Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Stanisław Szenic

Sprawa Bohdana Ronikiera - 2

 

 

Przewodniczący kompletu sądzącego Szustow odczytuje wyrok:

"W imieniu Jego Cesarskiej Mości Sąd Okręgowy w Warszawie po wysłuchaniu sprawy o: 1. szlachcicu guberni kowieńskiej, Bohdanie Marianie Wincentym (trojga imion), synu Adama Aleksandra Anastazego, hrabim Ronikierze, 2. Feliksie synu Franciszka Zawadzkim i 3. Antonim synu Michała Siemieńskim, oskarżonych z art. 13 i 1483 kodeksu kar głównych i poprawczych, uznając:

a. Bohdana hr. Ronikiera za winnego,

b. Feliksa Zawadzkiego i Antoniego Siemieńskiego za niewinnych, postanawia:

Bohdana hr. Ronikiera po pozbawieniu wszystkich praw stanu skazać na 15 lat ciężkich robót, a po odcierpieniu tej kary osiedlić go na Syberii na zawsze;

Zawadzkiego i Siemieńskiego uniewinnić; akcję cywilną Bronisława i Wandy Chrzanowskich oddalić; wyrok względem hr. Ronikiera przedstawić do zatwierdzenia najwyższego".

Motywy wyroku, ogłoszone 11 października 1911 roku, objęły 12 arkuszy ścisłego pisma. Sad wyszedł z założenia, że wszystkie okoliczności zbrodni stwierdzają, iż musiał ją popełnić człowiek inteligentny, który tak obmyślił najdrobniejsze szczegóły, aby nie tylko odsunąć od siebie wszelkie podejrzenia, lecz aby wzbudzić ponadto przeświadczenie, że zabójstwa dokonano na tle romantycznym.

Rysunki pornograficzne, znalezione w oddzielnym zwitku w tece zabitego - czytamy w wyroku - musiały w każdym, kto znalazł się na miejscu zbrodni, zrodzić myśl, że zabity Chrzanowski był chłopcem zepsutym i rozpustnym; dwa blankiety wekslowe zdawały się wykazywać, że nieboszczyk potrzebował znaczniejszych kwot pieniężnych, przewyższających zwykłe potrzeby jego wieku, i zdobywał pieniądze drogą wystawiania weksli; kwit Zawadzkiego, stwierdzający otrzymanie od "Stanisława Chrzanowskiego" 80 rubli za pokoje nr 1 i nr 2, oraz kwit pocztowy na przekaz pieniężny w kwocie 75 rb. na rzecz tegoż Zawadzkiego każą się domyślać, iż to Chrzanowski sam wynajął pokoje, w których znaleziono jego trupa; gałązka bzu, pozostała na podłodze, a pochodząca z bukietu, który Zawadzki usunął z pokoju nr 1 po wykryciu zabójstwa - z obawy, aby policja nie domyśliła się na widok tego bukietu, że pokoje jego bywały terenem schadzek miłosnych - każe wnosić, że Chrzanowski przychodził do pokojów umeblowanych celem widywania się z jakąś kobietą. Wreszcie treść kartki znalezionej w kopercie z napisem "po mojej śmierci", mówi o tym, że Chrzanowski żył w waśni z rodzicami, był rozczarowany do życia i bliski samobójstwa. W ogóle zaś, wobec tych wszystkich okoliczności, samo przez się nasuwa się wniosek, że zabójstwa Stanisława Chrzanowskiego dokonano na tle romantycznym.

Z takiego wyszedłszy założenia sąd rozpatruje następnie zeznania współoskarżonych, Zawadzkiego i Siemieńskiego, świadków Gutnajerów, od których nabyte były dywany znalezione na miejscu zbrodni, całego szeregu świadków obalających alibi Ronikiera oraz kolegów zabitego, którzy widzieli Ronikiera z Chrzanowskim na ulicy Złotej dnia 12 maja, i odrzuca jako niewiarygodne zeznania tych paru świadków, którzy jakoby widywali Ronikiera w Lublinie w ciągu dni 10, 11 i 12 maja, robiąc przy tym Ronikierowi zarzut, że w początkach śledztwa twierdził, iż bawił przez te dni w Lublinie celem zaciągnięcia pożyczki pieniężnej, nie zdołał jednak wskazać nikogo, do kogo by się w tym celu zwracał.

Dalej sąd godzi się z opinią tej grupy biegłych, która orzekła, iż adres na przekazie pocztowym do Zawadzkiego pisany był ręką Ronikiera, odrzucając opinię drugiej grupy biegłych, twierdzących wręcz przeciwnie. Wreszcie, skreśliwszy dzieje Ronikiera i jego stosunku do rodziny żony, sąd dochodzi do wniosku, że Ronikier miał powody, dla których mógł pragnąć usunięcia takiej przeszkody dla szybszego otrzymania majątku od teściów, jaką był jego szwagier Stanisław. Będąc w krytycznym położeniu majątkowym, a dążąc jednocześnie do wzbogacenia się, Ronikier niewątpliwie miał zamiar usunąć w osobie Stanisława Chrzanowskiego zaporę do otrzymania części majątku przypadającej jego żonie, zgodnie bowiem z wolą teścia, Bronisława Chrzanowskiego, za życia Stanisława małżonkowie Ronikierowie mogli otrzymać swą część majątkową dopiero po jego dojściu do pełnoletności.

Dalsze wywody sądu, ustalające winę Ronikiera, przytaczamy w tłumaczeniu dosłownym:

"Co się tyczy znalezionego w tece zabitego listu przedśmiertnego z podpisem Stanisława Chrzanowskiego i adnotacją na kopercie, pisanych charakterem jak gdyby na wpół drukowanym, tzw. >>rondem<<, to chociaż biegli orzekli stanowczo, że nie pisał ich nieboszczyk Chrzanowski, nie znaleźli jednak danych do twierdzenia, iż pisał je Ronikier. Biorąc jednak pod uwagę okoliczność, że Ronikierowi niewątpliwie wiadomo było, iż Stanisław Chrzanowski często podpisywał swe imię i nazwisko literami na wpół drukowanymi, jak również ze względów wyłuszczonych poniżej, sąd przychodzi do wniosku, że i ta kartka była dziełem rąk Ronikiera, chociaż tekst jej mógł być oczywiście na jego prośbę napisany i przez kogoś innego.

Przy oględzinach pokoju, w którym znajdował się trup Stanisława Chrzanowskiego, znaleziono w pewnej odległości od ciała nieboszczyka na podłodze rewolwer systemu >>Smith i Wesson<< z dwiema pustymi gilzami oraz z dwoma ostrymi nabojami, a na otomanie w tym samym pokoju w czapce mundurowej Chrzanowskiego - klucz od zamkniętych wówczas drzwi wejściowych z kuchennej klatki schodowej. Przedmioty te, w związku z treścią wspomnianej powyżej kartki przedśmiertnej, wykazują oczywiście, iż morderca miał początkowo zamiar pozbawić swą ofiarę życia wystrzałem z rewolweru i wytworzyć w ten sposób symulowany obraz samobójstwa Chrzanowskiego na tle rozczarowania do życia po schadzce z kobietą (na co miał wskazywać bukiet bzu usunięty przez Zawadzkiego jeszcze przed przybyciem władz śledczych) w pokoju zamkniętym z wewnątrz za pomocą klucza leżącego w czapce samobójcy. Powyższego planu jednak z jakiegoś powodu - być może z obawy, że odgłos strzału mógłby usłyszeć ktoś będący w korytarzu ogólnym pokojów umeblowanych Zawadzkiego - mordercy nie udało się wykonać, wobec czego zamordował on Chrzanowskiego zadawszy mu ciosy w głowę jakimś twardym narzędziem, po czym ratował się ucieczką przez schody kuchenne, a drzwi wejściowe zamknął za sobą drugim kluczem, jaki niewątpliwie posiadał. Symulowanie samobójstwa Chrzanowskiego było w danym wypadku korzystne jedynie dla Ronikiera, dla każdego zaś innego mordercy symulowanie samobójstwa, jak w ogóle urządzenie tego wszystkiego, co znaleziono na miejscu przestępstwa, nie miałoby żadnego sensu ani znaczenia.

Z informacji dostarczonych przez magistrat okazuje się, że odległość od domu nr 58 przy ulicy Złotej do rogu ulicy Marszałkowskiej wynosi 361 sążni. Odległość tę, zgodnie z twierdzeniem świadków Białowiejskiego, Kłossowskiego, Ostrowskiego i in., można przejść idąc zwykłym krokiem w 10 minut. Od domu zaś nr 112 przy ulicy Marszałkowskiej do Dworca Kowelskiego odległość wynosi 3 wiorsty 280 sążni.

Otóż powstaje pytanie, czy oskarżony Ronikier, którego uczniowie ze szkoły Wróblewskiego po ukończeniu zajęć szkolnych widzieli 12 maja w trakcie jego rozmowy ze Stanisławem Chrzanowskim, mógł zdążyć dojść z nim do pokojów umeblowanych Zawadzkiego, pozbawić go tam życia, a następnie zajechać na Dworzec Kowelski przed odejściem pociągu odchodzącego o godzinie 3 min. 23. Sąd uznaje, że na pytanie to należy dać odpowiedz twierdzącą. Jeżeli świadek Monic, ostatni spośród kolegów Chrzanowskiego, którzy widzieli go 12 maja po ukończeniu zajęć, spotkał Ronikiera z Chrzanowskim przed domem nr 58 przy ulicy Złotej o godzinie 2 min. 35, to mogli oni niewątpliwie przejść drogę do pokojów umeblowanych Zawadzkiego w domu nr 112 przy ulicy Marszałkowskiej w 15 minut idąc pieszo, na dokonanie morderstwa, według opinii biegłego drą Zawadzkiego, wystarczyło 2-5 minut; umyć ręce i w ogóle uporządkować swój wygląd Ronikier mógł również w przeciągu 5 minut; pozostawało mu zatem jeszcze 23 minuty na dojazd do dworca dorożką (możliwie, że parokonną), która mogła być już przygotowana zawczasu; jadąc więc z szybkością 5 minut na wiorstę mógł on znaleźć się na dworcu jeszcze na 5 minut przed odejściem pociągu. O ile by zaś przypuścić, że Ronikier mógł od domu nr 58 przy ulicy Złotej do pokojów umeblowanych Zawadzkiego pojechać z Chrzanowskim dorożką, a w sprawie nie ma żadnych danych, które by obalały takie przypuszczenie, to ilość czasu rozporządzalnego na dokonanie morderstwa i dojazd do dworca jeszcze się powiększy.

Niezależnie od tego, zeznania świadków Dziadzika i Hahna wskazujące, że Ronikier na długi czas przed zabójstwem Chrzanowskiego poszukiwał osobnika, który oddałby mu się bezwzględnie, znał Warszawę i byłby zdolny, jak się zdaje, nawet do popełnienia morderstwa, a w razie koniecznym mógłby ratować się ucieczką za granicę - upoważniają również i do innego przypuszczenia, a mianowicie, że Ronikier mógł mieć ukrytego w wynajętych pokojach wspólnika, który pozbawił Chrzanowskiego życia, po przyprowadzeniu go tam przez Ronikiera, ten zaś tylko doprowadził Chrzanowskiego na miejsce przestępstwa, po czym sam niezwłocznie udał się na dworzec kolejowy".

Zreasumowawszy następnie w siedmiu punktach zasadniczych dowody winy Ronikiera, sad kończy roztrząsanie tego tematu uwagami następującymi:

"Rysunki pornograficzne, bukiet bzu, list przedśmiertny, bilety wizytowe >>Stanisław Chrzanowski, właściciel majątku Tuczapy<<, blankiety wekslowe, 23 rb. gotówką - wszystko to mogło być urządzone i przyniesione tylko przez Ronikiera, który jeszcze po wykryciu zabójstwa sugerował, że zabójstwa Stanisława Chrzanowskiego dokonano na tle romantycznym, i opowiadał Kurnatowskiemu, że Chrzanowski był młodzieńcem rozpustnym, że kobiety tak na niego działały, iż na sam ich widok, np. na scenie, mienił się na twarzy.

Ronikier też niewątpliwie po dokonaniu zabójstwa zapalił lampę, w której przez pośpiech zbytnio wykręcił knot, co spowodowało potem silne jej kopcenie; a zapalił ją po to, by przesunąć w ten sposób domniemany czas spełnienia zbrodni, aby wywołać w każdym przeświadczenie, że mordu dokonano nie w dzień, lecz wieczorem lub w nocy, i przez to stworzyć sobie alibi, gdyż o godzinie 8 min. 46 wieczorem w dniu mordu Ronikier był już w Lublinie.

Z takich wychodząc zasad sąd uznał winę Ronikier a za dowiedzioną".

Na zaznaczenie zasługuje okoliczność, że w motywach wyroku nie znajdujemy ani słowa wzmianki o opinii biegłego drą Czechowa z Petersburga, który orzekł, że Ronikier cierpi na psychozę więzienną i nie posiada całkowitej świadomości.

Co do Zawadzkiego i Siemieńskiego, sąd nie tylko nie upatruje żadnych dowodów ich współwiny, lecz przeciwnie, uważa, że całe ich zachowanie się dowodzi, że nie mogli oni być uczestnikami zbrodni.

Gdyby byli wspólnikami Ronikiera, to, zdaniem sądu, niewątpliwie usunęliby wszelkie ślady przestępstwa; ukryliby trupa, zniszczyliby wszystkie przedmioty krwią zalane, tym bardziej że mieli na to i dość czasu, i bardzo wygodne w ogóle warunki wobec oddalenia miejsca przestępstwa od reszty lokalu i wobec oddzielnego wyjścia na schody kuchenne. Nie byliby też przez usunięcie bukietu psuli całości tego obrazu, jaki stworzył zbrodniarz na miejscu przestępstwa celem symulowania samobójstwa lub zabójstwa na tle romantycznym. Pośród papierów zabitego nie znaleziono by również kwitu Zawadzkiego na 80 rubli za wynajęcie pokoi oraz kwitu pocztowego na 75 rubli, gdyż dowody te mógł tam umieścić jedynie Ronikier; dowodzi to, iż los ich wcale go nie obchodził; gdyby mu zależało na nich jako na wspólnikach, niewątpliwie byłby postąpił inaczej. Odwrotnie, Zawadzki nie byłby poczynił swych zeznań co do Ronikiera, gdyby był z nim związany węzłem współuczestnictwa; zbrodniarze - jak stwierdza sąd - tylko wtedy zdradzają swych wspólników, gdy sami przyznają się do winy. Wreszcie, zarówno Zawadzki, jak i Siemieński - a szczególniej Zawadzki - na pewno nie pozostawiliby na miejscu czystych blankietów wekslowych i gotówki w kwocie 23 rubli, które znaleziono na miejscu przestępstwa, lecz nie omieszkaliby przywłaszczyć sobie tej kwoty.

Za Zawadzkim i Siemieńskim przemawia również i ta okoliczność, że Ronikier czynił próby wynajęcia podobnego lokalu w Hotelu Lipskim - dowodzi to, iż działał sam, bez czyjego bądź współudziału; gdyby był uprzednio wtajemniczył w całą sprawę Zawadzkiego i Siemieńskiego, byłoby wtedy z jego strony rzeczą nader ryzykowną pozostawiać w jednym miejscu obeznanych z tajemnicą planowanej przez siebie zbrodni wspólników, a w drugim jednać sobie innych do tego samego celu. Ronikier nie postępowałby w ten sposób.

Jeżeli zaś Zawadzki i Siemieński opowiadali stróżowi Zielińskiemu, że gość z numeru 1 i 2 jest ogolony jak ksiądz i nosi czapkę z zielonymi wypustkami, to mogli mówić o tym przytaczając słowa Ronikiera, który nie tylko przez odpowiednią inscenizację w miejscu przestępstwa chciał utrwalić w każdym przeświadczenie, że Chrzanowski odwiedzał pokoje umeblowane z jakąś kobietą, ale mógł też szerzyć odpowiednie wieści wyjaśniając Zawadzkiemu, że w pokojach tych bywa młodzieniec o opisanym wyżej wyglądzie.

Na koniec, pewne zaniepokojenie Zawadzkiego i Siemieńskiego po wykryciu przestępstwa oraz kilkakrotna zmiana zeznań w toku dochodzenia tłumaczą się obawą kłopotów, nieprzyjemności i odpowiedzialności za niemeldowanie mieszkańców i zezwolenie w swym lokalu na schadzki.

Wreszcie co do wytoczonej przez rodziców zamordowanego akcji cywilnej w kwocie 3 tysiące rubli z przeznaczeniem tej sumy na wpisy dla niezamożnych uczniów szkoły Wróblewskiego - sąd uznał powództwo za bezzasadne i niczym nie poparte, wobec czego postanowił je oddalić.

Żywe zainteresowanie procesem karnym ustaje zazwyczaj z chwilą wydania wyroku sądu pierwszej instancji. Publiczność nie śledzi już z równym zaciekawieniem postępowania apelacyjnego i kasacyjnego, jak gdyby znalazła całkowite zaspokojenie wrażeń w wyroku sądowym orzekającym o winie lub też niewinności, i nie przejmowała się dalszym losem bohaterów ponurych spraw. Sale Sądu Apelacyjnego i Najwyższego świecą z reguły pustkami, niczym nie przypominają zatłoczonych sal sądów okręgowych.

Inaczej było ze sprawą hr. Ronikiera. Zarówno śledztwo pierwiastkowe, jak i przewód sądowy pozostawiły dużo pytań bez odpowiedzi, szereg tajemnic pozostało nie wyjaśnionych, sumienie publiczne - jak pisano w prasie - nie mogło się uznać za zaspokojone. Różnym przypuszczeniom i hipotezom mniej lub więcej prawdopodobnym dawano żywy wyraz w artykułach dziennikarskich.

Podnoszono, że nie zostało zbadane, gdzie i na czyje zamówienie zostały wydrukowane bilety wizytowe "Stanisław Chrzanowski, właściciel majątku Tuczapy", że nie odszukano dorożki czy karety, którą po dopełnionym morderstwie hr. Ronikier pędził na Dworzec Kowelski, aby zdążyć na pociąg lubelski, że nie postarano się odszukać właściciela rewolweru znalezionego obok trupa. Można by w ślad za prasą przytoczyć jeszcze szereg tego typu okoliczności, które w razie wyjaśnienia mogły dostarczyć - jeśli nie jasną odpowiedź, to co najmniej cenny materiał do wnioskowania, jak potoczył się dramat w pokojach Zawadzkiego w dniu 12 maja 1910 roku.

W istocie rzeczy Sąd Okręgowy w motywach wyroku też zaznaczał, że pozostało nie wyjaśnione, czy Ronikier zabijał sam, czy też pomagał mu ktoś trzeci, nieznany, a przez głównego winowajcę do wykonania tej potwornej zbrodni wynajęty.

Z kronikarskiej ścisłości zanotować wypada, że podczas nagłej rewizji, przeprowadzonej w celi hr. Ronikiera w dniu 1 listopada 1911 roku, wykryto przygotowania do ucieczki. Stwierdzono, że śruby utrzymujące klamkę zamku były przełożone w stronę odwrotną, tak że drzwi można było w każdej chwili otworzyć od wewnątrz. Nadto znaleziono skrytkę, w której był rewolwer i piętnaście naboi oraz dwa klucze. Jeden otwierał wszystkie drzwi, drugi - podręczny magazyn. Ronikier przesłuchany w tej sprawie jako świadek zeznał, że bandyta Cisowski, który siedział w tej celi, chciał mu sprzedać dwa sekrety, mały za dziesięć rubli, duży za sto. Sekret mały kupił, była to wyżłobiona w półce skrytka na listy. Dużego sekretu nie kupił. Widać była to druga, większa skrytka z kluczami i rewolwerem. W związku z wynikami rewizji trzej strażnicy więzienni zostali wydaleni z posad. Sprawę przemilczano, prasa doniosła o niej dopiero z początkiem 1913 roku. Publiczność oczekiwała z niecierpliwością rozpisania rozprawy w sądzie odwoławczym.

Instancja apelacyjna nakazała wezwać sześćdziesięciu czterech świadków po części dla powtórnego ich zbadania, po części dla wyjaśnienia okoliczności, o których nie było mowy w Sądzie Okręgowym. Tym razem w charakterze świadka stawał Antoni Siemieński, współoskarżony w pierwszej instancji; wyrok uniewinniający go uprawomocnił się wobec niewniesienia odwołania przez prokuratora. Natomiast prokurator zaskarżył wyrok uniewinniający Zawadzkiego, hr. Ronikier apelował w odniesieniu do swojej osoby. Na ławie oskarżonych zasiada tylko sam Ronikier, sąd nie zażądał osobistego stawiennictwa Zawadzkiego. Obu oskarżonych bronią ci sami obrońcy co w pierwszej instancji.

W sobotę dnia 3 lutego 1912 roku w sali II Departamentu Karnego o godzinie 12 min. 20, z półtoragodzinnym opóźnieniem, za co prasa ostro sąd krytykowała - na ławie oskarżonych zajmuje miejsce Bohdan hr. Ronikier, wprowadzony do sali pod silnym konwojem. Wszystkie oczy i lornetki zwracają się ku głównemu oskarżonemu. Zdziwienie ogólne, jak bardzo zmienił się jego wygląd. Włosy długie i broda potężna zostały, ale wzrok jakiś jaśniejszy i znacznie spokojniejszy, a dziwacznego stroju już ani śladu. Ani habitu, ani krzyża, ani piuski na głowie, ani modlitewnika w ręku, zamiast wszystkich tych emblematów żakiet, strój odpowiedni dla tak dystyngowanego oskarżonego, zmuszonego stanąć przed sądem.

Mija jeszcze dziesięć minut i wreszcie sąd wkracza na podium. Przewodniczy prezes departamentu Czenykajew, referentem sprawy jest Ałkałajew-Karageorgij, skład izby dopełnia sędzia Jegorow, oskarża podprokurator Sądu Okręgowego Herszelman, ten sam, który oskarżał w pierwszej instancji, delegowany specjalnie do sprawy tej w instancji odwoławczej. Przewodniczący zwraca się do oskarżonego:

- Czy pan jest Bohdan hr. Ronikier?

- Tak jest - odpowiada oskarżony bez cienia jakiejkolwiek afektacji.

Przepis proceduralny wymagał, aby referent sprawy jak najdokładniej zdał sprawozdanie z przewodu sądowego w instancji niższej, referat sędziego Ałkałajewa-Karageorgija zajął też pełne dwa dni. Dopiero w poniedziałek w południe przystąpiono do przesłuchania świadków. Przesuwa się przed sądem długi ich szereg, nie wywołują jednak większego zainteresowania, gdyż powtarzają stare, znane już wszystkim szczegóły, nie dodając nic istotnego. Zawiedli również obronę wezwani przez nią świadkowie alibiści. Nie potrafili przekonywająco udowodnić, że hr. Ronikier w chwili popełnienia mordu na Chrzanowskim przebywał w Lublinie. Również nie zdołał przekonać sądu niejaki Ignacy Morawski, utrzymujący się z pisania skarg i podań oraz udzielania porad, który zgłosił swe usługi hr. Ronikierowej i obecnie twierdził, że krytycznego dnia wspólnie z obywatelem z Miechowskiego, panem Stefanem Sikorskim, poznanym w pociągu, oraz dwiema wesołymi damami, poznanymi w Ogrodzie Saskim, spędził kilka godzin w pokojach umeblowanych Zawadzkiego. Na korytarzu zauważył Stasia Chrzanowskiego w towarzystwie jakiejś Francuzki, przypominającej mu z wyglądu pewną śpiewaczkę kabaretową z Lublina, przybyłą tam z Paryża. Pan Stefan Sikorski, przesłuchiwany jako świadek, oświadczył, że otrzymał wprawdzie od Morawskiego list wzywający go do hrabiny Ronikierowej, że jednak pana Morawskiego zupełnie nie zna ani też z nim w pokojach Zawadzkiego nie był, że wszystko, co Morawski zeznaje, jest kłamstwem wierutnym, a list od niego otrzymany złożył prokuratorowi sądu kieleckiego. W Miechowskiem jest wprawdzie jeszcze jeden Sikorski, lecz jest to człowiek starszy, prawie nigdy nie wyjeżdżający z domu.

Ożywienie publiczności wywołuje przybycie hrabiny Ksawery Ronikierowej, wezwanej również przez obronę.

"Byliśmy zawsze razem - opowiada hr. Ronikierowa, zapytana o stosunki swe z małżonkiem. - Nie rozstawaliśmy się nawet na kilka dni. Szczęśliwa byłam zupełnie, najzupełniej z mężem moim, powiem szczerze, iż nigdy nawet nie myślałam, nie marzyłam o takim szczęściu, jakie dał mi mąż mój.

Z rodzicami za to stosunki były złe, raczej z ojcem tylko, gdyż do matki mej żadnej pretensji nie mam, nie mogę mieć. Pielęgnowała mnie z zupełnym poświęceniem, gdym niedawno tak ciężko była chora. I przedtem usiłowała stale pomóc mi, gdym była w kłopotach finansowych czy innych, odwiedzała mnie często, dobra była dla mnie zawsze, prawdziwa matka.

Gorszy, zły nawet był stosunek z ojcem. Długo się małżeństwu naszemu opierał, postawił za warunek nieodzowny, aby mąż mój nabył majątek ziemski, choćby go miał od początku samego obciążyć nad miarę długami - nie było rady; aby usunąć przeszkodę, mąż nabył Łuszczewo.

Niesłusznie pisano i mówiono, jakoby mąż skłaniał mnie do wykreślenia z aktu ślubnego wzmianki o intercyzie: gdym otrzymała list od biskupa, pośrednika między nami a ojcem moim w sprawach naszych, list, w którym przytoczony był wyjątek z listu ojca odsądzający mnie od czci i wiary, wtedy powzięłam decyzję i sama, bez żadnego wpływu męża, przekreśliłam odpowiedni paragraf w akcie ślubnym. Od tego czasu zepsuł się też stosunek nasz do całej mojej rodziny".

W dalszym ciągu zeznań hr. Ronikierowa drżącym i cichym głosem opowiada o zamordowanym bracie, skarżąc się na to, że w ostatnim czasie przed śmiercią stosunek do niej tego brata, którego wychowywała i pieściła, zmienił się. Nie rozmawiał z nią prawie wcale, a matce skarżył się, że to ona rozmawiać z nim nie chce.

Gdy żadna ze stron nie miała już do świadka dalszych pytań i przewodniczący oświadczył: "Może pani odejść", odpowiada hr. Ronikierowa pełna jakiejś rozpaczy: "Ależ ja mogę wiele jeszcze powiedzieć i o Stasiu, i o rodzinnych stosunkach..." a w głosie jej słychać jakby obawę, czy też już wszystko uczyniła, co do niej należało, aby ratować ukochanego męża.

Przewodniczący zwraca się po raz drugi do stron, nikt jednak nie wypowiada życzenia, aby badać świadka. Wreszcie jeden z obrońców Ronikiera stawia kilka pytań co do stosunków finansowych pomiędzy małżonkami a panem Chrzanowskim.

- Rentę obiecaną, choć z przerwami i opóźnieniami, otrzymywałam aż do aresztowania męża - odpowiada pani Ronikierowa. - Obecnie już nic nie otrzymuję, a obiecanych sreber nie dostałam.

- A czy wiadomo pani - wtrąca się do zeznań świadka przedstawiciel powoda cywilnego mecenas Nowodworski - iż krewna, pani Głogowska, prowadząca dom pani, otrzymuje co dwa tygodnie 200 rb. od pana Chrzanowskiego?

- Tego nie wiem.

- A więc skąd ma pieniądze na prowadzenie domu?

- Nie wiem - powtarza pani Ronikierowa. - Wiem to tylko, iż gdy potrzebuję na dorożkę, nie mam.

Następnie adwokat Nowodworski wylicza szereg nazwisk i liczb; dotyczą one długów popłaconych przez pana Chrzanowskiego. Gdy zrzeka się dalszego badania, hr. Ronikierowa oświadcza ponownie:

- Chcę dużo jeszcze powiedzieć, chcę potem zabrać głos. - Wreszcie wybucha w kierunku powoda cywilnego, wołając zrozpaczonym głosem: - A kto pana upoważnił do burzenia rodziny mej, mego szczęścia?

Żal szczery i głęboki, niekłamane współczucie, jak zanotowali sprawozdawcy, towarzyszyło hr. Ronikierowej, gdy wracała na ławę przeznaczoną dla świadków.

Ktoś ze złośliwych, popierający widać interesy starego Chrzanowskiego, ukuł powiedzenie, które obiegło Warszawę: "Ce n'est pas une femme mais une femelle" (To nie jest kobieta, lecz samica).

Badanie świadków trwało do dnia 8 lutego, lecz nic nowego i istotnego do sprawy nie wniosło. Antoni Siemieński, były współoskarżony, obecnie przesłuchiwany jako świadek, podtrzymywał swoje zeznania złożone w Sądzie Okręgowym.

Sensację przyniósł szósty dzień rozprawy. Przemówił Ronikier, przełamując milczenie tak skrupulatnie niemal przez dwa lata zachowywane. I nie wygłosił zdań urywanych, nie powoływał się na świadectwo mocy niebieskich, lecz walczył z oskarżeniem, poprowadził bój o odzyskanie wolności. Głosu sąd udzielił oskarżonemu na wniosek adwokata hr. Bobriszczewa-Puszkina, który oświadczył, że oskarżony, "jak wiadomo, w Sądzie Okręgowym udziału w obradach nie brał, teraz zaś chciałby wykazać, co robił od poniedziałku, gdy z Łuszczewa wyjechał, aż do piątku, gdy do domu wrócił".

Ronikier wstaje i głosem pewnym oświadcza:

- Byłem przez cały ten czas w Lublinie, skąd nie wyjeżdżałem wcale - po czym opowiada przebieg swych czynności i zajęć w Lublinie, godzina po godzinie, oświadcza, że spał w hotelu "Victoria", wracając zresztą na noc późno z restauracji w mieście lub z kabaretu w Zaciszu. Spotkawszy panią Gutowską, która jechała do Warszawy, wsiadł do pociągu, by dokończyć z nią rozmowy, lecz w Dęblinie przesiadł się na pociąg wracający do Lublina i o szóstej rano był znów w hotelu "Victoria". Słów jego sąd i publiczność słuchała z niesłabnącą uwagą. Ronikier zastrzegł się, że o całej sprawie i jej tle zamierza mówić w słowie ostatnim. Teraz mówił tylko na temat swego alibi.

Sąd udziela głosu stronom. Pierwszy przemawia prokurator Herszelman, następnie adwokaci. Po replikach zostają wygłoszone dupliki, do rozprawy nikt nie wnosi już nic istotnego. Poszczególni mówcy bronią zajętych stanowisk. Chociaż niejeden krasomówczy ustęp czy nowe naświetlenie szczegółów w zasadzie zasługiwałyby na wydobycie spod długoletniego pyłu niepamięci, to jednak pominięcie ich nie wpływa na całość obrazu, jaki się zarysował w toku postępowania sądowego.

Hrabia Ronikier zabrał głos ostatni. Sprawozdawcy prasowi podkreślali, że doskonale włada językiem rosyjskim, że znakomicie umie dobierać właściwych wyrazów, że przemówienie jego było nie tylko obroną, lecz również atakiem skierowanym na każdy słaby punkt oskarżenia i nie wyjaśniony szczegół sprawy.

"I wszyscy, co słuchali Ronikiera - pisał sprawozdawca "Kuriera Warszawskiego" - wynieść musieli to wrażenie, o którym świadczyli wychowawcy jego z lat młodzieńczych, że jest to człowiek wielce uzdolniony i że wolę ma niezłomną.

Bo jeżeli symulował chorobę umysłową, jak twierdzili psychiatrzy, jeżeli w mękach rzeczywistych i katuszach więziennych przez dwa lata niespełna zdania jednego w obronie swej nie wypowiedział, to jakiegoż hartu nadzwyczajnego potrzeba, aby dotrzymać do chwili ostatniej i dopiero w instancji drugiej w głosie ostatnim, po którym wedle prawa nikomu przemówić nie wolno, ażeby wtedy dopiero, powtarzam, gdy usta oskarżyciela skute są milczeniem, rzucić na szalę potężne swe słowo.

Bo słowo to, jak się zaraz przekonacie, potężne było naprawdę. I takież wrażenie wywarło w całej sali".

Nie sposób przytoczyć nawet w większych skrótach kilka dni trwającego przemówienia głównego oskarżonego, poprzestać trzeba na podaniu głównych tez jego obrony.

Wywiódł zatem, że ma czterech oskarżycieli przeciwko sobie: prokuratora, przed którego dobrą wolą, grzecznością i dżentelmenerią skłania głowę, mściciela prywatnego, któremu się wcale nie dziwi, bo gdyby jemu, nie daj Boże, syna zabito, nie postąpiłby inaczej, chociaż może dałby rzecznikowi swemu lepsze i sumienniejsze informacje, a wreszcie dwóch obrońców drugiego oskarżonego. Jeden dowodzi winy jego z przekonania - przeciwko przekonaniu walczyć nie może, o drugim woli zamilczeć, bo porachunki osobiste, o których wie cała Warszawa, usiłuje likwidować tutaj przed sądem.

Następnie oskarżony roztrząsa swój powrót z Lublina do domu do Łuszczewa, opowiada szczegółowo, jak i kiedy dowiedział się o śmierci szwagra i informował żonę o tragedii, powtarza jej decyzję wspólnej jazdy do Warszawy i mówi o pobycie w Warszawie.

Gdy przyjechawszy do Warszawy, zapytał szwagra Jana Chrzanowskiego, co się dzieje, otrzymał odpowiedź:

- A cóż, podejrzewają mnie, podejrzewają ciebie.

Na to odpowiedział:

- Podniosę z banku 4 tysiące rubli, wezmę od matki tysiąc jeszcze i dam policji, ażeby wykryła zbrodniarza.

- Mój drogi - odpowiedział Janek - ojciec dał już na ten cel 25 tysięcy rubli, cóż więc twoje pieniądze znaczą?

- Dobrze - ciągnął dalej - ależ nie pozwalajcie takich potwornych bredni pisać, bo zabójca, jeżeli ma źdźbło inteligencji, skorzysta z fałszywego kroku i zatrze za sobą ślady.

Ronikier analizuje stosunki panujące w rodzinie Chrzanowskich oraz swój stosunek do teściów, odtwarza rozwój wypadków aż do aresztowania go i szczegółowo opowiada, co przeżywał w więzieniu, stwierdzając, że ta część jego opowieści powinna być nazwana "tragedią więźnia".

Szykany najróżniejsze stosowano wobec niego aż do ostatniej chwili. Po wyroku w Sądzie Okręgowym osadzono go w celi bez okna, gdzie marzł. Nawet wczoraj jeszcze wprowadzono go na korytarz więzienny, obstawiony żołnierzami z najeżonymi bagnetami w ręku - czego nigdy przedtem nie było - i kazano wejść do celi najzimniejszej, a w dodatku zlanej wodą. Bronił się przeciwko temu rozporządzeniu, chciał się opierać, a wtedy naczelnik krzyknął: "Ani słowa, bo każę użyć broni!" Noc całą bezsenną spędził w futrze, trzęsąc się z zimna. "Oto jak obchodzą się ze mną". Tu Ronikier przerywa i chustką łzy ociera.

- Oświadczenie pańskie będzie przedmiotem dochodzenia - powiada prezes. - Mów pan dalej o treści oskarżenia.

Ronikier poddaje ostrej krytyce materiał dowodowy oskarżenia. Stwierdza, że w akcie oskarżenia, napisanym zresztą nie zwykłym suchym stylem prawniczym, lecz żywo niczym jakiś felieton, naliczył 22 czy nawet 23 sprzeczności. Przytoczono aż 60 poszlak świadczących przeciwko niemu, które po kolei zbija. Podnosi więc, że według aktu oskarżenia jest rozumny, przedsiębiorczy, obmyślający plany na daleką metę, a w konkluzji czyta, że on to na miejscu zbrodni zostawił kwity pocztowe, po których tak łatwo dotrzeć można było do przekazów oryginalnych.

- Czy to się w czyjejś głowie pomieścić może? - pyta Ronikier. - Toć prościej było zostawić bilet wizytowy z napisem: "To ja zabiłem Chrzanowskiego".

Natomiast akt oskarżenia przemilcza wszystko to, co na korzyść jego przemawia, a zredagowany w formie powieściowo-felietonowej, mimo woli zapewne operuje tym, co Francuzi nazywają "punktami martwymi".

"Długo pracowałem w Paryżu i znany jestem w stolicy Francji jako dziennikarz - wywodzi Ronikier - nie są mi więc obce żadne >>tricks<<, używane przez literatów i dramaturgów. Gdy sytuacja do największego napięcia dochodzi, gdy publiczność z zapartym oddechem oczekuje sceny decydującej, wówczas autor wprowadza osoby pośrednio tylko w akcji udział biorące, ażeby uwagę publiczności na chwilę od przedmiotu oderwać. Akt oskarżenia, z talentem niewątpliwym zredagowany, punktów takich wprowadza wiele. Sam ich jedenaście narachowałem. Są drugorzędne, ale są też i ważniejsze. O dwóch tylko napomknę.

Pan Plebański opowiedział, że widział mnie na pogrzebie Stasia, gdym szedł ze ściśniętymi usty i łzą w oku.

No to co? Ja nigdy ust otwartych nie mam, gdy milczę, a żem po Stasiu, biednym młodym, tak haniebnie zamordowanym chłopcu, płakał - to poszlaka przeciwko mnie?

Drugi >>punkt martwy<< to zeznanie Górskiego. Powiedzieć miałem, że sława Sienkiewicza mi nie wystarcza. Tak jest. Ale kiedy to było? Sienkiewicz wówczas nie był jeszcze autorem >>Trylogii<<, sławnym na świat cały, którym jest dzisiaj. A zresztą młodym byłem wolontariuszem w służbie literackiej, a jak słusznie powiedział Suworow: >>Kiep ten żołnierz, co o buławie marszałkowskiej nie marzy<<".

Potem oskarżony przechodzi do oceny swych prac literackich i zbija wnioski wyciągane na ich podstawie przez akt oskarżenia. Oświadcza, że dramatów napisał szesnaście, z nich akt oskarżenia wybrał tylko cztery i poddał je krytyce etycznej, dziwacznej wprost i niesprawiedliwej, co w dłuższym wywodzie stara się wykazać. Skarży się na to, że akt oskarżenia nie podawał szczegółów nieobojętnych dla jego ogólnej charakterystyki, o ile były dla niego korzystne, a więc że skończył gimnazjum ze srebrnym medalem, że pierwszą sztukę napisał jeszcze przed wstąpieniem na uniwersytet.

Stwierdza, że był raczej w złych warunkach materialnych, mógł się wprawdzie bogato ożenić, miał nazwisko, tytuł, wreszcie stanowisko, łatwo by majętną, a nawet bogatą żonę znalazł. Lecz wolał pracować. Potem opowiada dzieje poznania swej kuzynki, przedtem mu nie znanej, i małżeństwa z nią, roztrząsa stosunki majątkowe Chrzanowskich, jego zdaniem wyolbrzymione, i przedstawia swój stan majątkowy, wykazując, że czysty jego dochód roczny wahał się między sześciu a dwunastu tysiącami rubli.

Szczegółowo rozważa sprawę dywanów kupionych w sklepie Gutnajerów, cele, dla jakich mogły być kupione, i ich rozmieszczenie w pokojach Zawadzkiego, świadczące raczej o tym, że miały służyć do upiększenia pokoi, że mordercy były niepotrzebne. Gdy przechodzi do innych punktów oskarżenia, przerywa mu przewodniczący pytaniem:

- A czy pan nic już więcej o dywanach nie powie?

- Ja przedmiot ten wyczerpałem.

- A jednakże Izba Sądowa - ciągnie dalej przewodniczący - chciałaby w materii tej usłyszeć wyjaśnienia dodatkowe. Prawo zezwala panu nie odpowiadać na moje pytania. Jeżeli jednak chcesz pan, to proszę odpowiedzieć wyraźnie na pytanie: czyś pan kupował dywany u Gutnajerów?

Chwila milczenia. Znać wahanie na twarzy oskarżonego. Wreszcie hr. Ronikier prostuje się i oświadcza:

- Ja dywany kupowałem.

- Czy to te same, które wisiały w miejscu zbrodni. - badał przewodniczący dalej.

- Nie oglądałem ich szczegółowo, ale mam wrażenie, że to te same, bo kazałem odwieźć je pod adres wskazany. Dlaczego je tam posłałem, powiedzieć nie mogę. Wyjaśniłaby rzecz całą korespondencja, która zniknęła bez śladu.

W sali ogólny, głuchy szmer. Znać, że był to coup de theatre dramaturga, co chwalił się, że szesnaście napisał dramatów. Zdawało się publiczności stłoczonej na sali, że nastąpiła chwila przełomowa.

A Ronikier mówił dalej:

"Powtarzam: korespondencja moja ulotniła się, od żony odcięto mnie, rozmawiać z nią nie pozwolono, nie mogłem więc udowodnić, że jeżeli między mną a miejscem przestępstwa jest związek pewien, to nie ma żadnego, absolutnie żadnego między Ronikierem a zbrodnią samą.

Gdy biegli stwierdzić kategorycznie nie mogli, czy ja pisałem przekazy, czy nie ja, prosiłem o nową ekspertyzę. Odmówiono mi jej. Mnie nie zależało wcale na tym, ażeby udowodnić niewinność swoją - jest ona oczywista - szło mi o to, ażeby w razie wyroku uniewinniającego nie ciążył na mnie nawet cień podejrzenia, ażeby nie znalazł się taki, co potrząsając głową orzeknie: a jednakże on przekazy pisał.

Otóż niegdyś przy widzeniu się żona powiada, że w interesie tym pojedzie do Petersburga. Było 20 stopni mrozu i biedna kobieta pojechała do wiceministra sprawiedliwości pana Wierewnika, który jest dalekim naszym krewnym. Ten wysłuchał prośby, pomoc przyobiecał, lecz ekspertyzy nowej nie dokonano.

Ale mniejsza o to. Cały akt oskarżenia to bardzo ładny utwór literacki, nic więcej. Nic w życiu moim nie znaleziono, co dałoby podstawę do posądzania mnie o zabójstwo.

Ani interesu żadnego, jak to już poprzednio udowodniłem, w zamordowaniu Stasia mieć nie mogłem, ani też nie kierowała mną zemsta czy inne jakieś uczucie, które ręką mordercy kieruje.

Zastanówmy się spokojnie przez chwilę, przypuśćmy, że to ja zabójcą byłem. Czyż postąpiłbym w sposób taki, jak opowiadają? Wprowadzam Stasia do wertepu, a on głowę przez okno wychyla i krzyczeć zaczyna. Wpadają ludzie, zastają mnie na miejscu. Zgubiony jestem. A gdyby Staś pójść ze mną nie chciał do domu, który wskazałem mu palcem prawie, i do rodziców powrócił, i matce opowiedział i ojcu, że spotkał Bohdana, który chciał go do domu nr 112 na Marszałkowskiej zaprowadzić. Czyż nie byłbym wówczas zgubiony? Czy teść nie sprawdziłby tego faktu i nie ogłosił urbi et orbi, że szantażystą jestem, i nie pozbawiłby mnie jedynego skarbu mego - miłości żony? Po drodze mogłem przecież kogoś z rodziny spotkać, przecież to było na Marszałkowskiej i Złotej. A wtedy co?

Wprowadzam Stasia do pokojów umeblowanych. A tam rewizja policyjna. I znów przepadłem. Zabiłem wreszcie. Gdzież umyć się mam, gdzie ubranie zmienić? Wisiało tam, powiadacie, drugie palto. A cóż zrobiłem z tym skrwawionym, w którym zabijałem? Czyż wziąłem je pod pachę?

Wreszcie dostaję się do pociągu i spotykam tam znajomych albo też pociąg spóźnia się i nie mam możności dostać się do domu. Cóż mi w wypadku tym robić pozostaje? Kula w łeb i nic więcej. Nie myślcie, że samobójstwem kokietuję. Ludzie tego co ja pokroju nie wzdrygną się przed śmiercią taką".

Następnie wywodzi, że mylne jest twierdzenie, aby tylko on jeden na świecie miał interes w śmierci Stasia. Podkreślając, że mówi teoretycznie, gdyż szwagier jego Jan Chrzanowski do żadnego czynu zbrodniczego nie jest zdolny, przedstawia, że i Janowi Chrzanowskiemu, obarczonemu długami, siedzącemu na wsi bez żadnej pomocy ze strony ojca, można by przecież podsuwać interes w zgonie Stasia. Sam mu zresztą wyraźnie powiedział: "Ciebie i mnie podejrzewają".

Potem rozwodzi się nad tym, że on nie miał dość czasu, aby dokonać skomplikowanego morderstwa, przytacza szczegóły dowodzące, że Staś Chrzanowski musiał wielokrotnie bywać w pokojach, i wywodzi, że jego zdaniem zabito go przypadkowo, bo narzędzie zbrodni było jakimś przedmiotem, który akurat znalazł się pod ręką. "A wyobraźcie sobie, panowie, mnie, Ronikiera, czatującego na Stasia z młotkiem przytępionym w rękawie? Grotesque.

Słowem, gdzie wzrok zwrócić, wszędzie napotykamy górę wątpliwości, wyższą nad szczyt Mont Blanc.

Kończę. Prokurator, genialny wprawdzie, który mnie oskarża, ma jednakże wątpliwości. Lecz wy powiedzieć możecie: >>Nie miał interesu, ale zabił, był w Lublinie, ale zabił, mógł spotkać krewnych, znajomych na ulicy, w wagonie, ale zabił, nie ma żadnego przeciwko niemu dowodu, żadnej poszlaki, ale zabił<<; możecie to powiedzieć, ale słowa potępienia nie wyrzekniecie, boście zanadto logiczni, a ja jestem niewinny".

Po dłuższej naradzie sąd ogłosił następującą decyzję: "Izba Sądowa, zważywszy, że oskarżony w ostatnim słowie poczynił zeznania rzucające nowe światło na sprawę, wymagające dodatkowego śledztwa, postanawia:

1. sprawę odłożyć;

2. na posiedzenie następne wezwać ponownie świadków: Rakowskiego, Kowalika, Kurnatowskiego, Suszczyńskiego, Dziembowskiego, Siekluckiego, Ostrowskiego, Wilanowicza, Goebla, Monica, Białowiejskiego, dra Guriarda, Fuksa, Rozbicką, Bronisława Chrzanowskiego, Wandę Chrzanowską, Martę Zawadzką i Antoniego Siemieńskiego;

3. zobowiązać Feliksa Zawadzkiego do osobistego stawiennictwa;

4. zobowiązać firmę "Fuks" w Lublinie do przedstawienia księgi handlowej z roku 1910 w celu sprawdzenia, czy zapisano w niej, kiedy sprzedano ceratę Ronikierowi;

5. dokonać ekspertyzy fotograficznej przekazu pocztowego oraz charakteru pisma Ronikiera i Stanisława Chrzanowskiego".

W kronice sądowej powyższa decyzja była - jak pisano w prasie - istotnie zjawiskiem wyjątkowym. Zdarza się bowiem w nader rzadkich wypadkach odesłanie akt sprawy sędziemu śledczemu dla uzupełnienia śledztwa pierwiastkowego, ale wznowienie śledztwa sądowego już po zamknięciu przewodu dowodowego, po mowach oskarżyciela i obrońców oraz "ostatnim słowie" oskarżonego nie miało zapewne dotąd precedensu.

A co dziwniejsze, że nie długotrwały przewód dowodowy ani energiczne mowy obrońców, lecz kilkudniowe "ostatnie słowo" Ronikiera nadało biegowi sprawy nowy kierunek. Izba Sądowa, wydając tę decyzję, uznała, że istniejące poszlaki nie są dostatecznie przekonywające, aby ustalić winę oskarżonego, lecz uznała również, że są dostateczne, aby szukać przeciwko oskarżonemu brakujących dowodów. Czy je znajdzie, miała okazać najbliższa przyszłość. Zainteresowanie sprawą, chociaż wydawało się to już niemożliwe, jeszcze wzrosło. Opinia publiczna podzieliła się na dwa obozy. Jedni, bodaj liczniejsi, oczekiwali uniewinnienia Bohdana hr. Ronikiera wobec braku bezpośredniego dowodu winy i nieustalenia, bądź co bądź, przekonywającego motywu zbrodni. Drudzy sądzili, że Sąd Apelacyjny, wobec istnienia szeregu poszlak pośrednich, wyrok I instancji mimo wszystko zatwierdzi. "Akt trzeci" głośnego procesu, powtórne postępowanie w Sądzie Apelacyjnym, budził ogólną sensację i oczekiwano go z wyraźnym napięciem.

Potworzyły się partie walczące namiętnie pod hasłem winy lub niewinności Ronikiera, spory stawały się coraz gorętsze i bardziej zaciekłe. Poważne dzienniki dawały jawny wyraz swemu nieukontentowaniu. "Bo jeżeli we Francji - pisał na przykład "Kurier Warszawski" - podczas sprawy kapitana z Czarciej Wyspy potworzyły się stronnictwa, z których jedne apoteozowały władzę ówczesną, a drugie mieszały ją z błotem, dowodząc, że składa się z fałszerzy i oszustów, było to w porządku. W grę wchodziły czynniki polityczne, bój toczył się o ideały społeczne, nie dziw, że społeczeństwo rozdarte było na dwa wrogie obozy...

Ale u nas, pożal się Boże. Koło zwłok nieszczęśliwego, zamordowanego chłopca rozpasała się jakaś orgia namiętna szkalowań, insynuacji, potwarzy, legend.

I w imię czego? Czy Chrzanowscy z jednej, a Ronikier z drugiej strony to jakiś symbol ogólny, czy poza wykryciem i ukaraniem zbrodniarza sprawa ma jakiś podkład głębszy? Nic podobnego.

Więc dlaczego te wiry uniesień, ten szał namiętności?

Ktoś powiedział, że jesteśmy społeczeństwem chorym. Zdaje mi się, że w danym wypadku prędzej powiedzieć by można, że za sensacją niezdrową gonimy..."

Gdy wreszcie w poniedziałek 22 kwietnia 1912 roku w II Departamencie Karnym Izby Sądowej, mieszczącym się w Pałacu Rzeczypospolitej, wznowiono rozprawę, poczęły się od samego rana na placu Krasińskich gromadzić tłumy warszawiaków, pragnących chociaż z daleka ujrzeć "rozgłośnego bohatera jednego z najciekawszych i niewątpliwie najzawilszych procesów karnych doby ostatniej". Hr. Ronikier zaś przeszedł nową metamorfozę, która, gdy go na salę sądową wprowadzili strażnicy więzienni, poprzedzeni przez woźnych sądowych torujących im drogę, ogólną sprawiła konsternację. Panie szczególnie przyjęły oskarżonego z oznakami podziwu, a widać było, że i sędziowie w pierwszej chwili nie mogli opanować zdziwienia. Bo znikł gdzieś ten dawny Ronikier, postarzały, z długą brodą i włosami spadającymi na szyję, a na ławie oskarżonych zasiadł człowiek młody, bez brody, z maleńkim przystrzyżonym wąsem, gładko a króciutko zaczesany, w modnym żakiecie, uśmiechnięty i wesoły, który niedbale, z nonszalancją wielkiego pana zaczął rozdawać ukłony i uśmiechy na wszystkie strony.

Zmiana nastąpiła też wśród obrońców. Ronikiera broni wraz z adwokatem Makowskim adwokat Bobriszczew-Puszkin syn. O ile ojciec imponował postawą, o tyle syn sprawiał wrażenie raczej niepozorne, jakiegoś mistyka o bladej twarzy, długich włosach i błędnych nieco oczach. Wtajemniczeni twierdzili jednak, że jako obrońca przewyższa jeszcze ojca, tego "starego wilka", jak sam siebie nazwał poprzedni rzecznik głównego oskarżonego.

Po załatwieniu zwykłych czynności wstępnych, to jest wywołaniu świadków, zbadaniu przyczyn niestawiennictwa świadków nie przybyłych, zaprzysiężeniu po raz pierwszy w sprawie stających, członek referent sędzia Ałkałajew-Karageorgij przystępuje do referowania dotychczasowego przebiegu sprawy. Żmudną swą pracę kończy dopiero następnego dnia o drugiej po południu.

Sąd przeprowadza badanie świadków, którzy często muszą się poddawać krzyżowym pytaniom obrońców. Świadkowie poprzednio badani powtarzają na ogół tylko to, co zeznawali już w śledztwie bądź w toku przewodu przed Sądem Okręgowym, nic też istotnego do sprawy nie wnoszą. Nowe momenty dają zeznania nowo powołanych świadków, na przykład rodziny Poznańskich, składającej się z ojca, matki, syna i córki, a dodać do nich należy jeszcze służącą Rozbicką. Zajmowali oni mieszkanie pod pokojami umeblowanymi Zawadzkiego. Słyszeli różne hałasy krytycznego dnia, nieraz widywali uczniów czy ucznia ze szkoły Wróblewskiego chodzących kuchennymi schodami. Zeznania ich wywołują konsternację. A zatem uczniowie ze szkoły Wróblewskiego byli bywalcami w spelunce Zawadzkiego. Lecz już następny świadek obala takie przypuszczenie. Jest nim rymarz Pińczuk, w tymże domu mieszkający, do niego to przychodzili uczniowie po tornistry, paski i tym podobne przedmioty.

Jeszcze większe zainteresowanie wzbudziło zeznanie adwokata Iwańskiego, do którego zwróciła się jakaś dama, w strachu, ażeby po aresztowaniu Ronikiera i jej wolności nie pozbawiono. Co miała na sumieniu, kim była owa tajemnicza postać, tego świadek Iwański związany tajemnicą zawodową i przysięgą obrończą powiedzieć nie chce i przy swojej odmowie obstaje. W toku powtórnego badania adwokata Iwańskiego, przeprowadzonego na żądanie adwokata Bobriszczewa-Puszkina, wywiązała się między stronami kontrowersja. Obrońca Zawadzkiego pragnie ustalić dokładnie, co świadek poprzedniego dnia powiedział.

- Powtarzam, iż wiem, że dama, która się mnie radziła, bliżej Chrzanowskiego nie znała, i nie mówiła, że była w pokojach umeblowanych.

Adw. Korwin-Piotrowski zapytuje świadka:

- Może uzna pan za możliwe, nie wymieniając nazwiska, powiedzieć choćby niektóre szczegóły, abyśmy mogli orientować się w tej sprawie.

- Tego uczynić mi nie wolno. Nie wiem, czy dobrze pojmuję tajemnicę zawodową, lecz uważam, iż moim obowiązkiem jest nie odpowiadać na to pytanie.

- Ale jeśli pan może pomóc ginącemu, nie szkodząc owej tajemniczej damie, czyż wolno panu milczeć? Jestem także adwokatem przysięgłym, lecz tego pojąć nie mogę! Powinien pan to powiedzieć, gdyż pozbawia pan sąd możności dowiedzenia się prawdy.

- Być może - replikuje świadek - gdybym wiedział, że ktoś ginie, że ja go uratować mogę - rzuciłbym adwokaturę i powiedziałbym wszystko... Gdyby ktoś ginął...

Adw. Korwin-Piotrowski wskazując ręką na Ronikiera:

- Otóż jest ten nieszczęśliwy, który ginie...

Prokurator Herszelman żąda wniesienia do protokołu oświadczenia świadka Iwańskiego, iż gdyby szło o uratowanie komu życia, to rzuciłby adwokaturę i powiedział wszystko, co mu jest wiadome.

Powstały na tym tle rozmaite domysły. Czy nieznajoma była tą panią, o której zeznawał Zawadzki, czy też może osobą, której Ronikier do hotelu "Victoria" posyłał cukierki? Byli i tacy, co dopatrywali się potwierdzenia teorii Bobriszczewa-Puszkina ojca o kobiecie, co to drobnymi rękami mordu miała dokonać.

Wszystkie tego rodzaju zeznania i domysły zaprowadziły nas zbyt daleko, ograniczymy się, z wyraźnym pominięciem im podobnych, tylko do nowych istotnych faktów i zeznań, których przewód dostarczył cały szereg.

Pierwszym z nich było zeznanie adwokata przysięgłego Wacława Pepłowskiego syna. Widział on hr. Ronikiera w Warszawie dnia 12 maja 1910 roku, we czwartek, około godziny jedenastej przed południem, tj. w sam dzień zabójstwa. Widział go na ulicy Marszałkowskiej, koło Próżnej, podążającego w stronę Ogrodu Saskiego. Stwierdza to z całą stanowczością, której ani pytania obrony, ani samego oskarżonego zachwiać nie mogą.

Ale skądże tak dokładnie datę zapamiętać zdołał?

Tłumaczy to jasno. W niedzielę dnia 8 maja było św. Stanisława. Siostra świadka nazajutrz, w poniedziałek, pojechała do Konstancina i przed wyjazdem oznajmiła bratu, że wróci do Warszawy w środę lub czwartek, prosząc, ażeby oczekiwał ją na stacji kolejki wilanowskiej po otrzymaniu od niej wiadomości o dniu przyjazdu. Wiadomość tę otrzymał istotnie w środę, a w czwartek rano podążył na stację. Gdy siostra przyjechała, siadł z nią do dorożki i przez Marszałkowską pojechał do domu na ulicę Elektoralną.

I oto niedaleko Próżnej, choć siostra obecnie chora twierdzi, że było to bliżej Świętokrzyskiej, zauważył dobrze znanego mu hr. Ronikiera. Nie zwróciłby na niego uwagi, gdyby nie to, że hrabia miał na sobie ciężkie jesienne palto i wysoką czapkę futrzaną, choć dzień był ciepły i słoneczny.

Trącił siostrę i wyrzec zaledwie zdołał: "Patrz, Zosiu...", gdy p. Szajerowa, która także znała Ronikiera z widzenia, przerwała mu zdaniem następującym: "Hrabia nie zdążył jeszcze kupić sobie kapelusza..."

Świadek nie wiedział wówczas, że Ronikier jest żonaty, o rodzinie pp. Chrzanowskich nic nie słyszał. Dopiero, gdy w kilka dni później dowiedział się o zabójstwie Stasia i o tym, że o zbrodnię podejrzewają Ronikiera, przypomniał sobie datę spotkania z oskarżonym i opowiadał o tym wszystkim znajomym. Nie zgłaszał się z tą informacją do władz śledczych, bo przekonany był, że pobyt oskarżonego w dniu morderstwa w Warszawie jest rzeczą wątpliwości nie ulegającą. Wprawdzie z gazet, a po części i z posiedzeń odbytych w Sądzie Okręgowym, wiedział, że obrona stara się okoliczność tę w wątpliwość podać, ale... usiłowaniom tym znaczenia szczególnego nie przypisywał. "Gdy stu ludzi - dodaje mecenas Pepłowski obrazowo - widzi rzecz jedną, nie uznaję potrzeby, ażebym i ja, setny pierwszy, miał toż samo potwierdzić".

Bohdana hr. Ronikiera znał świadek od czwartej klasy gimnazjum. Znał go tak jak wielu innych, i chociaż nie kłaniali się sobie, wiedział o nim, że stara się należeć do koła "złotej młodzieży". Aż do roku 1903, gdy z kraju na czas pewien wyjechał, spotykał go ciągle, a ujrzał znowu po powrocie do Warszawy po raz pierwszy, właśnie we czwartek dnia 12 maja 1910 roku.

Oskarżony zapytuje adwokata Pepłowskiego, czy nie przypomina sobie, jaki nosił on, Ronikier, zarost w roku 1903, gdy stracił go z oczu.

Owszem, świadek pamięta, że wtedy miał wąsy długie, a przy spotkaniu w roku 1910 wąsy miał przystrzyżone.

- Czy nie jesteś pan obrońcą pp. Chrzanowskich? - zapytuje Ronikier.

- Miałem zaszczyt oświadczyć już Izbie Sądowej, że w imieniu pani Wandy Chrzanowskiej oskarżyłem dwóch ludzi o potwarz. Ze sprawą tą pani Chrzanowska zwróciła się do ojca, który sprawę tę mnie powierzył.

Księga handlowa złożona przez Józefa Fuksa, właściciela sklepu w Lublinie, mająca wykazać, że oskarżony zakupił w jego sklepie za 2 ruble 30 kopiejek ceratę w dniu 12 maja, to jest w sam dzień zabójstwa, nie tylko że nie dostarczyła takiego dowodu, lecz .co ważniejsze, przy jej oględzinach skonstatowano, że pod dniem 12 maja wyraz "cerata" napisano na miejscu wyskrobanym, na którym poprzednio napisane było coś innego, i że liczba "2" dopisana lub też przerobiona została z innej zupełnie liczby.

Feralny był dla oskarżonego Ronikiera siódmy dzień rozpraw, gdy przed balustradą dla świadków zeznawali Jan Kamieniec, były burmistrz miasta Chełma, który dwa lata przesiedział w więzieniu za nadużycia popełnione w urzędowaniu i jakiś czas w więzieniu śledczym sąsiadował z Ronikierem, oraz niejaki Ritter, bandyta skazany na dziesięć lat robót ciężkich, sprowadzony obecnie na rozprawę pod konwojem, który wspólnie z Ronikierem przebywał w więzieniu. Okazało się, że do obu wyżej wymienionych Ronikier wystosował cztery listy pisane w języku niemieckim, które podpisał niezbyt arystokratycznie brzmiącym nazwiskiem "Szmul Gansehandler". Listy miały na celu wyszukanie świadków mogących stwierdzić, że Ronikier w chwili zamordowania Stasia Chrzanowskiego był poza Warszawą. Przy tym Kamieniec twierdził, że miał zająć się wyszukaniem fałszywych świadków, którzy by udowodnili alibi Ronikiera, mówił nawet o planowanym najęciu zbirów w celu wymuszenia pod groźbą śmierci na Bronisławie Chrzanowskim pisma przyznającego, że to on zorganizował zabójstwo swego syna. Zeznania te częściowo zdezawuował znów Ritter, Ronikier twierdził zaś, że jego cyfrowane listy dotyczyły wyszukania owego duchownego prawosławnego, urzędnika, dwóch pań oraz dwojga dzieci, z którymi w pamiętny czwartek jechał w pociągu wracając z Lublina do domu. W tym też celu wystawił w więzieniu przy pomocy obu świadków, którzy postarali się o formularze wekslowe, dwa weksle po 5 tysięcy rubli. Kamieniec po zwolnieniu udał się rzeczywiście do jego żony, lecz zamiast szukać owych osób próbował szantażować obie hrabiny Ronikierowe, żonę i matkę, która ostatecznie wyrzuciła Kamieńca za drzwi.

Przesłuchiwana w związku z powyższym epizodem matka oskarżonego Wanda hr. Ronikierowa, blada i z piętnem cierpienia na twarzy, wyjaśnia, że Kamieniec przybył do niej z opowieścią o popie i urzędniku, współtowarzyszach podróży syna z Lublina do Chełma. Mówił, że na poszukiwania potrzeba pieniędzy, i za pierwszym razem żądał 450 rb., następnie 300 rb., a wreszcie choćby tylko 50 rubli. Gdy hrabina nie wiedząc, jak opędzić się tym coraz natarczywszym wymaganiom, zapytała swego syna podczas widzenia się z nim, co począć, ten powiedział, że policję wezwać należy. Kamieniec z początku prosił, następnie groził, a w końcu mówił wyraźnie, że zgubi syna.

Adw. przys. Makowski: - Czy pani nie słyszała nic o planowanym zamachu na Bronisława Chrzanowskiego?

Hrabina wzdryga się.

- Co! O zamachu na Bronisława Chrzanowskiego? Pierwszy raz słyszę o tym... To potworne! - woła, a w głosie jej wyczuwa się prawdę.

Patetyczny gest i mimowolny odruch wywiera szalone wrażenie.

Na pytania stron hr. Ronikierowa oświadcza z całą stanowczością, że syn jej ożenił się z miłości.

"Świadczę się - mówi - panem Michałem Ronikierem, człowiekiem nieposzlakowanym, zajmującym wybitne stanowisko społeczne, że Bohdanowi proponowano zakochaną w nim pannę, która miała 7 milionów rubli posagu. Nazwiska jej wymienić nie chcę, to tylko powiedzieć mogę, że wyszła następnie za mąż za ks. Golicyna. Bo my nie należymy do tego, co pan Chrzanowski, gatunku ludzi, dla których żadne względy i żadne uczucia nie istnieją".

Faktem jednak pozostaje, że Ronikier owe dziwnie cyfrowane listy pisał i weksle wystawił, lecz nawet w odłamie prasy, niezbyt przychylnie dla oskarżonego nastawionej, na temat działalności i wystąpień Szmula Gansehandlera czytamy: "Wczoraj widzieliśmy i słyszeliśmy cały szereg ludzi nic już do stracenia nie mających i rozprawiających bez końca. Na ich zeznaniach strony opierać się chyba nie będą. Bo wart Kamieniec Rittera, a Ritter Kamieńca. Ambo meliores.

Ale jakże smutny jest los człowieka, który przez dwa lata w takim tylko towarzystwie obracać się musi! Winny czy niewinny, nieszczęśliwy jest.

Bohdan hr. Ronikier poufalić się musi ze złodziejami, do ich poziomu naginać, listy do nich śle w gwarze umówionej i maskę handlarza gęsi nakłada...

A ci dobrodzieje losem jego igrają, naciągają, szantażują i jakaś orgia wstrętna odbywa się koło hrabiego - dramaturga-więźnia.

Brudne i straszne".

W dniu 1 maja 1912 roku, po dziewięciu dniach wypełnionych postępowaniem dowodowym, sąd ogłosił śledztwo za zamknięte. Jak pisał jeden ze sprawozdawców sądowych: "Gorąco w sali sądowej doszło do zenitu. Nie było ani jednego kącika wolnego; panie bez ceremonii siadały na parapetach okiennych, robiły sobie wymówki wzajemne z powodu objętości kapeluszy, gdzie indziej znowu użyczały sobie kropli orzeźwiających, a zapach perfum przesycał powietrze. Słowem, napięcie dochodziło do punktu kulminacyjnego. Zupełnie jak w teatrze, gdy publiczność intrygą zaciekawiona oczekuje aktu ostatniego, mającego przynieść rozwiązanie zagadki.

A tymczasem bohater tej smutnej sztuki smutny wcale nie jest. Wprowadzony pod obnażonymi szablami żołnierzy na ławę oskarżonych, zwraca się do obrońców swoich i swobodnie, uśmiechnięty, rozpoczyna jakąś wesołą rozmowę, która wywołuje wielkie zadowolenie na twarzach adwokatów.

Czy obecność tylu strojnych pań przywołuje na pamięć dawne wspomnienia? Czy zdaje mu się, że wrzuciwszy towarzystwo damskie wyszedł na chwilę z panami do fumoiru na cygaro? Bo sądząc z ciągłych wybuchów śmiechu wydawać się może patrzącym na scenę tę z pewnej odległości, że Ronikier dykteryjki pieprzne kolegom opowiada.

Czy to cynizm gracza, który stawia wszystko na ostatnią kartę i powiada sobie: va banque! Czy też swoboda dobrze wychowanego człowieka, pewnego sprawy swej i wyroku uniewinniającego?

Tak czy owak, siła woli człowieka, raz już skazanego, któremu śmierć cywilna grozi, może nie podobać się wielu, ale zainteresować musi każdego".

Nastąpiły przemówienia prokuratora, powodów cywilnych i obrońców.

Cytowanie co ciekawszych przemówień, a nawet ich obszerniejsze streszczanie, rozsadziłoby zakreślone książce ramy. Na ogół mówcy trzymali się linii wytkniętej już w przemówieniach przed sądem pierwszej instancji. Prokurator von Herszelman w wielogodzinnym przemówieniu wykazywał, że system obrony przyjęty przez Ronikiera jest bardzo prosty: wszyscy łżą, tylko on jeden mówi prawdę. Naokoło niego same potwory, od zamordowanego Stasia Chrzanowskiego poczynając, który oszukuje wszystkich i wszystko. Wykazując nieprawdziwość dowodów przytaczanych przez Ronikiera, domagał się, "głęboko przekonany o jego winie", pominięcia jakich bądź okoliczności łagodzących przy orzekaniu wymiaru kary. Zakończył swe wywody oskarżeniem Zawadzkiego, dowodząc, że bez jego współudziału Ronikier zbrodni nie mógłby dokonać.

Adwokat Bobriszczew-Puszkin syn przyjął zasadę dezawuowania niewygodnych dla obrony świadków i stworzył następujący przebieg morderstwa: Dowiedziawszy się, że Staś jest synem bogatych rodziców, Zawadzki i jego klika (wśród niej dziwną jest rola Więckowskiego, o którym nawet Siemieński zeznał, że zdziwił się, ujrzawszy go w pokojach akurat w dzień zabójstwa) postanowili zmusić młodego chłopca, aby dał im zobowiązanie pisemne, nie mając naturalnie najmniejszego zamiaru pozbawiać go życia. W ów nieszczęsny dzień, gdy Staś przyszedł i był w pokoju w towarzystwie owej kobiety (o której wspominał Morawski), Zawadzki razem z kilku innymi, wziętymi do pomocy osobnikami (czyż można przypuścić, aby Ronikier sam jeden poważył się iść przeciwko chłopcu, który był prawie równie silny jak on) wtargnął do pokoju, gdzie był Staś, podczas obecności tej kobiety, która mogła być wspólniczką Zawadzkiego, albo też natychmiast po jej wyjściu. Wszedłszy do pokoju, zażądali oni od Stasia podpisu, ten odmówił, wtedy poczęli mu grozić i gdy to nie pomogło, a chłopiec wykazywał wyjątkowy upór (upór jest cechą charakteru rodziny Chrzanowskich w ogóle), zadali mu kilka uderzeń lekkich, i to świadomie, gdyż chcieli go tylko przerazić i zmusić do uległości.

Wtedy Staś wybiegł na korytarz ku drzwiom kuchennym; złoczyńcy, widząc, że ofiara może się im wymknąć, i nie zastanawiając się dobrze nad tym, co robią, rzucili się za nim i zaczęli go tłuc po głowie dopóty, dopóki nie upadł zbroczony krwią.

Stało się... Przerażeni, gdyż nigdy nie przypuszczali, że w taki sposób zakończy się ich impreza, zabrali się gorączkowo do zatarcia śladów; podrzucili rewolwer, ażeby symulować samobójstwo, i w ogóle starali się nadać pokojowi charakter nie zamieszkanego; zapomniał jednak Zawadzki o swoim kwicie!

Nagle dzwonek. Policja... Zawadzki wychodzi blady, zmieszany, wikła się w odpowiedziach. Na szczęście jednak dla złoczyńców policja nie weszła wtedy do wnętrza i tym sposobem pozwoliła im uprzątnąć te ślady, które były dla nich kompromitujące. Wyniesiono umywalnię, pozytywkę, zabrano zakrwawioną pościel, talerze itd.

Obrona ta spotkała się z ostrą krytyką niektórych dzienników. Oto co pisał czołowy wówczas organ "Kurier Warszawski": "Spodziewaliśmy się, że p. Bobriszczew-Puszkin syn zaimponuje nam czymś niezwykłym.

I nie pomyliliśmy się, gdyż takiego systemu, jaki stosował p. Bobriszczew-Puszkin, żaden z obrońców warszawskich - poważniejszych przynajmniej - nigdy za stosowny nie uznawał. W długoletniej praktyce nie spotkaliśmy się, jak dotychczas, z tego rodzaju obroną.

Bo pomijając hipotezy i przypuszczenia, słuszne czy nie słuszne, których ocena nie do nas należy, sposób p. Bobriszczewa jest prosty bardzo i wcale nie oryginalny zresztą.

Dawno już powiedziano: spotwarzajcie ciągle, bo któż potwarzy oprzeć się zdoła? Adwokat petersburski maksymę tę wprowadza przed kratki sądowe i nie szczędzi barw najciemniejszych, aby wszystkich niewygodnych dla siebie świadków w czarnych kolorach odmalować.

Pomijam, co mówił o ofierze. Lecz czy wolno bez ceremonii szarpać dobrą sławę i honor tych wszystkich, którzy mieli nieszczęście przytaczać fakty dla oskarżonego niekorzystne".

Wydawałoby się, że po przemówieniach obrońców można już tylko oczekiwać replik i wyroku. Tymczasem "Kurier Warszawski" w numerze 123 z dnia 4 maja 1912 roku zamieszcza wiadomość pochodzącą od jednego z jego współpracowników, nie wymienionego z nazwiska, że znany jest sklep, należący do pewnej wdowy i położony w pobliżu pokojów umeblowanych Zawadzkiego, w którym swego czasu jakiś uczeń zamówił bilety wizytowe z napisem: "Stanisław Chrzanowski, właściciel majątku Tuczapy". Jak wiadomo, krytykowano ostro władze śledcze, że nie potrafiły ustalić, kto i gdzie obstalował owe bilety. Gdy więc "Kurier Warszawski" w następnym numerze, z dnia 5 maja 1912 roku, podaje jeszcze dodatkowo dokładny adres drukarni, w której bilety wykonano, oraz wyniki śledztwa przeprowadzonego poprzedniego dnia przez władze śledcze, adw. Bobriszczew-Puszkin wnosi w dniu 6 maja, było to w czternastym dniu posiedzeń, o wznowienie śledztwa i zbadanie dodatkowych świadków na temat zamówienia i druku biletów. Sąd wniosek dopuszcza i nakazuje wezwać świadków: ucznia szkoły technicznej, Tadeusza Ulasińskiego, właściciela drukarni Mirskiego, Malinowskiego, zarządzającego firmą "Chodowiecki", oraz zastępcę naczelnika wydziału śledczego Kumatowskiego. Ulasiński zeznał, że istotnie jacyś dwaj uczniowie ze szkoły Wróblewskiego bilety wizytowe w 1910 lub 1911 roku na nazwisko "Chrzanowski" zamówili, lecz nic do sprawy istotnego, podobnie jak i pozostali świadkowie, nie wnosi. Staje wreszcie po raz czwarty w toku obecnej rozprawy Bronisław Chrzanowski, który stwierdza, że zmarły jego syn "od dziecięctwa posiadał bilety wizytowe, i to zawsze litografowane". Śledztwo sądowe zostaje zamknięte po raz drugi. I znowu następują przemówienia stron. Prokurator poświęca pół godziny dodatkowemu dochodzeniu, uważając, że nic istotnego do sprawy nie wniosło. Podczas replik doszło do ostrych starć słownych między adwokatem petersburskim i jego warszawskimi kolegami. Wreszcie, jest to już posiedzenie dwudzieste, zabiera głos oskarżony hr. Ronikier, upomniany przez przewodniczącego, aby nie powtarzał szczegółów, o których wspominał w poprzednim swym przemówieniu. Mimo to ostatnie słowo oskarżonego trwało prawie trzy godziny. Ronikier dowodził i uzasadniał swoją niewinność, podkreślał jedynie, że ma wyrzuty sumienia, ponieważ polecił Stasiowi wynająć owe pokoje. Zakończenie ostatniego słowa wywołuje nieoczekiwany zgrzyt. Gdy oskarżony wywodzi:

"Wywołano tutaj cień Stasia... Nie wspomniałbym o tym, lecz cień ten wywołał adwokat, który przez cały czas procesu zachowywał się tak, jak gdyby znajdował się w budzie jarmarcznej..."

Zrywa się z miejsca adw. przys. Korwin-Piotrowski i zwracając się do sądu woła:

- Proszę obronić mnie od napaści tego indywiduum.

Adw. przys. Bobriszczew-Puszkin:

- Kto tu śmie przerywać oskarżonemu?! 

Adw. przys. Korwin-Piotrowski (zwrócony do adw. Puszkina) krzyczy:

- Milczeć!

Robi się zamieszanie i hałas ogólny. Przewodniczący dzwoni i woła podniesionym głosem:

- Uspokójcie się, panowie, bo obu was każę wyprowadzić z sali sądowej.

Po tym incydencie oskarżony dodaje tylko słów kilka, prosząc o uniewinnienie.

Rozprawy sądowe są wreszcie ukończone. Izba udaje się na naradę w celu zredagowania pytań.

Ogłoszenie wyroku wyznaczono na dzień 12 maja 1912 roku, dziwnym zbiegiem okoliczności równo w drugą rocznicę tragicznego zgonu Stasia Chrzanowskiego.

Już od rana na placu Krasińskich zgromadziły się wielotysięczne tłumy, żądne wiadomości, "jak też osądzą Ronikiera".

Przybycie znacznego oddziału policji konnej i pieszej rozproszyło ciekawych, którzy wyparci z pozycji głównej zbierać się zaczęli na ulicach przyległych: Długiej, Miodowej i Świętojerskiej, i zajęli część placu poza klombem.

Nie tylko chodniki, nawet okna wszystkie, balkony, dachy, strop cerkwi prawosławnej przepełnione były ludźmi, chcącymi chociaż z daleka uczestniczyć w tym niebywałym pod wielu względami procesie. A w samym "pałacu sprawiedliwości" trudno było oddychać. Do sali audiencjonalnej wpuszczano tylko za biletami, mimo to ścisk panował i gorąco nie do zniesienia.

Sąd zapowiedział ogłoszenie wyroku na godzinę pierwszą, lecz na długo przed tym terminem pałac Krasińskich przepełniony był publicznością. Ci, których nie wpuszczono do Sali Czerwonej Departamentu Drugiego, zapełnili olbrzymi przedsionek, sale innych departamentów, pokój dla obrońców przeznaczony, poczekalnie i schody wewnętrzne.

Na twarzach obecnych znać było zdenerwowanie, niepokój, nastrój ogólny - również z powodu podniesionej temperatury - naprężony był do najwyższego stopnia.

O godzinie 2 min. 20 wprowadzają Ronikiera, a w chwilę później rozlega się dzwonek prezydialny.

Po zajęciu miejsc przewodniczący zamiast oczekiwanego wyroku ogłasza decyzję incydentalną.

"Uznając potrzebę uzupełnienia śledztwa sądowego, Izba Sądowa postanawia: śledztwo sądowe wznowić i na posiedzeniu jutrzejszym wezwać biegłego Orłowa w celu dokonania ekspertyzy kaligraficznej listu przedśmiertnego, znalezionego, przy zwłokach Stanisława Chrzanowskiego, w zestawieniu z autentycznym listem jego, złożonym do akt sprawy przez Jana Chrzanowskiego".

Wrażenie decyzji było piorunujące.

"Nie ma wyroku!..." "Sprawa znów odroczona!..." "To niesłychane, sprawa ciągnie się bez końca". "Dzięki Bogu!" Krzyżują się zdania, wykrzykniki i szmer staje się tak głośny, że prezes dzwoni nawołując do spokoju.

"Czy strony z powodu dopiero co odczytanej decyzji nic do nadmienienia nie mają?" - zapytuje przewodniczący.

Prokurator i powód cywilny robią gest przeczący, obrona milczy... bo jest nieobecna.

Reprezentują ją tylko pomocnicy, którzy nic do nadmienienia nie mają.

Natomiast sam oskarżony Ronikier wnosi, ażeby prócz Orłowa wezwać biegłego i z jego strony w osobie Popowickiego, kaligrafa z Petersburga.

Sąd wniosek przyjmuje warunkowo, o ile zajdzie potrzeba i czasu starczy.

Następnego dnia biegły kaligraf Orłów oświadcza, że list przedśmiertny Stasia Chrzanowskiego, znaleziony w pokojach umeblowanych, i list autentyczny zabitego, złożony do akt sprawy przez Jana Chrzanowskiego, pisane są tą samą ręką.

Orzeczenie biegłego Orłowa budzi prawdziwą sensację. Przypomnieć należy, iż poprzednio wszyscy biegli uznali list przedśmiertny z podpisem "Staś Chrzanowski" z 1908 roku za fałszywy i przerysowany. Prokurator wnosi dodatkowo o przeprowadzenie fotograficznej ekspertyzy z powiększonych zdjęć wspomnianego listu oraz jakiegoś innego listu, z całą pewnością pisanego przez zmarłego Stanisława Chrzanowskiego, w celu porównania obu listów. Obrońca Ronikiera oponuje, sąd dopuszcza dalszą ekspertyzę przez biegłego Rolińskiego na podstawie zdjęć z dwóch listów. Nadto dopuszcza powołanego przez obronę biegłego Popowickiego z Petersburga.

Gdy w dniu 14 maja, na dwudziestym trzecim posiedzeniu, sąd odbierał przysięgę od biegłego Rolińskiego, nagle do stołu sędziowskiego wolnym krokiem podeszła pani Wanda Chrzanowska, matka nieszczęsnej ofiary.

Cichym głosem, wśród grobowej ciszy, zwraca się do sądu, prosząc o pozwolenie powiedzenia słów kilku.

- Pozwólcie mi powiedzieć... To nie on, to nie syn mój list napisał. Przysięgam na krzyż, na ten krucyfiks - i wyciąga rękę ku stojącemu przed sędziami krucyfiksowi.

Krótka, błyskawiczna chwila milczenia, którą przerywa przewodniczący.

- Niech pani przestanie, nie ma pani prawa obecnie mówić - oświadcza i słychać, jak półgłosem monituje woźnego za dopuszczenie pani Chrzanowskiej do stołu. Pani Chrzanowska takim samym wolnym krokiem, złamana, wraca na swoje miejsce i wybucha spazmatycznym płaczem.

Kilka znów dam, asystujących stale rozprawom, uznało za właściwe obrzucić kwiatami hr. Ronikiera. Demonstracja zaiste niesmaczna, nie dziw, że wywołała oburzenie prasy. Do charakterystyki sprawy może posłużyć, co wśród innych gazet pisał "Kurier Polski":

"Jakieś damy obrzuciły Ronikiera kwiatami! Co za ohyda, co za wstrętny postępek!

Trudno zrozumieć, trudno wyobrazić sobie, co za przyczyna podobnie niskiej owacji. Co stanowi treść duszy tych dam? Zwyrodnienie moralne tak wielkie, tak osobliwe, że domyślność nasza martwieje. Dlaczego?

Jeżeli nawet sąd uniewinni Ronikiera, to rozprawa ujawniła tyle zgnilizny, tyle brzydoty, tyle zwyrodnienia, tyle upadku, że człowiek szanujący godność ludzką i godność własną nie poda ręki temu rycerzowi brudnych domów schadzek.

Za co go obrzucono kwiatami? Czy za utrzymywanie >>garsoniery<<, czy za znieprawienie dziecka? Czy za zdradę małżeńską?

Znamy nasze żony, siostry i córki. One kwiatów nie rzucały. Nie dostrzegliśmy w nich nigdy takich instynktów, takich upodobań do moralnego rozkładu, do... zbrodni!

Więc przypuszczamy, że damy owe - to klientki... Zawadzkiego. To istoty potrzebujące dla bytu występnego domów schadzek i zwyrodniałych utracjuszów.

Złożyły hołd dobrodziejowi swemu i wielbicielowi. Dusze pokrewne! Wymiotki rozkładające się i rozkładające społeczeństwo.

Wypadek ten jaskrawo oświetlił wpływy sali sądowej. Uczciwa, zdrowa kobieta nie powinna nigdy przestąpić jej progu!

Widzimy wyraźnie, jakim zboczeńcem jest taki Ronikier, który zabił czy nie zabił nieszczęśliwe dziecko".

Jak było do przewidzenia, dwaj nowi biegli nie zdołali uzgodnić swej opinii. Biegły Popowicki uznał, że list "przedśmiertny" pisała osoba będąca w stanie nader podnieconym... nie przygnębionym, lecz właśnie podnieconym. Wzruszenie to odbiło się na sposobie stawiania liter, a do najwyższego napięcia doszło przed samym podpisem, znać, że chwila jeszcze, a piszący nie byłby zdolny imienia i nazwiska swego nakreślić. Ekspert ma powody przypuszczać, że list ten pisany jest ręką Stasia, chociaż nie przeczy, że są też pewne różnice, które właśnie przypisać można wzruszeniu.

Natomiast biegły Roliński oświadcza jak najbardziej kategorycznie, że list jest falsyfikatem i nie można dopatrzyć się w nim żadnego podobieństwa z pismem zamordowanego Chrzanowskiego.

I znowu głos mają prokurator oraz adwokaci. Biorą z ekspertyz to, co posłużyć może do umocnienia ich wywodów. Oskarżony Ronikier oświadcza, iż zrzeka się ostatniego słowa. Współoskarżony Zawadzki jeszcze raz zapewnia sąd o swej niewinności.

Przewodniczący odczytuje projekt pytań. Po wysłuchaniu uwag obrony sąd udaje się na naradę w celu ustalenia pytań, wraca, żeby je odczytać, po czym ponownie udaje się do sali narad w celu wydania wyroku.

Wreszcie więc w dniu 17 maja 1912 roku, po dwudziestu pięciu dniach rozpraw, nastąpić ma ogłoszenie wyroku. Cały gmach sądu, sala rozpraw, wszelkie dostępne dla publiczności pokoje, korytarze, schody są przepełnione ciekawymi, przed pięknym pałacem Krasińskich zgromadziły się dalsze tłumy.

Narady sądu nie trwały długo, po dwóch godzinach woźny audiencjonalny, poprzedzając sąd, w imieniu przewodniczącego uprasza publiczność o zachowanie spokoju.

Wśród grobowego milczenia przewodniczący odczytuje wyrok następujący:

"Uznając protest prokuratora i skargę apelacyjną Ronikiera za. zasługującą na uwzględnienie, izba postanawia:

Bohdana hr. Ronikiera z mocy 2 cz. art. 1484 k.k. po pozbawieniu wszystkich szczególnych praw i przywilejów oddać do rot aresztanckich na półtora roku;

Feliksa Zawadzkiego po pozbawieniu wszystkich szczególnych praw i przywilejów skazać na osadzenie w rotach aresztanckich przez rok jeden.

Oskarżeni mogą odzyskać wolność tymczasową po złożeniu kaucji przez Ronikiera 3 tysięcy rubli, a Zawadzkiego 2 tysięcy rubli".

Wrażenie było piorunujące. Dodatki nadzwyczajne z sentencją wyroku są w mig rozchwytywane. Wyrok zaskoczył wszystkich, nikt nie oczekiwał takiego wyniku sprawy.

Różne były zdania. Spierano się co do winy lub niewinności Ronikiera, co do współudziału w zbrodni Zawadzkiego, ale śmiało powiedzieć można, że nikomu absolutnie do głowy nie przyszło, ażeby do głównego oskarżonego zastosować miano część drugą artykułu 1484 kodeksu kar głównych i poprawczych.

Artykuł ten stanowi bowiem:

"Jeżeli rany, w których wyniku nastąpiła śmierć, zadane były bez uplanowanego z góry zamiaru, lecz w zapalczywości i rozdrażnieniu, chociaż umyślnie, winny ulega..."

A więc Izba Sądowa uznała: 1: że Ronikier nie winien jest zabójstwa rozmyślnego dla względów materialnych i 2: że winien jest zadania ran ciężkich w uniesieniu, bez zamiaru pozbawienia życia.

Sąd Apelacyjny, odrzucając hipotezę "morderstwa dla korzyści materialnej", a ustalając fakt "zabójstwa w uniesieniu", wytworzył sobie własny obraz dokonanej zbrodni, niezgodny zarówno z wnioskami prokuratora, jak i wszelkimi wnioskami sugerowanymi przez obrońców, a co więcej, nawet sam komplet wyrokujący ewentualności powyższej nie uwzględnił w redakcji pytań.

Zawadzkiego skazano za ukrywanie przestępstwa.

Akcję cywilną rodziców śp. Stasia Chrzanowskiego Sąd Apelacyjny odrzucił jako nie dowiedzioną.

Już następnego dnia, o godzinie pierwszej w południe, Ronikier po złożeniu kaucji opuszcza więzienie, w którym przebywał od 17 maja 1910 roku. Dyskusje nad wyrokiem w mieście nie ustają, w kawiarniach, restauracjach, tramwajach, na ulicy, w zaciszu domowym przez najbliższe tygodnie nie istnieje inny temat rozmów, jak sprawa Ronikiera i zapadły wyrok.

Michał Pawlikowski wspomina, że gdy w "Nowościach" kupował bilety na "Hrabiego Luksemburga", kasjerka mówiła z uśmiechem: "Dziś powinniśmy brać podwójną opłatę za wstęp". "Dlaczego?" "Bo hr. Ronikier jest w teatrze". Po wejściu na salę spostrzegł w pierwszym rzędzie parteru stojącego tyłem do kurtyny wysokiego, przystojnego pana w ciemnym ubraniu, z monoklem w oku. Twarz miał szczupłą i bladą. Rozmawiał z siedzącą panią - nieokreślonego wieku, dość brzydką - zapewne z żoną. Zachowywał się swobodnie, jakby nie wiedząc, że oczy całej widowni są na niego zwrócone. Od czasu do czasu przykładał do oczu lornetkę teatralną i spokojnie lustrował loże.

Z napięciem oczekiwano ogłoszenia motywów wyroku, co nastąpiło 17 czerwca 1912 roku, równo w miesiąc po wydaniu wyroku. Uzasadnienie wyroku zaskoczyło publiczność podobnie jak sama jego sentencja. Sąd bowiem przyjął, że oskarżony działał bez premedytacji, tj. bez powziętego z góry zamiaru dokonania zbrodni. Tezę tę oparł na następujących danych:

1. Brak motywu zabójstwa. Wedle obrachunku przytoczonego w wyroku Ronikier na usunięciu Stasia zyskać mógł około 11 tysięcy rubli, i to nie od razu, lecz albo po śmierci Chrzanowskiego-ojca, albo też po dokonaniu przez niego działu za życia. Dla tak drobnej stosunkowo sumy, której wypłata nastąpiłaby zresztą w terminie nieokreślonym, Ronikier nie dopuściłby się zbrodni.

2. Stan majątkowy oskarżonego nie był rozpaczliwy. Finanse niejednego obywatela ziemskiego przedstawiają się gorzej.

3. Wynajęcie pokojów umeblowanych u Zawadzkiego i "ozdobienie" ich dywanami miało na celu zlikwidowanie dawnej miłostki.

4. Gdyby chciał zabić, znalazłby niewątpliwie i przygotował uprzednio lepsze narzędzie niż dłuto lub uszkodzony sztylet.

Nie było więc premedytacji.

Natomiast izba ustala na zasadzie zeznań rodziny Poznańskich i służącej Rozbickiej, że Staś Chrzanowski bywał w garsonierze wynajętej przez Ronikiera.

Zgodnie z opinią biegłych Orłowa i Popowickiego, a wbrew zdaniu eksperta Rolińskiego i opinii wypowiedzianej przez fotografów, izba konstatuje, iż list "przedśmiertny" pisany jest ręką zabitego.

List ten znaleziono w tece, w której mieściły się również bilety wizytowe z napisem: "Właściciel majątku Tuczapy", fotografie pornograficzne i 23 rb.

Wszystkie te przedmioty były własnością zmarłego, bo: 1-o, świadkowie stwierdzili, że bilety takie zamawiał uczeń ze szkoły Wróblewskiego, 2-o, nic dziwnego, że chłopiec siedemnastoletni - uczęszczający do garsoniery, mógł posiadać rysunki nieprzyzwoite i 3-o, Staś pożyczał pieniądze nie tylko od Ronikiera, lecz i od kogo się dało.

Ale mimo to wszystko Ronikier, chociaż i bez powzięcia z góry tego planu, zabił Chrzanowskiego.

Ronikier upominał się o owe sto rubli, które pożyczył Stasiowi na krótko. Staś nie chciał o tej drażliwej kwestii rozmawiać na ulicy, bo podejrzliwy i zamknięty w sobie, pragnął, ażeby koledzy wychodzący jednocześnie ze szkoły nie zmienili o nim zdania, i dlatego sam zaproponował szwagrowi, aby poszedł z nim do "garsoniery".

Tam padły ostre słowa, które wyprowadziły Ronikiera z równowagi, i pierwszym narzędziem, jakie nawinęło mu się pod rękę, zaczął zadawać razy, których skutkiem nieprzewidzianym była śmierć Stanisława Chrzanowskiego.

Potem Ronikier, oszołomiony tym, co uczynił, uciekł. Mając dość jeszcze czasu, zdążył na kolej nadwiślańską i pojechał do domu.

Co do Zawadzkiego sąd przyjął, że jako właściciel pokojów umeblowanych nie mógł nie wiedzieć o tym, co się w nich stało, tym bardziej że musiało być niewątpliwie słychać hałas, jak zaś sam przyznał, po wykryciu zabójstwa ukrył jego ślady.

Prasa, podając motywy, zaznaczyła, że jej nie wolno ich krytykować, a ich wartość oceni instancja kasacyjna.

Udali się do kasacji - takiego się wówczas używało terminu - wszyscy: prokurator, obydwaj oskarżeni - hr. Ronikier i Zawadzki, oraz rodzice zamordowanego. Wszystkie skargi kasacyjne w pierwszym rzędzie zarzucały nieprawidłowe zredagowanie przez Izbę Sądową pytań. Podnoszono w szczególności, że kwestia zadania przez hr. Ronikiera ran w uniesieniu i rozdrażnieniu nie była w ogóle przedmiotem pytań, nie wynikała z materiału śledztwa sądowego ani też nie była poddana przez Izbę Sądową analizie. Obrońca hr. Ronikiera ponadto za powód do kasacji uznał niewłaściwą atmosferę, wśród jakiej toczył się proces; uważał mianowicie, że zachowanie jednego z obrońców Zawadzkiego, adwokata Korwin-Piotrowskiego, w ciągu całego czasu obrażało warunki prawidłowego biegu procesu i utrudniało rolę obrony hr. Ronikiera, a nawet wygłoszenie przez samego hr. Ronikiera "ostatniego słowa".

Przypuszczano, biorąc pod uwagę ferie sądowe, że senat w Petersburgu sprawę mordercy Stasia Chrzanowskiego rozpatrywać będzie we wrześniu lub październiku 1912 roku. Działały widać jakieś wpływy zakulisowe, gdyż na wokandę senatu sprawa wpłynęła dopiero w dniu 13 lutego 1913 roku. Budziła takie zainteresowanie, że również sala instancji kasacyjnej - rzecz niezwykła w dziejach procesów sądowych - przepełniona była publicznością. Oskarżony Ronikier zjawił się w towarzystwie żony i matki, imieniem urzędu prokuratorskiego występował prokurator von Herszelman na podstawie specjalnej delegacji ministra sprawiedliwości.

Decyzji senatu oczekiwano gdzieś w okresie miesiąca. Nie doczekał się jej Bronisław Chrzanowski, rozstając się nagle z życiem. Testament jego, którego otwarcie nastąpiło w dniu 28 marca 1913 roku, wzbudził sensację. Scheda przypadająca hr. Ronikierowej wynosiła 121 tysięcy rubli, w której to sumie mieścił się przyznany posag w wysokości 100 tysięcy rubli, niewiele zatem ponad posag miała po ojcu otrzymać. Całą część rozporządzalną swego majątku w sumie około 200 tysięcy rubli stary pan Bronisław Chrzanowski przeznaczył "ku uczczeniu śp. drogiego naszego męczennika Stasieńka" na budowę nagrobka-kaplicy, i trzymanie grobu oraz odprawianie mszy św. przynajmniej dwa razy tygodniowo.

Pod koniec marca nastąpiło wreszcie ogłoszenie decyzji Departamentu Karnego Senatu, który "zważywszy, że słuszna jest skarga stron wszystkich na pogwałcenie przez izbę przepisów proceduralnych, wyrok postanowił uchylić i sprawę w celu ponownego osądzenia przekazać tejże Izbie Sądowej".

Sprawa wracała więc znowu przed forum warszawskie. Zwolnienie hr. Ronikiera za kaucją zostało uchylone i oskarżony osadzony w więzieniu. Wnioski jego i żony o ponowne wypuszczenie za kaucją, umotywowane złym stanem zdrowia oskarżonego, potwierdzone orzeczeniem komisji, że Ronikierowi z powodu silnej wady serca grozić może w więzieniu nawet śmierć, były stale załatwiane odmownie.

Gdy wreszcie w dniu 13 listopada 1913 roku Izba Sądowa po raz czwarty przystąpiła do sprawy, hr. Ronikier przybył w karetce więziennej, pod silnym konwojem, ubrany w surdut i czarny krawat, z monoklem w oku. Włosy starannie zaczesane, wąsy przystrzyżone według mody angielskiej. Twarz pełna, ale bezkrwista, żółtawej barwy, oczy miał zaczerwienione, jak gdyby na świadectwo częstych nocy bezsennych. Postarzał się bardzo. Zasiadł na małej ławie specjalnie dla niego skonstruowanej, zaopatrzonej w pulpit, który złamał się w pierwszym dniu rozpraw, lecz go naprawiono. Broniło Ronikiera czterech adwokatów, z Petersburga aż trzech: hr. Bobriszczew-Puszkin syn, Aronson i Goldstein, z Warszawy adwokat przysięgły Sterling. Feliksa Zawadzkiego - odpowiadającego nadal z wolności za kaucją 2 tysiące rubli, bronili adwokat przysięgły Henryk Ettinger i pomocnik adwokata przysięgłego Mieczysław Ettinger syn. Adwokat Korwin-Piotrowski, którego wystąpienia żywo śledzone przez publiczność tyle krwi napsuły sędziom i kolegom obrońcom, zrzekł się obrony Zawadzkiego, o czym przybył zawiadomić Izbę Sądową.

Akcję cywilną popierał adwokat przysięgły Franciszek Nowodworski. Jego dotychczasowe starania nie znalazły widać pełnego uznania owdowiałej pani Chrzanowskiej, poprosiła nadto o zastępstwo znakomitego petersburskiego mecenasa Karabczewskiego.

Zmiana nastąpiła również w osobie prokuratora, oskarżenie wnosił podprokurator Chołszczewnikow. Przewodniczył prezes IV Departamentu Bazylewski, jako członkowie zasiadają sędziowie Kniaziew i Czułanowski, ten ostatni referuje sprawę. Zapowiada się prawdziwy proces monstre, świadków wezwano dwustu dziewięciu, biegłych dziewięciu. Posiedzeń sąd odbędzie przeszło czterdzieści, wyrok zapadnie dopiero w następnym roku, gdy cień nadciągającej wielkiej zawieruchy dziejowej przysłoni już ten największy z warszawskich procesów.

Ale wróćmy do biegu sprawy, przy czym zanotujemy wyłącznie te wydarzenia, które zaważyły w wydaniu wyroku. Świadkowie nie tylko liczebnie tworzyli galerię rzadko w sądzie spotykaną. Jak donosiła prasa, "nie brak w niej żadnej sfery, żadnej hierarchii społecznej, od możnych do ubogich, od wybitnych przedstawicieli inteligencji do maluczkich duchem, od osobistości, których wartość moralna nie może podlegać dyskusji, aż do pozbawionych praw katorżników, których przyprowadzono spoza granic społeczeństwa, aby dali dowód prawdzie". Świadkowie powtarzali z reguły rzeczy dobrze znane, upływ czasu nie wzmocnił ich pamięci, były dni rozpraw tak nużąco jednostajne, że nawet najbardziej wiernych "dam sądowych" nie było w opustoszałej sali.

Na samym wstępie obrońca Aronson prosi, powołując się na istniejące świadectwa p ciężkiej chorobie hr. Ronikiera, aby ulżyć doli więźnia i bądź uwolnić go za kaucją czy też poddać pod dozór policyjny, bądź umieścić go w specjalnym pomieszczeniu lub w szpitalu więziennym. Hr. Ronikier dodaje od siebie: "Boję się, że w razie pogorszenia nie będę mógł przybywać na sprawę. Dziś z rana byłem bez życia. Miewam ataki co dwa albo trzy dni. Atak trwa około czterech godzin, wówczas duszę się. Gdybym dostał takiego ataku o dwunastej, to rozprawy uległyby długiej przerwie. Stan mój uległby polepszeniu, gdybym miał więcej powietrza. Jestem bardzo zdenerwowany, a serce z nerwami jest w ścisłym związku. Boję się, aby za kilka dni nie stała się nieprzyjemna historia. Ubieram się raz na trzy dni z powodu braku sił. Dziś na przykład ubrałem się z rana, aż nagle wchodzi oficer konwoju, każe mi się rozbierać... rewizja..."

Przewodniczący przerywa, zaznaczając, że to do rzeczy nie należy. Więzienie ma swoją władzę.

Sąd postanawia zawiadomić o prośbie oskarżonego prokuratora apelacyjnego. Ten prośby nie uwzględnił. Ronikier pozostanie aż do końca procesu w więzieniu śledczym.

Po referacie sędziego Czułanowskiego trwającym trzy dni izba na oświadczenie Kazimierza Zalewskiego, znanego krytyka i literata, że czuje się słaby i nie może długo pozostawać w sądzie, rozpoczyna badanie świadków od niego. Na powtórzenie zasługuje dialog, jaki się wywiązuje między świadkiem a adwokatem przysięgłym Karabczewskim, gdyż rzuca już pewne światło na konstrukcję oskarżenia zastępcy powódki cywilnej. Adwokat Karabczewski pyta świadka Zalewskiego: Czy pańskim zdaniem Ronikier miał wielki talent, czy nie?

Świadek: Nie.

Adw. przys. Sterling: Pan zna oczywiście dzieła Dostojewskiego. Czy wiadomo panu o istnieniu w literaturze rosyjskiej prądu zwanego "karamazowszczyzna"?

Świadek: Oczywiście.

Adw. Karabczewski: Kto w sztuce oskarżonego "Kariera" był pokrzywdzony: książę, który postanowił zniszczyć rodzinę, do której wszedł, czy też ta rodzina?

Świadek wyjaśnia, że krzywdę poniosła rodzina.

Adw. Karabczewski: Czy książę, bohater "Kariery", celem zdemoralizowania swojej pasierbicy nie podrzucał jej pocztówek pornograficznych?

- Podrzucał - odpowiada świadek.

Na tym kończy się zeznanie Kazimierza Zalewskiego, ściślej mówiąc ekspertyza literacka, która trwała prawie trzy kwadranse.

Poruszenie na sali wywołuje pytanie zadane jednego z następnych dni przez adwokata Arcnsona oskarżonemu Feliksowi Zawadzkiemu, czy na strychu należącym do pokojów umeblowanych Zawadzkiego przed zabójstwem dokonanym na osobie pp. Stanisława Chrzanowskiego nie znaleziono zwłok dziewczynki z dwudziestu kilku ranami na głowie?

Zawadzki wyjaśnił, że zwłoki dziewczynki znaleziono na strychu pokojów umeblowanych przy ulicy Marszałkowskiej nr 131, nie zaś 112. Zawadzki był wprawdzie poprzednio właścicielem tych pokojów, zamordowaną jednak znaleziono wówczas, gdy przeszły one na własność niejakiego Lipińskiego.

Pomocnik adwokata przysięgłego Mieczysław Ettinger, jeden z obrońców Zawadzkiego, stwierdza, że swego czasu w tej sprawie sędzia śledczy przeprowadzał dochodzenie, które wykazało, iż wspomniane morderstwo z osobą Zawadzkiego nie ma nic wspólnego, przeto protokoły dochodzeń z obecnej sprawy usunięto.

Z uwagą śledzi publiczność zeznania świadka Bronisława Ordęgi, właściciela dóbr Trajany w Lubelskiem, po raz pierwszy stającego w sprawie. Zeznaje on, co następuje:

"Dnia 11 maja roku 1910 przyjechałem do Warszawy na Dworzec Brzeski w południe, o godzinie dwunastej z minutami, po czym wsiadłem do tramwaju, w którym spotkałem Bohdana hr. Ronikiera, ubranego w czapkę i podniszczone palto. Poznałem go przed laty dwudziestu w Karlsbadzie; nie utrzymywałem z nim stosunków bliższych, ale spotykaliśmy się w towarzystwach, przeważnie w Resursie Kupieckiej i kawiarni. Daty spotkania w tramwaju nie pamiętałbym zapewne, gdyby nie to, że w owym dniu podniosłem znaczniejszą sumę w Towarzystwie Wzajemnego Kredytu, pierwszy raz po dłuższym pobycie za granicą". Treść rozmowy z hr. Ronikierem świadek zapomniał, pamiętał jedynie, że gdy wyraził zamiar wyjazdu z Warszawy tego samego dnia o piątej po południu, hr. Ronikier zdziwił się, iż istnieje taki pociąg, i w końcu powiedział: "To może się spotkamy". Hr. Ronikier wysiadł z tramwaju na rogu Krakowskiego Przedmieścia i ulicy Królewskiej. 

Hr. Ronikier, otrzymawszy zezwolenie izby, zapytuje: - Czy świadek często w roku 1910 przyjeżdżał do Warszawy pociągiem o godzinie dwunastej w południe? 

Świadek: Często. 

Hr. Ronikier: Ale jak często? 

Świadek: Mniej więcej co dwa tygodnie. 

Hr. Ronikier: Czy świadek zawsze jeździ z Pragi tramwajem?

Świadek: Jechałem dwa razy w życiu, gdy nie miałem ze sobą rzeczy.

Hr. Ronikier: A ja ani razu w życiu. 

Po czym, śmiejąc się, siada.

Do kontrowersji z oskarżonym doprowadza zeznanie adwokata przysięgłego Pepłowskiego, gdy opowiada o okolicznościach spotkania hr. Ronikiera w dniu 12 maja 1910 roku w Warszawie. Obrońcy usiłują podważyć te niekorzystne dla oskarżonego zeznania przez imputowanie świadkowi Pepłowskiemu, jakoby na nieprzychylne jego zeznania wpłynęła okoliczność, że zastępował panią Wandę Chrzanowską. Doprowadza to do bardzo burzliwej wymiany zdań. 

Obrońca Aronson: Świadek jest obecnie adwokatem? 

Świadek: Przysięgłym.

Aronson: Świadek był pełnomocnikiem pani Wandy Chrzanowskiej?

Świadek: Nic podobnego. Kiedy w druku ukazał się wstrętny paszkwil wymierzony przeciw pani Chrzanowskiej, zwróciła się ona do mojego ojca z propozycją, aby wystąpił jako oskarżyciel autora i wydawcy. Ojciec mój, bardzo wówczas zajęty i chory, odpowiedział, że ja mogę napisać skargę. Oto jakim jestem pełnomocnikiem pani Chrzanowskiej.

Obrońca prosi izbę, aby stwierdziła w protokole II Departamentu, że świadek poprzednio zeznał: "Jestem pełnomocnikiem p. Chrzanowskiej w sprawie o paszkwil".

Przewodniczący czyta dany punkt protokołu: "P. Chrzanowska zwróciła się do mojego ojca, ojciec zaś mnie polecił napisanie skargi".

Aronson: U mnie i u moich kolegów ustęp ten jest inaczej zapisany.

Przewodniczący: Ja wiem, jak u mnie zapisane, ale może się mylę, proszę sprawdzić.

Obrońcy się wzdragają; ustępują, gdy przewodniczący nalega.

Świadek: Przez miano pełnomocnika rozumiem adwokata posiadającego plenipotencję do prowadzenia wszystkich spraw danego klienta. W tym zaś przypadku mam plenipotencję tylko co do sprawy paszkwil.

Obrońca Goldstein: Honorarium świadek otrzymał?

Świadek: 350 rb.

W toku dalszej dyskusji świadek przyznaje się do omyłki, otrzymał bowiem 375 rb. i po raz drugi taką samą kwotę dnia 21 czerwca 1913 roku. Słowem: całe honorarium za prowadzenie pomienionej sprawy.

Oskarżony wstaje i mówi wzburzony:

- Świadek otrzymał od p. Chrzanowskiej 1200 rb., a nie 750. Sprawę o paszkwil umorzono, więc czyż może się pomieścić w głowie, aby adwokat wziął taką sumę za skargę w sprawie, która poszła na umorzenie? To zdumiewające! Prawda jest taka: w roku 1901 ogłosiłem w "Kurierze Świątecznym" artykuł pt. "Mała panama", w którym ujawnione były ówczesne sprawki Pepłowskiego. On przyszedł do redakcji, ale mnie nie zastał. Nie spotkał mnie w roku 1901, spotkał w 1910"...

Przewodniczący przerywa oskarżonemu. 

Pepłowski: Wszystko nieprawda. 

Przewodniczący nie daje głosu świadkowi. 

Pepłowski: Ależ, panie prezesie, ta brudna potwarz wyjdzie za te mury, muszę ją odeprzeć. Otrzymałem od p. Chrzanowskiej 750 rb. i sprawa nie jest umorzona. W roku 1901 w Warszawie nie byłem, lecz w Ostrołęce, jako sędzia śledczy. O artykule "Mała panama" słyszę po raz pierwszy.

Adwokat Nowodworski prosi izbę o sprawdzenie, że sprawa o potwarz jest w VI Departamencie.

Przewodniczący: Kwestia poruszonego tu honorarium oraz sprawa o potwarz nie mają nic wspólnego z niniejszymi dyskusjami.

Oskarżony oświadcza, że złoży izbie artykuł "Mała panama" w przekładzie na język urzędowy.

Nowe momenty wnosi świadek Suslikow, student instytutu handlowego w Kijowie, który telegraficznie wyraził chęć składania zeznań. W sierpniu na wystawie kijowskiej poznał dwie panie, jedna nazywała się Nina Landowska, druga miała na imię Wanda. Suslikow miał w ręku program jakiegoś teatrzyku czy kinematografu; w nagłówku był napis: "dyrekcja Chrzanowskiego". "Znałam pewnego Chrzanowskiego - rzekła Nina - biedak źle skończył". I pokazała podarunek od niego. Worek ręczny, ozdobiony miniaturowym łóżkiem, szpicrutą i łbem końskim, wykonanymi w srebrze. Pod spodem był napis: "Nince - Staś". Opowiadała, że Staś oraz jeden z kolegów często u niej bywali. Wyjęła z worka dwie fotografie Stasia, z których jedna była nieprzyzwoita.

Świadek wyjaśnia, że zgłosił chęć zeznań, gdyż codziennie czytał w "Kijowskiej Myśli" telegramy o tym, jak koledzy malują Stasia w barwach najdodatniejszych, on zaś wie zgoła co innego. Tu w Warszawie zwrócono mu uwagę, jak może powtarzać wiadomości zaczerpnięte od kobiety upadłej, ale przecież i kobieta upadła miewa sumienie.

Na wniosek prokuratora świadek opisuje ogólnie pocztówki pornograficzne, które ta dama otrzymała jakoby od Stasia. Na jednej pocztówce było kilkanaście małych obrazków. Pocztówki w tym rodzaju znaleziono w tzw. "Archiwum" Stasia.

Na zapytanie adwokata Bobriszczewa, czy obejrzawszy fotografię pokazaną przez ową damę zapamiętał rysy chłopca, świadek odpowiada przecząco.

Świadek zaznacza: Nina opowiadała, że występuje w jakimś "variete", ale one wszystkie tak mówią.

Karabczewski: Widzę, że świadek zna obyczaje takich pań, czy nie mógłby nas zatem objaśnić: może one lubią opowiadać historie romantyczne, aby wzbudzić większe dla siebie zainteresowanie?

Świadek: O nie! Ona mówiła prawdę! Kto mówi tak szczerze, nie kłamie.

Przewodniczący poleca świadkowi pokazać fotografię śp. Stanisława Chrzanowskiego.

Świadek: Kurtka ta sama co na tamtej fotografii.

Przewodniczący: Ale twarz.

Świadek: Boję się odpowiedzieć - nie mogę.

Przewodniczący oraz strony interesują się, czy świadek podczas tego spotkania nie był podchmielony.

Suslikow zaznacza, że zazwyczaj działa na niego tylko wódka, wówczas zaś pili wino.

Goldstein: Szampańskie?

Świadek: Ale gdzież tam.

Na tym kończy się zeznanie świadka z Kijowa.

Jeszcze większą niespodzianką są zeznania dziennikarza Kazimierza Ehrenberga, który podaje, że w pokojach Zawadzkiego mieszkał niejaki Sawicz, nauczyciel języka rosyjskiego w szkole Jeżewskiego, usunięty po dwóch tygodniach pracy z posady za szantaż na rodzicach swych uczniów. Sawicz wyprowadził się od Zawadzkiego w przeddzień zabójstwa i unikał następnie policyjnego zameldowania. Równocześnie z Sawiczem mieszkali w pokojach Zawadzkiego dwaj uczniowie szkoły Jeżewskiego, Stefan Wawerek i Bieńkowski. Obrona hr. Ronikiera uważa te nowe szczegóły za tak istotne, że wnosi o ponowne przekazanie sprawy do śledztwa pierwiastkowego, uzasadniając w gorących przemówieniach konieczność nadania sprawie takiego nieoczekiwanego zwrotu. Izba odrzuca jednak wniosek, uznając, że nie posiada prawa zwracania sprawy do sędziego śledczego.

Zeznania dra Guirarda, który dokonał sekcji zwłok śp. Stanisława Chrzanowskiego, jak również asystujących mu dra Auerbacha i studentów Szumszurina, Striełkowa i Iwanowa, nastąpiły przy drzwiach zamkniętych. Tajemnicą zatem pozostanie, co mówiono na temat lansowanej również wersji, jakoby morderstwo miało podkład homoseksualny.

Badania dalszych świadków nie wnoszą nic nowego. Głos mają biegli.

Ekspert Popow w imieniu wszystkich swoich kolegów oświadcza, że wniosku kategorycznego nie daje, lecz według wszelkiego prawdopodobieństwa list "przedśmiertny" był napisany przez Stanisława Chrzanowskiego. Przy porównaniu tego listu z pismem hr. Ronikiera orzec można bezwzględnie, że nie pisał go hr. Ronikier.

Przekaz warszawski nie był napisany ani przez Chrzanowskiego, ani przez hr. Ronikiera.

Przekaz łódzki również nie ma nic wspólnego z ich pismami. Przekaz ten pisała ręka niewyrobiona.

Na żądanie adwokata Nowodworskiego izba ustala, że w pierwszej instancji opinia biegłego Zacharina była inna. Wtedy ekspert orzekł, iż tego listu Staś nie pisał.

Ekspert sprzeczność wyjaśnia tym, że wówczas miał tylko kajety jako materiał porównawczy; obecnie eksperci otrzymali inne listy Stasia, których oryginalność nie ulega wątpliwości.

Lekarze profesorowie Przewóski i Taranuchin oświadczają natomiast, że do wydania opinii, wobec znacznej ilości dowodów rzeczowych, potrzebują minimum dwóch tygodni. Głos zabiera hr. Ronikier, zaznaczając, że nie chce powtarzać szczegółów zawartych w jego ostatnim słowie, o którego odczytanie poprosi w momencie właściwym, streszcza pokrótce swoje życie i rozwój duchowy. Wyjaśnienia jego zamieniają się niebawem w oskarżenie, publiczność słuchająca z zapartym oddechem widzi oczyma wyobraźni groźną postać zmarłego starca Bronisława Chrzanowskiego, którego obraz oskarżony odtwarza następującymi słowy:

"Przyjechawszy do Tuczap ujrzałem dom, jakiego do owego czasu nie widziałem. Jakkolwiek ciężko mi mówić o matce mojej żony i nieboszczyku teściu, pominąć tych szczegółów nie mogę.

Otóż w domu tym panowały zwyczaje średniowieczne. Zaledwie marne osiem niskich pokojów posiadał ten dwór, a staremu zdawało się, że jest księciem udzielnym. Nie zajmując się gospodarstwem, bo prawie cały majątek miał lokowany w kapitałach, cały swój czas poświęcał przestrzeganiu etykiety. Ta etykieta była celem jego życia. W związku z nią wyrodziły się z czasem egoizm i despotyzm bezgraniczny. Człowiek, nie mający w sobie żadnej siły moralnej, zmuszał żonę, dzieci do uległości i mnie chciał zmusić także. W domu panowało dobrze zrozumiałe przygnębienie.

Z despotyzmu płynęło znów zamiłowanie starca do śledzenia. Sprawdzał on każdy krok swoich bliskich, no i nie zawsze dowiadywał się prawdy. Intryganci mieli wdzięczne pole do działania, chcąc wkraść się w jego łaski. I jeszcze jeden rys, który w oczach moich stawiał go bardzo nisko: był to fałsz. Zawsze w naszej obecności powtarzał, iż zasadą w życiu winno być: nie słyszeć, co się słyszy, nie widzieć, co się widzi, nie okazywać, co się czuje. To rozum życia!

Tego rodzaju zasady, tak dalekie od moich ideałów, wpajał on swoim dzieciom.

Aby scharakteryzować despotyzm tego starca, pozwolę sobie przytoczyć epizody następujące:

W Tuczapach wszystkie okna były pozabijane, ponieważ Chrzanowski nie lubił, aby je otwierano. Na noc wszystkie drzwi zamykał i chował klucze, bo etykieta obowiązywała wszystkich, tylko nie jego, w czym był podobny do Napoleona. Przyjechałem tam jesienią; noc cudna, chcę otworzyć okno - niepodobna, bo zabite - wybiłem więc szybę. Od owego momentu datowała się niechęć względem mnie nieboszczyka Chrzanowskiego.

Pewnego dnia zapytuję przy obiedzie, czy nazajutrz pojedziemy do kościoła. Panie ani słowa nie odpowiedziały, później zaś ostrzegły mnie, abym nigdy nie pytał je o zamiary, bo gdyby odpowiedziały twierdząco, to Chrzanowski, duch sprzeczności, sprzeciwiłby się na pewno. Po trzech dniach pobytu przyszedł do mnie list z redakcji >>Kuriera Świątecznego<<, oddano mi go rozpieczętowany. Ponieważ miałem swoje konie, więc natychmiast posłałem zlecenie na pocztę, aby mi listów nie przysyłano. To było drugim motywem niechęci starca.

Oto rysy charakterystyczne tego domu, w którym panowały obyczaje azjatyckie".

Następnie wywodzi, że nie był mordercą Stasia:

"Zrobiłem wszystko, co było w mocy mojej, aby przyprowadzić wam prawdziwego mordercę. Uczynić więcej nie było w ludzkich siłach. Kto jest nim? Nie mówię, że Sawicz, nie wiem, ale jedno jest niewątpliwe według danych śledztwa. Zabijała ręka człowieka, która była słaba, czego dowodzi liczba uderzeń. Zabijała ręka człowieka, która zabić nie chciała. Zabijała ręka człowieka, który nie wiedział, że tam jest rewolwer, albo który nie umiał obchodzić się z rewolwerem i dlatego użył młotka, podobno młotka".

Oskarżony chce zastanawiać się nad szybkością "kinematograficzną", z jaką miało być popełnione morderstwo, ale przewodniczący przerywa mu, zaznaczając, że mowy oskarżyciela państwowego jeszcze nie było.

Na zapytanie prokuratora, dlaczego w swoim czasie uciekł się do symulacji obłędu, Ronikier oświadcza:

- Gotów jestem objaśnić, ale nie dziś, bo jestem bardzo zmęczony

Przewodniczący: Niech podsądny uczyni to w dwóch, trzech słowach. Szczegóły opowie później. Oczywiście podsądny ma prawo nie odpowiadać na pytanie.

Ronikier namyśla się przez chwilę, wreszcie mówi wolno, z pewnymi wahaniami:

"W strasznym zdenerwowaniu, pod wpływem myśli, która nie może pomieścić się w głowie człowieka tego co ja pokroju, że jestem oskarżony o taką zbrodnię, przyszła na mnie rozpacz w tej ciasnej celi... Czułem, że gromadzonym przeciw mnie poszlakom trzeba coś przeciwstawić... Szczęściem, Bóg zesłał mi człowieka, który orzekł, iż jedynym moim dążeniem powinno być przewleczenie śledztwa, prowadzonego wówczas z szybkością kinematograficzną... iż dążyć powinienem, aby mnie sądzono nie za pół roku, ale za dwa lata. Im dłużej zwlekać, tym lepiej, bo wówczas przypadek wykryje wiele, wiele rzeczy... przecież byliby mnie oskarżyli o to, że drugiego brata zrzuciłem w Szwajcarii w przepaść, jak to już mówiono..."

Rzecznik powództwa cywilnego adwokat Nowodworski w związku z wyjaśnieniami oskarżonego prosi izbę o ponowne zbadanie Wandy Chrzanowskiej. Świadek Chrzanowska, po wyjaśnieniu kwestii finansowych wynikłych po małżeństwie córki, wzruszona do głębi, ledwie z gardła głos wydobywając, tak mówi:

- Po wyroku w Sądzie Okręgowym córka powiedziała mi, żebym zapomniała, że mam córkę i wnuki. Odtąd domem córki mojej zajmowała się pani Głogowska.

Adwokat Nowodworski: Kto eksportował zwłoki męża pani?

Świadek: Ks. biskup Jaczewski.

Adwokat Nowodworski: Zaproszony przez panią?

Świadek: Czyż śmiałabym niepokoić takiego starca? Sam przyjechał i nawet do grobu złożył zwłoki mojego męża! To najlepiej świadczy o moim mężu, jeśli ten czcigodny pasterz...

Pani Chrzanowska przez dłuższą chwilę mówić nie może, nareszcie, zwalczywszy łkanie, tak ciągnie dalej:

- Wszystko, co tu mówiono o moim mężu, to kłamstwo! Gdyby był tyranem, to czy mając byt niezależny znosiłabym jego despotyzm, czy pozwoliłabym tak prześladować swoje dzieci?

Adwokat Karabaczewski: Było takie zdarzenie, iż córka pani potajemnie wzięła rewolwer od brata?

Świadek: Niestety, muszę powiedzieć, że córka moja doszła do tego, iż mówi rzeczy kłamliwe. Oczernia ojca, który leży w grobie i bronić się nie może.

Pani Chrzanowska wypowiada słowa powyższe płacząc. Widać, że jest bardzo wyczerpana.

Przewodniczący ogłasza krótką przerwę.

Gdy izba po kilkunastu minutach wróciła na podium, przed balustradą świadków staje Ksawera hr. Ronikierowa i oświadcza, że chce sprostować zeznania matki.

Przewodniczący zaznacza, że pani Chrzanowska jeszcze nie skończyła zeznań, i prosi hrabinę, aby wróciła na swoje miejsce.

Zapytana przez adwokata Aronsona pani Chrzanowska tak odpowiada:

- Może mąż mój miał jakieś dziwactwa, ale żeby na nim była jaka plama - nikt nie ma prawa powiedzieć.

Adwokat Aronson: W czym, zdaniem pani, córka jej kłamała przed sądem?

Świadek: Czy pan prezes zmusza mnie, abym mówiła?

Przewodniczący kwestionuje zapytanie obrońcy, który dowodzi, że słuszność jest po jego stronie.

Świadek: Może córka moja działa pod wpływem rozpaczy, ale ja nie umiałabym w taki sposób bronić mego męża. Tłumaczy ją tylko rozpacz. Niech mi będzie wolno powiedzieć jeszcze kilka słów.

Przewodniczący: Jeśli mają łączność ze sprawą.

Świadek: Tak... Potępiają mnie, że unieszczęśliwiam córkę, że jestem jej katem. Kocham córkę i chcę ją uratować. Oskarżony przywiódł ją na pogrzeb mojego syna, gdy była ciężko chora, podróż tę mogła życiem przypłacić. Obłęd był udany... Kiedy weszła do jego celi, odepchnął ją od siebie, mówiąc: "Mojej żony tu nie ma - to dama od Gablera..." Córka moja padła wówczas bez zmysłów. Strasznie desperowała i wtedy zaczęła zażywać morfinę z kokainą...

Adwokat Aronson: Ale na czym polegają kłamstwa córki pani?

Świadek: Już mówiłam. Proszę mnie nie męczyć, siły moje mają granice...

Adwokat Aronson powtarza pytanie.

Świadek: Kłamała, mówiąc o zamiarach samobójczych.

Siedząca na ławie świadków Ksawera hr. Ronikierowa zrywa się, zatrzymują ją panie siedzące w drugiej ławce i skłaniają do pozostania na swoim miejscu.

Świadek: Kłamała mówiąc, że w Tuczapach działy się rzeczy, o których można opowiadać tylko przy drzwiach zamkniętych, mówiąc o tyranii mojego męża, o jakimś liście, z którego powodu wynikła sprawa kryminalna.

Adwokat Aronson: Z jakich błędów hr. Ronikier powinien się był poprawić?

Świadek ustala, że główną winą podsądnego było niepodpisywanie aktu ślubnego, wykreślenie notatki o intercyzie oraz złe stosunki z rodziną żony.

Adwokat Sterling: Ile kotów było w Tuczapach?

Świadek: Może dziesięć, może pięćdziesiąt, może sto. Jedni lubią koty, inni psy, inni konie.

Przewodniczący: Panie obrońco, to naprawdę nie ma nic wspólnego ze sprawą. Go nam do tego, ile kotów było w Tuczapach?

Adwokat Sterling prosi o zapisanie do protokołu odpowiedzi pani Chrzanowskiej.

Wreszcie dochodzą do głosu biegli. Daktyloskopi, pan Popow z Petersburga i pan Żabczyński z Warszawy, doszli do zgodnego wniosku, że na szkle lampy, znalezionej w pokoju zbrodni, zachowały się wyraźne odciski palców hr. Ronikiera. Obaj eksperci zgadzają się z tym, że hr. Ronikier ujął szkło mokrymi palcami i ślad "zapiekł się", ulegając w ten sposób utrwaleniu.

Izba przystępuje do ekspertyzy lekarskiej. Prof. Taranuchin oświadcza, że opinia ekspertów jest jednomyślna, przeto złoży relację w imieniu swoim i prof. Przewóskiego, który będzie demonstrował na dowodach rzeczowych. Prof. Taranuchin odczytuje relację bardzo sumienną i drobiazgową. Eksperci przyszli do wniosku, że plamy krwawe na bieliźnie Stasia pochodzą z krwi zmieszanej z wodą; poza tym stwierdzono obecność bardzo wyraźnych spermatozoidów. Na kurtce znaleziono ślady sadzy. Włosy znalezione w okolicach kołnierza są niewątpliwie włosami jednego człowieka. Nie ma wskazówek, aby uszkodzenia stwierdzone na czapce pochodziły od uderzeń. To samo dotyczy peleryny. Dziurki w obu tych przedmiotach są wyjedzone przez mole. Na zaplamionym krwią mankiecie widoczne są ślady sadzy. Drogą specjalnych badań eksperci przyszli do przeświadczenia, że niektóre ślady odbijają deseń dywanu. Sadze padały na mankiet dopiero wówczas, gdy krew przyschła.

Na rękojeści rewolweru, w jego szczelinach i lufie znaleziono ślady krwi zmieszanej z wodą.

W rewolwerze tym sprężyna jest złamana.

Na prześcieradle znalezionym w schowku eksperci stwierdzili ślady krwawe, pochodzące od wycierania rewolweru. Jest wyraźna odbitka liter W. K., znajdujących się na kolbie rewolweru.

Prof. Przewóski demonstruje, w jaki sposób rewolwer był wycierany.

Eksperci przedstawiają izbie zdjęcia fotograficzne śladów na prześcieradle. Ślady środkowe z sadzy na obrusie, który leżał na stole w pokoju nr 1, są jakby fotografią nóżek lampy.

Są na tym obrusie dwie krwawe plamy.

Śmierć Stanisława Chrzanowskiego nie mogła być następstwem zamachu samobójczego; padł on zamordowany.

Wszystkie rany były zadane narzędziem tępym. Pierwszy cios otrzymał Chrzanowski w skroń lewą, drugi w prawą, w ciemię, z tyłu, ostatni za prawym uchem, który to cios był powodem śmierci. Wszystkie rany Stanisław Chrzanowski otrzymał za życia. Pierwsze dwa ciosy prawdopodobnie były zadane w korytarzyku, ale nie jest wykluczone, że w pokoju nr 2, wreszcie Stanisław Chrzanowski uciekł do pokoju nr 1 i nawet znalazł się za dywanem pokrywającym drzwi wychodzące na schody kuchenne. Tam właśnie otrzymał cios ostatni za uchem. Wnioski powyższe wynikają ze śladów krwawych stwierdzonych w mieszkaniu. Stanisław Chrzanowski miał odzież na sobie oprócz peleryny i czapki.

Ciosy były zadane nie jednym, ale dwoma tępymi narzędziami. Początkowo zabójca uderzał rewolwerem, następnie zaś, jak wskazuje rysunek ran - młotkiem tapicerskim.

Ze względu na to, że użyto dwu narzędzi, można by mniemać, że zabójców było dwu. Ale jest najzupełniej możliwe, iż zabójca był jeden.

Znaczną liczbę uderzeń tym tłumaczyć należy, iż pierwsze narzędzie (rewolwer) było nie dość ciężkie i nie dość wygodne.

Nie ma wskazówek, aby Stanisław Chrzanowski stawiał opór. Zadawanie ciosów trwało mniej więcej 10 minut, Chrzanowski, otrzymawszy ranę za uchem, momentalnie stracił przytomność.

Obecność spermatozoid była następstwem reakcji w chwili śmierci.

Sekcja nie wykazała, aby Stanisław Chrzanowski ulegał jakimś zboczeniom.

Eksperci przyszli do wniosku, że Chrzanowski nie krzyczał. Otrzymawszy ciosy w głowę był tak oszołomiony, że jeśli nawet nie doznał zawrotu głowy, to dech zamarł mu w piersiach z przerażenia. Należy w tym przypadku zwracać uwagę na wiek zaskoczonego, który nie mógł reagować jak człowiek dorosły.

Agonia musiała trwać co najmniej 15 minut, jak tego dowodzi bardzo obfity upływ krwi, która dopiero wówczas przestaje płynąć, gdy serce bić przestaje.

 

Wreszcie, w Nowy Rok, 1 stycznia 1914 roku - według oficjalnie obowiązującego kalendarza starego stylu jest to 19 grudnia 1913 roku - przewodniczący ogłosił zamknięcie śledztwa sądowego.

Następnego dnia na sali sądowej tłoczno. Punkt kulminacyjny rozpraw, zmaganie się stron pociąga wszystkich posiadaczy kart wstępu, nawet jeśli znużył ich długotrwały przewód. Oczekiwana jest zawzięta walka obu stron, poprowadzą ją czterej przeciw czterem.

Ze strony oskarżenia prokurator, dwaj zastępcy powódki cywilnej pani Chrzanowskiej, adwokaci Nowodworski i Karabczewski, oraz adwokat Ettinger, który broniąc Zawadzkiego musi oczywiście dowodzić, że hr. Ronikier sam jest winien zbrodni przy ulicy Marszałkowskiej. Jako obrońcy Ronikiera wystąpią adwokaci Goldstein, Bobriszczew-Puszkin, Sterling i Aronson.

Lecz w tej dziwnej sprawie w ostatniej jeszcze chwili wynika nowa niespodzianka. Notujemy ją ze ścisłości sądowo-kronikarskiej. Adwokat Aronson domaga się wznowienia śledztwa i przesłuchania niejakiej Thomasowej na okoliczność, że krytycznego dnia wchodził do pokojów umeblowanych Zawadzkiego ze Stasiem Chrzanowskim niedoszły jego korepetytor Borkowski. Po dłuższej naradzie sąd świadka dopuszcza. Okazuje się, że pani Thomasowa w dniu 12 maja 1911 roku koło wpół do trzeciej widziała z jakimś uczniem w pelerynie łysawego pana, gdy wchodzili do domu przy ulicy Marszałkowskiej 112. Stwierdza stanowczo, że panem tym nie był oskarżony Ronikier, lecz z fotografii okazanej nie umie powiedzieć, czy uczniem był Staś Chrzanowski. Nie wie również, czy weszli na podwórze, czy też skręcili z bramy na schody.

Śledztwo sądowe zostaje ponownie zamknięte i wreszcie dochodzą do głosu strony. Pierwszy zabiera głos podprokurator Chołszczewnikow. W czterogodzinnym przemówieniu wywodzi, że hr. Ronikier nie popełnił morderstwa sam, gdyż na wykonanie go nie starczyłoby mu czasu. Wprowadził tylko Stasia do pokoi umeblowanych, oddał w ręce zabójcy, po czym pojechał do Lublina. Oskarża zatem Ronikiera jako podżegacza do zbrodni, który tę zbrodnię uplanował. Nie potrafi odpowiedzieć, kto morderstwo spełnił, Zawadzkiego oskarża o współudział, on to w każdym razie zacierał ślady popełnionej zbrodni.

Drugi z kolei zabrał głos adwokat Nowodworski. Przemówienie jego zajęło pełny dzień rozpraw, trwało siedem godzin. Niewiele krótsze były pozostałe przemówienia. Wraz z replikami oraz ostatnim słowem obu oskarżonych zajęły dziesięć dni rozpraw. Mówcy trzymali się zasadniczo konstrukcji obrony przyjętej na poprzednich rozprawach.

Wydania wyroku spodziewano się w dniu 12 stycznia.

Z nadejściem godziny czwartej w pobliżu Izby Sądowej zaczęły gromadzić się liczne grupy ciekawych, niecierpliwie wypatrujących przybycia oskarżonego hr. Ronikiera. Wzmocnione posterunki policyjne nie dopuszczały tłumu na placyk przylegający do pałacu Krasińskich.

Dziesięć minut przed piątą zajeżdża karetka więzienna, zaprzężona w rącze konie. Gdy zatrzymała się, z przedsionka sądu wybiega straż złożona z dziesięciu konwojowych i formuje się w półkole przy drzwiczkach. Upłynęło sporo czasu, zanim zdołano odsunąć ciekawych jak najdalej. Na rozkaz oficera konwoju żołnierz otwiera drzwiczki i z karety wychodzi Bohdan hr. Ronikier, ubrany w czarne palto, "melon", w białym szaliku. Otoczony konwojem, wchodzi do przedsionka; skinieniem głowy wita woźnych spotykanych na drodze i po chwili niknie na schodach wiodących do pokoju aresztanckiego.

Piękna biała sala rozpraw, utrzymana w stylu włoskiego odrodzenia, przepełniona. Atmosfera duszna, bo z piersi ludzi stojących głowa przy głowie wydobywają się tylko zgorączkowane oddechy.

W tej chwili nie ma obojętnych, zaciekawienie dochodzi do punktu kulminacyjnego.

Jakie słowa padną za chwilę w tej sali, jaki będzie wyrok w tej okropnej sprawie?

Dwaj konwojowi odsuwają ławę obrońców od ław podsądnych... Przygotowanie to złowieszcze, bo łatwo się domyślić, że jest to opróżnienie miejsca dla silnej straży.

A przecież nie strzeże się tych, którzy mają wolność odzyskać.

W drugim rzędzie krzeseł siedzą: Wanda i Ksawera hr. Ronikiero we.

W sali znacznie wzmocnione posterunki policyjne.

Oczekiwanie trwa z górą pół godziny - w sali upał nieznośny, wydaje się, jakby światła lamp były mgłą przysłonięte.

Na ławie, strzeżonej przez dwu strażników, już siedzi Feliks Zawadzki, odpowiadający z wolnej stopy za kaucją 2 tysięcy rubli. Jest ubrany w swój zwykły brązowy garnitur. Siedzi zgarbiony, osowiały, jak gdyby nie rozumiał całej sytuacji.

Otwierają się boczne drzwi w głębi.

Idą czterej konwojowi z dobytymi pałaszami, za nimi Bohdan hr. Ronikier, krokiem pewnym, a za nim znów czterech żołnierzy.

Straż otacza ławę z boków i z przodu, twarzami do podsądnych zwrócona.

Bohdan hr. Ronikier stoi wyprostowany, śmiertelnie blady, z monoklem w oku.

Kilka chwil minęło i już wśród ciszy rozlega się dzwonek przy wejściu do sali narad.

Jeden przenikliwy dźwięk.

Było to o godzinie 5 min. 45. Komplet sądzący: prezes Bazylewski, członkowie Czułanowski i Kniaziew - zasiada w fotelach.

Wszyscy w sali stoją. Chwila pauzy i przewodniczący czyta:

"W imieniu Jego Cesarskiej Mości Izba Sądowa po wysłuchaniu sprawy o szlachcicu gub. kowieńskiej Bohdanie Marianie Wincentym, synu Adama Aleksandra Anastazego, hr. Ronikierze i Feliksie, synu Franciszka, Zawadzkim, oskarżonych z art. 13 i 1488 kodeksu kar głównych i poprawczych, postanawia:

Co do Bohdana Mariana Wincentego hr. Ronikiera uchylić wyrok Sądu Okręgowego i tegoż Bohdana Mariana Wincentego hr. Ronikiera po pozbawieniu wszystkich praw stanu skazać na 11 lat ciężkich robót, a po odcierpieniu tej kary osiedlić na Syberii na zawsze.

Co do Feliksa Zawadzkiego uchylić wyrok Sądu Okręgowego i tegoż Feliksa Zawadzkiego, po pozbawieniu wszystkich praw stanu, skazać na 10 lat ciężkich robót, a po odcierpieniu tej kary osiedlić na Syberii na zawsze.

Wyrok co do hr. Ronikiera przedstawić do zatwierdzenia najwyższego.

Akcję cywilną oddalić.

Kosztami sądowymi obciążyć hr. Ronikiera, w razie zaś jego nieodpowiedzialności Feliksa Zawadzkiego".

Bohdan hr. Ronikier, usłyszawszy wydany na siebie wyrok, wyciąga rękę w kierunku stołu sądowego i mówi głosem silnym, lecz matowym:

- A jednak jestem niewinny!

Ogłoszenie motywów nastąpiło w dniu 14 lutego 1914 roku.

Obaj oskarżeni, Ronikier i Zawadzki, są obecni, otoczeni wzmocnionym konwojem.

Oprócz sprawozdawców, matki oraz żony oskarżonego Ronikiera do sali przybyło zaledwie kilka osób z publiczności.

Czytanie motywów trwało z przerwą dziesięciominutową trzy godziny.

Sąd przyjął, że wszystkie okoliczności, wśród których znaleziono zwłoki śp. Stanisława Chrzanowskiego, dowodzą, że przestępcy zależało na tym, aby nieboszczyk uważany był za chłopca rozpustnego, wbrew opinii, jaką posiadał za życia, którą wobec sądu potwierdziło wielu świadków. Wszystkie przygotowania dokonane w pokojach umeblowanych dowodzą, że plan przestępcy polegał między innymi na symulowaniu samobójstwa. Zabójca przybył na miejsce z rewolwerem, w chwili jednak stanowczej rewolwer nie wystrzelił wskutek zepsucia się sprężyny, a wtedy przestępca zadał Stanisławowi Chrzanowskiemu dziewiętnaście ran w głowę rękojeścią rewolweru; zorientowawszy się, że broń ta jest za lekka, ostatni cios wymierzył innym narzędziem, być może młotkiem, który przyniesiono przedtem do przybicia dywanu.

Ronikier oświadczył w śledztwie pierwiastkowym, że w chwili śmierci Stanisława Chrzanowskiego był w Lublinie, później natomiast pod pozorem choroby umysłowej uchylał się od wszelkich odpowiedzi. Był on ojcem Teodorem podczas rozpraw w Sądzie Okręgowym, a również i podczas roztrząsania sprawy w Izbie Sądowej. Dopiero zapoznawszy się z najmniejszymi szczegółami obciążających go poszlak, przekonawszy się, że symulacja jego jest niezbicie stwierdzona, przemówił językiem właściwym i przytoczył cały szereg dowodów, które miały przekonać sąd o jego niewinności. Licząc się z okolicznościami dowiedzionymi, przyznał się do swej łączności z pokojami umeblowanymi, do kupna dywanów oraz do tego, że w nocy z 11 na 12 maja 1910 roku jechał w towarzystwie Celestyny Gutowskiej pociągiem idącym z Lublina do Warszawy, wysiadł jednak w Dęblinie i stamtąd do Lublina powrócił. Wreszcie Ronikier nie mógł zaprzeczyć, że ślady palców, pozostawione na szkle lampy znalezionej na miejscu przestępstwa, są jego śladami, ale podnosił, iż "nie ma pojęcia", kiedy mógł je zostawić, zapewne w ostatnich dniach kwietnia, będąc po raz ostatni w pokojach umeblowanych.

Niepodobna zgodzić się z twierdzeniem oskarżonego, iż podczas zabójstwa przebywał w Lublinie, a nie w Warszawie. Jeśli mogą istnieć wątpliwości, czy Ronikier był w Warszawie 10 maja, to natomiast jest dowiedzione, że był tutaj 11 i 12 tegoż miesiąca. Na potwierdzenie powyższego izba przytacza zeznania świadków lubelskich, przede wszystkim służby w Hotelu Polskim, że jakkolwiek Ronikier w dniach powyższych był tam zameldowany, to jednak wcale nie nocował, natomiast był widziany w Warszawie przez świadków: Krumpta, O'Connora, Celestyna Bystrzańskiego, Boguckiego, Celińskiego, z których ostatni, siedząc w kawiarni domu nr 112 przy ulicy Marszałkowskiej, widział go zajeżdżającego dorożką pomiędzy dziesiątą i jedenastą z rana. Świadek dokładnie nie pamięta, czy było to 11, czy 12 maja. Wziąwszy jednak pod uwagę, że świadek Ordęga stwierdził przyjazd Ronikiera do Warszawy o godzinie dwunastej dnia 11, to trzeba przyjść do wniosku, że Celiński widział go 12 maja. Świadek Sopoćko jechał z Ronikierem do Warszawy pomiędzy 9 a 13 maja. Wacław Łukomski widział go w barze pomiędzy godziną dwunastą a drugą w dzień zabójstwa bądź w wigilię. Uczniowie szkoły Wróblewskiego, Goebel, Monic, Ostrowski i Sieklucki, poznali w Ronikierze nieznajomego, w którego towarzystwie w dniu krytycznym widzieli Stanisława Chrzanowskiego, kiedy zaś w mieszkaniu Chrzanowskich Goebel opisywał rysy charakterystyczne nieznajomego, służący Walenty Kukulski zawołał: "A dyć to nasz zięć". Rysopis był przez świadka, nie znającego przedtem Ronikiera, podany tak, że osoby znające go dobrze, niezwłocznie domyśliły się, kim jest ów nieznajomy. Wobec powyższego niepodobna wątpić w ścisłość obserwacji tych świadków.

Wszystkie okoliczności przekonywają Izbę Sądową, że oskarżony Ronikier, zająwszy numer w Hotelu Polskim w Lublinie i spotykając się tam wieczorami ze swoimi znajomymi, 10 i 12 maja 1910 roku pociągami nocnymi, a dnia 11 pociągiem dziennym przybywał do Warszawy, wyjeżdżał zaś pociągami wychodzącymi do Lublina o godzinie 3 min. 23 albo 5 min. 18 po południu.

W orzeczeniach ekspertów, czy przekaz na 75 rb. znaleziony na miejscu przestępstwa był napisany ręką Ronikiera, izba stwierdza zasadnicze sprzeczności, wobec czego - nie widząc możności dania pierwszeństwa którejkolwiek z opinii - uznaje za konieczne okoliczność powyższą jako dowód przeciw Ronikierowi wyłączyć.

Oskarżony Ronikier, z pochodzenia arystokrata, był człowiekiem lekkomyślnym, zarozumiałym, o chorobliwej wprost miłości własnej, wyolbrzymiał swoje koligacje i triumfy, opowiadał historie, które od razu zwracały na siebie uwagę jawnym nieprawdopodobieństwem; będąc niezmiernie wysokiego mniemania o swoim talencie dramatycznym, marzył o sławie zdobytej przez Sienkiewicza w dziedzinie beletrystyki, a nawet wyrażał się, że złamałby pióro, gdyby miał się zadowolić sławą Sienkiewicza. Sposób życia, jaki wiódł, wymagał znacznych środków. Doznawszy zawodów w kilku zamierzeniach, uznał bogaty ożenek za jedyny ratunek.

Zanalizowawszy w sposób wyczerpujący stosunek Ronikiera do rodziny Chrzanowskich, izba przychodzi do wniosku, że oskarżony nie był dokładnie poinformowany co do rozmiarów ich majątku, a oceniał go na zasadzie opinii, na przykład słów Ratomskiego, który szacował ten majątek na dwa do trzech milionów rubli. Usunięcie Stanisława Chrzanowskiego z liczby spadkobierców nie tylko powiększało część, która by przypadła innym członkom rodziny, lecz mogło spowodować podział majątkowy, wielce przez Ronikiera pożądany. Wobec tego nie można powiedzieć, aby Ronikier nie widział interesu w usunięciu Stanisława Chrzanowskiego, którego uważał za chłopca słabo rozwiniętego i niezdolnego, a nawet mówił do Jana Chrzanowskiego, że Stanisław Chrzanowski nie będzie umiał zarządzać majątkiem, wskutek czego wszystko może pójść na marne.

Opierając się na zestawieniu zeznań świadków, izba przychodzi do wniosku, że Ronikier przybył z Chrzanowskim do pokojów umeblowanych o godzinie 2 min. 45.

Ile czasu wymagało zadanie ran Chrzanowskiemu, eksperci stanowczo nie określają, mniemają jednak, że zadawanie ciosów mogło trwać około dziesięciu minut. Ale nie trzeba być ekspertem, aby wiedzieć, że zadanie dwudziestu ciosów, jeden bezpośrednio po drugim, mogło odbyć się znacznie prędzej. Jeżeli Ronikier na zadanie ran, umycie rąk, zapalenie lampy i włożenie zawiniątka do tornistra zużył piętnaście minut, pozostawało mu od piętnastu do osiemnastu na przebycie 3 wiorst 250 sążni dzielących dom przy ul. Marszałkowskiej nr 112 od Dworca Kowelskiego, czyli czas zupełnie wystarczający bez względu na to, czy jechał dorożką parokonną, czy jednokonną. Nie tylko mógł zdążyć, ale pięć do ośmiu minut oczekiwać na odejście pociągu. W każdym razie zdaniem izby spełnienie przestępstwa przez Ronikiera nie stało w związku z koniecznością jego wyjazdu o godzinie 3 min. 23. Jeśliby nie zdążył, byłby wyjechał o godzinie 5 min. 18 po południu.

Że Ronikier sam nie wiedział, którym z tych pociągów będzie mógł wyjechać, dowodzi depesza, którą polecił wysłać z Lublina 12 maja 1910 roku pod adresem Ksawery Ronikierowej. Zawiadamiał w niej, że przyjedzie na stację Chełm pociągiem nocnym albo dziennym, co oczywiście zależało od tego, jakim pociągiem wyjedzie z Warszawy, o 3 min. 23 czy o 5 min. 18. Naturalnie Ronikier nie mógł przewidzieć, że w rewolwerze pęknie sprężyna i że będzie zmuszony zadawać ciosy tępym narzędziem, ponieważ nie przyszedłby wykonać zabójstwa z takim narzędziem, jak rękojeść rewolweru; nie mógł przewidzieć, że wykonanie przestępstwa zabierze mu więcej czasu, aniżeli mniemał; ale musiał przewidywać, że Stanisław Chrzanowski może wyjść później z gmachu szkolnego, zatrzymać się z kimś na ulicy, słowem, był przygotowany na wyjazd z Warszawy o godzinie 5 min. 18.

Opierając się na zeznaniach wielkiej liczby świadków stwierdzających bezwzględną moralność Stanisława Chrzanowskiego, izba uważa za wykluczone, aby pozostawał on w jakiejkolwiek styczności z pokojami umeblowanymi Zawadzkiego. Do pokojów tych mógł zwabić Stanisława Chrzanowskiego jedynie Ronikier zapewnieniem, że mieszka w nim jego siostra i ma do niego ważny interes.

Nie może być mowy, aby Stanisław Chrzanowski popełnił samobójstwo, nie może być również mowy, aby zamordowano w celach grabieży chłopca siedemnastoletniego, który nigdy większych sum nie posiadał. Wobec wszystkich faktów dotyczących osoby Chrzanowskiego, a stwierdzających niezbicie jego moralność, wersje rozsiewane przez Ronikiera o łączności zamordowanego z pokojami umeblowanymi nie zasługują na najmniejszą uwagę, podobnie jak rewelacje, które podczas ostatnich rozpraw wysuwano na potwierdzenie wywodów oskarżonego.

Ronikier od dawna nosił się z zamiarem zamordowania Stanisława Chrzanowskiego, obmyślając sposoby. W roku 1908 wypytywał świadka Aleksandra Krotko, czym różni się samobójstwo od zabójstwa, jak prędko następuje śmierć po wystrzale rewolweru, a kiedy po uderzeniu tępym narzędziem. W początkach 1910 roku Ronikier proponował maszyniście Teatru Małego Klemensowi Karolhanowi 500 rb., jeżeli pożyczy liberię stangreta i zawiezie karetą do parku łazienkowskiego pewnego młodzieńca. Ronikier nadmienił przy tym, że owego młodzieńca skazała na śmierć partia polityczna. Z taką samą propozycją zwrócił się Ronikier na rok przed popełnieniem zbrodni do maszynisty Gano. Wreszcie oskarżony usiłował wynająć mieszkanie w Hotelu Lipskim zaznaczając, że cena nie gra dla niego żadnej roli, że nocować w nim nie będzie oraz że pokoje przyozdobi własnymi dywanami.

Reasumując - poszlaki przemawiające na niekorzyść Ronikiera są następujące:

1. Nieposiadanie przez Ronikiera środków, których wymagało życie, jakie prowadził. 

2. Nie usprawiedliwione wynajęcie dwóch pokojów umeblowanych, w których znaleziono zwłoki śp. Stanisława Chrzanowskiego, i zachowanie w najgłębszej tajemnicy łączności z owym mieszkaniem. 

3. Kupno dywanów u Gutnajerów, przy którym Ronikier stawiał za warunek, aby dywany były grube; rozwieszenie ich na drzwiach w sposób dowodzący, że chodziło o zagłuszenie dźwięków. 

4. Przyjazdy Ronikiera do Lublina i przebywanie tam tylko wieczorami; wydanie posłańcowi poleceń, aby telegramy wysyłał dopiero dnia następnego; przeniesienie rzeczy bez powodu z jednego hotelu do drugiego. 

5. Codzienne przyjazdy Ronikiera do Warszawy. 

6. Symulowanie przez Ronikiera choroby umysłowej aż do czasu, w którym poznał wszystkie okoliczności sprawy, w celu możliwości wybrania najwygodniejszego dla siebie sposobu obrony. 

7. Wreszcie sam charakter obrony, skierowany wyłącznie ku wykazaniu niemoralności Stanisława Chrzanowskiego i jego związku z jaskinią rozpusty - pokojami umeblowanymi Zawadzkiego, przy czym Ronikier ucieka się do wyszukiwania świadków, przekupywania ich wekslami również celem dowiedzenia, że w dniu zabójstwa nie był w Warszawie. 

Każda z tych poszlak oddzielnie wzięta sama przez się nie posiada decydującego znaczenia, ale razem złączone, tworzą jeden nieprzerwany łańcuch, który prowadzi do bezwzględnego przeświadczenia o winie Ronikiera: zamordowaniu z premedytacją, w celach zysku, szwagra swego Stanisława Chrzanowskiego, którego w tym celu zwabił do pokojów umeblowanych.

Co do pomienionego listu z podpisem: "Staś Chrzanowski" izba ustala, że wszystkie poprzednie ekspertyzy i w śledztwie pierwiastkowym, i w Sądzie Okręgowym, i ekspertyza Sokołowa, zarządzającego gabinetem badań przy prokuraturze Izby Petersburskiej, jednomyślnie i stanowczo orzekły, że nie jest to pismo Stasia. Dopiero obecni eksperci wyrazili zdanie, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa można przypuszczać, że jest to pismo Stasia, ale zarazem przyznali istnienie wielkich różnic w porównaniu ze zwykłym pismem śp. Stasia, które to różnice, zdaniem ekspertów, można wytłumaczyć jedynie stanem nadzwyczajnego podniecenia. Wobec tego izba nie może uważać, iżby ekspertyza dowiodła, że kartka: "Po mojej śmierci" była istotnie napisana przez Stanisława Chrzanowskiego. Mając zaś na względzie, że matka, znająca doskonale charakter swego syna, oświadczyła wręcz, że to nie jest jego pismo, zauważywszy zarazem, że treść listu nie licuje ze stosunkiem, jaki łączył zmarłego z jego rodzicami, Izba Sądowa przychodzi do przekonania, że ów list "przedśmiertny" nie jest pismem śp. Stanisława Chrzanowskiego i że nie on włożył go do teczki. Zdaniem izby tylko Ronikier mógł uplanować zabójstwo, ale nie mógł go dokonać bez pomocy osoby pozostającej w bezpośrednim związku z pokojami umeblowanymi Zawadzkiego.

Ronikier miał czas na popełnienie zabójstwa, umycie rąk, włożenie tzw. "archiwum" do teczki, ale w pokojach porobiono zmiany, których Ronikier nie zdążyłby dokonać. Trup Stanisława Chrzanowskiego nie mógł bezpośrednio po zabójstwie znajdować się w położeniu, w jakim go znaleziono. Zwłoki ułożyć mógł tylko Zawadzki, który nie tylko ręce trupa na piersi złożył, lecz podrzucił też rewolwer, obmywszy go poprzednio z krwi i wytarłszy prześcieradłem. Zawadzki również zerwał dywan z drzwi do małego przedpokoju, wyniósł bukiet bzu, przeniósł lampę i usunął pozytywkę. Wszystko zaś to zrobił przed zameldowaniem policji. W dniu 12 maja między godziną dziesiątą a jedenastą wieczorem, tj. gdy zabójstwo było już dokonane, Zawadzki oświadczył rewirowemu Kulickiemu, że numery 1 i 2 są zajęte przez właściciela dóbr Tuczapy, który dopiero co przyjechał, oraz prosił Kulickiego, aby nie niepokoił tego obywatela. Tylko wskutek tej prośby rewirowy nie wszedł do pokojów i nie wykrył zwłok zamordowanego. 12 maja wszystkie inne pokoje, z wyjątkiem zajętego przez Suderównę i Rodego, były wolne, rozporządzenie zaś dane stróżowi, aby do lokalu nie wpuszczał przygodnych gości, mógł wydać tylko Zawadzki.

Jeśli Zawadzki w śledztwie pierwiastkowym zapewniał, że lokator, którego znaleziono zamordowanego, przyjechał o godzinie dziesiątej wieczorem 12 maja, to działał w interesie Ronikiera, który w momencie tym był już daleko poza Warszawą, a więc zabójstwa spełnić nie mógł.

Ze wszystkich działań Zawadzkiego przebija dążność do skierowania śledztwa na fałszywą drogę.

Zważywszy okoliczności powyższe izba uważa winę Zawadzkiego za dowiedzioną.

Z uwagi na to, że Ronikier już od dłuższego czasu jest więziony, oraz na krańcową lekkomyślność oskarżonego, izba zniżyła przypadający mu wymiar kary o dwa stopnie.

Obydwaj zasądzeni wnieśli skargi kasacyjne, które nie zostały rozpatrzone wskutek wybuchu wojny światowej. Ronikier pozostał w więzieniu w Warszawie. Gdy władze rosyjskie zarządziły ewakuację naszej stolicy, zabierano również więźniów. W ostatniej chwili, "gdy więzienny kowal obchodził cele, zakuwając kolejno w kajdany więźniów na czas drogi, lekarz oznajmił władzom więziennym, że aresztant Ronikier jest poważnie chory, zachodzi obawa... tyfusu". Zawezwano karetkę sanitarną i przewieziono Ronikiera do więzienia przy ulicy Długiej, gdzie pod opieką straży obywatelskiej pozostawali nie ewakuowani więźniowie. Warszawę zajęli Niemcy, przejęli także uwięzionego hrabiego. Jak donosiła prasa, Ronikier został za kaucją - rzekomo złożoną w złocie - wypuszczony na wolność na kurację dla poratowania zdrowia. Po wojnie znalazł się w Austrii, skąd na żądanie Ministerstwa Sprawiedliwości Rzeczypospolitej nastąpiła jego ekstradycja. Hrabiego Ronikiera osadzono w więzieniu mokotowskim. Prasa donosiła, jakoby wystąpił do Sądu Najwyższego z prośbą o przeprowadzenie rewizji procesu, podając, że "protokół byłego Sądu Okręgowego rosyjskiego sfałszowano, że sędziowie rosyjscy byli przekupni, a świadkowie zeznawali świadomie niezgodnie z rzeczywistością". Sprawa pozostała jednakże bez biegu, ponieważ Ronikier nie złożył żadnych dowodów na poparcie swych zarzutów.

Na prośbę matki prezydent RP darował Ronikierowi w styczniu 1927 roku resztę nie odbytej kary - dwa lata osiem miesięcy. Po zwolnieniu Ronikier zamieszkał w Warszawie. Otworzył tajny dom gry na Chmielnej, zlikwidowany wkrótce przez policję. Parał się pisaniem powieści, w czasie okupacji hitlerowskiej wydał pamiętniki.

 

Stanisław Szenic "Pitaval warszawski", Warszawa 1975






Stanisław Szenic - Sprawa Bohdana Ronikiera - 1