wyborowych wojsk w stolicy, na których mogli polegać bolszewicy, świętowała dzień św. Jana na polach Chodynki - miejscu masakry towarzyszącej koronacji ostatniego cara w 1896 roku - na przedmieściach stolicy. Łotysze nie mogli wrócić do Moskwy z powodu mgły, ulewnych deszczy i burz. Lenin był w stanie najwyższej paniki: podobnie jak Kiereński w październiku, nie miał wojsk do obrony swego reżimu. Vacietis, łotewski dowódca odpowiedzialny za obronę rządu, wspominał, jak został wezwany po północy na Kreml, gdzie "atmosfera przypomina linię frontu w teatrze wojny". Pierwsze pytanie Lenina brzmiało: "Towarzyszu, czy zdołamy wytrwać do rana?".

Tymczasem lewicowi eserowcy nie wykazywali żadnych chęci do wykorzystania swej wojskowej przewagi. Byli znacznie mniej zainteresowani przejęciem władzy niż wezwaniem do powszechnego powstania, by zmusić bolszewików do zmiany polityki. Lewicowi eserowcy nie mieli pojęcia, czym zakończy się takie powstanie: zdawali się na "rewolucyjną inwencję mas". Byli "poetami rewolucji" i, tak jak wszyscy poeci, w głębi serca anarchistami. W każdej fazie relacji z bolszewikami byli przez nich przechytrzani; i nawet teraz, gdy bolszewicy byli zdani na ich łaskę, lewicowi eserowcy wkrótce utracili przewagę. Zamiast pomaszerować na Kreml, liderzy lewicy SR udali się do Teatru Wielkiego, gdzie obradował Zjazd Rad. Spiridonowa wygłosiła długie i, jak zwykle, histeryczne przemówienie, potępiające bolszewicki reżim. Kiedy przemawiała, strażnicy odpowiedzialni za bezpieczeństwo na zjeździe otoczyli budynek i zablokowali wszystkie wyjścia. Delegatów bolszewickich wypuszczono, wszystkich innych zaś aresztowano. Lewica SR wpadła w pułapkę.

Jeszcze tego samego wieczoru bolszewicy odbili Łubiankę. We wczesnych godzinach porannych siły Vacietisa pokonały oddział bojowy w koszarach Pokrowskich. Wdzięczni bolszewicy nagrodzili Vacietisa kwotą 10 000 rubli oraz dowództwem frontu wschodniego: we wrześniu otrzymał dowództwo całej Armii Czerwonej. Mimo to lewicowi eserowcy zostali pokonani nie tyle przez Vacietisa, ile przez samych siebie. Jak ujął to ich partyjny towarzysz Steinberg, doznali porażki "nie dlatego, że ich przywódcom brakowało odwagi, lecz dlatego, że ich celem nie było bynajmniej obalenie rządu".

Aresztowano kilkuset buntowników. Na Aleksandrowiczu oraz dwunastu innych przywódcach oddziału bojowego wykonano 7 lipca przyspieszoną egzekucję. Większość pozostałych przywódców lewicowego odłamu SR uwięziono i osądzono w listopadzie - wziąwszy pod uwagę ówczesny klimat polityczny, dostali wyjątkowo łagodne wyroki (niektórzy bolszewicy nie chcieli ich w ogóle karać), a później zostali amnestionowani. Spiridonowa skazano na rok więzienia, a następnie amnestionowano, lecz w lutym 1919 roku aresztowano ponownie, uznano za obłąkaną i osadzono w areszcie na Kremlu. Wkrótce stamtąd zbiegła, zaskarbiwszy sobie sympatię strażników. Blumkin również zdołał uciec i przyłączył się później do bolszewików. Po nieudanym powstaniu lipcowym lewicowy odłam SR był jako partia skończony. Jego działaczy usunięto z rad i zmuszono do zejścia do podziemia. Setki uwięziono lub stracono78. Inni - którzy przeciwstawiali się lipcowemu powstaniu - odłączyli się i utworzyli nową Partię Rewolucyjnych Komunistów. Wraz z usunięciem lewicowych eserowców, którzy jako jedyni pełnili funkcję hamulca wobec bezprawia Czeki, rozpoczęła się nowa fala terroru. Jak na ironię, zważywszy na ich powiązania z Czeka, lewicowi eserowcy padli jej pierwszymi ofiarami.

*

Po abdykacji w marcu 1917 roku Mikołaj Romanow (tak bowiem go teraz nazywano) przebywał wraz ze swoją rodziną oraz świtą w areszcie domowym (a raczej pałacowym) w Carskim Siole. Oprócz ograniczenia poruszania się nie cierpieli zbyt wielu niedostatków: nie ujawniano prasie ogromnych kosztów ich wyżywienia i utrzymania z obawy przed wywołaniem publicznego oburzenia. Ich życie w owych miesiącach przypominało długie edwardiańskie przyjęcie domowe - z tą jedynie różnicą, że "gości domowych" umieszczono w określonych pokojach, a zamiast normalnych polowań musieli ograniczyć swe zajęcia do krótkiego spaceru po ogrodzie pod okiem strażników.

Mikołaj nie zdradzał żadnych oznak tęsknoty za władzą. Z jego dzienników można wywnioskować, że przeżył wtedy jedne z najszczęśliwszych dni w całym swoim życiu. Uwolniony od brzemienia urzędu, które dźwigał zawsze z bólem serca, mógł swobodnie pędzić prywatne życie burżuazji, którego zawsze łaknął. Kiereński, który kilkakrotnie odwiedzał byłego cara w Carskim Siole (caryca uparcie nazywała go Kiedryńskim), pisał później, że "wszyscy ci, którzy obserwowali go w tamtej niewoli, twierdzili jednogłośnie, że Mikołaj II wydawał się ogólnie bardzo zrównoważony i sprawiał wrażenie zadowolonego z nowego stylu życia. Zdawało się, jak gdyby spadł mu z ramion wielki ciężar i doznał ogromnej ulgi". Mikołaj wypełniał spokojne dni w otoczeniu rodziny grą w domino, głośnym czytaniem Hrabiego Monte Christo, pracą w ogrodzie, wiosłowaniem, grą w tenisa i modlitwą. Nigdy wcześniej tak dobrze nie sypiał.

Pierwszy etap niewoli dobiegł końca w połowie sierpnia, kiedy to carską rodzinę ewakuowano do syberyjskiego miasta Tobolsk. Kiereński obawiał się o ich bezpieczeństwo osobiste. Od zawsze istniała bardzo realna groźba, że rozjuszony motłoch wtargnie do pałacu i dokona okrutnej zemsty na byłym carze: do jednej takiej próby podjętej przez żołnierzy z Piotrogrodu doszło już w marcu. Po wydarzeniach lipcowych ryzyko zdawało się wzrastać. Pierwotnie planowano wysłać cara i jego rodzinę do Anglii, dokąd Jerzy V, kuzyn Mikołaja, zapraszał go w marcu. Ale Rada Piotrogrodzka kategorycznie sprzeciwiła się temu pomysłowi, nalegając, by byłego cara uwięzić w Twierdzy Pietropawłowskiej. Ponadto Jerzy V cofnął swoje zaproszenie z obawy przed zrażeniem Partii Pracy, choć ów fakt był dość długo ukrywany przez zawstydzonych Windsorów *[Może się wydawać, że podtrzymywana przez następne siedemdziesiąt pięć lat odmowa brytyjskiej rodziny królewskiej do złożenia wizyty w Rosji z powodu zamordowania Romanowów zawiera dużą dozę typowej brytyjskiej hipokryzji.]. Postanowiono zatem wywieźć ich do Tobolska, prowincjonalnego zaścianka z dala od wpływów rewolucji, gdzie zamieszkali w dość komfortowym domu dawnego gubernatora. Oprócz licznych dam i dżentelmenów z carskiej świty rodzinie cara towarzyszyli dwaj pokojowi, sześć pokojówek, dziesięciu lokajów, trzech kucharzy, czterech pomocników kucharzy, kamerdyner, sommelier, pielęgniarka, sekretarz, fryzjer oraz dwa spaniele81.

Sytuacja rodziny królewskiej pogorszyła się w pierwszych miesiącach 1918 roku. Dostrzegli to w rosnącej nieuprzejmości strażników, wzmożonych ograniczeniach poruszania się oraz zniknięciu luksusów, takich jak masło i kawa, które do tej pory uważali za rzecz oczywistą. Zmiany wiązały się z rozwojem wydarzeń w pobliskim mieście przemysłowym, Jekaterynburgu. Na Zjeździe Rad regionu uralskiego, jaki odbył się tam w lutym, wybrano bolszewickie prezydium, któremu przewodził Filipp Gołoszczokin, zaprawiony w bojach bolszewik i przyjaciel Jakowa Swierdłowa. Bolszewicy Jekaterynburga słynęli z radykalizmu. Wrogo ustosunkowywali się do relatywnego komfortu, w jakim przetrzymywano dotąd cara, i byli zdecydowani doprowadzić do przeniesienia go pod ich kontrolę - niektórzy z myślą o jego uwięzieniu, inni z myślą o egzekucji.

Gołoszczokin błagał Swierdłowa o przekazanie mu cara, twierdząc, że w Tobolsku istnieje większe ryzyko jego ucieczki. Krążyły pogłoski o rozmaitych monarchistycznych spiskach - po części prawdziwe, po części domniemane, po części wyssane z palca - oswobodzenia carskiej rodziny. Swierdłow nie odmówił - z uralskimi bolszewikami się nie zadzierało - ale w rzeczywistości istniał tajny plan zlecony przez Komitet Centralny, by sprowadzić cara z powrotem do Moskwy, gdzie Trocki szykował wielki pokazowy proces w stylu procesu Ludwika XVI, ze sobą w roli głównego oskarżyciela. Trocki proponował "jawną rozprawę, która odsłoniłaby pełny obraz rządów (politykę chłopską, robotniczą, narodowościową, kulturalną, dwie wojny itd.). Przebieg postępowania radio transmitowałoby dla całego narodu; we wsiach codziennie odczytywano by i komentowano bieżące relacje z toku rozprawy".

Z myślą o tym Swierdłow rozkazał na początku kwietnia komisarzowi Wasilijowi Jakowlewowi sprowadzić do Moskwy Mikołaja oraz, jeśli to możliwe, resztę jego rodziny, żywych *[Jeszcze do niedawna rola Jakowlewa była owiana pewną tajemnicą. Dowodzono, że zarówno pracował dla bolszewików, jak i że był tajnym agentem białych, planującym ocalić carską rodzinę. Nowe dowody bezdyskusyjnie sytuują go w roli agenta Moskwy, choć prawdą jest, że w lipcu, gdy dowodził 2. Armią Czerwoną na froncie wschodnim, przeszedł na stronę białych.]. Jakowlewowi nakazano podróżować przez Jekaterynburg, by nie wzbudzać podejrzeń tamtejszych bolszewików, którzy porwaliby i zgładzili byłego cara, gdyby tylko poznali prawdziwy charakter misji Jakowlewa. I rzeczywiście, Rada regionu uralskiego przyjęła w kwietniu rezolucję potwierdzającą te obawy; Zasławski, jeden z jekaterynburskich komisarzy, przygotował zasadzkę, by uprowadzić cara. "Nie powinniśmy trwonić naszego czasu na Romanowów - powiedział Zasławski do Jakowlewa, gdy ów przybył do Tobolska - powinniśmy z nimi skończyć".

Podróż z Tobolska do Jekaterynburga miała obfitować w niebezpieczeństwa. Zaczynały się wiosenne roztopy zalewające drogi; carewicz, u którego stwierdzono ostatnimi czasy nawrót hemofilii, był zbyt chory, by ruszać w drogę. Jakowlew otrzymał z Moskwy polecenie, by zostawić resztę rodziny i zabrać tylko byłego cara. Lecz Aleksandra nie dopuściła do rozdzielenia jej z Mikołajem *[Carska para obawiała się, że Mikołaja zawiozą do Moskwy i zmuszą do podpisania pokoju brzeskiego. Fakt, że wierzyli, iż bolszewicy potrzebują czy też chcą jego podpisu, świadczy w znamienny sposób o ich całkowitym oderwaniu od politycznych realiów.], i w rezultacie para wyruszyła razem bez czworga dzieci (które dojechały później) odkrytymi wozami w stronę Tiumeni, najbliższej stacji węzłowej odległej o 270 kilometrów. Po drodze mijali Pokrowskoje, rodzinną wieś Rasputina. Aleksandra zanotowała w dzienniku: "Staliśmy długo przed domem naszego przyjaciela, widzieliśmy, jak jego rodzina i przyjaciele patrzą na nas, wyglądając przez okna".

Gdy już wsiedli w Tiumeni do pociągu, Jakowlew nabrał podejrzeń wobec lokalnych bolszewików. Doszły go słuchy, że oddział kawalerii planuje napaść na pociąg w drodze do Jekaterynburga i uprowadzić jego carskich podopiecznych - "ładunek", jak nazywano ich w szyfrowanych wiadomościach przesyłanych do Moskwy. Wybrał więc okrężną trasę na wschód przez Omsk. Wzmogło to podejrzenia jekaterynburskich bolszewików, że Jakowlew zamierza ocalić cara, być może wywieźć go do Japonii. Rozpętała się walka na telegramy, słane i przez Jakowlewa, i przez Gołoszczokina, nakłaniające Swierdłowa w Moskwie do przydzielenia każdemu z nich wyłącznej kontroli nad byłym carem. Tym razem Swierdłow powierzył ją Gołoszczokinowi, rozkazując Jakowlewowi zawrócić i udać się do Jekaterynburga. Wydaje się, że zapewnienia Gołoszczokina, że carskiej parze nie spadnie włos z głowy, przekonały Swierdłowa, który pozwolił wreszcie temu potężnemu przywódcy partii dopiąć swego. "Doszedłem do porozumienia z Uralcami - depeszował Swierdłow do Jakowlewa. - Podjęli kroki i dali gwarancje". Jakowlew nie protestował, ostrzegł jednak proroczo, że jeśli były car trafi do Jekaterynburga, prawdopodobnie nie wyjedzie stamtąd żywy. Swierdłow nie odpowiedział.

Carska para przybyła do Jekaterynburga 30 kwietnia (pozostała część rodziny wyjechała 23 maja). Na stacji przywitał ich agresywnie zachowujący się tłum. Umieszczono ich w dużym białym domu zarekwirowanym dzień wcześniej Nikołajowi Ipatjewowi, emerytowanemu przedsiębiorcy. Bolszewicy nazwali go Domem Specjalnego Przeznaczenia - i właśnie w nim Romanowowie dokonają żywota. W środku panował surowy i upokarzający reżim. Wokół budynku wzniesiono wysokie ogrodzenie, by nie dopuścić do kontaktu cara ze światem zewnętrznym. Później zamalowano okna. Strażnicy zachowywali się nieprzyjaźnie. Towarzyszyli carycy i jej córkom do toalety; bazgrali na ścianach sprośności; wykradali rzeczy osobiste więźniów złożone w ogrodowej szopie. Poza posiłkami więźniowie tkwili zamknięci w swych pokojach. Dla skrócenia sobie czasu Mikołaj po raz pierwszy w życiu przeczytał Wojnę i pokój.

Decyzja o egzekucji przetrzymywanych Romanowów zapadła w pierwszym tygodniu lipca. Aż do swego ostatecznego upadku sowiecki reżim uparcie trwał na stanowisku, że morderstwa dokonano z wyłącznej inicjatywy bolszewików z Jekaterynburga. Lecz dowody archiwalne, jakie od tamtego czasu ujrzały światło dzienne, wskazują ponad wszelką wątpliwość, że rozkaz nadszedł od kierownictwa partii w Moskwie. Zachód dowiedział się o tym z zapisu w dzienniku Trockiego z 1935 roku, w którym wspominał rozmowę ze Swierdłowem, przeprowadzoną krótko przed morderstwem:

"Rozmawiając ze Swierdłowem, spytałem mimochodem: 'No tak, a gdzie car?' 'Już po nim', odparł. 'Zastrzelony'. 'A gdzie rodzina?' 'Rodzina razem z nim'. 'Cała?', spytałem, najwyraźniej z nutą zaskoczenia. 'Cała', potwierdził Swierdłow. 'Dlaczego?' Czekał na moją reakcję. Nie odezwałem się. 'A kto o tym zdecydował?', dociekałem. 'My podjęliśmy tutaj decyzję. Iljicz [Lenin] uważał, że nie powinniśmy zostawiać białym żywego sztandaru, zwłaszcza w obecnych trudnych okolicznościach...' Nie zadawałem więcej pytań i uznałem sprawę za zamkniętą".

Nowe dowody archiwalne jedynie uzupełniają szczegóły. Gołoszczokin przybył do Moskwy pod koniec czerwca na V Zjazd Rad. Jego poglądy, że Romanowów należy zgładzić, były powszechnie znane. Odbyła się narada z Leninem i pomysł w zasadzie zatwierdzono, nie ustalając konkretnej daty. Powróciwszy do Jekaterynburga, Gołoszczokin wysłał 16 lipca zaszyfrowany telegram do Swierdłowa i Lenina przez Zinowjewa, informując, że "z uwagi na okoliczności wojskowe" trzeba przeprowadzić egzekucję bez dalszej zwłoki. Miasto otoczył Korpus Czechosłowacki, a mając do dyspozycji zaledwie kilkuset czerwonogwardzistów, lokalni bolszewicy nie widzieli szans na bezpieczną ewakuację carskiej rodziny. W godzinach późniejszych tego samego dnia Moskwa potwierdziła, że egzekucja ma się odbyć natychmiast. Potwierdzenie równie dobrze mogło przyjść od samego Lenina.

Dlaczego bolszewicy zmienili zdanie i dokonali mordu, uchylając wcześniejszą decyzję o postawieniu Mikołaja w Moskwie przed sądem? Względy militarne były z pewnością jak najbardziej realne, wbrew opiniom wielu historyków. Czesi zdobyli Jekaterynburg 25 lipca, osiem dni po morderstwie, ale z łatwością mogli to uczynić kilka dni wcześniej, ponieważ miasto było otoczone i dysponowali znacznie większymi siłami niż czerwoni. Wątpliwe jednak, by oni lub biali pragnęli uczynić taką żałosną i skompromitowaną postać jak Mikołaj swoim "żywym sztandarem". Car jako ofiara męczeńskiej śmierci byłby dla nich bardziej przydatny niż żywy władca, który poniósł polityczną śmierć. Zarówno Denikin, jak i Kołczak mieli wystarczająco dużo inteligencji, by zdawać sobie sprawę, że wskrzeszenie monarchii po 1917 roku nie wchodzi w rachubę, choć obydwaj mieli w gronie swych doradców monarchistów. Być może bolszewicy tego nie rozumieli. Być może padli ofiarą własnej propagandy, że wszyscy biali bez wyjątku są monarchistami.

Tak czy owak, nie ulega wątpliwości, że morderstwa dokonano również z innych powodów. Na tym etapie rozwoju wydarzeń przywódcy partii zastanawiali się nad sensownością procesu. Nie z powodu istnienia jakichkolwiek perspektyw uznania byłego cara za niewinnego. Trocki był mistrzem procesu politycznego, czego dowiódł na własnym procesie w 1906 roku, i bez wątpienia wykazałby z błyskotliwą logiką, że Mikołaj jako autokrata uzurpujący sobie prawo do rządów osobistych jest odpowiedzialny za zbrodnie reżimu. Nie było również żadnych szans, by zrobiono ukłon prawny wobec byłego cara, przydzielając mu zdolnych adwokatów: rosyjscy prawnicy, którzy mogliby być odpowiednikami Malesherbes'a i de Seze'a - adwokatów Ludwika XVI - przebywali wówczas w więzieniach albo na emigracji. Chodziło raczej o bardziej podstawowy problem - podniesiony przez Saint-Justa jako argument przeciwko procesowi Ludwika - jakoby sam fakt postawienia obalonego monarchy przed sądem zakładał możliwość jego niewinności. W tym zaś wypadku można by było podawać w wątpliwość moralną zasadność rewolucji. Postawienie Mikołaja przed sądem byłoby zarazem postawieniem przed sądem bolszewików. W momencie zrozumienia tego faktu dokonało się przejście od świata prawa do świat terroru. Ostatecznie nie chodziło o udowodnienie winy byłego cara - przecież, jak wyraził się Saint-Just, "nie można rządzić niewinnie" - lecz o wyeliminowanie go jako konkurencyjnego źródła prawowitej władzy. Mikołaj musiał zginąć, ażeby mogła istnieć władza sowiecka.

4 lipca lokalna Czeka przejęła odpowiedzialność za pilnowanie Romanowów w domu Ipatjewa. Jakow Jurowski, lokalny szef Czeki, który dowodził plutonem egzekucyjnym, należał do najbardziej zaufanych pomocników Lenina - bezwzględny, uczciwy, inteligentny i okrutny. Jego brat powiedział, że "lubił gnębić ludzi". Morderca cara był także Żydem - za co Żydom przyjdzie w przyszłości zapłacić. W noc mordu, z 16 na 17 lipca, około wpół do drugiej Jurowski zbudził carskiego lekarza i rozkazał mu obudzić resztę więźniów. O godzinie drugiej wszystkich jedenaścioro sprowadzono po schodach do piwnicy. Mikołaj niósł carewicza, za nim szła caryca z córkami, carski lekarz oraz reszta świty. Anastazja niosła spaniela wabiącego się Jemmy. Na ich żądanie przyniesiono dwa krzesła dla carycy i Aleksego, który dochodził do siebie po ostatnim krwotoku. Żadna z osób nie wydawała się świadoma tego, co ma nastąpić: powiedziano im, że w mieście doszło do strzelaniny i bezpieczniej będzie w piwnicy. Po kilku minutach do piwnicy wkroczył Jurowski z plutonem egzekucyjnym - złożonym z sześciu Węgrów, zwykle przedstawianych jako "Łotysze", oraz pięciu Rosjan. Każdemu przydzielono zastrzelenie konkretnej ofiary, kiedy jednak weszli do pomieszczenia, okazało się, że nie stoją przed właściwymi osobami, w dodatku pomieszczenie jest tak ciasne, że mordercy i ich ofiary praktycznie depczą sobie po palcach, zatem wprowadzenie pewnych zmian okazało się koniecznością: i właśnie to wywołało zamieszanie. Jurowski odczytał rozkaz rozstrzelania Romanowów. Mikołaj prosił o powtórzenie: jego ostatnie słowa brzmiały "Co? Co?". Następnie zaczęły padać strzały. Jurowski zastrzelił Mikołaja z bliska, z colta. Caryca także zginęła natychmiast. Kule odbijały się rykoszetem od ścian pomieszczenia, które wypełniło się dymem. Gdy po kilku minutach strzały ucichły, Aleksy leżał żywy w kałuży krwi: Jurowski dobił go dwoma strzałami w głowę. Anastazję, która także zdradzała oznaki życia, ugodzono kilkakrotnie bagnetem.

Wziąwszy pod uwagę wszystkie wyciągnięte na światło dzienne dowody, jest nie do pomyślenia, by którykolwiek z Romanowów przetrwał tę próbę ogniową *[Na pewno ocalał jedynie spaniel.]. Po morderstwie ciała wywieziono na ciężarówce i wrzucono do kilku pobliskich szybów kopalnianych. Okazały się zbyt płytkie, by ukryć zwłoki, toteż następnego dnia zostały stamtąd usunięte. Lecz w drodze do głębszych szybów ciężarówka ugrzęzła w błocie, postanowiono więc pogrzebać ciała w ziemi. Twarze oblano kwasem siarkowym, by ukryć tożsamość rozstrzelanych na wypadek, gdyby zostały odnalezione. Okazało się to niepotrzebne - i nieskuteczne. Groby odkryto dopiero po upadku sowieckiego reżimu. Wtedy analiza DNA kości sprowadzonych w 1992 roku do Wielkiej Brytanii wystarczyła, by ustalić poza wszelką wątpliwość, że należą do Romanowów.

Wieść o egzekucji dotarła do Lenina następnego dnia podczas posiedzenia Sownarkomu. Komisarze ludowi byli pochłonięci szczegółową dyskusją nad projektem dekretu o ochronie zdrowia, gdy Swierdłow wszedł z nowiną. Krótki komunikat o śmierci cara przyjęto ogólnym milczeniem. Potem Lenin rzekł: "Teraz przystąpimy do odczytania projektu artykuł po artykule".

Oficjalne zawiadomienie pojawiło się w "Izwiestiach" 19 lipca. Wzmiankowało jedynie o śmierci byłego cara i stwierdzało, że "żona oraz syn Mikołaja Romanowa zostali odesłani w bezpieczne miejsce". Wydawało się, że bolszewicy bali się przyznać do zamordowania dzieci i służby - niewinnych wszak ludzi - żeby nie stracić przez to publicznej sympatii. W rzeczywistości reakcja społeczna była niesłychanie powściągliwa. "Ludność Moskwy przyjęła wiadomość ze zdumiewającą obojętnością", odnotował Lockhart. Pogłoski, że zamordowano także pozostałych członków rodziny, wywołały pewne emocje. Wzburzeni byli tylko monarchiści. Brusiłow, w sercu monarchista, republikanin tylko w sferze intelektu, nie chciał dać wiary plotkom i każdego wieczora modlił się o "zaginionych Romanowów". Kłamstwo podtrzymywano aż do 1926 roku, kiedy to wydana w Paryżu książka N.A. Sokołowa Ubijstwo carskoj siemi, oparta na wnioskach powołanej przez Kołczaka komisji, nie pozwoliła dłużej przy nim trwać. Tymczasem jednak narodziła się legenda, że być może nie wszyscy Romanowowie zginęli. Ta legenda żyje do dziś, pomimo ogromnego ciężaru dowodów świadczących przeciwko niej. A wszystko to pokazuje jedynie, że fikcja jest bardziej popularna - oraz bardziej opłacalna - niż historia.

Dlaczego zamordowanie Romanowów nabrało takiego znaczenia w historii rewolucji? Można by rzec, że to tylko garstka osób, podczas gdy rewolucja dotyczy milionów. Taki argument przytaczają marksistowscy historycy, skłaniający się do traktowania tego wydarzenia jako mało istotnego epizodu towarzyszącego głównym wypadkom. Edward H. Carr poświęcił mu na przykład tylko jedno zdanie w trzytomowej historii rewolucji. W ten sposób pomija się jednak głębsze znaczenie morderstwa. Stanowiło ono deklarację terroru. Oświadczenie, że od tej pory jednostki nie będą się liczyć w wojnie domowej ani trochę. Trocki oznajmił niegdyś: "Musimy raz na zawsze położyć kres całemu temu papistowsko-kwakrowskiemu bełkotowi o świętości ludzkiego życia". I to właśnie uczyniła Czeka. Wkrótce po morderstwie Dzierżyński powiedział prasie:

"Czeka stoi na straży rewolucji, tak jak Armia Czerwona; tak jak w wojnie domowej Armia Czerwona nie może zatrzymać się, by spytać, czy mogłaby wyrządzić krzywdę konkretnym jednostkom, bo musi zważać tylko na jedną rzecz, zwycięstwo rewolucji nad burżuazją, tak Czeka musi bronić rewolucji i pokonywać wroga, nawet jeśli jej miecz miałby spadać od czasu do czasu na głowy niewinnych".

Po egzekucji byłego cara bolszewicy wymordowali pozostałych Romanowów *[Wielki książę Michał, brat Mikołaja, został stracony w czerwcu.]. Sześciu członków dawnej dynastii zamordowano następnej nocy w Ałapajewsku na północnym Uralu. W pewnym sensie ich śmierć była jedynie okruchem czerwonego terroru.

*

Jednym z najbardziej zatrważających aspektów terroru była jego przypadkowość. Pukanie do drzwi w środku nocy mogło obudzić niemal każdego. Bolszewicy usprawiedliwiali terror jako wojnę domową przeciwko kontrrewolucji. Jednak nigdy jasno nie określili, kim owi "kontrrewolucjoniści" byli. W istocie, ponieważ motorem terroru był paranoiczny lęk reżimu, że otaczają go wrogowie współdziałający ze sobą w celu jego obalenia - wedle tego poglądu spisku Kapłan nie można było oddzielić od opozycji mienszewików i eserowców, reakcji białogwardzistów, interwencji sojuszników, powstania Sawinkowa w Jarosławiu *[Boris Sawinkow, wiceminister wojny w rządzie Kiereńskiego z okresu afery Korniłowa, stanął 6 lipca na czele powstania oficerów w mieście Jarosław na północ od Moskwy. Rewolta zyskała poparcie miejscowych robotników i chłopów i rozszerzyła się chwilowo na sąsiednie miasta Murom i Rybińsk. Sowieckie wojska odzyskały Jarosław 21 lipca. Zastrzeliły 350 oficerów i cywili w odwecie za rewoltę, która była rzekomo wspólnym dziełem eserowców, białogwardzistów, Czechów i sojuszników. Podziemna organizacja Sawinkowa, Związek Obrony Ojczyzny i Wolności, miała powiązania z Centrum Narodowym w Moskwie, które wspierało Armię Ochotniczą. Otrzymywała pieniądze także od Czechów i aliantów, którzy łudzili się, że jedynym celem Sawinkowa jest zebranie nowej rosyjskiej armii w celu wznowienia wojny przeciwko mocarstwom centralnym. Nie ma dowodów łączących sojuszników z przygotowanym przez Sawinkowa spiskiem obalenia bolszewików.], chłopskich powstań i strajków robotniczych - za "kontrrewolucjonistę" mógł uchodzić praktycznie każdy. W tym sensie terror był wojną reżimu przeciwko ogółowi społeczeństwa - środkiem wymuszenia na nim posłuszeństwa. "Terror - pisał Engels - to niepotrzebne okrucieństwa popełniane przez przerażonych ludzi".

Objazd po więzieniach Czeki ujawniłby ogromną różnorodność przetrzymywanych tam osób. Jeden z byłych więźniów moskiewskiej Butyrki wspominał, że widywał tam polityków, byłych sędziów, kupców, handlowców, urzędników, prostytutki, dzieci *[Rządowa kontrola moskiewskich więzień z marca 1920 r. wykazała, że dzieci w wieku do siedemnastu lat stanowiły 5 procent więźniów ("Izwiestia gosudarstwiennowo kontrola", 4, 1920: 7-10).], duchownych, profesorów, studentów, poetów, dysydenckich robotników i chłopów - krótko mówiąc, cały przekrój społeczeństwa. Piotrogrodzka poetka Gippius pisała, że "nie było dosłownie rodziny, w której ktoś nie siedziałby w więzieniu, nie został wywieziony bądź nie zniknął bez śladu" w wyniku działań czerwonego terroru, a w kręgach, w których się obracała, z pewnością była to prawda.

Ofiarami Czeki padło wielu "burżuazyjnych zakładników" zgarniętych bez postawienia jakichkolwiek zarzutów, których w każdej chwili mogła czekać przyspieszona egzekucja, rzekomo za popełnienie jakiegoś czynu kontrrewolucyjnego. Oczywiście większość z nich nawet nie należała do burżuazji. Obławy były na to zbyt pospieszne, czasem polegały po prostu na przypadkowych aresztowaniach ludzi na odcinku ulicy zablokowanym z obu końców przez straż Czeki. Ludzi aresztowano za sam fakt przebywania w pobliżu sceny "burżuazyjnej prowokacji" (np. strzelaniny lub przestępstwa); albo za to, że byli krewnymi i znajomymi "burżuazyjnych" podejrzanych. Pewnego starszego mężczyznę aresztowano, ponieważ podczas ogólnego nalotu Czeka znalazła przy nim fotografię mężczyzny w dworskim mundurze: było to zdjęcie zmarłego krewnego zrobione w latach siedemdziesiątych XIX wieku. Wiele osób wtrącano do więzień, ponieważ ktoś (jeden ktoś wystarczał) zadenuncjował ich jako "burżuazyjnych kontrrewolucjonistów". Takie denuncjacje wynikały często z drobnych porachunków albo zemsty. Na przykład Jakowa Choelsona, inspektora wojskowego, aresztowano w listopadzie, gdy dwaj ludzie wcisnęli się przed niego w kolejce do moskiewskiej opery. Krzyknęli "prowokacja!" i poskarżyli się odźwiernemu, że Choelson i dwaj inni wepchnęli się do kolejki. Wezwano Czekę i aresztowano Choelsona. Nikołaj Koczargin, drobny urzędnik, został aresztowany w tym samym miesiącu po kłótni z kolegą z pracy, który oddał mu dług w fałszywych bonach. Koczargin poszedł na skargę do Czeki - a już następnego dnia został aresztowany, ponieważ jego dłużnik zadenuncjował go jako handlarza sfałszowanymi bonami.

Do arbitralnych aresztowań dochodziło często zwłaszcza na prowincji, gdzie miejscowi szefowie Czeki byli "panami na włościach" toczącymi własne domowe wojny terroru. Zalecana przez Lenina zasada - że lepiej aresztować setkę niewinnych osób, niż ryzykować pozostawienie na wolności jednego wroga reżimu - zagwarantowała, że masowe i ślepe aresztowania stały się częścią systemu. Pieszechonow, więziony na Łubiance minister aprowizacji w rządzie Kiereńskiego, wspominał rozmowę ze współwięźniem, związkowcem z Włodzimierza, który nie mógł pojąć, dlaczego go aresztowano. Jedyne, co zrobił, to przyjechał do Moskwy i zameldował się w hotelu. "Jak się nazywasz" - spytał inny więzień. "Smirnow" - odparł, a jest to jedno z najpopularniejszych rosyjskich nazwisk. "W takim razie przyczyną aresztowania było twoje nazwisko - rzekł mężczyzna, podchodząc do nas. - Pozwólcie, że się przedstawię. Ja też nazywam się Smirnow i jestem z Kaługi. Na Tagance było nas siedmiu Smirnowów, a mówili, że w Butyrce jest dużo więcej... Na Tagance dowiedzieli się jakimś cudem, że pewien Smirnow, bolszewik z Kazania, znikł z dużą sumą pieniędzy. Powiadomiono Moskwę, wydano milicji rozkaz aresztowania wszystkich przybywających do Moskwy Smirnowów i wysyłania ich do Czeki. Usiłują złapać Smirnowa z Kazania". "Ale ja nigdy nie byłem w Kazaniu" - zaprotestował Władimir Smirnow. "Ani ja - odparł ten z Kaługi. - Nie jestem nawet bolszewikiem, i nie mam zamiaru nim zostać. Ale siedzę".

Lektura listów pisanych przez rodziny ofiar reżimu do Dzierżyńskiego pozwala lepiej pojąć ludzki dramat kryjący się za każdym aresztowaniem. Jelena Moszkina napisała taki list 5 listopada. Jej męża Wołodię, lat dwadzieścia siedem, inżyniera w moskiewskiej Radzie, uwięziono w Butyrce jako "burżuazyjnego zakładnika", twierdzono bowiem, że należy do Związku Właścicieli Domów. Moszkin wstąpił do Związku w imieniu swojej matki, lecz jej dom został sprzedany w 1911 roku, on sam zaś ze Związku wystąpił. Jelena błagała o możliwość zamienienia się z nim na odsiadkę, ponieważ mieli na utrzymaniu dwoje małych dzieci i tylko jedną pensję Wołodii na życie. Nie byli w stanie zapłacić 5000 rubli okupu żądanego przez miejscowego szefa Czeki, który przyznał, że nie ma żadnych dowodów obciążających jej męża i że jest on po prostu "zakładnikiem bogaczy". List Moszkiny nie zdał się na nic: opatrzono go skreśloną czerwonym ołówkiem adnotacją "do archiwum".

Lubow Kuropatkina napisała do Dzierżyńskiego 18 listopada. Jej męża Pawła uwięziono w Pskowie jako "burżuazyjnego zakładnika". Żołnierze jego pułku dwukrotnie wybierali go na swego oficera, raz po lutym i raz po październiku, mimo jego carskiego stopnia kaprala i niemłodego wieku (sześćdziesiąt osiem lat). Po przejęciu przez bolszewików władzy poprowadził pułk na Wzgórza Pułkowskie przeciw wojskom Kiereńskiego. Za to żołnierze pozwolili mu zachować oszczędności, 50 000 rubli, które ofiarował następnie Radzie w Krasnym Siole. W kwietniu 1918 roku Kuropatkin zapadł na malarię i małżonkowie wyjechali na wieś w pobliżu Pskowa, by uprawiać tam niewielki skrawek ziemi z przydziału. Kuropatkina aresztowano przed pierwszymi zbiorami, a jego żona, zdana na samą siebie, musiała wyżywić siedmioro dzieci oraz ojca w mocno podeszłym wieku. Miała dwóch dorosłych synów w Armii Czerwonej oraz trzeciego, który zaginął na Węgrzech jako jeniec wojenny. "Sama jestem od zawsze wątłego zdrowia, nie mogę wykonywać pracy fizycznej, a ciągła troska o bezpieczeństwo męża jeszcze bardziej nadszarpnęła moje siły. Nie mogę jeździć sześćdziesiąt wiorst do więzienia w Chełmie, by go odwiedzać". Jej list także oznaczono adnotacją "do archiwum".

Nadieżda Brusiłowa to kolejna autorka listów do Dzierżyńskiego. Brusiłowa aresztowano 13 sierpnia chwilę po północy i uwięziono na Łubiance. Jego mieszkanie musiało być obserwowane, ponieważ wcześniej tego samego wieczoru podeszło do niego dwóch agentów Komuczu, którzy oferowali mu dużą sumę pieniędzy, by pojechał z nimi do Samary i pomógł w dowodzeniu nowo powstałą Armią Ludową. Brusiłow odmówił; ale to nie uchroniło go przed aresztowaniem (a agentów Komuczu przed rozstrzelaniem). Podczas nalotu czekiści skonfiskowali wszystkie medale Brusiłowa: musiał przeżywać katusze, tracąc te ostatnie cząstki swojej przeszłości. Brusiłowowi nie postawiono nigdy zarzutów. Nadieżdzie powiedziano, że nie został nawet aresztowany, a jedynie "wsadzony do więzienia", by nie wpadł w ręce przeciwników reżimu. "Jego nazwisko jest zbyt popularne", rzekł pewien czekista do Nadieżdy. Dzierżyński osobiście wyjaśniał Brusiłowowi, że został zatrzymany, ponieważ mają "dowód", że Lockhart planuje dokonać w Moskwie zamachu stanu i ogłosić generała "dyktatorem". Brusiłow odparł, że nie spotkał się nigdy z brytyjskim agentem, na co Dzierżyński przyznał szczerze: "Wszystko jedno, nie możemy ryzykować, ludzie poszliby za waszym nazwiskiem" *[Brat Brusiłowa, Boris, został podówczas również aresztowany, wraz z trzema innymi członkami rodziny. Byli "zakładnikami" i mieli zostać rozstrzelani, gdyby Brusiłow przyłączył się do antybolszewików. Boris był wtedy chory na grypę, zabrano go dosłownie prosto z łóżka. Zmarł w więzieniu kilka dni po aresztowaniu, nie otrzymawszy żadnej pomocy lekarskiej.]. Kiedy Brusiłow zapytał, co mógłby zrobić, by przyspieszyć swoje uwolnienie, otrzymał od przywódcy Czeki równie szczerą odpowiedź, jak uprzednio: "Napisać wspomnienia o dawnej armii i zelżyć stary reżim". Starego generała wypuszczono w październiku i umieszczono w areszcie domowym. Miarą cierpienia, jakiego musiał zaznać, pozbawiony wszelkich medykamentów do leczenia rannej nogi, jest fakt, że nawet ów wielki patriota błagał, by pozwolono mu wyemigrować z rodziną z Rosji i osiąść w "jakimś neutralnym kraju".

Warunki w więzieniach Czeki były zasadniczo znacznie gorsze niż w jakimkolwiek carskim więzieniu. Rządowa inspekcja przeprowadzona w moskiewskim więzieniu na Tagance w październiku 1918 roku ujawniła na przykład przeludnione cele, brak wody, rażąco skąpe racje żywnościowe i niedostateczne ogrzewanie oraz ścieki zrzucane wprost na podwórze. Niemal połowa z 1500 więźniów cierpiała na przewlekłe choroby, w tym 10 procent na tyfus. W celach natrafiano na zwłoki. Twierdza Pietropawłowska, wielki symbol carskiego państwa więziennego, stała się teraz miejscem jeszcze bardziej złowrogim. Mienszewik Dan, którego więziono tam w 1896 roku, znalazł się kolejny raz za kratami twierdzy w 1921 roku. Podczas gdy dawniej w celi przebywał jeden więzień, teraz było ich dwóch lub trzech; po raz pierwszy więziono również kobiety. Dan był wraz z setkami współwięźniów przetrzymywany w piwnicy, zajmowanej poprzednio przez magazyny żywności. Każdą maleńką celę dzieliły ze sobą cztery osoby. Ściany "ociekały wilgocią", nie było światła, a więźniów karmionych tylko raz dziennie nigdy nie wypuszczano, by mogli zażyć ruchu. W porównaniu ze stanem obecnym dawny więzienny reżim w twierdzy wydawał się wakacyjnym obozem. Przed rokiem 1917 większości więźniów pozwalano na otrzymywanie od rodzin jedzenia i papierosów, ubrań, książek i listów.

Wiele spośród cieszących się fatalną sławą metod Czeka zapożyczyła od carskiej policji. Wykorzystywanie prowokatorów, kapusiów, stosowanie tortur w celu wymuszenia zeznań oraz denuncjacje - wszystko to było żywcem wzięte z podręczników ochrany *[W latach osiemdziesiątych XX wieku KGB nadal szkoliło swych rekrutów na podręcznikach ochrany]. Trudno się temu dziwić - i nie tylko dlatego, że, jak powiedział Flaubert, "w każdym rewolucjoniście drzemie żandarm". Bolszewicy siedzieli w carskich więzieniach latami. Poznali system od podszewki. Teraz zaś stosowali go z zemsty. Dzierżyński spędził w carskich więzieniach i obozach pracy połowę dorosłego życia, zanim stanął na czele Czeki. Nie jest zaskoczeniem, że postanowił poddawać swe ofiary tym samym okrucieństwom, jakich zaznał w tamtych latach. Nienawiść i zobojętnienie na ludzkie cierpienie były w różnym stopniu zakorzenione w umysłach wszystkich bolszewickich przywódców - to zaś bez wątpienia było spuścizną ich więziennych lat.

Pomysłowości stosowanych przez Czekę metod torturowania mogła dorównać jedynie hiszpańska inkwizycja. Każdy lokalny oddział Czeki miał własną specjalność. W Charkowie upodobano sobie "numer z rękawiczką" - parzono dłonie ofiar wrzątkiem, aż pokryta pęcherzami skóra dawała się zdjąć: ofiarom pozostawały obdarte do żywego mięsa, krwawiące dłonie, a torturującym "rękawiczki z ludzkiej skóry". Czeka w Carycynie przepiłowywała ofiarom kości. W Woroneżu umieszczano nagie ofiary w nabijanych gwoździami beczkach, które potem toczono. W Armawirze miażdżono czaszki, zaciskając wokół głowy ofiary skórzany pas z żelaznym sworzniem. W Kijowie przymocowywano do tułowia ofiary klatkę ze szczurami i ją podgrzewano, tak że rozjuszone zwierzęta wgryzały się w jelita, szukając drogi ucieczki. W Odessie przykuwano ofiary łańcuchami do desek i powoli wsuwano do pieca albo zbiornika z wrzątkiem. Ulubioną zimową torturą było oblewanie wodą nagich ofiar dopóty, dopóki nie zamieniły się one w żywe lodowe posągi. Wielu funkcjonariuszy Czeki preferowało tortury psychologiczne. Jeden z nich kazał prowadzić ofiary rzekomo na egzekucję, po czym strzelano do nich ślepymi nabojami. Inny kazał grzebać ofiary żywcem albo wkładać do trumny z cudzymi zwłokami. Niektórzy zmuszali do patrzenia, jak się torturuje, gwałci lub zabija bliskie ofiarom osoby.

Nie trzeba dodawać, że wśród personelu Czeki było wielu sadystów. Traktowali tortury jako rodzaj rozrywki, rywalizując ze sobą o to, kto dopuści się najdalej posuniętej przemocy. Niektóre ofiary wspominały, jak stojący dokoła czekiści śmiali się z zadawanych tortur. Urządzano nawet "polowania na ludzi". Większość sadystów była młodymi, jeszcze nastoletnimi mężczyznami, odczłowieczonymi przez wojnę i rewolucję. Wielu koniecznie chciało dowieść swojej "twardości". Istnieją także dowody sugerujące, że dość liczni spośród nich nie byli Rosjanami - lecz Polakami, Łotyszami, Ormianami i Żydami - i to oni stanowili wysoki odsetek w strukturach Czeki. Lenin z pewnością preferował zatrudnianie ich w Czece, twierdząc, że Rosjanie są "nazbyt miękcy", by wprowadzać "surowe środki" terroru. Niemniej jednak wiele metod torturowania stosowanych przez Czekę przywodziło na myśl brutalne formy zabijania znane wśród rosyjskich chłopów. Płeć nie zwalniała od dokonywania aktów sadystycznej przemocy. Na przykład w Odessie Wiera Griebiennikowa w ciągu dwóch miesięcy zamordowała ponoć ponad 700 osób, w tym wiele gołymi rękami. Rebeka Platinina-Maisel zabiła w Archangielsku ponad setkę, w tym całą rodzinę swego byłego męża, którą ukrzyżowała w akcie okrutnej zemsty.

Ta nieustająca przemoc znieprawiała do tego stopnia, że dla wcale niemałej liczby czekistow kończyło się to chorobą psychiczną. Bucharin twierdził, że zaburzenia psychopatyczne stanowiły ryzyko zawodowe czekistow. Wielu czekistow uodparniało się na mord, pijąc na umór albo zażywając narkotyki. Na przykład notoryczny sadysta Sajenko, charkowski mistrz "numeru z rękawiczkami", był kokainistą. By zdystansować się od okrucieństw, czekiści stworzyli na wzór slangu gangsterów eufemizmy czasownika "zabijać": mówili o "strzelaniu do kuropatwy", "pieczętowaniu" ofiary i inne.

Egzekucje były produktem końcowym tej machiny terroru. W latach wojny domowej wykonano dziesiątki tysięcy przyspieszonych egzekucji na podwórzach i w piwnicach lub na pustych polach na obrzeżach miast. Czeka "opróżniała" całe więzienia, nim miasto poddawano białym. Nocą mieszkańcy miast próbowali spać przy odgłosach rozstrzeliwania ludzi. Natomiast samym bolszewikom mord nie spędzał snu z powiek. W 1919 roku podczas obrad Sownarkomu Lenin napisał liścik i podał go Dzierżyńskiemu. "Ilu niebezpiecznych kontrrewolucjonistów mamy w więzieniach?" Dzierżyński nagryzmolił: "Około 1500" i oddał karteczkę Leninowi. Ten spojrzał na nią, postawił krzyżyk przy podanej liczbie i ponownie przekazał ją szefowi Czeki. Tamtej nocy z rozkazu Dzierżyńskiego rozstrzelano w Moskwie 1500 więźniów. Okazało się to straszliwą pomyłką. Lenin wcale nie nakazał egzekucji: zawsze stawiał krzyżyk przy wszystkim, co przeczytał, by zaznaczyć, że zapoznał się z treścią i ją rozważył. W wyniku prostego błędu Dzierżyńskiego 1500 osób straciło życie.

*

Czerwony terror wywoływał protesty wszystkich kręgów społecznych. Patriarcha Tichon potępił przemoc i atmosferę strachu wytworzoną przez bolszewików, cytując proroctwo św. Mateusza: "Kto mieczem wojuje, ten od miecza zginie". Partie opozycyjne ostro krytykowały terror w swej podziemnej prasie. Słynny anarchistyczny filozof, książę Piotr Kropotkin, którego córkę aresztowano w sierpniu 1918 roku *[Była w drodze do Anglii, gdzie miała dobre kontakty z ruchem związkowym, ażeby prowadzić tam kampanię o pomoc żywnościową dla głodujących dzieci Rosji. Aresztowano ją w Jamburgu.], piętnował terror w opatrzonym datą 17 września długim i pełnym goryczy liście do wodza bolszewików, który wciąż dochodził do zdrowia po kulach Kapłan: Rzucenie kraju na pastwę czerwonego terroru, a tym bardziej aresztowanie zakładników, aby chronić życie partyjnych przywódców, jest niegodne partii zwącej się socjalistyczną i okrywa hańbą jej przywódców. Robotnicy także potępiali krwawy terror, którego dopuszczano się w ich imieniu. "Dość krwi! Precz z terrorem!" - oświadczyła we wrześniu Ogólnoukraińska Rada Związków Zawodowych. "Czerwień to barwa prawdy i sprawiedliwości - ogłosili kolejarze z Kozłowa - lecz pod rządami bolszewików stała się barwą krwi".

Jako "sumienie rewolucji" Gorki był bezsprzecznie najbardziej jawnym krytykiem terroru. Setki ludzi, od poetów po chłopów, pisało do niego, błagając o pomoc w ocaleniu bliskich osób. Pisarz odczuwał silny moralny obowiązek uczynienia dla nich wszystkich, co w jego mocy. "Jestem ich jedyną nadzieją", zwierzył się Jekatierinie. I tak było, gdy tkwiący w nim humanista brał górę nad rewolucjonistą: bardziej obchodziła go jednostka niż jakaś abstrakcyjna sprawa. Zasypywał bolszewickich przywódców niezliczoną ilością listów, domagając się uwolnienia niewinnych ludzi z więzień Czeki. Ich ton przybierał na wzburzeniu. W moim odczuciu - pisał do Zinowjewa w marcu 1919 roku, protestując przeciwko aresztowaniu pewnego akademika - takich aresztowań nie mogą usprawiedliwiać żadne środki polityczne... Odrażające zbrodnie, jakie popełniliście w Petersburgu w ostatnich kilku tygodniach, okryły reżim hańbą i wzbudziły powszechną nienawiść oraz pogardę dla jego tchórzostwa. W październiku napisał do Dzierżyńskiego, apelując o zwolnienie profesora Tonkowa, rektora Akademii Wojskowo-Medycznej: Wszystkie te aresztowania postrzegam jako akt barbarzyństwa, jako celowe niszczenie najznakomitszych umysłów kraju i oświadczam, że za sprawą tego rodzaju działań radziecki reżim uczynił sobie ze mnie wroga.

Niektóre z protestów Gorkiego trafiały bezpośrednio do Lenina. Przywódca bolszewików odnosił się pobłażliwie do wysiłków swego ulubionego pisarza, zmierzających do ocalenia ludzkich dusz przed stosem rewolucji. W kilku sprawach interweniował nawet osobiście. Na przykład pisarz Iwan Wolny zawdzięcza swe zwolnienie z więzienia Czeki w mieście Orzeł wspólnym staraniom Gorkiego i Lenina. Jednak Lenin nie chciał słyszeć o generalnej krytyce terroru, jakiej dokonywał Gorki. Odpowiadając na przykład w sprawie aresztowania Tonkowa, Lenin przyznał w liście do Gorkiego, iż "doszło do pewnych pomyłek", lecz w kolejnych wersach usprawiedliwiał ogólną politykę aresztowań osób takich jak Tonkow, których podejrzewano o "bliskie związki z kadetami", ze względów prewencyjnych. W owym liście Lenin ujawnił różnice między sobą a Gorkim. Były to zarazem podstawowe różnice - i środków, i celów - między bolszewikami a demokratycznymi socjalistami:

"Czytając waszą szczerą opinię w tej sprawie, przypominam sobie waszą uwagę [z dawnych czasów]: 'My, artyści, jesteśmy ludźmi nieodpowiedzialnymi'. Otóż to! Wypowiadacie niesłychanie gniewne słowa - o czym? O kilkudziesięciu (a może nawet kilkuset) osobach z grona kadeckiej lub bliskiej kadeckim kręgom szlachty spędzających w więzieniu raptem kilka dni, ażeby zapobiec spiskom... które zagrażają życiu dziesiątków tysięcy robotników i chłopów. Doprawdy katastrofa! Cóż za niesprawiedliwość. Kilka dni, czy nawet kilka tygodni więzienia dla intelektualistów dla zapobieżenia masakrze dziesiątków tysięcy robotników i chłopów! Artyści faktycznie są ludźmi nieodpowiedzialnymi".

W łonie samej partii również zdarzali się krytycy - nie tyle samego terroru, ile jego ekscesów. Kamieniew, Bucharin i Olminski przypuścili atak na czekistowskie nadużycia władzy. W gruncie rzeczy podjęli przerwane w lipcu działania lewicowego odłamu SR w Komisariacie Sprawiedliwości, będące próbą podporządkowania Czeki państwu. Ich kampania osiągnęła kulminację w listopadzie, gdy zażądano zlikwidowania Czeki i zastąpienia jej nowym organem terroru bezpośrednio podlegającym kontroli Komitetu Wykonawczego Rady. Lecz "twardzi ludzie" partii - Lenin, Stalin i Trocki - stanowczo obstawali za Czeka. Późniejsze próby powściągnięcia Czeki, takie jak ustawa lutowa z 1919 roku, na niewiele się zdały. Mimo że Czeka podlegała Komisariatowi Sprawiedliwości, funkcjonowała dalej - jako państwo w państwie - wymykając się jego kontroli. Jedynie bolszewicki Komitet Centralny, a od 1919 roku Politbiuro, sprawował rzeczywistą kontrolę nad Czeka. Lenin osobiście interesował się wnikliwie jej działalnością i chronił ją przed krytyką i reformą.

Pod rządami Lenina - nie Stalina - Czeka rozrosła się w rozległe państwo policyjne. Miała własną infrastrukturę molocha, od komitetów domowych po obozy koncentracyjne, zatrudniającą ponad ćwierć miliona ludzi. Była bolszewickim odpowiednikiem opriczników, znienawidzonej policji Iwana Groźnego. Podczas wojny domowej właśnie ona zapewniła reżimowi przetrwanie na tzw. froncie wewnętrznym. Terror stał się w wojnie domowej integralnym elementem bolszewickiego systemu. Nikt nigdy nie pozna prawdziwej liczby osób represjonowanych i zamordowanych przez Czekę w owych latach. Ale z pewnością sięgała ona kilkuset tysięcy, jeśli liczyć wszystkich osadzonych w jej więzieniach i obozach oraz tych, których stracono lub którzy zostali zabici przez wojska Czeki podczas tłumienia strajków i rewolt. Choć nikt nie zna dokładnych liczb, niewykluczone, że więcej ludzi zginęło z rąk Czeki, niż poległo w bataliach wojny domowej.

 

Pogromy Żydów

Antysemityzm był w Rosji smutną rzeczywistością przez cały czas trwania rewolucji. Ataki na Żydów stanowiły częsty element przemocy tłumu. Słowo "pogrom" mogło oznaczać zarówno napaść na Żydów, jak i ogólnie rzecz biorąc, zamach na cudzą własność. Carski reżim podburzając do pierwszego, zawsze pilnował, by nie przerodziło się w to drugie. Zrzucanie na Żydów winy za nieszczęścia kraju rozpowszechniło się szczególnie mocno po 1914 roku. Wojna przełamała granicę osadnictwa i Żydzi rozproszyli się po całej Rosji. Po raz pierwszy pojawili się w dużej liczbie w głównych miastach północy. Podczas rewolucji także po raz pierwszy weszli w skład rządu i zajęli stanowiska urzędowe. Niewielu Żydów było bolszewikami, za to wielu czołowych bolszewików było Żydami. Dużej liczbie zwykłych Rosjan, których świat został wywrócony do góry nogami, wydawało się zatem, że zniszczenie ich kraju ma jakiś związek z nagłym pojawieniem się Żydów na pozycjach i stanowiskach kierowniczych zarezerwowanych dotychczas dla ludności nieżydowskiej. Stąd tylko krok dzielił ich od konkluzji, że Żydzi spiskują, by doprowadzić Rosję do ruiny. Wynikła z tego masowa żydofobia. "Nienawiść do Żydów - pisał czołowy socjolog w 1921 roku - jest jedną z najbardziej zauważalnych cech dzisiejszego życia w Rosji, być może wręcz najbardziej rzucającą się w oczy. Żydów nienawidzi się wszędzie - na północy, na południu, na wschodzie i na zachodzie. Ludzie nienawidzą ich bez względu na klasę społeczną czy wykształcenie, przekonania polityczne, rasę czy wiek".

W początkowej fazie ruchu białych na południu antysemityzm odgrywał stosunkowo marginalną rolę. Żydzi byli nawet w Armii Ochotniczej, a niektórzy zostali bohaterami marszu lodowego. Biuro Informacyjno-Agitacyjne OSWAG, organ propagandowy Denikina, zatrudniało wielu Żydów. Ale gdy biali weszli na terytorium Ukrainy, gdzie znajdowało się większe skupisko ludności żydowskiej niż w rejonie Donu, szeregowych żołnierzy ogarnęła mściwa nienawiść do Żydów. Inicjatywa wyszła od Kozaków i ich pułkowych dowódców, aczkolwiek Denikin, bierny antysemita, uczynił niewiele, by stawić jej opór, a kilku jego generałów wręcz ją podsycało. Żydów wyparto z armii Denikina i administracji. Propaganda białych przedstawiała reżim bolszewicki jako żydowski spisek i rozsiewała mit, że wszyscy główni przywódcy bolszewiccy są Żydami, z wyjątkiem Lenina *[Ów mit zyskał popularność w kręgach zachodnich. Na przykład generał Holman, szef brytyjskiego poselstwa do Denikina, powiedział żydowskiej delegacji, że z trzydziestu sześciu komisarzy w Moskwie, tylko Lenin nie jest Żydem.]. Jako szefa Armii Czerwonej Trockiego (inaczej Bronsztejna, jak wspominała mimochodem prasa białych) uznano za potwora, "żydowskiego masowego mordercę" rosyjskiego narodu. Żydów winiono za zamordowanie cara, prześladowanie Cerkwi prawosławnej oraz za czerwony terror. Prawdą jest, że Żydzi wiedli prym w strukturach Czeki w Kijowie oraz innych miastach. Ale faktu tego użyto jako pretekstu do wzięcia krwawego odwetu na ludności żydowskiej jako całości. Jak rzekł niegdyś główny rabin Moskwy, Troccy wywołali rewolucję, lecz rachunek zapłacili Bronsztejnowie. Większość przywódców białych, z Denikinem włącznie, wyznawało pogląd, że Żydzi sami sprowadzili na siebie pogromy przez swoje "poparcie" dla reżimu bolszewików. Cały ruch białych przenikała idea, że prześladowania Żydów są w pewien sposób usprawiedliwione jako narzędzia kontrrewolucji. Rosyjski prawicowiec Szulgin, główny głosiciel zbiorowej winy Żydów, przyznał później, że pogromy były zemstą białych za czerwony terror. "Potraktowaliśmy 'Żydków' dokładnie tak, jak bolszewicy potraktowali 'burżujów'. Oni krzyczeli 'śmierć burżujom!' Więc my odpowiedzieliśmy 'śmierć Żydkom!' ".

Pierwszego poważnego pogromu dopuściły się bandy ukraińskich nacjonalistów Petlury zimą 1918/1919 roku. Partyzanci Machny i Grigorjewa także dokonywali pogromów, podobnie jak Polacy w 1920 roku, a także niektóre jednostki Armii Czerwonej. We wszystkich pogromach, z wyjątkiem mordów popełnianych przez Polaków (kierujących się motywem rasowym), antyżydowska agresja wiązała się z rabowaniem i niszczeniem żydowskiego mienia. Wywodzący się z chłopstwa żołnierze ukraińscy nienawidzili Żydów głównie dlatego, że byli kupcami, właścicielami gospód, a także lichwiarzami, w skrócie "burżuazją" z "obcych" miast, która zawsze wyzyskiwała "prostych wieśniaków" i skazywała ich na życie w biedzie. Rzeczą powszechną wśród przywódców owych pogromów było nakładanie na Żydów horrendalnie wysokiego podatku rewolucyjnego - w przekonaniu, że są bajecznie bogaci - i zabijanie branych spośród nich zakładników, gdy podatki nie zostały zapłacone. Bolszewicy posługiwali się takimi samymi metodami w okresie czerwonego terroru. Równie często przywódcy pogromów uprawniali swoich żołnierzy do plądrowania żydowskich sklepów i domów, a przy okazji mordowania i gwałcenia Żydów oraz zezwalali lokalnej ludności rosyjskiej na udział w łupach pod pretekstem, że Żydzi wzbogacili się na spekulacjach w kryzysie gospodarczym i że ich majątek powinien zostać zwrócony ludziom. Bolszewicy zwali to łupieniem łupieżców.

Ten sam prymitywny instynkt rabowania, gwałcenia i mordowania ludności żydowskiej, którą uważano za zamożną, obcą i słabą, napędzał pogromy przeprowadzane przez wojska Denikina. Lecz tym razem znacznie bardziej wyraźny niż w wypadku wcześniejszych pogromów stał się motyw nienawiści rasowej do Żydów oraz, jak wyraził się pewien oficer białych, nienawiści do Żydów jako "wybranego narodu bolszewików". Palono i niszczono całe żydowskie miasteczka pod pretekstem popierania przez nie czerwonych (czyż można się temu dziwić?). Na synagogach malowano czerwone gwiazdy. Żydów brano jako zakładników i rozstrzeliwano w odwecie za czerwony terror. Zwłoki wystawiano na ulicach z tabliczką "Zdrajcy" lub wyciętą na skórze czerwoną gwiazdą.

Po odebraniu czerwonym jakiegoś miasteczka biali oficerowie powszechnie zezwalali żołnierzom na rabowanie i mordowanie Żydów wedle upodobania przez dwa lub trzy dni. Traktowano to jako nagrodę dla żołnierzy i sprawiedliwą karę za rolę odegraną przez Żydów we wspieraniu czerwonych. Nie ma żadnych odnotowanych wypadków powstrzymania pogromu przez oficera białych, jest natomiast kilka takich, kiedy to nawet starsi generałowie, tacy jak Mamontow czy Maj-Majewski, wydawali rozkaz atakowania Żydów. Do jednego z najstraszliwszych pogromów doszło w Kijowie, tuż pod nosem władz białych. Od 1 do 5 października kozaccy żołnierze krążyli po mieście, włamując się do żydowskich domów, żądając pieniędzy, gwałcąc i mordując. Oficerowie i miejscowi duchowni zachęcali ich do tego mowami i kazaniami, w których przekonywali, że "Żydki zabijają naszych i popierają bolszewików". Nawet Szulgin, zagorzały antysemita, był zaniepokojony klimatem "średniowiecznego terroru" na ulicach oraz "rozdzierającym wyciem Żydków" w nocy, "od którego serce się kraje". Mimo to rządzący miastem generał Dragomirow nie rozkazał przerwania pogromu aż do 6 października, kiedy to mordercza orgia wreszcie przygasła samoistnie.

Wielu pogromom towarzyszyły makabryczne tortury dorównujące tym, które stosował czerwony terror. W mieście Fastów Kozacy wieszali swoje ofiary pod sufitem, odcinając je ze stryczka tuż przed śmiertelnym uduszeniem się; jeśli krewni, którzy przyglądali się temu z przerażeniem, nie byli w stanie zapłacić żądanej kwoty, Kozacy powtarzali całą operację. Odcinali szablami kończyny i nosy, wyrywali nienarodzone dzieci z łon matek. Podpalali żydowskie domy i zmuszali tych, którzy usiłowali uciekać, do powrotu w płomienie. W niektórych miejscach, na przykład w Czarnobylu, Żydów stłoczono w synagodze, a następnie spalono ich żywcem. Gdzie indziej, jak choćby w Czerkasach, dokonywano zbiorowych gwałtów na jedenasto-i dwunastoletnich dziewczynkach. Wiele ofiar znajdowano później z ranami od noża i miecza na dziecięcych genitaliach. Jeden z najbardziej przerażających pogromów miał miejsce w niewielkim podolskim miasteczku Kriwoje Oziero podczas końcowej fazy odwrotu białych pod koniec grudnia. Na tym etapie wojska białych przestały już przejmować się światową opinią i całkowicie zapomniały o rozsądku. Twerscy Kozacy poddali torturom i okaleczyli setki Żydów, w tym wiele kobiet i małych dzieci. Setki ciał porzucono w śniegu na pożarcie świniom i psom. Pośród tej makabry kozaccy oficerowie urządzili surrealistyczny bal w budynku miejscowej poczty, z wieczorowymi strojami i orkiestrą, na który zaprosili miejscowy magistrat oraz grupę prostytutek sprowadzonych z Chersonia. Podczas gdy żołnierze zabijali Żydów dla rozrywki, oficerowie oraz ich beau monde raczyli się szampanem i tańczyli do białego rana.

Dzięki otwartym niedawno archiwom mamy teraz pełniejsze wyobrażenie o tym, jak wielu Żydów zginęło podczas pogromów wojny domowej. Dokładnej liczby nie poznamy nigdy. Nawet pogromy dokonywane przez białych, najlepiej udokumentowane, nastręczają wszelkiego rodzaju problemów statystycznych, a przecież nie należały do jedynych; ofiar innych pogromów (których dopuszczali się ukraińscy nacjonaliści, partyzanci Machny, szturmujące wojska polskie oraz czerwoni) nigdy nie policzono. Można jednak rzec z niejaką pewnością, że całkowita liczba ofiar musiała przekraczać 31 071 oficjalnie odnotowanych pochówków, a nawet 50 000-60 000 osób, którą to liczbę na podstawie szacunkowych danych podawali badacze w przeszłości. Najważniejszy dokument, jaki wyłonił się z rosyjskich archiwów ostatnimi laty, raport dochodzenia prowadzonego przez organizacje żydowskie w Rosji radzieckiej z 1920 roku, mówi o "ponad 150 000 odnotowanych śmierci" oraz nawet 300 000 ofiar, łącznie z rannymi i zamordowanymi.

 

Triumf nowego reżimu

Bolszewicy nie przypominali żadnej partii zachodniej. Byli raczej klasą rządzącą, podobną pod wieloma względami do arystokracji, z którą sam Lenin często ją porównywał. "Skoro 10 000 arystokratów mogło rządzić całą Rosją - dlaczego nie my?", powiedział kiedyś. Towarzysze rzeczywiście zajmowali miejsca arystokracji. Wstąpienie do partii po 1917 roku przypominało dołączenie do grona arystokracji. Przynosiło awans na posady w biurokracji, status i przywileje elity oraz osobisty udział w państwie partyjnym. Etos partii rządził każdym aspektem życia publicznego w sowieckiej Rosji, tak jak etos arystokracji rządził życiem publicznym w carskiej Rosji. Być może korupcja była nieunikniona w partii takiej jak bolszewicka, która budowała państwo w czasie wojny domowej, opierając się na masowej rekrutacji klas niższych. W tego rodzaju rewolucji społecznej jednym z głównych motywów wstąpienia do partii musiała być perspektywa awansu. Problem pogłębiał jednak fakt, że bolszewicy sprawujący władzę działali poza jakąkolwiek kontrolą. Stworzyli w efekcie system kumoterstwa z potężnymi klikami i lokalnymi sieciami protekcji oraz władzy wymykający się kontroli jakiegokolwiek organu partii w stolicy. W tamtych czasach bolszewicy zachowywali się bardziej jak lokalna mafia niż partia rządząca największego kraju świata.

Podczas wojny domowej bolszewiccy przywódcy przymykali oczy na tego rodzaju korupcję. Był to czas, kiedy towarzyszy wzywano do wielkich poświęceń dla rewolucji - wielu z nich pracowało dwadzieścia cztery godziny na dobę i okazywało fanatyczne oddanie partii - a okazjonalne słabości wydawały się przy tym niewielką ceną. Na początku 1918 roku sam Lenin poparł plan zorganizowania w Piotrogrodzie specjalnej zamkniętej restauracji dla bolszewików, argumentując, że trudno oczekiwać, by przewodzili rewolucji z pustymi żołądkami. "Robotnicy zrozumieją tę konieczność". Od tego momentu zasadę tę stopniowo rozszerzano, tak że pod koniec wojny domowej uznawano już, że członkowie partii potrzebują również wyższych pensji i specjalnych przydziałów, dotowanego zakwaterowania w mieszkaniach i hotelach, dostępu do ekskluzywnych sklepów i szpitali, prywatnych daczy, samochodów z szoferem, przejazdów kolejowych pierwszą klasą i zagranicznych wakacji, nie wspominając o niezliczonej ilości innych przywilejów zarezerwowanych ongiś dla carskich elit.

Pięć tysięcy bolszewików zamieszkało wraz z rodzinami na Kremlu i w specjalnych hotelach partyjnych, takich jak Narodowy i Metropol w centrum Moskwy. W mieszkalnej części Kremla zatrudniano ponad 2000 służby, były tam kompleks usługowo-handlowy, z fryzjerem i sauną, szpital i żłobek oraz trzy przestronne restauracje ze szkolonymi we Francji kucharzami. Kiedy ogłoszono, że wszystkie wymienione świadczenia są bezpłatne, budżet tej enklawy w 1920 roku był wyższy niż wydatki na opiekę społeczną dla całej Moskwy. W Piotrogrodzie najwyżsi szefowie partii mieszkali w hotelu Astoria, któremu przywrócono minioną świetność po zniszczeniach rewolucji jako pierwszej siedzibie rad. Ze swych apartamentów mogli wezwać "towarzyszy kelnerów", którym przykazano stukać obcasami i zwracać się do nich per "panie towarzyszu". Dawno zapomniane luksusy, takie jak szampan i kawior, perfumy i szczoteczki do zębów, zapewniano w obfitości. Hotel był niedostępny dla ogółu i pilnowany przez ekipę krzepkich strażników w czarnych skórzanych kurtkach. Wieczorami rządowe limuzyny parkowały rządkiem przy wejściu, oczekując na mieszkającą tam elitę, aby odwieźć ją do opery lub na bankiet do Smolnego. "Griszka" Zinowjew, "szef Piotrogrodu, często przybywał i odjeżdżał w towarzystwie swych ochroniarzy z Czeki oraz wianuszka prostytutek.

Czołowi przywódcy partii mieli własne majątki ziemskie zarekwirowane carskiej elicie. Lenin zajmował posiadłość generała Morozowa w Górkach, tuż pod Moskwą. Trocki zamieszkiwał jeden z najbardziej olśniewających majątków w kraju, który należał ongiś do Jusupowów. Stalin osiadł w wiejskiej rezydencji dawnego magnata naftowego. Wokół stolicy były rozrzucone dziesiątki majątków, które Komitet Wykonawczy Rady oddał przywódcom partii do prywatnego użytku. Każdy miał pokaźną świtę służących, jak w dawnych czasach.

W niższych szeregach partii nagrody wynikające z faktu sprawowania urzędu nie były aż tak okazałe, niemniej jednak zauważało się takie same korupcyjne postawy. Oczywiście byli też towarzysze, którzy kierowali się szczytnymi ideami, żyli skromnie i praktykowali egalitaryzm głoszony przez kierownictwo partii. Na Kremlu Lenin mieszkał w trzech niewielkich pokojach, a korzyści materialne nie stanowiły nigdy motywu jego działań. Bywali jednak, co nieuniknione, i tacy, dla których ideały ograniczały się do sfery retoryki i którzy kierowali się bardziej przyziemnymi motywami. Przyjmowanie łapówek, kradzieże i sprzedaż mienia publicznego należały w partii do zjawisk powszechnych. Od skorumpowanych urzędników można było kupić niemal wszystko: artykuły żywnościowe, tytoń, alkohol, opał, mieszkania, broń i wszelkiego rodzaju zezwolenia. Żony i kochanki szefów partii paradowały, jak wyraził się Zinowjew, "obwieszone wystawami sklepów jubilerskich". Ich domy wypełniały cenne przedmioty otrzymane w charakterze łapówek. Pewien urzędnik z Ministerstwa Spraw Zagranicznych miał dwa wazony z sewrskiej porcelany oraz srebrny muszkiet, które należały niegdyś do Piotra Wielkiego. Jak można było przypuszczać, najbardziej przekupni towarzysze znajdowali się zwykle w szeregach Czeki. Ich zadaniem było wszak "przyciśnięcie burżuazji". Rabkrin (Inspekcja Robotniczo-Chłopska) odnotował setki przypadków nadużycia władzy przez czekistów w celu wyłudzenia od swych ofiar pieniędzy i kosztowności. Często uwalniano więźniów w zamian za łapówki. Nawet Łubianka, główna kwatera Czeki w Moskwie, była przeżarta korupcją. Butelki koniaku oraz inne cenne przedmioty ginęły w jakiś tajemniczy sposób, gdy tymczasem często widywano, jak wystrojone prostytutki wychodzą z tajnych budynków, gdzie magazynowano owe dobra.

Lenin lubił tłumaczyć problem korupcji twierdzeniem, że gdy aparat sowiecki rozrastał się podczas wojny domowej, wkradły się doń skażone elementy drobnomieszczańskie. Prawdą jest, że na niższych szczeblach aparatu państwowego spotykało się wiele osób spoza proletariatu, których zaangażowanie w bolszewizm niejednokrotnie wynikało głównie z chęci odniesienia korzyści osobistych. Ale problem korupcji nie ograniczał się do tej grupy. Obejmował partię w całości, łącznie z tymi, którzy służyli jej najdłużej i którzy zajmowali w niej czołowe pozycje. Krótko mówiąc, korupcja była rezultatem nieograniczonej władzy.

Nie chodziło jedynie o bolszewicki monopol władzy w radach. Ten zdobyto w większości miast przed latem 1918 roku - na długo nim korupcja stała się powszechna. Była to również kwestia przekształcenia się rad z ciał rewolucyjnych, ze zgromadzeniem jako najwyższą władzą kontrolującą pracę kierownictwa, w biurokratyczne organy państwa partyjnego, gdzie cała rzeczywista władza spoczywała w rękach bolszewików z kierownictwa, a zgromadzenie nie miało nad nimi żadnej kontroli. Korupcja wynikała tyleż z biurokratyzacji, co z monopolizacji władzy.

Ten dwoisty proces wiązał się z wieloma równoczesnymi działaniami w obrębie państwa partyjnego. Nie istniał plan generalny. Gdy bolszewicy doszli do władzy, nie mieli żadnej ustalonej koncepcji - oprócz ogólnego dążenia do kontroli i centralizacji - co do sposobu zbudowania instytucjonalnych związków między partią a radami. Związki te powstały samorzutnie z ogólnych warunków rewolucji. Lokalne rady i organy partyjne były mocno zdecentralizowane i miały charakter prowizoryczny w pierwszych miesiącach 1918 roku. Wiele z nich ogłaszało własne lokalne "republiki" i "dyktatury", które bezrefleksyjnie ignorowały dyrektywy Moskwy. W istocie rzeczy w wiejskich radach darcie dekretów rządu centralnego na papier do skrętów stało się zjawiskiem tak powszechnym, że kiedy Lenin dawał swym agitatorom dekret o ziemi z poleceniem dostarczenia go na wieś, jednocześnie wręczył im do rozdania stare kalendarze w nadziei, że być może to one zostaną użyte w charakterze bibułek zamiast dekretu.

Gubernia kałuska zasłynęła w 1918 roku z oporu wobec scentralizowanej władzy. Utworzono tam Suwerenną Republikę Radziecką Autonomicznej Wołosti w Kałudze. Rosja nigdy nie znalazła się bliżej anarchistycznej struktury władzy, w której rada każdej wołosti była upoważniona do kontroli granicznych na swoim terytorium. Tak więc funkcjonariusze państwowi z Moskwy byli zobowiązani uzyskać paszport od każdej odrębnej rady, gdy przemieszczali się ze wsi do wsi. Jedynie w trakcie wojny domowej, kiedy podkreślano potrzebę ścisłej scentralizowanej kontroli w celu zmobilizowania sił całego kraju, bolszewicy faktycznie planowali ogólną strukturę państwa partyjnego.

Za sprawę priorytetową uznano zdobycie kontroli nad radami oraz innymi ważnymi organami, takimi jak związki zawodowe. Mienszewicy i eserowcy nadal byli w tych ciałach obecni, aczkolwiek w charakterze delegatów "niepartyjnych", w lecie 1918 roku bowiem ich partie zdelegalizowano *[Od 1918 do 1922 r. uchylano od czasu do czasu zakaz nałożony na mienszewików i eserowców. Ale nawet wtedy bolszewicy prześladowali działaczy tych partii.]. Wszystkie komunistyczne taktyki wyborcze stosowane w XX stuleciu w celu osłabienia sił demokratycznych narodziły się w trakcie rosyjskiej wojny domowej. Bolszewicy powszechnie fałszowali wyniki głosowania oraz zastraszali opozycję. Głosowanie na zjazdach rad i związków zawodowych odbywało się niemal zawsze przez jawne podniesienie rąk, tak więc oddanie głosu przeciwko bolszewikom oznaczało narażanie się na prześladowania Czeki, której obecność za każdym razem dawała się mocno odczuć na spotkaniach wyborczych. "Rady bez komunistów!" - z takim hasłem coraz częściej występowali robotnicy i chłopi. W wypadku tajnego głosowania bolszewicy nie wygraliby zbyt wielu wyborów. Dlatego znieśli ową "konwencję burżuazyjnej demokracji", argumentując, że tajne głosowanie jest zbędne w "wyższej formie wolności", którą rzekomo cieszy się naród radziecki. Stosując system jawnego głosowania - tradycyjny dla rosyjskiej wspólnoty wiejskiej - mogli przegrać tylko w nielicznych wyborach. Nawet artyści z Teatru Maryjskiego, nie-będącego przecież wcale ostoją komunizmu, głosowali jednomyślnie za bolszewikami w wyborach do rad w 1919 roku.

Wprowadzenie w życie systemu głosowania na listy partyjne również zadziałało na korzyść bolszewików. Jako jedyna legalna partia w radach tylko oni mogli spotkać się na zamkniętym zebraniu ścisłego kierownictwa i uzgodnić strategię, podczas gdy inne partie i frakcje były podzielone na sali obrad. Oznaczało to, że nawet jako skromna mniejszość bolszewicy mogli często wygrać wybory do lokalnych rad, przedstawiając siebie jako jedyną partię zdolną do wzięcia na siebie odpowiedzialności za działania rządu centralnego. Mając przewagę, kandydaci z listy bolszewickiej tworzyli często w całości ciało wykonawcze rady zamiast przydzielania miejsc wedle liczebności poszczególnych frakcji. Słowem, zwycięzca brał wszystko.

Opanowawszy organy wykonawcze rad, bolszewicy dążyli do scentralizowania władzy pod swoją kontrolą. Zjazdy rad zwoływano rzadko, a pod ich nieobecność władzę sprawowały organy wykonawcze rad wraz ze stałym personelem wydziałów mianowanym dla każdego obszaru polityki. Opozycja socjalistyczna nazywała je ispolkomszczyną lub dyktaturą organów wykonawczych. W okresie rewolucyjnym ciała wykonawcze rad składały się głównie z ochotników robotniczych i chłopskich. Coraz częściej zaczynali ich jednak zastępować pełnoetatowi zawodowi biurokraci opłacani przez centralne państwo partyjne i tylko sporadycznie wybierani ponownie. Oracze ustępowali miejsca gryzipiórkom.

W coraz większym stopniu pracą rad kierował aparat partyjny. Partia rozszerzała swoją kontrolę zarówno nad administracyjną, jak i polityczną sferą państwa. Do 1919 roku partia jako taka nieomal zniknęła, gdy jej siły weszły do rad. Komitet Centralny istniał w formie szczątkowej - Lenin i Swierdłow wykonywali z grubsza większość jego prac - i miał bardzo wątłe związki z lokalnymi komórkami partyjnymi. Część bolszewików sugerowała nawet, że partia odegrała swoją rolę i może być zlikwidowana, skoro zdobyła już kontrolę nad radami. Wielu bolszewikom wydawało się, że komórki partyjne są, jak powiedział Nikołaj Kriestinski, niczym więcej jak "wydziałami agitacji lokalnych rad". Wszystko to zmieniło się wiosną 1919 roku. Po pierwsze, nagła śmierć Swierdłowa, który stał na czele zarówno partii, jak i aparatu biurokratycznego rady, wskazała na potrzebę oddzielenia tych dwóch struktur. Po drugie, bolszewikom zmagającym się z chaotycznym radzieckim aparatem w wojnie domowej zaczęło się wydawać, że można wykorzystać strukturę partii do wprowadzenia bardziej scentralizowanych form kontroli rad.

W następstwie marcowego VIII Zjazdu Partii w ramach przygotowań do przejęcia kontroli nad radami rozbudowano centralny aparat partyjny. Powołano pięcioosobowe Politbiuro (Lenin, Trocki, Stalin, Kamieniew i Krestinski), które miało decydować o polityce partii. W ciągu kolejnego roku pięciokrotnie powiększono skład Komitetu Centralnego, tworząc dziewięć wydziałów rozszerzonych o rozmaite biura, mających opracowywać strategie w różnych obszarach, wraz z Sekretariatem Partii i specjalnym Biurem Organizacyjnym (Orgbiurem) do rozdzielania sił partii na terenie całego kraju. Lokalnym komórkom partyjnym narzucono ścisły centralizm: ich członkom przykazano wykonywać rozkazy wyższych organów partii, a nie rad. Ponieważ przewodniczącymi lokalnych rad byli nieodmiennie członkowie partii - a często przewodniczący miejscowej komórki partyjnej - cały aparat rad był skutecznie podporządkowany partii. Bolszewicy zaczęli mówić o radach oraz innych ciałach publicznych, takich jak związki zawodowe, jako o "pasach transmisyjnych" nakazów partii. Sformułowanie to rozsławi później Stalin.

Wyższe organy partii wykazywały coraz silniejszą tendencję do mianowania swoich specjalnych komisarzy na stanowiska w radzie, wybieranych dotąd oddolnie. W 1920 roku Komitet Centralny oddelegowywał na te stanowiska około 1000 osób miesięcznie. Partyjne organy na prowincji czyniły to samo na szczeblu okręgu i wołosti. Osikin w Tulę był jednym z najbardziej znanych zwolenników takich "nominacji". Celem owych działań było zwiększenie kontroli centrum nad lokalnym aparatem poprzez posyłanie najwierniejszych i najbardziej zaufanych towarzyszy do objęcia nad nim nadzoru w stylu wojskowym. Czasem jednak przynosiło to skutki przeciwne od zamierzonych. Przenoszeni z miejsca na miejsce komisarze mieli skłonność do zrażania do siebie lokalnych działaczy, bagatelizując ich interesy. Wywołało to nasilające się protesty wśród szeregowych członków partii bolszewickiej przeciwko "militaryzacji" partii, co pociągnęło za sobą atrofię lokalnych organizacji partyjnych oraz odsunięcie ich od kierownictwa. Co więcej, częste posługiwanie się owymi nominacjami oznaczało również, że wieloma radami rządzili szefowie partii całkowicie obcy danemu regionowi i dlatego być może bardziej skłonni do nadużyć władzy. Siemion Kanatczikow był typowym przedstawicielem tej wędrownej klasy komisarzy. Choć pochodził z rejonu Moskwy, w czasie trwania wojny domowej Komitet Centralny oddelegowywał go na wysokie stanowiska w Tomsku, Permie, Swierdłowsku, Omsku, Republice Tatarskiej i Piotrogrodzie. Przez niemal dwa lata nie widział żony i dwojga małych dzieci, których pozostawił w bezpiecznym miejscu w Barnaule. Ów "nominantyzm" mógł jedynie nasilić rosnące poczucie - i to zarówno wśród zwykłych ludzi, jak i szeregowych członków partii - że władza sowiecka jest czymś obcym i represyjnym.

*

Jak należało się spodziewać po państwie partyjnym, które dążyło do kontrolowania całego społeczeństwa, radziecka biurokracja rozdęła się spektakularnie w pierwszych latach rządów bolszewików. O ile państwo carskie pozostawiało wiele w rękach instytucji publicznych i prywatnych, takich jak ziemstwa i organizacje dobroczynne, o tyle reżim sowiecki zniósł je wszystkie i wziął na siebie bezpośrednią odpowiedzialność za przeprowadzane działania. Rezultatem była biurokratyzacja praktycznie każdego aspektu życia w Rosji, od bankowości i przemysłu po edukację. Od 1917 do 1921 roku liczba pracowników rządowych zwiększyła się czterokrotnie, z 576 000 do 2,4 miliona. Do 1921 roku w Rosji było już dwa razy tyle biurokratów co robotników. Stanowili oni społeczną bazę reżimu. Nie była to dyktatura proletariatu, lecz dyktatura biurokracji. Moskwa, jak rzekł Lenin, "spuchła od urzędników": mieszkało ich tam niemal ćwierć miliona, co odpowiadało jednej trzeciej całkowitej siły roboczej w mieście pod koniec 1920 roku. Centrum Moskwy stało się jednym rozległym biurowcem, komitety piętrzyły się bowiem nad radami, a wydziały nad komisjami.

Bodaj jedną trzecią biurokracji zatrudniano do nadzoru gospodarki planowej. Sytuacja była absurdalna: gospodarka przeżywała zastój, a biurokracja kwitła. Kraj cierpiał na drastyczne braki opału i paliw, a tymczasem armia biurokratów regulowała ich niemal nieistniejącą dystrybucję. W sklepach brakowało papieru, a całe jego stosy piętrzyły się w biurach rad (90 procent papieru wyprodukowanego w Rosji w ciągu pierwszych czterech lat radzieckich rządów zużyto na potrzeby biurokracji). Do nielicznych faktycznie pracujących pełną parą fabryk należała Moskiewska Fabryka Telefonów. Zapotrzebowanie urzędników na telefony było tak wielkie, że na liście oczekujących znajdowało się 12 000 zamówień.

Ta współzależność - puste fabryki i pełne biura - nie była przypadkowa. Im większa niedostępność towarów, tym trudniejsza stawała się kontrola ich dystrybucji, a ponieważ czarny rynek doskonale prosperował dzięki deficytom, państwo wzmagało interwencję. W rezultacie mnożyły się urzędy, których kompetencje wzajemnie się pokrywały. Oprócz centralnych komisariatów (żywności, pracy, transportu) oraz ich lokalnych organów w radach, istniała również sieć organów podlegających WSNCh, Najwyższej Radzie Gospodarki Narodowej, wraz z lokalnymi radami gospodarczymi, a także trusty przemysłowe i specjalne centralne zarządy kontroli towarów (gławki). Były też doraźne agencje tworzone przez reżim w celu zaopatrywania wojska, jak Rada Pracy i Obrony albo takie o monstrualnie długich akronimach, jak Czusosnabarm (Nadzwyczajny Zarząd Zaopatrzenia Armii), które w zasadzie mogły uchylać decyzje innych organów gospodarczych. Oczywiście w praktyce powstało jedynie zamieszanie i panowała rywalizacja między rozmaitymi organami. Im bardziej państwo usiłowało centralizować kontrolę, tym mniejszą kontrolę sprawowało w rzeczywistości. Na niższych szczeblach, na poziomie fabryk, biurokracja okazywała się równie nieudolna. Na każdą setkę robotników fabrycznych przypadało w 1920 roku 16 urzędników. W niektórych fabrykach ta liczba była znacznie wyższa: z 7000 osób zatrudnionych w słynnych Zakładach Putiłowa jedynie 2000 stanowili robotnicy, reszta to gryzipiórki i drobni urzędnicy. Urzędowe posady przynosiły tak duże korzyści materialne, zwłaszcza dostęp do żywności i deficytowych towarów, że biurokratyczne pasożyty musiały mnożyć się licznie w miarę pogłębiania się kryzysu gospodarczego. We wszystkich strajkowych rezolucjach z tamtych lat narzekano na urzędników fabrycznych "wyzyskujących robotników".

Lenin twierdził z upodobaniem, że problem biurokratyzmu jest spuścizną po epoce carskiej. Prawdą jest, że radziecka biurokracja przejęła w spadku kulturę biurokracji carskiej. Ale w 1921 roku była dziesięciokrotnie większa niż w państwie carskim. Zachowała się pewna ciągłość personelu, zwłaszcza w centralnych organach państwa. W sierpniu 1918 roku ponad połowa biurokratów zatrudnionych w moskiewskich komisariatach pracowała w administracji również przed październikiem 1917 roku. Wiele organów centralnych zatrudniało także całe zastępy młodych dam pochodzących z burżuazji, z których większość nigdy dotąd nie pracowała, do wykonywania drobnej roboty papierkowej. Pewien naoczny świadek wspominał, jak setki młodych kobiet brnęły co rano przez śnieg z moskiewskich przedmieść do centrum miasta. Pracowały cały dzień w nieogrzewanych biurach, ich mokre buty i ubrania nie zdążały wyschnąć przed powrotem na przedmieścia, gdzie pomagały nakarmić głodne rodziny. Jednak im niższy szczebel aparatu, tym mocniej był zdominowany przez klasy niższe wkraczające w sferę biurokracji po raz pierwszy. Większość tych urzędników, zwłaszcza w miastach prowincjonalnych, pochodziła z niższych klas średnich - marksiści nazywali ich drobnomieszczaństwem. Byli to księgowi, ekspedienci sklepowi i drobni urzędnicy, sklepikarze i rzemieślnicy, działacze spółdzielni, mechanicy, technicy, monterzy i urzędnicy fabryczni oraz wszyscy ci, którzy być może pracowali niegdyś w ziemstwach i organach municypalnych. Co do robotników, w których imieniu został ustanowiony reżim, stanowili oni bardzo niewielki odsetek osób zasilających szeregi radzieckiej biurokracji: z pewnością nie wyższy niż 10 procent (głównie pracowników fizycznych, którzy wykonywali swoją pracę jeszcze przed 1917 rokiem). Nawet w zarządzaniu przemysłem robotnicy stanowili niespełna jedną trzecią urzędników. Można wnioskować, że większość osób z niższych warstw średnich przyciągnęły do sowieckiego reżimu nie tyle rewolucyjne ideały, ile stosunkowo wysokie płace i krótkie godziny pracy. Była to z pewnością bardziej atrakcyjna perspektywa niż ziąb i głód, które czekały tych spośród starszej burżuazji, którzy postanowili odwrócić się do reżimu plecami. Typowy dzień radzieckiego urzędnika upływał na plotkach w korytarzach, paleniu papierosów i piciu kawy albo na staniu w kolejkach po specjalne racje przysługujące wyłącznie sowieckiej elicie.

 

 

Inżynierowie ludzkich dusz

Wieść głosi, że w październiku 1919 roku Lenin złożył potajemnie wizytę w laboratorium słynnego fizjologa Iwana P. Pawłowa, by dowiedzieć się, czy badania uczonego nad odruchami warunkowymi mogłyby pomóc bolszewikom kontrolować ludzkie zachowania. "Chcę, aby rosyjskie masy naśladowały komunistyczny wzorzec reagowania i myślenia - wyjaśnił Lenin. - W przeszłości Rosji było zbyt dużo indywidualizmu. Komunizm nie toleruje indywidualistycznych tendencji. Są szkodliwe. Kolidują z naszymi planami. Musimy wyeliminować indywidualizm". Pawłów osłupiał. Wydawało się, że Lenin oczekuje od niego uczynienia z ludźmi tego, co uczynił dotychczas z psami. "Chodzi o to, że chcielibyście ujednolicić ludność Rosji? Sprawić, by wszyscy zachowywali się w ten sam sposób? - zapytał. "Właśnie tak - odparł Lenin. - Człowieka można poprawić. Można ukształtować go tak, jak się nam podoba".

Czy zdarzenie miało faktycznie miejsce, czy nie, historia ta ilustruje ogólną prawdę: najwyższym celem systemu komunistycznego była transformacja ludzkiej natury. Cel ten był wspólny dla innych tzw. reżimów totalitarnych okresu międzywojnia. Była to wszak epoka utopijnego optymizmu, wiary w zdolność nauki do odmienienia ludzkiego życia, a zarazem, paradoksalnie, epoka głębokiego zwątpienia i niepewności co do wartości ludzkiego życia w następstwie spustoszeń I wojny światowej. Jak rzekł w 1920 roku jeden z pionierów eugeniki w nazistowskich Niemczech, "mogło się niemal wydawać, że jesteśmy świadkami przemiany w koncepcie ludzkości... Straszny kryzys wojny zmusił nas do przypisywania życiu jednostki innej niż przedtem wartości". Zaznaczała się jednak istotna różnica między komunistycznym programem tworzenia człowieka a ludzką inżynierią Trzeciej Rzeszy. Program bolszewików opierał się na ideach oświecenia - wywodził się w takim samym stopniu od Kanta, co Marksa - co skłania zachodnich liberałów, również w dzisiejszej dobie postmodernizmu, do sympatyzowania z nim, a przynajmniej obliguje nas do próby jego zrozumienia, nawet jeśli nie podzielamy jego celów politycznych; natomiast wysiłki nazistów zmierzające do "udoskonalenia ludzkości", czy to za sprawą eugeniki, czy ludobójstwa, pluły oświeceniu w twarz i mogą napawać nas jedynie odrazą. Koncepcja stworzenia nowego rodzaju człowieka poprzez oświecenie mas była od zawsze mesjańską misją dziewiętnastowiecznej rosyjskiej inteligencji, z której wyłonili się bolszewicy. Filozofia marksistowska tak samo uczyła, że natura ludzka jest wytworem historycznego rozwoju, a zatem rewolucja może ją odmienić. Naukowy materializm Darwina i Huxleya, który miał status religii w gronie rosyjskiej inteligencji w okresie młodości Lenina, również przyczyniał się do poglądu, że człowieka determinuje świat, w którym żyje. To zaś zawiodło bolszewików do konkluzji, że rewolucja z pomocą nauki może stworzyć nowy rodzaj człowieka.

Zarówno Lenin, jak i Pawłow zawdzięczali wiele wpływowi Iwana Sieczenowa (1829-1905), fizjologa, który twierdził, że mózg jest urządzeniem elektromechanicznym reagującym na bodźce zewnętrzne. Jego praca Odruchy mózgowe (1863) wywarła wielki wpływ na Czernyszewskiego, a zatem i na Lenina, była również punktem wyjścia teorii Pawłowa o odruchach warunkowych. W tym miejscu spotykały się ze sobą nauka i socjalizm. Choć Pawłów był jawnym krytykiem rewolucji i często groził emigracją, bolszewicy otaczali go swym patronatem *[Aż korci, by wysnuć wniosek, że Pawłow był celem satyry Bułhakowa Psie serce (1925), przedstawiającej cieszącego się światową sławą badacza, który choć gardzi bolszewikami, akceptuje ich mecenat, przeszczepia człowiekowi mózg oraz narządy płciowe psa.]. Po dwóch latach stosowania zasady kija i marchewki Pawłowa nagrodzono pokaźnym przydziałem oraz przestronnym mieszkaniem w Moskwie. Pomimo chronicznego braku papieru jego wykłady opublikowano w 1921 roku. Lenin wyrażał się o pracy Pawłowa jako "niezwykle istotnej" dla rewolucji. Bucharin nazywał ją "bronią z żelaznego arsenału materializmu". Nawet Trocki, który generalnie trzymał się z daleka od polityki kulturalnej, za to mocno interesował się psychiatrią, z przejęciem mówił o możliwościach zmodyfikowania człowieka:

"Czym jest człowiek? W żadnym wypadku nie jest istotą harmonijną i skończoną. Nie, wciąż pozostaje stworzeniem wysoce niewydarzonym. Człowiek, jako zwierzę, nie ewoluował planowo, lecz spontanicznie i zgromadził w sobie wiele sprzeczności. Kwestia, jak edukować i kształtować, jak udoskonalać i uzupełniać fizyczną i duchową konstrukcję człowieka, to kolosalny problem, który można jedynie pojąć na bazie socjalizmu. Możemy zbudować kolej przez Saharę, możemy zbudować wieżę Eiffla i rozmawiać bezpośrednio z Nowym Jorkiem, lecz z pewnością nie możemy udoskonalić człowieka. Nie, nie możemy! Stworzenie nowej, 'ulepszonej wersji' człowieka - oto przyszłe zadanie komunizmu. Najpierw jednak musimy dowiedzieć się wszystkiego o człowieku, jego anatomii, jego fizjologii oraz tej części fizjologii, która zwie się psychologią. Człowiek musi spojrzeć na siebie i uznać się za surowiec lub w najlepszym wypadku za półprodukt, i rzec: 'Mój drogi homo sapiens, wreszcie się za ciebie zabiorę' ".

Nowy Radziecki Człowiek, opisywany w futurystycznych powieściach i utopijnych traktatach, które mnożyły się w okresie rewolucji, był Prometeuszem wieku maszyn. Był istotą racjonalną, zdyscyplinowaną i kolektywną, która żyła jedynie w interesie wyższego dobra, jak komórka w żywym organizmie. Myślał nie w kategoriach jednostki, jako "ja", lecz w kategoriach kolektywu, jako "my". W swych dwóch powieściach science fiction, Czerwonej gwieździe (1908) i Inżynierze Menni (1913), bolszewicki filozof Aleksandr Bogdanow opisał utopijne społeczeństwo zamieszkujące planetę Mars w XXIII wieku. W tym "marksistowsko-marsjańskim" społeczeństwie zlikwidowano wszelkie ślady indywidualizmu: cała praca była zautomatyzowana i kierowana przez komputery, wszyscy nosili te same ubrania i mieszkali w identycznych budynkach, dzieci wychowywano w specjalnych koloniach; nie było odrębnych narodów, wszyscy posługiwali się językiem w rodzaju esperanto. W Inżynierze Menni główny bohater, marsjański lekarz, porównuje misję burżuazji na ziemi, która miała "stworzyć ludzką jednostkę", z zadaniem proletariatu na Marsie, polegającym na "zebraniu tych atomów" społeczeństwa i "stopienia ich w jeden inteligentny organizm ludzki".

Idea wyzwolenia jednostki przez kolektyw była fundamentalna dla rosyjskiej inteligencji rewolucyjnej. "Nie 'ja', lecz 'my' - oto podstawa wyzwolenia jednostki - napisał Gorki w 1908 roku. - Wówczas człowiek poczuje się wreszcie jak ucieleśnienie całego bogactwa świata, całej urody świata, całego doświadczenia ludzkości, a w sferze ducha poczuje się równy wszystkim swoim braciom". Dla Gorkiego obudzenie tego ducha kolektywizmu było zasadniczo zadaniem humanisty: często porównywał je do obywatelskiego ducha oświecenia. Rosję ominęła ta kulturalna rewolucja. Stulecia pańszczyzny i carskich rządów zrodziły w jego opinii "służalczych i niemrawych ludzi", biernych i opornych na wpływy postępu, skłonnych do nagłych wybuchów destrukcyjnej przemocy, niezdolnych zaś, bez państwowego przymusu, do konstruktywnej pracy dla kraju. Krótko mówiąc, Rosjanie byli niekulturnyji, czyli "niecywilizowani": brakowało im kultury, by stać się zaangażowanymi obywatelami. Zadaniem rewolucji kulturalnej, od której zależała rewolucja polityczna i społeczna, było rozwijanie poczucia obywatelstwa. Chodziło, wedle słów Gorkiego, o "zaktywizowanie narodu rosyjskiego wedle wzorców zachodnich" oraz o uwolnienie go od "długiej historii azjatyckiego barbarzyństwa i bierności".

W 1909 roku Gorki, Bogdanow i Łunaczarski założyli szkołę dla rosyjskich robotników w willi pisarza na wyspie Capri. Trzynastu robotników (w tym jednego policyjnego szpiega) wielkim kosztem wywieziono nielegalnie z Rosji i kazano im wysiadywać na nudnym cyklu wykładów na temat historii socjalizmu i literatury zachodniej. Jedyną ponadprogramową rozrywką była wycieczka do muzeów sztuki w Neapolu, po których oprowadzał Łunaczarski. W Bolonii w 1910 roku powstała druga szkoła dla robotników. Celem tych działań było stworzenie grupy świadomych proletariackich socjalistów - rodzaju "robotniczej inteligencji" - którzy następnie szerzyliby swoją wiedzę wśród robotników i w ten sposób zapewnili ruchowi rewolucyjnemu stworzenie własnej rewolucji kulturalnej. Założyciele szkoły zorganizowali się w grupę Wpieriod (Naprzód) i z miejsca popadli w ostry konflikt z Leninem. Ich koncepcja rewolucji była zasadniczo mienszewicka w tym sensie, że uważali jej sukces za zależny od organicznego rozwoju kultury klasy robotniczej. Z kolei Lenin lekceważył potencjał robotników jako niezależnej siły kulturalnej i podkreślał ich rolę jako zdyscyplinowanego aktywu partii. Grupa Wpieriod twierdziła również, że wiedza, zwłaszcza technologia, to siła napędowa historii w sensie nieprzewidzianym przez Marksa i że klasy społeczne rozróżnia się na podstawie nie tyle własności, ile posiadanej wiedzy. Klasy robotniczej nie uwolni zatem kontrolowanie środków produkcji, dystrybucji i wymiany, lecz równoczesna rewolucja kulturalna, która zarazem dała im potęgę wiedzy. Stąd ich zaangażowanie w sprawę oświecenia klasy robotniczej. I wreszcie, co było jeszcze bardziej heretyckie, członkowie grupy Wpieriod utrzymywali, że marksizm powinien być postrzegany jako forma religii - tyle że z ludzkością w miejscu Boga i kolektywizmem zamiast Ducha Świętego. Gorki uwypuklił ów humanistyczny wątek w swojej powieści Życie Matwieja Kożemiakina (1908), w której tytułowy bohater odnajduje swego boga w braterstwie z bliźnimi.

Po 1917 roku, kiedy czołowych bolszewików absorbowały pilniejsze sprawy, politykę kulturalną pozostawiono byłym wpieriodystom w partii. Łunaczarski został komisarzem oświaty - tytuł ten odzwierciedlał inspirację rewolucją kulturalną, którą komisja postawiła sobie za cel - i był odpowiedzialny za zarówno edukację, jak i sztuki piękne. Bogdanow stanął na czele organizacji Proletkult, założonej w 1917 roku z myślą o rozwijaniu proletariackiej kultury. Poprzez kluby i pracownie fabryczne, które do 1919 roku skupiały 80 000 członków, organizowała ona amatorskie teatry, chóry, zespoły muzyczne, zajęcia plastyczne, warsztaty kreatywnego pisania oraz imprezy sportowe dla robotników. W Moskwie działał Uniwersytet Proletariacki, była też Encyklopedia socjalistyczna, której publikację Bogdanow uważał za wstęp do przyszłej kultury proletariatu, tak jak Encyclopedie Diderota była w jego mniemaniu próbą przygotowania burżuazyjnej rewolucji kulturalnej w osiemnastowiecznej Francji.

Tak jak w szkołach na Capri i w Bolonii, tak i w Proletkulcie inteligencja demonstrowała czasem pobłażliwy stosunek do robotników, których pragnęła kształcić. Proletkult wychodził z podstawowego założenia, że klasa robotnicza powinna spontanicznie rozwinąć własną kulturę; tymczasem robiła to za nią inteligencja. Co więcej, "proletariacka kultura", którą budowała, miała dużo mniej wspólnego z rzeczywistymi gustami proletariatu - przede wszystkim wódką i wodewilem - którymi intelektualiści zwykle pogardzali jako wulgarnymi, niż z jej własną wyidealizowaną wizją tego, jacy powinni być robotnicy: niezepsuci przez burżuazyjny indywidualizm, kolektywistyczni w sposobie życia i rozumowania, trzeźwi i samodzielnie się doskonalący, zainteresowani nauką i sportem; krótko mówiąc, mieli być pionierami socjalistycznej kultury, jak wyobrażała ją sobie inteligencja.

Rewolucja 1917 roku wydarzyła się w samym środku tzw. srebrnego wieku Rosji, trzech pierwszych dekad stulecia, kiedy we wszystkich dziedzinach sztuki kwitła awangarda. W trakcie wojny domowej oraz po jej zakończeniu wielu najznakomitszych pisarzy i artystów kraju brało udział w kulturalnych przedsięwzięciach Proletkultu oraz innych radzieckich projektach: Bieły, Gumilow, Majakowski i Chodasiewicz prowadzili zajęcia z poezji, Stanisławski, Meyerhold i Eisenstein dokonali "rewolucji październikowej" w teatrze, Tatlin, Rodczenko, El Lisicki i Malewicz wytyczali nowe drogi w sztukach wizualnych, Chagall został nawet komisarzem sztuk pięknych w swym rodzinnym Witebsku, a później uczył malarstwa w kolonii dla sierot pod Moskwą. To przymierze komisarzy i artystów narodziło się po części ze wspólnych założeń: idei, że sztuka ma program społeczny oraz misję dotarcia do mas i modernistycznego odrzucenia dawnej sztuki burżuazyjnej. Ale było to również małżeństwo z rozsądku. Mimo bowiem początkowych zastrzeżeń, głównie co do utraty własnej niezależności, postaci świata kultury wkrótce dostrzegły korzyści płynące z bolszewickiego patronatu nad awangardą, nie mówiąc już o dodatkowych racjach żywnościowych i materiałach do pracy, których tak bardzo potrzebowali w tamtych chudych latach. Gorki był tu postacią centralną - działając jako radziecki mecenas artystów oraz jako przywódca artystów w radach. We wrześniu 1918 roku zgodził się współpracować z komisariatem Łunaczarskiego, pośrednicząc w jego kontaktach ze światem artystycznym i naukowym. Ze swojej strony, pomimo zniecierpliwienia Lenina tak "błahymi sprawami", Łunaczarski robił, co w jego mocy, by wspierać rozmaite przedsięwzięcia Gorkiego zmierzające do "ocalenia rosyjskiej kultury", od oficyny wydawniczej Literatura Światowa, gdzie zatrudniano wielu pozbawionych środków do życia intelektualistów, po Komisję Konserwacji Budynków Historycznych i Pomników. Łunaczarski utyskiwał, że Gorki "okazał się być obiema nogami w obozie inteligencji, trzymając jej stronę w narzekaniu, braku wiary oraz przerażeniu wywołanym perspektywą zniszczenia cennych obiektów pod ciosami rewolucji".

Nihilistyczne skrzydło awangardy czuło szczególny pociąg do bolszewizmu. Upajało się niszczeniem starego świata. Na przykład futurystyczni poeci, tacy jak Majakowski, praktycznie rzucali się bolszewikom do stóp, widząc w nich swoich sprzymierzeńców w walce z "burżuazyjną sztuką". (Włoscy futuryści popierali faszystów generalnie z tego samego powodu). Futuryści podążali drogą skrajnie obrazoburczą w ruchu Proletkultu, co rozwścieczało Lenina (konserwatystę w kwestiach kultury) i wprawiało w zakłopotanie Bogdanowa oraz Łunaczarskiego. "Czas, by kule podziurawiły muzea", pisał Majakowski. Odrzucał klasyków jako "starą estetyczną tandetę" i układał kalambury, że Rastrellego należy postawić pod ścianą (rasstrieliat znaczy po rosyjsku "rozstrzelać"). Kiriłłow, poeta Proletkultu, napisał:

 

W imię naszego jutra, spalimy Rafaela

Zburzymy muzea, zdepczemy kwiaty Sztuki.

 

Była to w sumie intelektualna buta, dewastatorska poza drugorzędnych pisarzy, których gotowość do szokowania dalece przewyższała talent.

Stalin nazwał niegdyś pisarza "inżynierem ludzkich dusz". Artyści awangardy mieli stać się wielkimi transformatorami ludzkiej natury podczas pierwszych lat bolszewickiego reżimu. Wielu z nich podzielało socjalistyczną ideę uczynienia ludzkiej natury bardziej kolektywistyczną. Odrzucali indywidualistyczne zainteresowanie dziewiętnastowieczną "sztuką burżuazyjną" i wierzyli, że mogą wytrenować ludzki umysł, by postrzegał świat inaczej za sprawą modernistycznych form artystycznej ekspresji. Uważano na przykład, że montaż, dający efekt kolażu oderwanych, lecz połączonych ze sobą obrazów, wywiera na widza dydaktyczny efekt podprogowy. Eisenstein, który wykorzystywał tę technikę w swych trzech wielkich filmach propagandowych z lat dwudziestych, Strajku, Pancerniku Potiomkinie i Październiku, oparł na niej całą swoją teorię filmową. Narobiono mnóstwo hałasu wokół "psychologicznej rewolucji", którą wywołało ponoć kino, modernistyczna forma sztuki par excellence, która tak jak psychologia współczesnego człowieka opierała się na "liniach prostych i kątach ostrych" oraz "potędze maszyny".

Jako pionierzy tej "psychologicznej rewolucji" awangardyści gonili za rozmaitymi formami eksperymentalnymi. W owym czasie nie istniała cenzura sztuki - bolszewicy mieli bardziej naglące zmartwienia - był to zatem obszar relatywnej swobody. Stąd paradoks artystycznej eksplozji w państwie policyjnym. Spora część tej wczesnej sztuki radzieckiej miała autentyczną i trwałą wartość. Konstruktywiści, szczególnie tacy artyści jak Rodczenko, Malewicz i Tatlin, wywarli potężny wpływ na styl modernistyczny. Nie można powiedzieć tego o sztuce nazistowskiej ani o tym, co uchodziło za sztukę w czasach stalinowskich, to jest o ponurym monumentalnym kiczu socrealizmu. A jednak, zważywszy na młodzieńczą żywiołowość, z jaką awangarda przyjęła ducha nowatorstwa, spora część ich wkładu w sztukę może - co wręcz nieuchronne - wydawać się dziś dość komiczna.

Na przykład w sferze muzyki zdarzały się orkiestry bez dyrygentów (zarówno podczas prób, jak i koncertów), które twierdziły, że torują drogę socjalistycznemu stylowi życia opartemu na równości i ludzkim spełnieniu poprzez swobodną pracę zespołową. Istniał ruch "koncertów w fabryce", wykorzystujący syreny, turbiny oraz klaksony w charakterze instrumentów muzycznych lub tworzący nowe dźwięki środkami elektronicznymi, co zdaniem niektórych miało doprowadzić do powstania nowej estetyki w muzyce, bliższej psychice robotników. Szostakowicz, jak zwykle żartobliwy i ironiczny, przyłączył się do zabawy, dodając odgłos syren fabrycznych w kulminacji swej II symfonii (Październikowej). Równie ekscentryczne było przemianowywanie znanych oper oraz zmienianie librett na "socjalistyczne": i tak Toska została Bitwą dla Komuny, której akcję przeniesiono do Paryża roku 1871; Hugenoci stali się Dekabrystami, a tłem akcji była Rosja; natomiast Życie za cara Glinki przerobiono na Sierp i młot.

Poczyniono podobną próbę przybliżenia masom teatru, wyprowadzając go ze zwyczajowej "burżuazyjnej" scenerii i umiejscawiając na ulicach, w fabrykach i wojskowych koszarach. Teatr stał się zatem formą agitacji i propagandy. Jego celem było zniesienie barier między aktorami a widzami, zatarcie granicy proscenium oddzielającej teatr od widowni. Zapożyczono to z technik niemieckiego teatru eksperymentalnego, którego pionierem był Max Reinhardt, a który udoskonalił Bertolt Brecht. Zachęcając publiczność do wyrażania swych reakcji na sztukę, Wsiewołod Meyerhold oraz inni radzieccy reżyserzy dążyli do zaangażowania emocji w dydaktyczne alegorie rewolucji. Nowe dramaty akcentowały walkę rewolucyjną zarówno w skali ogólnonarodowej, jak i w skali prywatnego życia jednostki. Bohaterowie byli z grubsza ciosanymi papierowymi symbolami - chciwymi kapitalistami w melonikach, diabolicznymi duchownymi z brodami w stylu Rasputina oraz prostymi, uczciwymi robotnikami. Głównym celem tych spektakli było wzniecenie masowej nienawiści do "wrogów" rewolucji, a co za tym idzie, skupienie ludzi po stronie reżimu. Jeden z tych dramatów, Czy słyszysz mnie, Moskwo?, wystawiony przez Eisensteina w 1924 roku, obudził takie emocje, że w ostatnim akcie, kiedy pokazano, jak niemieccy robotnicy szturmują bastion faszyzmu, publiczność zerwała się z miejsc i próbowała do nich dołączyć. Każdego zabitego faszystę witano szalonym aplauzem. Jeden z widzów wyciągnął nawet broń, by zastrzelić aktorkę odgrywającą rolę faszystowskiej kokoty, ale na szczęście jego sąsiedzi przywiedli go do rozumu.

Najbardziej spektakularnym przykładem rewolucyjnego teatru ulicznego był Szturm na Pałac Zimowy wystawiony w 1920 roku dla uczczenia trzeciej rocznicy październikowego powstania. Ten masowy spektakl zacierał różnice - które i tak zawsze mylono - między teatrem a rewolucją: ulice Piotrogrodu, na których rozegrał się rewolucyjny dramat 1917 roku, zostały zamienione w teatr. Kluczowe sceny odgrywano na trzech wielkich podestach na placu Pałacowym. Pałac Zimowy był częścią dekoracji, z podświetlanymi kolejno różnymi oknami ukazującymi rozmaite sceny wewnątrz. Główną rolę grała Aurora, strzelająca ze swych ciężkich dział na Newie, by dać sygnał do ataku na pałac, tak samo jak uczyniła to tamtego historycznego wieczoru. Obsada liczyła 10 000 osób, prawdopodobnie więcej niż wzięło udział w prawdziwym powstaniu, które niczym chór w starożytnym teatrze greckim pojawiały się, by ucieleśnić monumentalną ideę rewolucji jako dzieła ludu. Około 100 000 widzów śledziło rozwój wydarzeń z placu Pałacowego. Śmiano się z błazeńskiej postaci Kiereńskiego i szaleńczo wiwatowano podczas szturmu na pałac. Był t