Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Joanna Siedlecka

Biografie odtajnione: z archiwów literackich bezpieki

 

2015
 

 

(...)

 

 

Alicja Lisiecka

 

 

 

MIETKU, WPUŚĆ MNIE DO POLSKI

 

[...] Zgodnie z decyzją ministra generała broni Czesława Kiszczaka, powrót Alicji Lisieckiej do kraju należy wykorzystać propagandowo i przedstawić na jej przykładzie działalność wrogich wobec PRL ośrodków na Zachodzie oraz inspiracyjną rolę obcych służb specjalnych.

3 czerwca 1985 roku. Z raportu pułkownika Henryka Bosaka, naczelnika Wydziału XI Departamentu I MSW

 

Jedynie Stanisław Dygat odważył się narazić Alicji Lisieckiej, nie pozwalając jej - i to ostentacyjnie - dosiąść się do swego stolika w SPATiF-ie. Choć była wtedy, to znaczy w latach 60., niebywale wpływowa i groźna, ferowała literackie wyroki, bał się jej więc i nadskakiwał cały, męski na ogół, literacki światek. Trzęsła głównie "Nową Kulturą", najważniejszym wówczas tygodnikiem, jako zastępczyni naczelnego, a w istocie naczelna - Stefan Żółkiewski, zajęty swoimi licznymi funkcjami, tylko pismo firmował, ona natomiast nim rządziła.

"Pryszczatolożka", jak ją nazywano, lansowała zwłaszcza "pryszczatych" (Woroszylskiego, Mandaliana, Konwickiego), innych natomiast, choćby najzdolniejszych - Iredyńskiego czy grupę "Współczesności" - chlastała bezlitośnie, i to nie tylko w "Nowej Kulturze", ale jako recenzentka wewnętrzna poezji w "Czytelniku" utrącając tomiki na przykład, według niej "grafomana", Aleksandra Ziemnego. Mogła pisarza stworzyć albo zniszczyć.

"Już dawno nie było u nas kobiety tak ambitnej, tak niesłychanie żądnej władzy i popularności - notował 13 stycznia 1961 roku w swoich Dziennikach Mieczysław Rakowski. "Na pewno jest zdolna, pisze ciekawie, ale jest to kobieta nieprzebierająca w środkach, atakująca z całym impetem przeszkody wyrastające na jej drodze. Dość interesująca dla mężczyzn, niebrzydka".

A przede wszystkim bardzo zgrabna, o najpiękniejszych nogach w całej Warszawie. Błyskotliwa, inteligentna, oczytana, "w piśmie biegła". Nigdy jednak, zwłaszcza w gomułkowskim PRL-u, nie osiągnęłaby, i to jeszcze przed trzydziestką, tak wysokiej pozycji bez poparcia swoich kolejnych, wysoko postawionych mężczyzn, którym to ona wskakiwała do łóżek, rozbijając ich małżeństwa. Na przykład wszechwładnemu wtedy "Hetmanowi" Stefanowi Żółkiewskiemu, do 1968 roku członkowi KC, kierownikowi wydziału kultury i nauki, ministrowi szkolnictwa wyższego, przedstawicielowi najwyższej partyjno-rządowej elity, mieszkańcowi alei Róż.

Stracił zupełnie dla Lisieckiej głowę i jeszcze jako studentce polonistyki pomógł dostać się na drugi, magisterski poziom studiów - ze względu na ojca w Londynie miała z tym kłopoty. Załatwił jej stypendium habilitacyjne i posadę w Instytucie Badań Literackich (IBL), którego jako architekt marksistowskiego literaturoznawstwa był panem i założycielem. Forował ją i publicznie nazywał geniuszem krytyki równym Brzozowskiemu.

"Byłam długo w ZLP jedyną kobietą z tytułem doktora", przechwalała się zawsze, ale wszyscy dobrze wiedzieli, że zdobyła go na seminarium swego kochanka, promotora i szefa.

"W 579 numerze »Nowej Kultury« artykuł pt. Maszyna zamulająca z podpisem dr Alicja Lisiecka, adiunkt IBL PAN. Tak podpisuje się teraz »kurwa Żółkiewskiego«, [...] cenny nabytek obozu renegacji. Inteligentna, odważna" - notował 19 marca 1961 roku bez ogródek Jerzy Kornacki w swoich dziennikach. Zarekwirowanych mu dożywotnio przez SB podczas jego aresztowania właśnie za sprawą Alicji Lisieckiej.

Ku uciesze całej Warszawy Kornacki bawił się bowiem niebezpiecznie, rozsyłając złośliwe, anonimowe wierszyki, wyśmiewające figury ówczesnego literacko-politycznego establishmentu. Między innymi Iwaszkiewicza, Zawieyskiego, politruczkę Helenę Zatorską oraz "Alicję, słodką papużkę, roznoszącą z łóżka do łóżka partyjne ploty". Wściekła, że ktoś śmiał ją ruszyć, przez Żółkiewskiego, który zadzwonił do Wichy, ministra spraw wewnętrznych - wymusiła śledztwo. A na sądowej rozprawie, jako świadek oskarżenia, pogrążała Kornackiego. W rezultacie poszedł na rok, jak pisał, "do srajdla". Siedział na Mokotowie i w Potulicach.

W IBL-u schodziła więc jej z drogi i lansowała w piśmie "Wieś", którego była naczelną, sama Misia Janion. Narażenie się "Pompadurze", "nałożnicy Wezyra", jak nazywano Lisiecką, równało się bowiem narażeniu "Hetmanowi", czyli Żółkiewskiemu. Ale zarówno w IBL-u, jak i "Nowej Kulturze" rządziła się z takim tupetem, że wezwano w końcu Żółkiewskiego na dywanik do KC, żądając rezygnacji ze zbyt już głośnego romansu, co dla kariery potulnie uczynił. Zwolniono go też, a wkrótce również "Pompadurę" z redakcji "Nowej Kultury", co pozwoliło jej grać rolę męczennicy, szykanowanej liberałki. Zwłaszcza gdy za rewizjonizm i rozrabiactwo usunęła ją ze swoich szeregów organizacja partyjna Związku Literatów,

O MAŁY WŁOS NIE ZOSTAŁA PUŁKOWNIKOWĄ ZAŁUSKĄ

Po Żółkiewskim usidliła mężczyznę jeszcze znaczniejszego. Początkowo zamierzała się - bo to ona zawsze wybierała - na Mieczysława Rakowskiego, ale był jeszcze wtedy dla niej za mały, przerzuciła się więc na jego idola i mentora - Artura Starewicza. Młodego, przystojnego, ważnego aparatczyka z ekipy Gomułki. Sekretarza KC od ideolo i propagandy, "króla prasy", a w istocie jej pacyfikatora, stróża linii partii. Choć uchodził za liberała, był nim chyba tylko w porównaniu z Moczarem, swoim wielkim przeciwnikiem. Zlikwidował polski "Life", to znaczy "Świat", "Nową Kulturę" i "Przegląd Kulturalny", powołując na ich miejsce długo bojkotowaną przez środowisko "Kulturę" z cynicznym Januszem Wilhelmim. Mimo swego żydowskiego pochodzenia był też, jak cała ekipa Gomułki, współodpowiedzialny za Marzec 1968, a zwłaszcza za podległą mu wtedy prasę, w której działy się rzeczy straszne.

"Faraon", "Ramzes", jak nazywała Starewicza Lisiecka, wytrawny i cyniczny partyjny gracz został pierwowzorem Borowicza, bohatera politycznej powieści Widziane z góry Stefana Kisielewskiego, wydanej pod pseudonimem u Giedroycia.

Jako jeden z pierwszych partyjnych playboyów i snobów Starewicz kręcił się wokół dziennikarsko-artystycznego światka, związał ze znaną rzeźbiarką Magdaleną Abakanowicz. Razem z Rakowskim jeździł do mazurskich Krzyży, kupił daczę w sąsiedniej Krutyni, szpanował na nartach wodnych, Alicja Lisiecka przywoziła mu z zagranicy niedostępne w PRL-u linki do ich holowania i głośno się tym chwaliła - nie kryła nigdy swoich romansów.

Tylko władza była dla niej afrodyzjakiem, po "Faraonie" upolowała więc pułkownika Zbigniewa Załuskiego, pisarza i sekretarza organizacji partyjnej literatów. Jeszcze bardziej się jej wtedy bano - siedziała w kawiarni ZLP z jego kompanami - Przymanowskim oraz innymi, wysokimi rangą wojskowymi i "partyzantami". O mały włos nie zostałaby pułkownikową Załuską, ale partia i wojsko nie pozwoliły mu na rozwód.

W międzyczasie miewała też krótsze lub dłuższe romanse z liczącymi się akurat panami. Być może były to tylko złe języki, ale łączono jej nazwisko z wieloma z nich. Między innymi Włodzimierzem Sokorskim, prezesem telewizji, który proponował jej własny program, załatwiał świetnie płatne fuchy, na przykład recenzowanie podręczników historii literatury; a także z Jerzym Lisowskim i Sewerynem Pollakiem (któremu rozbiła małżeństwo) - w każdym razie to dzięki nim została recenzentką "Czytelnika". Chwaliła się też swoimi związkami z Woroszylskim, Międzyrzeckim, Matuszewskim, który pisał o niej w swoim Alfabecie wyjątkowo ciepło.

Mieszkanie po Cacie-Mackiewiczu

Kłuła też w oczy swoim stylem życia. Co było w latach 60. rzadkie, miała własny wóz, warszawę. Z puli premiera Cyrankiewicza dostała piękne mieszkanie na Marszałkowskiej, a później jeszcze lepsze - na Starówce, przy Jezuickiej 6, po zmarłym Cacie-Mackiewiczu. Otrzymał je po triumfalnym powrocie z emigracji, a gdy ona również ją wybrała, nagrodzono nim pułkownika Załuskiego.

Urządzała słynne na całą Warszawę żurfiksy, zapraszała ówczesny intelektualno-polityczny high life: Mieczysława Rakowskiego, Artura Starewicza, Beatę Tyszkiewicz, Kazimierza Brandysa. Wyjeżdżała często na Zachód, na stypendia PAN-u, ZLP, rządu francuskiego. Otrzymywała przydziały reglamentowanych wtedy dewiz oraz pożyczki na ich kupno. Królowała w domach pracy twórczej, w zakopiańskiej "Astorii", Oborach, kawiarni ZLP i PlW-u; swoich drugich domach. I - co było wielkim wyróżnieniem i zaszczytem - dopraszał ją czasem do swego stolika sam Antoni Słonimski, ciekawy wieści z partyjnego Olimpu.

Szpanowała też najmodniejszymi, zachodnimi ciuchami. Włoskimi szpilkami, siatkowymi pończochami, najkrótszymi minispódniczkami. Zawsze zresztą, już na polonistyce była świetnie ubrana - dostawała paczki od swego ojca Tadeusza Lisieckiego, absolwenta szkoły dyplomatycznej w Paryżu, przed wojną wysokiego urzędnika działu szyfrów MSZ-etu, członka gabinetu ministra Becka, konsula w Szwajcarii i Francji. Został po wojnie w Londynie, współpracował z generałem Andersem. Alicja Lisiecka, konsulówna, jak ją nazywano, próbowała kilkakrotnie i bezskutecznie do niego uciekać, a to przez zieloną granicę, a to pod pokładem statku. Po raz drugi ze swoim mężem, Jerzym Tabaczyńskim, którego poślubiła w wieku lat 19 i równie szybko się z nim rozwiodła.

Zdolna, ambitna, energiczna, chciała jednak robić karierę, przestała więc być "konsulówną" i już na polonistyce wstąpiła do ZMP, a wkrótce do partii, gdzie, jak zawsze, wybijała się i wyróżniała.

 

Madame Sans-GEne na licytacji

Jakież było więc zdumienie, gdy w maju 1969 roku, podczas kolejnego wyjazdu na Zachód, "Pompadura" wybrała wolność, poprosiła w Berlinie Zachodnim o azyl polityczny, który otrzymała!

Zgodnie z ówczesnym rytuałem Zarząd Główny Związku Literatów, oczywiście jednogłośnie, usunął ją ze swoich szeregów, a tak przychylna jej dotąd prasa chóralnie ją opluła. W "Argumentach" Hamilton; Jan Zbigniew Słojewski, przypominając, jak świetnie w PRL-u prosperowała. W "Polityce", z którą współpracowała - jej stary znajomy, "Bywalec", Daniel Passent, oskarżył ją o brak godności. "Express Wieczorny" nazwał ją "Madame Sans-Gene na licytacji", "Panoramą Północy" - "bon vivantką warszawskiego high life'u, lwicą warszawskich salonów o buduarowej legendzie, która większość swoich sukcesów zawdzięczała wybujałemu życiu towarzyskiemu, paru panom, windującym ją w wyższe, intelektualne sfery".

Alicja Lisiecka znajdowała się pod kontrolą tajnych służb już od lat 50. Za ojca "przy Andersie", związek z Żółkiewskim i innymi VIP-ami. Kontakty zagraniczne, o których donosił między innymi TW "Krost" - Marek Piwowski. "Rozrabiactwo" w organizacji partyjnej literatów. Gdy "wybrała wolność", jej teczki zaczęły puchnąć. Została "figurantką" SOR-u, sprawy operacyjnego rozpracowania o kryptonimie "Polonistka".

Naprawdę dużo wiedziała, i to o sprawach zakulisowych, tak że o bladym strachu, który padł na środowisko, alarmowali wszyscy ówcześni TW "z obiektu Związek Literatów". "Januszek" (jej nieustalona jak dotąd przyjaciółka), "Zalewski" (Aleksander Minkowski), "Lubicz" (Tadeusz Żółciński), "33" (Kazimierz Koźniewski), "Ryszard" (Ryszard Lassota), "Ewa" (żona Jasienicy), "Stanisław" (Stanisław Zieliński).

A przede wszystkim - TW "Promień", według bogatych materiałów IPN-u, niezidentyfikowany wcześniej tłumacz Stanisław Średnicki, jeden z najbardziej gorliwych, szkodliwych i wieloletnich "lit-ubijców", jak Rosjanie nazywają agentów środowiska literackiego. Delator wszystkich swoich kręgów: oddziału warszawskiego ZLP oraz jego organizacji partyjnej, Pen Clubu (zwłaszcza sekcji tłumaczy), wydawnictwa "Czytelnik", gdzie żona "Promienia" zajmowała kierownicze stanowisko.

"Ucieka polska pisarka"

Początkowo dochodziły o Lisieckiej wyłącznie wieści pozytywne - Zachód przyjął ją bardzo przyjaźnie - miał słabość do ekskomunistów, którzy przejrzeli. Ona natomiast, jak zarzucał jej emigrant, "ataman" Józef Łobodowski, "kreowała się na białą leluję i świętą Cecylię", szykanowaną wyrzuceniem z partii i "Nowej Kultury rewizjonistkę i liberałkę.

Miała znakomite wejście - wielki, dwuczęściowy wywiad zatytułowany Ucieka polska pisarka, z jej zdjęciem na pierwszej stronie prestiżowego angielskiego dziennika "The Times", przedrukowany przez niemiecki "Die Welt" i inne, najważniejsze, europejskie pisma. Przeprowadzony przez znanego sowietologa, Leopolda Łabędzia, redaktora kwartalnika "Survey". Nazywał ją jednym z najwybitniejszych literackich krytyków PRL-u, porównywał ze Swietłaną Alliłujewą, córką Stalina - ona również wybrała wtedy wolność.

Osiadła w Londynie i choć, na co liczyła, nie otrzymała posady w Wolnej Europie, jednak z nią współpracowała, pisywała do jej pisma "Na Antenie" oraz londyńskich "Wiadomości" - otwierały się już wtedy na przybyszów z PRL-u, zmieniających swą polityczną orientację. Wydała napisaną jeszcze w Polsce książkę o Norwidzie, wyróżnioną Nagrodą Kościelskich, a także trzy nowe. Kto jest księciem poetów o Adamie Czerniawskim, Przewodnik po literaturze krajowej i swój "główniak" - Mandarynów i gryzipiórków o mechanizmach rządzących peerelowską kulturą oraz jej sternikach - partii i SB, czytanych przez Wolną Europę w cyklu "Na czerwonym indeksie".

Wyskoczyła z okna

Ale szybko też zaczęły docierać o niej wiadomości dramatyczne.

"Lisiecka w monachijskich Tworkach", donosił TW "33" Kazimierz Koźniewski po którejś ze swoich służbowych, zagranicznych podróży. Rzeczywiście trafiła tam już podczas pobytu w Niemczech, w Monachium, na przełomie roku 1970/1971, ale wtedy jeszcze na krótko. Po raz drugi w Londynie w 1973 roku, po kolejnym załamaniu nerwowym, zakończonym próbą samobójczą: skokiem z drugiego piętra na bruk, poważnym połamaniem obu nóg i stawu biodrowego. Leżała wiele miesięcy w gipsie, później poruszała się o kulach, potem o dwóch laskach i dopiero po kilku ortopedycznych operacjach znów zaczęła chodzić, ale z trudem, utykając.

"Mam sztywną już na zawsze prawą nogę. Jestem kaleką. Nigdy już biegania, skoków, sportów, gór, tańca, łażenia po mieście", skarżyła się 23 października 1973 roku Alfredowi Łaszowskiemu w liście przejętym przez kontrolujące korespondencję Biuro "W" MSW.

Co więcej, psychiczne zapadki, jak je nazywała, co jakiś czas się powtarzały, znów trafiała wtedy do szpitali psychiatrycznych, ale zawsze jednak, prędzej czy później, stamtąd wracała.

"Mandarynka na służbowym urlopie"

Zwłaszcza wobec znajomych w kraju ukrywała i bagatelizowała swoje przejścia. "To tylko chwilowy break-down, przypadłość artystów", pisała do jednej z przyjaciółek w liście przejętym również przez SB. A do Alfreda Łaszowskiego: "Nie wierz w żadną moją chorobę psychiczną. To okresowe załamanie na skutek makabrycznych przejść w Monachium i Berlinie".

Za swój skok z okna winiła nasłanych na nią przez SB "nieznanych sprawców", którzy od dawna straszyli ją przez telefon, grożąc, że ją sprzątną, a feralnej nocy walili do drzwi, próbowała więc uciekać. Dostała w Anglii azyl polityczny, współpracowała z Wolną Europą i nie można było tego wykluczyć, ale stawało się coraz bardziej jasne, że mimo początkowych sukcesów emigracja jej się nie udała.

Przeszłość jednak ją dopadła. Tym bardziej że zamieszkała w Londynie, mateczniku starej, niezłomnej emigracji, która nie miała do niej zaufania. Traktowała ją jako reżimówkę, szpiclówkę, nasłaną wtykę, "Alicję z krainy Moczarów". Jej ucieczkę z PRL-u uważała za ukartowaną prowokację, aby wzorem Brychta napisać wkrótce "Raport z Londynu".

"Choć najbardziej chyba - jak wspominała zawsze Alicja Lisiecka - zabolało, że Jerzy Giedroyc drukował Brychta, dał mu szansę, mnie natomiast odmówił. A jego »Kultura« ostro skrytykowała moją książkę o Księciu poetów".

Nie dostała również obiecanego jej rzekomo etatu w Wolnej Europie, choć ostrożny i nieufny Jan Nowak, szef polskiej sekcji, powtarzał zawsze, że nigdy nie było o tym mowy. Choćby ze względu na niechęć wobec Lisieckiej niemal całego redakcyjnego zespołu, a jeszcze bardziej jego żon. Zapamiętano jej nie tylko liczne, burzliwe romanse, zwłaszcza z Załuskim, ale podpis pod protestem przeciw sygnatariuszom "Listu 34", wieloletnie, niemal aż do wyjazdu członkostwo w partii, zdecydowany antyklerykalizm, Kornackiego i innych, którym szkodziła.

Sama również dolewała oliwy do ognia. W londyńskich "Wiadomościach" pisywała najczęściej o "pryszczatych", o ekskomunistach, rzucających partyjnymi legitymacjami - Woroszylskim, Brandysie, Kotcie. A szpile wbijała w ikony emigracji - Wierzyńskiego i Lechonia. Na łamach "Jutra Polski" zaatakowała - i to z grubej rury - niezłomny polski Londyn. Getto, które samo siebie wydawało, nagradzało i czytało, traktowało wrogo takich jak ona, to znaczy nową emigrację, już z PRL-u. Przedrukowały to natychmiast warszawskie "Perspektywy", co jeszcze bardziej jej sytuację w Londynie pogorszyło.

Józef Łobodowski pisał więc, że mimo emigracji nadal pozostała komunistką, partyjną rewizjonistką. Nie atakowała systemu, chciała jedynie jego liberalniejszej twarzy. Jej krytyka ograniczała się do ekipy gomułkowsko-moczarowskiej, z szacunkiem traktowała natomiast towarzysza Gierka. Nawiązując do tytułu książki Lisieckiej, "ataman" Łoboda nazwał ją więc "Mandarynką na służbowym urlopie".

Simone de Beauvoir bez Sartre'a

Miał rację, bo tak naprawdę Alicja Lisiecka zdecydowała się na wyjazd przede wszystkim z powodów osobistych, choć oczywiście mogła mieć dość otaczającej ją zawiści i niechęci. W Polsce osiągnęła też właściwie wszystko, marzyła więc o karierze na Zachodzie. Ale jak zawsze, opierając się na wpływowym i ważnym mężczyźnie, a miał nim być tym razem Tadeusz Nowakowski, niezły emigracyjny pisarz, autor Obozu wszystkich świętych, jeden z filarów Wolnej Europy. Przystojny, elokwentny, z żoną i dzieckiem, co nie stanowiło nigdy dla Lisieckiej żadnej przeszkody. Poznała go w 1965 roku we Włoszech, na stypendium Ministerstwa Kultury. W 1966 roku przyjechał do niej do Londynu na pogrzeb jej ojca.

I nie skończyło się na krótkim romansie, ale trwało. Pod czujnym okiem bezpieki - Nowakowski był przecież, jak pisała, kadrowym pracownikiem Wolnej Europy w naszym aktywnym rozpracowaniu.

Oboje igrali więc z ogniem. Nowakowski komplementował ją w paryskiej "Kulturze" i londyńskich "Wiadomościach", nazywając "miss ZLP", "Simone de Beauvoir bez swego Sartre'a".

Mimo że miała podsłuch (kryptonim "Papuga"), którego zwłaszcza redaktor Wolnej Europy powinien się domyślać, najwyraźniej zadurzony, często do niej dzwonił. Wprawdzie incognito, ale SB rozpoznawała jego charakterystyczny, dobrze jej znany z nasłuchów głos - latami prowadził "Panoramę dnia", jedną z popularniejszych audycji Wolnej Europy.

Choć romans z Nowakowskim mógł się skończyć dla obywatelki PRL-u procesem o szpiegostwo, straciła dla niego głowę. Był objęty absolutnym cenzorskim zapisem, mimo to napisała o nim tekst, nie wymieniając, co prawda, jego nazwiska, ale dedykując go "T.N." i cytując duże fragmenty wydawanych na Zachodzie książek Nowakowskiego, bez podania ich tytułów. Wszystkie ówczesne mainstreamowe pisma, którym go wysłała, zorientowały się, o kogo chodzi. Wydrukował to, niczego nie podejrzewając, bydgoski tygodnik "Wiatraki" (16-30 września 1965 roku), mimo że Bydgoszcz była rodzinnym miastem Nowakowskiego, gdzie mieszkała nadal jego rodzina - matka i siostra. Artykuł Lisieckiej sprawił im oczywiście wielką radość, ona natomiast, nadal nieostrożna, często do nich dzwoniła i - jak rejestrował podsłuch - mówiła do siostry Nowakowskiego: "Wandziu, kocham Tadeusza!". Traktowała ją już jako swoją szwagierkę, pisała do niej listy, przechwytywane oczywiście przez Biuro "W".

Próbowała nawet ściągnąć "Tadeusza" do Polski. Załatwiła sobie audiencję u ministra spraw wewnętrznych, Władysława Wichy, przyjął ją jednak tylko jego sekretarz, nie dając żadnych nadziei. "Wobec tego, to ja do niego pojadę!" - postanowiła. "Tadeusz od dawna namawiał mnie na emigrację, obiecując, że nie tylko pomoże mi w karierze, ale rozwiedzie się i weźmiemy ślub", mówiła zawsze.

Akurat wtedy zostawił ją pułkownik Załuski i marzyła o odwecie. Zdecydowała się więc na emigrację. Spaliła za sobą mosty, prosząc o azyl.

22 sierpnia 1969 roku. "Wiesz zapewne, że Lisiecka wybrała wolność w Londynie" - pisał Jerzy Giedroyc do Czesława Miłosza. "Wczorajszy i dzisiejszy »Times« drukuje wywiad z nią pióra nieocenionego Leopolda Łabędzia. Myślę, że ze względu na romans z Nowakowskim osiądzie zapewne w Wolnej Europie. Miejmy nadzieję, że bez szkody dla rodziny Nowakowskich".

Nie doszło do niej, bo gdy zjawiła się na Zachodzie, Nowakowski, który nie spodziewał się jednak, że jego Simone de Beauvoir na ten krok się zdecyduje, zerwał z nią po ultimatum swojej żony, córki generała Maczka, musiał się więc z nią liczyć. Razem z Janem Nowakiem, szefem polskiej sekcji RWE, nie chcieli jednak dopuścić do skandalu, pomogli więc Lisieckiej urządzić się na Zachodzie. I to nie tylko dzięki swojej lewicowej proweniencji, lecz także ich kontaktom uniknęła poniewierki Brychta. Otrzymała bez problemu azyl polityczny, z tym że nie w RFN-ie, ale w Londynie, jak najdalej od Nowakowskiego, swego niedoszłego Sartre'a. Zajęcia na jednym z londyńskich uniwersytetów, stypendium Kongresu Wolności Kultury, połowę typowego angielskiego domku, azylowy zasiłek. Wszystko, z wyjątkiem tego, a raczej kogoś, na kim najbardziej jej zależało, i wtedy właśnie, z upokorzenia, po raz pierwszy załamała się nerwowo.

Po raz drugi stało się to już w Londynie. Znów wyskoczyła oknem, lądując w szpitalu psychiatrycznym po kolejnym, miłosnym zawodzie. Fiasku związku z kimś, kto miał być wreszcie jej Sartre'em. Andrzejem Stypułkowskim, jedną z ważniejszych emigracyjnych postaci. Zmarłym w 1980 roku szefem wydawnictwa "Polonia Book Foundation", wydawcą jej Mandarynów i gryzipiórków. Ale i on ani myślał rozbijać dla niej swego małżeństwa.

Ona natomiast coraz rozpaczliwiej pragnęła wreszcie trwałego związku. Zwłaszcza właśnie na emigracji, gdzie wracała do pustego mieszkania, zabrakło jej narkotyku, czyli kawiarnianego stolika, a przyjaciele z Polski bali się pisać do politycznej azylantki. Tym bardziej też, że czas mijał, a bardzo chciała zostać matką.

"Ja chcę jeszcze mieć dziecko w Polsce, nie tu", pisała w lutym 1974 roku w liście do Putramenta. A do Artura Starewicza (5 maja 1974 roku): "Może wzorem Agnieszki Osieckiej zafunduję sobie córeczkę, Klarę. Właściwie żałuję, że nie miałam z Tobą dziecka".

"Korabor" szyfroGrafem do Centrali

"Lekarze radzą mi unikać samotności, która jest tu, niestety, stanem normalnym. Brak rodziny, środowiska, druku. Mam dość życia, chce mi się zdechnąć, jestem głęboko nieszczęśliwa. W sumie, myślę, że moja decyzja przyszła albo za późno, albo w ogóle nie była potrzebna. [...] Tadeusz Nowakowski nie dowiedział się nawet, czy nie zdechłam na ulicy. Owszem, chętnie informował znajomych z Polski i gdzie indziej, że zwariowałam z miłości do niego" - pisała 8 grudnia 1971 roku do Wiktora Woroszylskiego w liście ze szpitala, zarekwirowanym również przez SB.

Nie chciała umierać na emigracji. Wierzyła, że tylko w kraju, gdzie miała matkę, ciągle jeszcze kilku przyjaciół, kawiarnie, wróci do zdrowia, skończą się jej "zapadki". Od razu więc po wyjściu ze szpitala psychiatrycznego i trzeciej, nieudanej operacji ortopedycznej, już pod koniec roku 1973 zaczęła starać się o powrót do kraju, gdzie zabiegała również o to jej matka.

Ale choć była już osobą kaleką, z trudem chodzącą, po pobytach w szpitalach psychiatrycznych, próbach samobójczych i w jej sprawie powinny decydować względy humanitarne, władcy PRL-u nie zdobyli się na ludzki odruch, gest współczucia i przez 12 lat odmawiali swojej poddanej zgody na powrót. A gdy wreszcie łaskawie na to pozwolili, wyłącznie pod warunkiem upokarzającego "pokajanja". Gdyby wróciła wcześniej, kiedy znajdowała się jeszcze w lepszej formie, uniknęłaby może dramatycznej końcówki. Oszczędzono by też, zarówno jej, jak też jej matce, wielu lat starań i cierpień.

A co najważniejsze, decydujący o losie "azylantki" dobrze wiedzieli o jej przejściach i na zimno, cynicznie pisali o nich w swoich raportach, bo również w Londynie nasze służby intensywnie ją inwigilowały.

29 stycznia 1973 roku. Z szyfrogramu rezydentury wywiadu przy konsulacie PRL w Londynie. Z relacji "Dzwona":

AL Lisiecka kilkanaście dni temu usiłowała popełnić samobójstwo. Nocą wyskoczyła oknem z mieszkania. Doznała złamania nogi i ogólnych potłuczeń. Stan ciężki, leży w szpitalu Middlesex Hospital. Na ten temat emigracyjne środowisko literackie mówi: Od kilku miesięcy przedstawiała ruinę psychiczną. Dużo piła. Alkoholizm spowodował, że trzęsły się jej ręce, że jej obecność w towarzystwie stawała się uciążliwa ze względu na natrętne gadulstwo. Mówiła, że ktoś chce ją wykończyć. Raz, że ktoś z reżimu, innym razem, że masoni, i wreszcie, że Anglicy. Przyczynę tej choroby upatrują w niemożności ułożenia sobie życia i adaptacji w trudnym środowisku oraz jej rzekomo zawiedzionej miłości do Tadeusza Nowakowskiego. Opowiadała, że albo powróci do Polski, albo popełni samobójstwo. 

20 lutego 1973 roku. "Korabor" szyfrogramem do Centrali:

Lisiecka w dalszym ciągu w szpitalu na oddziale chirurgicznym. Podobno próbowała ucieczki, nastąpiło ponowne złamanie nóg. Wypowiada się głośno, że chce wrócić. Rzekomo ma być przeniesiona do szpitala dla psychicznie chorych. Redakcja londyńskich "Wiadomości" organizuje u niej stałe odwiedziny. Opiekę w szpitalu sprawuje Ciołkosz i jego żona oraz operator filmowy Jerzy Lipman, który wyjechał z Polski w 1968.

4 lipca 1973 roku. Z szyfrogramu konsulatu PRL w Londynie do Centrali w Warszawie:

Stara się w konsulacie o wizę pisarka Alicja Lisiecka. W zachowaniu występują cechy choroby psychicznej.

Przestraszono S jej pamiętników

Nie podano nigdy Lisieckiej przyczyn odmowy. Oficjalnym powodem była zdrada socjalistycznej ojczyzny i azyl polityczny na Zachodzie, współpraca z wrogiem numer jeden, czyli Wolną Europą, reakcyjnymi londyńskimi "Wiadomościami", wydane na Zachodzie paszkwilanckie książki, zwłaszcza Mandaryni i gryzipiórki, kontakty z czołowymi emigracyjnymi postaciami: małżeństwem Cioł-koszów, Andrzejem Stypułkowskim, Stefanią Kossowską.

"Działała też zasada zemsty na tych, którzy kiedyś byli nasi", pisał do niej (18 stycznia 1977 roku) Wiktor Woroszylski. Tym bardziej że dzięki swoim związkom z Żółkiewskim, Starewiczem, Załuskim, latami życia wśród partyjnej elity dużo o niej wiedziała. I to nie tylko o kulisach walk o władzę, lecz także komunistycznym dolce vita. Sporo tego typu informacji- o polowaniach w Łańsku, kochance rzekomo purytańskiego Gomułki - znalazło się już w jej Mandarynach.

"Planuję tego typu książki kolejne - o polityce kulturalnej partii, a przede wszystkim swoje osobiste pamiętniki" - paplała nieostrożnie w Londynie, gdy nie myślała jeszcze o powrocie do kraju.

"A bo to wiadomo było, z kim tak naprawdę sypiała i kogo mogła skompromitować? Myślę, że tego właśnie najbardziej się obawiano", mówił Józef Hen.

"Pełnię życia mogę odzyskać tylko w kraju"

Nigdy jednak z odmową się nie pogodziła. Przez 12 lat nieustająco się odwoływała, zarówno do konsulatu PRL w Londynie, jak i najwyższych władz, między innymi Gierka, ówczesnego I sekretarza KC, kolejnych ministrów spraw wewnętrznych, prominentnych literatów: Putramenta, Iwaszkiewicza.

W systemach totalitarnych stałym rytuałem były listy do władców, bo jedynie od nich zależał nie tylko los, ale często nawet życie nadawców. Do Stalina, Jeżowa, Fadiejewa - sekretarza związku sowieckich pisarzy zwracali się więc najwybitniejsi: Bułhakow, Cwietajewa. Do Łunaczarskiego i innych Aleksander Wertyński, powtarzając, że Rosja to jego matka, a matce może się kłaniać skolko ugodno. W końcu pokłonił się Mołotowowi, który w 1942 roku pozwolił mu wrócić z emigracji.

Walka Lisieckiej o powrót zapisana jest właśnie w jej listach. Zachowały się zwłaszcza te do najważniejszych władz, przechwytywane lub "tylko" przefotografowywane przez inwigilujące korespondencję Biuro "W".

Z listów Alicji Lisieckiej:

Do I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka:

1 maja 1974 roku. "Wielce Szanowny Panie, chcę prosić o pomoc w naprawieniu mojej ciężkiej omyłki życiowej i pozwolenie na powrót do Polski. W 1969 opuściłam kraj, zastraszona i wprowadzona w błąd przez ludzi złej woli. Obecnie, od 4 lat przebywam w Anglii, gdzie pracowałam na Uniwersytecie Londyńskim. Wiedziona chęcią »docierania do Polski« - współpracowałam (bardzo rzadko) z radiem Wolna Europa, publikując prawie wyłącznie recenzje literackie - jestem krytykiem, doktorem nauk humanistycznych. Do końca byłam członkiem partii, co starano się wykorzystać różnymi, nikczemnymi metodami. Przeszłam straszną gehennę: trzy razy klinika psychiatryczna po załamaniach nerwowych, skoku oknem (przed rokiem) i w wyniku dwie złamane ciężko w trzech miejscach nogi. Dwa obozy dla uchodźców, przypominające reżimem niemieckie obozy hitlerowskie. Pracowałam fizycznie i jestem w tej chwili resztką ludzką, która zdrowie i pełnię życia może odzyskać tylko we własnym kraju, pod opieką 72-letniej matki i przyjaciół. Ostatnio opublikowałam nową książkę sprzed dwóch lat, nadawano ją przez Wolną Europę bez uzgodnienia ze mną. Obiecał Pan umożliwienie powrotu do kraju emigrantom roku 1968. Jestem obywatelką polską, polskiego pochodzenia. [...] Wierzę, że mimo wszystkich moich błędów, zezwoli Pan na mój powrót i 25-30 lat pracy, które mam przed sobą, w swoim własnym kraju. Mam wielu wrogów w Polsce i sądzę, że także oni, podobnie jak moi przyjaciele okażą się mniej okrutni i nieludzcy wobec samotnej, nieszczęśliwej kobiety. Łączę wyrazy szacunku i nadziei na Pana ludzkość.

Dr Alicja Lisiecka"

Do Ministra Spraw Wewnętrznych, Franciszka Szlachcica:

12 czerwca 1974 roku. "Szanowny Panie, chcę odwołać się od decyzji negatywnej, dotyczącej mojego powrotu. Od 1969 przebywam w Anglii. [...] Współpracę i wszelkie kontakty z Wolną Europą zerwałam po mojej prośbie o powrót do kraju. Po wywołanej szokiem próbie wyskoczenia z okna, od półtora roku leczę złamane w trzech miejscach obie nogi. Pobyt poza krajem lekarze określili jako źródło ciężkich załamań psychicznych (»psychoneuroza«).

W Polsce mam 72-letnią Matkę i szansę na 30 lat dalszej pracy literacko-naukowej. Proponowany mi wyjazd do USA odrzuciłam, chcąc wrócić do kraju, gdzie odzyskam w pełni zdrowie i zdolność do pracy. Chcąc odwołać się do ludzkich uczuć decydujących o moim losie - zwracam się więc do Pana o skuteczną interwencję w mojej sprawie, która została przekreślona prawdopodobnie nadawaniem (bez uzgodnienia ze mną) przez Wolną Europę wyciętych fragmentów mojej książki" 

Do wiceprezesa ZLP, Jerzego Putramenta:

13 maja 1977 roku. "Drogi Panie Jerzy, zwracam się do Pana z wielką prośbą. Kiedyś, parę razy pomagał mi Pan w opresjach życiowych -  czy i tym razem nie zechce Pan ułatwić mi najtrudniejszej sprawy -  powrotu do kraju. Po liście do Gierka moja Matka otrzymała w pełni pozytywną odpowiedź. Byłam wtedy w szpitalu. Kiedy zdrowa, za 2 miesiące napisałam swój list, warunek i formalną podstawę - odpowiedziano mi przez ambasadę negatywnie. Nic z tego nie rozumiem i nie wiem, czy ta cała sytuacja to ktoś szczególnie mi niechętny. Ale przecież mojej Matce odpowiadały najwyższe instancje i w jej imieniu kompetentne władze. [...] Ze swojej strony mogę obiecać lojalność i niemieszanie się do polityki (mam tego po czubek nosa) po powrocie do kraju. Jednym posunięciem zmarnowałam sobie zdrowie i życie".

"Mama szaleje z rozpaczy"

Biuro "W" przechwytywało też prywatną korespondencję Lisieckiej, między innymi listy jej matki, pisane do córki po jej kolejnych przejściach:

Warszawa, czerwiec 1976 roku. "Mój Najdroższy Króliczku! Co się z Tobą dzieje? Ostatni list od Ciebie miałam z 20 kwietnia. Byłaś zdrowa, zadowolona z kuracji i pełna optymizmu. Co tam się stało, że z powrotem znalazłaś się w szpitalu? Co oni Ci tam zrobili? Jaką krzywdę Ci wyrządzili, że dostałaś podobno ciężkiego załamania nerwowego? Mama tu szaleje z rozpaczy. Od 26 dni żadnych wiadomości od Ciebie. Telefonowałam do Kazimierza [zamieszkały w Londynie stryj A. Lisieckiej - J.S.], ale niewiele się dowiedziałam. Tylko tyle, że zabrał Cię ambulans szpitalny i że jesteś w tym samym szpitalu. Ale dlaczego się nie odzywasz? Przecież poprzednio znajdując się tam, pisałaś do mnie i telefonowałaś. Może znowu zrobiłaś sobie jakąś krzywdę? Daj znak życia, bo przypuszczam najgorsze. O mój biedny Króliczku. [...] Nie mogę sypiać w nocy, myślę, co się tam stało? [...] Mam dla Ciebie dobrą wiadomość. Nasza sprawa jest załatwiona pozytywnie. Potrzebne są tylko pewne formalności. Nie mogę Ci o tym pisać teraz, gdy jesteś chora, jak tylko będziesz w stanie telefonować i pisać, wszystko Ci wytłumaczę i wtedy zaopiekuję się Tobą. Nie będziesz nigdy sama i nie będziesz mieć depresji. Tylko Króliczku odezwij się do Mamy, Mama chce usłyszeć Twój głosik. Nie przejmuj się niczym, kochanie. Powiedziałam Ci, że wszystko się ułoży, bylebyś tylko była zdrowa. [...] Staraj się powrócić do normalnego stanu i nie martw się o przyszłość".

Jadwiga Lisiecka do Edwarda Gierka:

28 stycznia 1976 roku. "Wielce Szanowny Towarzyszu I Sekretarzu. Zwraca się do Pana zrozpaczona matka z gorącą prośbą rozpatrzenia sprawy powrotu do kraju jej jedynego dziecka. Wierzę w Pana dobroć i szlachetność i błagam Pana na kolanach o pozwolenie na zaopiekowanie się moją chorą córką. Jestem matką pisarki Alicji Lisieckiej, która w 1969 wyemigrowała z kraju i przebywała w Londynie. Córka moja przeżyła ciężkie lata, straciła zdrowie i została częściowo kaleką po samobójczym skoku z okna w r. 1973 w stanie skrajnej depresji. Grożą jej następne załamania nerwowe, jej choroba wymaga stałej opieki bliskich. Tylko w kraju może odzyskać zdrowie i wrócić do konkretnej pracy. Jej prośba o powrót w 1974, tuż po szpitalu została załatwiona odmownie.

Zwracam się teraz do Pana w swoim imieniu z prośbą o przywrócenie mi mego dziecka, które drogo zapłaciło za decyzję opuszczenia Polski i teraz zrozumiało, że stanowisko władzy ludowej w stosunku do niej i innych było słuszne. Jest Pan moją ostatnią nadzieją i błagam raz jeszcze o okazanie mi ludzkiej pomocy ze względów humanitarnych. Jestem wdową, emerytką, pracowałam 25 lat w Polsce Ludowej. Proszę mi pozwolić na spokojną starość. (...) Łączę wyrazy szacunku".

Obstawiał ją "Jarema", "Dzwon", "Brol", "Korabor", "Grotecki"

W sprawie "Polonistki" uderza też jej paranoiczna wręcz skala, niewspółmierna do "win". Decyzję o niewyrażeniu zgody na powrót figurantki podejmował, a potem latami podtrzymywał partyjno-esbecki sztab złożony z wierchuszki KC (głównie Wydziału Zagranicznego) i MSW - Departamentu I i II. Zamiast ścigać tych, którzy rzeczywiście zagrażali bezpieczeństwu państwa, zajmowali się "zdrajczynią" ludowej ojczyzny, a potem już po prostu chorą kobietą.

Produkowali na jej temat setki meldunków i szyfrogramów, zwłaszcza zaraz po ucieczce. 9 lutego 1973 roku na przykład specjalny raport dla członków Biura Politycznego, sekretarzy Komitetów Wojewódzkich PZPR i Prezydium Rządu o sytuacji Alicji Lisieckiej na Zachodzie, jej antypolskiej, antysocjalistycznej i paszkwilanckiej działalności - wydanych na Zachodzie książkach, artykułach, audycjach w RWE, choć poświęcone były głównie tematyce kulturalnej.

Decyzje w sprawie "zdrajczyni" podpisywały najgrubsze ryby z kierownictwa MSW - kolejni dyrektorzy lub ich zastępcy Departamentu I MSW: Henryk Wróblewicz, generał brygady Zdzisław Sarewicz, pułkownik Leon Guzik, pułkownik Bronisław Zych, pułkownik Henryk Bosak, dyrektor gabinetu ministra spraw wewnętrznych MSW - pułkownik Józef Chomętowski, dyrektor Biura Prasowego MSW - Stanisław Pichla.

W Londynie kontrolowali ją i obstawiali agenci rezydentury wywiadu przy konsulacie PRL - sam rezydent o kryptonimie "Jarema" oraz jego liczni pomagierzy pod przykrywką dyplomatów: "Dzwon", "Brol", "Korabor", "Grotecki", "Bednarz", "Bryg", "Darton". Jako wysłannicy polskiego konsulatu odwiedzali ją nawet w szpitalach psychiatrycznych, a potem słali do warszawskiej Centrali meldunki o stanie zdrowia psychicznego oraz planach figurantki.

"Gospodarz" przekazywał jej listy

Nie widzimy powrotu Lisieckiej nie tylko ze względu na jej daleko posunięty rozkład polityczny, ale też moralny. Swobodny i rozwiązły tryb życia, wybujały erotyzm. Liczne, nieraz równoczesne związki z mężczyznami, zajmującymi poważne pozycje w kierownictwie kultury czy nauki, utrzymywane dla jej osobistej kariery - pisali Katoni z mizoginicznej SB.

Niebezpodstawnie więc Alicja Lisiecka uważała, że szlaban dla niej był też zemstą mężczyzn. Za to, że to ona ich wybierała, wskakiwała im do łóżek, żyła zbyt swobodnie, mogli więc teraz jej oddać, upokorzyć ją.

I coś było na rzeczy; cieszył się na przykład z niepowodzeń uciekinierki Jerzy Putrament, do którego pisała, prosząc o pomoc w powrocie do kraju. "Wpadła do rowu i czeka na pomoc techniczną", dowcipkował grubiańsko. Powołując się na Andrzeja Kuśniewicza - TW "Andrzeja" wydelegowanego służbowo do Londynu na, przypadkowe niby, spotkanie z Lisiecką, pisał w swoich pamiętnikach, że "bardzo się postarzała, stała drobniutką staruszką. Nawiewanie jest w ogóle zajęciem niewdzięcznym, w kobiety zaś uderza znacznie silniej niż w mężczyzn".

Podejrzewała również o odwet swoich "byłych". Z wyjątkiem "Hetmana", Stefana Żółkiewskiego, który nic już wtedy nie znaczył. Latami niszczył i usuwał z katedr "reakcjonistów", więc w 1968 roku to jego usunięto. Stawał się zresztą coraz bardziej niedołężnym starcem. "Pomagałem mu w barze mlecznym donieść do stolika talerz z zupą, bo trzęsły mu się ręce", wspominał profesor Jacek Trznadel. Jak wynika z listów Żółkiewskiego do Lisieckiej, znajdujących się w Muzeum Literatury - pozostali w przyjaznych stosunkach. Wysyłała mu nawet z Londynu niedostępne w PRL-u jego ulubione cygara.

Nie mógł też jej szkodzić pułkownik Załuski - zmarł w 1978 roku, a ona ciągle dostawała odmowy. Nie pomogło nawet wstawiennictwo jego wpływowego przyjaciela, autora Czterech pancernych pułkownika Janusza Przymanowskiego, posła na Sejm, do które go również się zwracała. Obiecał pomoc "ze względu na pamięć Zbyszka", ale bezskutecznie.

Odwracając uwagę od roli SB, Kazimierz Koźniewski przekonywał ją, że szkodził jej tylko i wyłącznie "eks" najważniejszy, to znaczy Artur Starewicz - jak na złość był on wówczas na zsyłce, czyli na stanowisku ambasadora PRL-u w Londynie, a i po powrocie do kraju zachował duże wpływy.

"Ty masz przeciwników potężniejszych niż ulica Rakowiecka. Ich decyzje okazały się ostateczne. Sądzę, że Twój nieprzyjaciel numer 1, ten, którego masz o kilkadziesiąt ulic obok siebie, już przecież niedługo będzie bawił w Twoim mieście, a wtedy kto wie, jak potoczą się Twoje sprawy. Zmiany personalne mają tu ogromne znaczenie" - pisał do Lisieckiej Kazimierz Koźniewski (21 grudnia 1977 roku).

Artur Starewicz, rocznik 1917, ma 95 lat, żyje nadal w Warszawie, ale jest już w formie nie najlepszej i nie mogę liczyć na rozmowę z nim. A z bogatego dossier sprawy Lisieckiej wynika, że bał się przede wszystkim, aby nie zaszkodzić swojej własnej karierze. Nie miała zresztą co do tego żadnych złudzeń.

"Czemu miałbyś ryzykować aż tak wiele dla pani, z którą łączyło cię coś 14 lat temu?" - pisała do niego 4 lipca 1977 roku, tytułując ironicznie "Ekscelencją". "Wiem, że się boisz, że możesz mało, że i przeciw Tobie jest tu nagonka z ambasady (ciągle o tym słyszę). Ale żyjesz, masz rodzinę, perspektywy, a ja już jestem pół-trupem" (9 września 1974 roku).

Przyjechał do Londynu razem z żoną, tym bardziej marzył wręcz, żeby pozbyć się stąd obciążającej go swojej byłej kochanki. Decyzja Centrali była jednak inna, nie kiwnął więc dla niej palcem. Na żadnym z pism Lisieckiej, odwołań, kierowanych również na jego ręce, nie dopisał nawet zdania typu: popieram ze względu na jej stan zdrowia, starą matkę itd.

"Choć Artur był w Londynie aż 8 lat, nigdy nie odpisał mi na żaden z moich listów", mówi Alicja Lisiecka, która znajduje się dziś w zakładzie dla nerwowo i psychicznie chorych. Raz jest w formie lepszej, raz gorszej, czasem w zupełnie złej, ale można się z nią porozumieć. "Nigdy też się z nim w Londynie nie widziałam. Raz tylko, przypadkowo, gdy niezaproszona, jeszcze o dwóch laskach, zjawiłam się na imprezie w peerelowskim ośrodku kultury w Londynie. Ówczesny dyrektor, Ernest Bryll, w odróżnieniu od reszty, nie bał się ze mną rozmawiać i dopiero wtedy Artur, który udawał wcześniej, że mnie nie widzi, odważył się do nas podejść, przywitać i rzucił tylko, że moja sprawa »jest w toku«, to wszystko. Nie odwiedzał mnie też w szpitalach, choć pisałam, wysyłał tylko swoich podwładnych".

A dobrze przecież wiedział, kim byli. Mimo to pomagał im kontrolować swoją "eks", przekazując jej dramatyczne listy, instruując, co mają od niej wyciągnąć.

14 marca 1974 roku. Z raportu "Korabora":

[...] "Gospodarz" (ambasador PRL w Londynie) poinformował mnie, że otrzymał ponownie list od Lisieckiej, tym razem ze szpitala, do którego została w międzyczasie przeniesiona. Zapoznał mnie z jego treścią (fotokopia w załączeniu). Po zastanowieniu uznaliśmy, że źle nie będzie, jeśli ktoś z konsulatu w imieniu Ambasadora nawiąże z nią kontakt w szpitalu. Zaproponowałem TW "Grota". [...] Poinstruowano go dokładnie odnośnie sposobu prowadzenia rozmowy, aby w stosunkowo krótkim czasie wydobył z niej jak najwięcej informacji. "Grot" złożył jej wizytę przed południem. Nikogo z odwiedzających w tym czasie u niej nie było. Notatka "Grota" z rozmowy z Lisiecką w załączeniu.

* * *

"Ekscelencja" Starewicz bał się jednak niebezpodstawnie. "Brol" "Korabor" i inni informowali Centralę również o nim, o "Gospodarzu", jak nazywali go w swoich raportach. Między innymi o jego postępowaniu wobec "azylantki" Lisieckiej. Ostrzegali, że może prowadzić podwójną grę. Uzgadniał wprawdzie każdy swój krok z "Jaremą" - szefem rezydentury, przekazywał mu jej listy, ale - jak wyszpiegowali - nie wszystkie.

Mimo że prosiłem go o to - raportował "Korabor" 10 maja 1973 roku - zwlekał, zapominał, unikał rozmowy na ten temat. Widziałem, że ostatni ma w biurku. W czasie jego nieobecności, sekretarka "Gospodarza" (można jej ufać) na moją prośbę odszukała go i zrobiła fotokopię.

Nadal je wykonywała, tak że "Brol", "Dzwon", "Korabor" studiowali zwierzenia Lisieckiej pod lupą, alarmując, że zwracała się do "Gospodarza", jak do serdecznego przyjaciela, niewykluczone więc, że kontaktowali się przez innych.

Mimo zaleceń szefa rezydentury "Gospodarz", choć wściekły po każdym liście swojej byłej kochanki, nie przerywał z nią korespondencji - bał się, że byłoby to dla niego bardziej niebezpieczne, że wtedy właśnie mogłaby zrobić mu publiczną awanturę, skompromitować go.

Spędził jednak w Londynie aż dwie kadencje. Nigdy bowiem, nawet gdy Alicja Lisiecka znajdowała się w stanie najgorszym, do niczego nie doszło. Wyłącznie do "Ekscelencji" pisała na przykład:

13 marca 1974 roku. "Arturze, moja współpraca z RWE została zerwana, ponieważ z Warszawy wyciekła wiadomość o wizycie w konsulacie i liście do Putramenta. Tu jest śmierć cywilna - nie mogę już pisać (wkrótce będzie to samo z »Wiadomościami«).

Rozumiesz, jaki to ma na mnie wpływ psychiczny i co się ze mną dzieje. Zrób coś, jeśli możesz, jestem w ostatecznej rozpaczy.

P.S. Oni chcą też ze mnie (romans z Nowakowskim) zrobić szpiega CIA - oczywiście bez dowodów, ale co to ma za znaczenie. Chcą mnie wykończyć, bo napisałam list do ambasadora USA w Warszawie. [...] Poradź, zrób coś, błagam".

5 maja 1974 roku. "[...] Myślę, że przegrałam życie, przede wszystkim osobiste, kto wie, może i zawodowe. Ale wszystko jest jeszcze do naprawienia. Prawie wszystko. W szpitalu będę jeszcze do końca czerwca. Z.R. (wysłannik konsulatu) pytał, czy Ci coś przekazać, powiedziałam, że pozdrowienia. Chyba to Cię nie skompromituje? Następny atak choroby to już samobójstwo. A przed tym będę się ratowała, bo mam matkę, bo chcę jeszcze coś napisać i zobaczyć, jak kwitną drzewa. Może przyjdziesz?"

25 maja 1974 roku. "[...] Jestem w ostatniej depresji. Albo popełnię (tym razem skuteczne) samobójstwo, albo zwariuję. To już szósty miesiąc w szpitalu, na sali ogólnej. Mam ochotę wsiąść o kulach w samolot i pojechać do mojej matki. Mam gdzieś całą emigrację. Pomagają mi tylko Anglicy, ale i z nimi trudno. Są inni, polskie sprawy są dla nich z Marsa".

9 września 1974 roku. "[...] Arturze, użyj wszystkich środków, żebym mogła wrócić. Czy Ty już nic nie możesz? Kto tam w końcu rządzi? Moczarowcy? [...] Żyję na nędznym zasiłku chorobowym. Moja matka jest chora i ma mało czasu. Ja też mam mało czasu".

"MUSISZ wyrazić SKRUCHĘ"

Jednym z powodów odmów udzielonych Lisieckiej był też, jak pisano, niewystarczający brak skruchy z powodu zdrady kraju, bagatelizowanie swego postępku. W odwołaniach do konsulatu, na przykład z 19 marca 1973 roku, przyznawała jedynie, że "jej decyzja, podjęta zresztą w zupełnie innej sytuacji politycznej, była błędem. Po 1970 powody, dla których została za granicą, przestały być aktualne".

Nieustająco się odwoływała, pisała, gdzie tylko mogła, a tego służby nie lubiły, rozważały więc możliwość wpuszczenia do kraju figurantki, ale pod warunkiem spektakularnej samokrytyki, wykorzystanej do zdemaskowania ośrodków dywersji ideologicznej na Zachodzie, głównie Wolnej Europy.

Wydelegowały wtedy do niej jednego ze swoich najlepszych ludzi - agenta ps. "33" - Kazimierza Koźniewskiego, który rozpracowywał również emigrantów, między innymi Aleksandra Forda, i znał Lisiecką jeszcze z "Polityki". Grał starego przyjaciela - odwiedzał ją podczas zagranicznych, służbowych podróży, dzwonił, "aby uściskać ją choćby telefonicznie", pisał, a potem przekazywał jej listy swoim "nawigatorom", aby na ich podstawie sporządzali zestawy aktualnych wypowiedzi i planów azylantki.

Nie szczędził komplementów. "Alu z krainy czarów, całuję Twoje dłonie i wszystko inne, jak leci. Jesteś nie tylko ładną kobietą, ale też wybitną pisarką i krytyczką literacką. Wracaj, chcę Ci wręczyć w Warszawie czerwony storczyk, drugi Twojej matce".

Rzekomo dla jej dobra namawiał ją do "samokrytyki, do politycznego samookreślenia się i wyrażenia skruchy". Instruował dokładnie, jak powinna to zrobić. 21 marca 1976 roku pisał na przykład, że ci, do których się odwołuje, nie mogą stosować w jej sprawie żadnych kryteriów osobistych czy humanitarnych, tylko polityczne, bo taka była jej decyzja z maja 1969. "[...] Musisz, Alu, ocenić własne postępowanie jako błąd polityczny, zrozumieć, że decydując się na ucieczkę z PRL-u, dokonałaś wielkiego i podstawowego błędu. Zrozumiałaś to i dlatego prosisz o umożliwienie powrotu. Pobyt za granicą pomógł Ci zrewidować poglądy na sytuację polityczną PRL-u. Żadnych oskarżeń emigracji, bo to nikogo nie obchodzi, ważne są tylko Twoje stosunki z władzami Polski Ludowej".

Radził dodać, że "tylko w Polsce była wolna, mogła pisać i pracować". Dyktował, że swoje "pokajanje" ma kierować bezpośrednio do Warszawy, nie do ambasady w Londynie, a także tłumaczył, jak ma je pisać. "Powinien to być tekst bardzo męski, bardzo jednoznaczny, ale i bardzo godny. Każdy ma prawo mylić się w swoich sądach i tyś się omyliła. Zrozumiałaś, że miejsce Polaka jest tu, w Polsce, jakiekolwiek by nie przyszło mu przechodzić trudności.

W zakończeniu prosisz więc Radę Państwa, by tym razem przyjęła pozytywnie Twoją prośbę. Tak to mniej więcej (stylistyki nie muszę Ci podpowiadać), powinno wyglądać. [...] Ufaj mi i mało gadaj".

Mimo to nie chciała się pokajać, słuchała jednak rad "starego przyjaciela", o wszystkim go oczywiście informując. 11 czerwca 1979 roku pisała na przykład, że "moje ostatnie odwołanie było pokorne i samokrytyczne. Podkreśliłam, że chcę żyć w Polsce socjalistycznej. Co jeszcze, u licha?"

Ale dla jej "sztabu" to było za mało, znów więc otrzymała odmowę. "Najwidoczniej Twoje sformułowania były zbyt mało polityczne", tłumaczył Kazik, usprawiedliwiając decyzje władz trudną sytuacją w kraju, KOR-em, "Zapisem", "a Twój przyjazd mógłby przynieść nowe kłopoty".

Zalecał wobec tego "czekać cierpliwie na odpowiedni moment i uważać na swoje zachowanie na Zachodzie. Unikać politycznej pisaniny, politycznego angażowania się. Błagam Cię tylko o jedno, nie łącz się z tymi emigracyjnymi głupcami".

"Odwaliło to ode mnie całą emigrację"

Była polityczną azylantką, mimo to żyła "pod tych", od których zależał jej powrót. Współpracowała na przykład z Wolną Europą, ale pod pseudonimem, pisała jedynie o książkach wydawanych w kraju oficjalnie, a nie o pierwszych samizdatach, "Zapisie".

Wizyt w peerelowskim konsulacie, omijanym przez polski Londyn szerokim łukiem, nie można było ukryć i nawet nie próbowała. Jak skarżyła się więc Kazikowi Koźniewskiemu, "odwaliło to ode mnie całą emigrację. Żyję na pustyni".

Traciła także ostatnich przyjaciół w kraju - korespondencja z nią nie tylko ich narażała, ale stawała się Orwellowska, co zarzucał jej Wiktor Woroszylski, ostatni z "pryszczatych", który nadal z nią korespondował:

18 października 1977 roku. "Twój list zawierał stek bredni i frazesów, które mogę wysłuchać w każdej audycji telewizyjnej, czy przeczytać w »Trybunie Ludu«. [...] Miałem wrażenie, że w ogóle nie pisałaś go do mnie, tylko do tych, którzy czytają je po drodze, żeby im zakomunikować swoją lojalność. Jeżeli tylko po to jestem ci potrzebny, to lepiej dajmy sobie spokój"

15 stycznia 1979 roku. "Piszesz, że nie lubisz dysydentów. Więc kogo lubisz? Dzierżymordów? Wasilewskich? Sadkowskich? Nie wierzę w to. Może chcesz ich polubić, mając nadzieję, że wtedy Oni Ciebie polubią i wpuszczą do kraju?"

Londyn nie jest sowieckim GułaGiem

4 października 1974 roku. "Wiadoma instytucja przywłaszcza moje listy do Ciebie. Wobec tego, Twoich nie będę wiózł do kraju, zniszczę je tutaj" zawiadamiał ją Woroszylski podczas swego wyjazdu na Zachód.

Mimo aktywności Biura "W" ocalała jednak imponująca wręcz korespondencja do Alicji Lisieckiej, którą przekazała warszawskiemu Muzeum Literatury i wrocławskiemu Ossolineum. Głównie od emigrantów: Stanisława Wygodzkiego, Wacława Iwaniuka, Edwarda Duszy, Witolda Wirpszy i "Wirpszycy" - Marii Kureckiej, Barbary Toporskiej, Włodzimierza Odojewskiego. Ale sporo też od osób z kraju, między innymi jej matki, Jadwigi Lisieckiej, Wiktora Woroszylskiego, Andrzeja Brauna, Józefa Hena, Alfreda Łaszowskiego, wysyłanej głównie podczas ich pobytów za granicą albo przez "okazje".

Listy te są świadectwem jej życiowej szamotaniny, coraz gorszego stanu psychicznego, pełne emocjonalnych dopisków na wielu z nich. Dowodzą też, że choć tak skarżyła się na samotność, miała jednak wokół siebie wiele osób, które dodawały jej otuchy po kolejnych "zapadkach" i odmowach powrotu.

Włodzimierz Odojewski:

Monachium, bez daty. "[...] Niech Pani uważa na siebie i nie odpisuje jeszcze na straty. W porównaniu z dziadkami, co wciąż podskakują, jesteśmy dość młodzi. Może jeszcze na coś się przydamy, jak mówił Józio Stalin: będzie jeszcze słońce na naszej ulicy"

Michał Chmielowiec:

Londyn, 19 października 1973 roku. "[...] Miła, szczupła, bystra i uczona Sarenko. Nie trzeba się przejmować bezzębnymi wilkami, nie zagryzą. [...] Nie trzeba zionąć nienawiścią, tylko kochać, kochać, kochać. I przebaczać - to trudne, ale jak się zmusić, staje się przyjemne''.

Henryk Grynberg:

14 listopada 1978 roku. "[...] Cieszę się bardzo, że wykaraskała się Pani z ciężkich przeżyć, o których słyszałem, byłem bardzo zmartwiony. Wielu ludzi, jakich znam, na emigracji przechodzi takie stany. Ja, prawdopodobnie jako Żyd, jestem na takie rzeczy może bardziej uodporniony. Może choć raz opłaciło się być Żydem?"

Wacław Iwaniuk:

Toronto, 25 października 1981 roku. "[...] Głowa do góry, bo choć jest źle, ale mogło być gorzej. Londyn to mimo wszystko nie gułag sowiecki, prawda?"

Zamkną Panią w szpitalu psychiatrycznym

Wszyscy też odradzali jej powrót do "Ludowej".

"Wie Pani, że życzę Jej jak najlepiej - pisał 21 listopada 1976 roku Włodzimierz Odojewski - ale czy powrót teraz byłby szczęśliwy? Może Pani nie powinna się załamywać, że na razie do kraju nie wpuszczają? Może lepiej przeczekać?"

"Wiadomość, że zdecydowała się Pani na powrót do PRL-u, nie zaskoczyła mnie, niemniej zaniepokoiła - pisała Barbara Toporska-Mackiewiczowa 27 listopada 1981 roku. Nigdy nie uważałam Pani za emigrantkę, z tego, co Pani publikowała, jasne było, że całą duszą, zainteresowaniami jest Pani tam. [...] Ale czego się lękam? Wyobrażam sobie, że zostanie tam Pani przyjęta z otwartymi ramionami przez pewne czynniki. [...] I dopóki będzie Pani »obsmarowywać« polski Londyn (przyzna Pani, że to nietrudne), a pokusa duża, będzie Pani w łaskach. Ale co się stanie, gdy zechce Pani » rozrabiać « ? Być w tym lub w owym przeciw? Czy nie boi się Pani, że mogą Panią zamknąć w szpitalu psychiatrycznym, bez obaw protestów, bo przecież wiadomo, że i na Zachodzie przebywała Pani w podobnych zakładach".

Wszyscy też przypominali jej o peerelowskiej beznadziei. Witold Wirpsza na przykład 21 maja 1975 roku pisał, że "nie ma zupełnie nic. Ani gaci - męskich czy damskich, ani co żryć. A życie tutaj jest jednym pasmem udręczeń. Do tego dochodzą różne policyjne i niepolicyjne przyjemności".

Alfred Łaszowski przypominał również, zwłaszcza w stanie wojennym, o pustych sklepach, kolejkach, walkach o byle ochłap. Radził zastanowić się, czy nie rzuca się w przepaść.

"Nie wracaj bez obietnicy objęcia jakiegokolwiek etatu, zawarcia umowy na książkę, bo nie dasz sobie rady finansowo. Tu życie bardzo drogo kosztuje [...]. Bacz pilnie, byś nie znalazła się w sytuacji gorszej niż ta, którą zamierzasz rozwiązać, nie wiedząc, na co się ważysz".

Odstawiono ją do Londynu

Powrót stał się jednak jej idee fixe. 22 grudnia 1982 roku zdecydowała się więc na krok desperacki. "Weszłam po prostu do polskiego samolotu bez ważnej wizy" - wspomina Alicja Lisiecka. "Nikomu nie przyszło do głowy, że ktoś może się na coś takiego poważyć, i sprawdzano tylko bilety, który kupiłam. Ale na Okęciu zostałam zatrzymana, przesłuchana, zrewidowana. Nie odstawiono mnie od razu - ze względu na Wigilię i Boże Narodzenie odwołano loty. Pozwolono mi na kilka telefonów, dzwoniłam więc między innymi do Kazika Koźniewskiego, sekretariatu generała Jaruzelskiego. Bezskutecznie. Nikt nie chciał mi pomóc, tym bardziej że było to w przeddzień Wigilii. Przybiegła jedynie natychmiast moja matka, ale jej do mnie nie dopuszczono, zobaczyłam ją tylko przez okna. Wigilię i święta spędziłam z pilnującymi mnie non stop młodymi wopistami, którzy przynieśli mi nawet wigilijnego makowca. Po dwóch dniach i nocach na Okęciu, gdy tylko wznowiono loty, w eskorcie uzbrojonego i umundurowanego kordonu doprowadzono mnie do samolotu do Londynu".

Departament I zrobił z tego wielką aferę, podejrzewając, że to obce, zachodnie służby zainspirowały figurantkę do wyjazdu, wsadziły do polskiego samolotu, aby sprawdzić, czy mogę w ten sposób przyjeżdżać do nas inne, niepożądane osoby. 

Zobowiązano też WOP do wyjaśnienia, w jaki sposób polityczna azylantka znalazła się w samolocie bez ważnej wizy.

"To Okęcie to było barbarzyństwo" - pisał do niej Wacław Iwaniuk 19 września 1983 roku z Toronto. "Nie wpuszczono Pani, choć ma Pani większe prawa do przebywania we własnej ojczyźnie od wielu generałów. Coś już Pani zrobiła dla kraju, dla jego literatury i o tym historia będzie pamiętać, gdy pies z kulawą nogą nie zainteresuje się generałami, którzy teraz rozdają patenty na polskość".

Nie wszystkim się to jednak podobało - trwał przecież stan wojenny. "Ale matka pisała mi, może rzeczywiście dla tych, którzy to czytali, że popiera go wielu Polaków", tłumaczyła Alicja Lisiecka.

Choć tak naprawdę logicznie już wtedy nie myślała. "Chciałam po prostu uniknąć kolejnej samotnej Wigilii, samotnej ryby, którą wyjątkowo źle znosiłam. Ale nie udało się", mówiła.

Ekipa stanu wojennego chciała przekonywać świat o swoim liberalizmie, wydając na przykład książki pisarzom siedzącym w internatach. Postanowiła też zagrać Alicją Lisiecką. Kazik Koźniewski pisał jej więc, że teraz, gdy "sytuacja w kraju znormalizowała się i nie ma już ani KOR-u, ani Związku Literatów, rozwiązanego z winy politycznych szaleńców: Szczepańskiego, Brauna i innych, Twoja sprawa nabiera wreszcie szwungu. Oczywiście, jeżeli się w końcu politycznie zadeklarujesz. Wóz albo przewóz, droga Alu, o czym najlepiej przekonałaś się na Okęciu".

Słuchała już go we wszystkim i tak jak radził, w 1983 roku rozpoczęła współpracę z prasą stanu wojennego. Przede wszystkim z jego pismem "Tu i Teraz", którym został wówczas nagrodzony, a gdzie pisywał między innymi Jerzy Urban. Wydrukowała u Kazika dwa bełkotliwe teksty, trudno nawet powiedzieć o czym, świadczące głównie o jej coraz gorszym stanie psychicznym. Szumnie je zapowiadając, redaktor Koźniewski przyznał, że "wzbudziły w redakcji dyskusję, czy w ogóle je drukować. Jedni uważali je bowiem za chaotyczną lawinę skojarzeń, inni za skowyt człowieka nieszczęśliwego".

Koźniewskiemu zresztą też się nie podobały i nie chciał nic więcej - zależało mu na czymś mocniejszym - czymś na Wolną Europę czy emigrację, ona jednak ciągle miała opory.

Tragikomiczne były też jej "Listy z Londynu", umieszczane w stanie wojennym w "Życiu Literackim", na ostatniej stronie, w rubryce "Żywocik literacki". I nic dziwnego. W jednym z nich napisała do redaktora naczelnego, osławionego Władysława Machejka: "Szanowny Panie! Dzisiaj wypiłam Irish coffee za pańskie zdrowie!". A w korespondencji kolejnej, że "chciałaby wrócić, żeby pożyć w Końskich i w Warszawie, gdzie mogłabym oglądać filmy, być wolna".

"Alicja w krainie Machejka", szydził na łamach emigracyjnego "Dziennika Polskiego" "ataman" Łoboda. Ostatni znajomi z kraju i emigracji śmiertelnie się na nią poobrażali, ale jej już było wszystko jedno, chodziło przecież o to, aby w swoich kolejnych pismach powoływać się na współpracę z prasą krajową. Kierowała je teraz do najważniejszych instytucji oraz person stanu wojennego, między innymi generała Jaruzelskiego. I już się wreszcie samooskarżała, odcinała, potępiała:

11 listopada 1984 roku. Do Wydziału Paszportowego MSW:

"Zwracam się z ponowną prośbą o wydanie mi zezwolenia na powrót. Odcinam się od sprzecznej z prawem polskim działalności, którą niezbyt świadoma, z kim mam do czynienia, prowadziłam po wyjeździe na Zachód, w wyniku prowokacji obliczonej na odebranie mi polskiego paszportu.

Nigdy nie wybaczę sobie i autorom tej prowokacji utraty prawa do powrotu. Potępiam sytuację, w której mogłam, spowodowana nieszczęściem osobistym, ulegać osobom i instytucjom wrogim wobec mojego kraju.

Zobowiązuję się nie prowadzić działalności sprzecznej z prawem i sprawiedliwością w Polsce Ludowej, a jeśli trzeba, ponieść konsekwencje dotychczasowego stanu rzeczy".

"Mietku, wpuść mnie do Polski"

Przez blisko 12 lat nikt nigdy nie odpowiadał na jej błagalne pisma. Pierwszy w październiku 1984 roku odpisał, deklarując pomoc, Jan Dobraczyński, przewodniczący Rady Krajowej PRON. Niewątpliwie uczynił to również w trosce o poprawę własnego wizerunku - za akces do "Proncia" jego współparafianie nie wpuszczali go w niedzielę do kościoła, krążyły o nim złośliwe fraszki, na przykład "Stare prącie w nowym froncie". Poinformował Lisiecką na swoim firmowym blankiecie, że po naradzie z Józefem Czyrkiem, wiceprzewodniczącym Rady Krajowej PRON, rekomendowali jej prośbę generałowi, ministrowi spraw wewnętrznych, Czesławowi Kiszczakowi - tylko on mógł pozwolić na powrót politycznej azylantki.

Natychmiast więc do niego napisała:

6 lipca 1985 roku. Do ministra, generała Czesława Kiszczaka:

"Zwracam się z ponowną prośbą o wyrażenie zgody na mój powrót do kraju i wydanie mi odpowiedniego dokumentu. [...] Nie zdawałam sobie sprawy z konsekwencji azylu i żałowałam decyzji wyjazdu z Polski już po tygodniu pobytu. [...] Proszę o uwzględnienie strasznych warunków życiowych i sponiewierania, do którego przyczyniła się moja chęć powrotu do Polski, proszę też o wzięcie pod uwagę żalu za moment załamania w roku 1969.

Ludzie z różnymi życiorysami uzyskali w Polsce darowanie winy na mocy zeszłorocznej amnestii, wyszli z więzień.

W Polsce żyje moja ciężko chora, 83-letnia matka, z którą wielokrotnie chciałam się zobaczyć, co wkrótce nie będzie możliwe. Nie jestem już młoda i w związku ze złym stanem zdrowia oraz zupełnym wyczerpaniem sił liczę na uratowanie resztek życia i poprawę zdrowia w Polsce".

Jeszcze wcześniej, po raz któryś z kolei zwróciła się też do Mietka Rakowskiego, swego starego znajomego, który został wówczas wicepremierem:

1 maja 1985 roku. "Drogi Mietku, to już chyba »na razie« mój ostatni list. Proszę Cię, wpuść mnie do Polski. Ja bardzo kocham Warszawę i chcę wrócić. Nie będę prowadzić działalności opozycyjnej. Nie chcę żyć i umierać w Anglii. Wiele mam Ci do opowiedzenia, ale po tamtej stronie. Po tej już nic nie napiszę. [... ] Chciałabym jeszcze żyć i podnieść się z »żywej śmierci« na zamówienie czyjejś zawiści i małego odwetu. Zabito mnie moralnie i fizycznie, ale ja się dla Was, w Polsce, podniosę. Podniosę się i przydam. Mietku.

Żyję i tak bardzo chcę żyć, W Polsce. Gdzie indziej umrę bez sensu. Proszę bardzo, pozwólcie mi wrócić i żyć. Pozdrawiam Cię".

"Mietek" wstawił się wreszcie za nią u generała. 21 maja 1985 roku napisał:

"Drogi Czesławie! To już szósty list w ciągu miesiąca od Alicji Lisieckiej. Proszę Cię o energiczne zajęcie się tą sprawą. To już chory i lekko schizofreniczny człowiek".

"Czesław" milczał po piśmie Dobraczyńskiego i Czyrka, ale na prośbę "Mietka", z którym najwyraźniej się liczył, odpowiedział natychmiast, już następnego dnia. Mimo informacji o stanie Lisieckiej zadecydował jednak: Do Polski wpuścić, ale pod warunkiem odebrania od niej w Anglii tekstów obszczekujących Zachód, emigrację, zachodnie służby specjalne. Nie przeciągać sprawy.

Jaki jest stopień realizacji warunków generała?

Oficjalnie powrotem azylantki zajął się konsulat PRL w Londynie, nieoficjalnie, rezydentura wywiadu. Zaczął się kolejny etap. Meldunki, raporty, tajne szyfrogramy warszawskiej Centrali do Londynu, Londynu do Centrali z dokładnymi instrukcjami. Z czerwca 1985 roku na przykład, aby na razie nie mówić Lisieckiej o pozytywnej decyzji, bo nie wiadomo, czy spełni warunki generała. Należy wezwać ją tylko do konsulatu i powiedzieć, że wszystko jest na dobrej drodze. Co do tekstów, zostawić jej swobodę, ma tylko oddać je przed ewentualnym wyjazdem.

"Zasiadłam zaraz do pisania, ale nic nie wychodziło. Pewnie z wrażenia, że wreszcie wezwano mnie do konsulatu, dawano jakieś nadzieje", wspomina Alicja Lisiecka.

Centrala natomiast bombardowała Londyn szyfrogramami typu:

Podajcie stopień realizacji warunków generała. Relacjonujcie szczegółowo i na bieżąco.

W końcu, po kolejnym ponagleniu, agent rezydentury o pseudonimie "Bryg" miał tego dość i wygarnął:

7 grudnia 1985 roku. [...] Aktualnie, jest to wrak człowieka, z którym nikt się tutaj nie liczy. Dzisiaj gotowa jest napisać artykuł potępiający, a jutro go odwoła. Sprawę jej ewentualnego powrotu można byłoby taka jest moja sugestia, wykorzystać w kategoriach humanitarnych. Była znana w kraju, pluła, obecnie szmata, ale pozwalamy jej się leczyć, zajmować starą matką. Podkreślam jeszcze raz, to zero bez żadnego znaczenia. Nie róbmy z niej sojusznika, bo to ją wywyższa.

Ale to nie "Bryg" decydował i nadal, na szczeblu najwyższym - między kierownictwem Departamentu I MSW, gabinetem ministra spraw wewnętrznych, wydziałem konsularnym MSZ-etu - trwała ożywiona korespondencja o realizacji warunków ewentualnego powrotu azylantki. Zrobiła jednak wszystkim potężny numer i po kolejnym nawrocie choroby wylądowała znowu w szpitalu psychiatrycznym.

Odwiedzał ją wysłannik rezydentury, ale nie po to, aby przynieść kwiaty i czekoladki. Według jego raportu do Centrali z 2 sierpnia 1985 roku - miał wybadać, co z żądaniami Kiszczaka. Czy są realne?

Przeprowadziłem więc rozmowę z lekarzem, który stwierdził, że stan chorej nie pozwala na wypisanie. Wymaga leżenia około 4 tygodni. Ponadto nie jest świadoma swoich czynów, relacji i działań. Będzie wymagała leczenia w kraju, meldował.

Centrala przypominała jednak, że sprawa miała być załatwiona jak najszybciej, londyńska rezydentura machnęła więc w końcu ręką. Zgodziła się na obietnice Lisieckiej, że odda teksty już w kraju. Jakiś czas trwały jeszcze korowody, kto ma zapłacić za jej podróż. Nie miała pieniędzy, a konsulat się nie kwapił. W końcu pojechała na bilet kredytowy, za który zapłaciła w Warszawie jej matka i dopiero wtedy zezwolono na wjazd figurantki do kraju. Spakowała ją i doholowała do samolotu zamieszkała w Londynie córka zaprzyjaźnionego z nią pisarza Andrzeja Brauna.

Wróciłam dzięki ekipie Jaruzelskiego

Przyleciała we wrześniu 1985 roku, gdy komunistyczna władza i bezpieka były jeszcze silne, naciskały więc na spłatę długu. Napisała wobec tego list do redakcji "Polityki" (nr 40, 5.10.1985), ale krótki i sensowny. Przyznawała, że jej wyjazd z kraju był "spowodowany osobistymi zawodami i nieszczęściami. Drogo za niego zapłaciłam, bo nie było wtedy furtki powrotu". Oddała cesarzowi, co cesarskie, podkreślając, że "po latach daremnych próśb wróciła dzięki obecnej ekipie". Powtarzała za peerelowską propagandą, że "liczymy się tylko tu, gdzie mówimy we własnym języku, a emigracyjne bytowanie to beznadziejność i trwoga".

Ale dla tych, którzy ją do kraju wpuścili, to było za mało, ona jednak ciągle się wykręcała, zdecydowała się dopiero na przełomie roku 1987/1988. W miejscu najgorszym z najgorszych - w "Rzeczywistości", postmoczarowskim piśmie najbardziej twardogłowej frakcji PZPR i emerytowanych esbeków oraz osławionego Stowarzyszenia "Grunwald". Tylko tam mógł się ukazać jej kuriozalny, autobiograficzny cykl "Azyl polityczny", wyczekiwane, klasyczne "pokajanje".

Autorka Mandarynów i gryzipiórków samobiczowała się w nim, tłumacząc, że wyszczuli ją "i zwabili do Monachium dwaj agenci CIA, płatni od łebka: Tadeusz Nowakowski i Jan Nowak-Jeziorański z Wolnej Europy oraz ich amerykańscy mocodawcy". Do wywiadu w "Timesie" namówił ją kolejny mąż zaufania CIA - Leopold Łabędź i to on podopisywał jej wiele zdań, na przykład, że nigdy już nie wróci do Polski. Jej zdjęcie dołączone do wywiadu na tle muru berlińskiego było fotomontażem. Werbowano ją do CIA, aby informowała o PRL-u, a gdy odmówiła - nie dostała etatu w Wolnej Europie. Prośba o azyl była warunkiem jakiejkolwiek pracy i mieszkania. Wyrzucono ją oknem, zawleczono do psychuszki, gdzie lekarze - wtyki CIA - tumanili pacjentów specjalnymi zastrzykami. Gdy wreszcie wyszła, słaniała się z głodu niczym dziewczynka z zapałkami z baśni Andersena, do śmierci głodowej nie dopuściła jednak ekipa generała Jaruzelskiego.

Mimo to wielu ją usprawiedliwiało, nie wierzyło w wymuszone brednie.

"To już tylko cień dawnej, tak buńczucznej Alicji", pisał w swoim Alfabecie Ryszard Matuszewski.

"Ruina, strzęp człowieka" - mówił Leszek Szaruga. "Nasłali na nią Koźniewskiego, ściągnęli tylko po to, żeby wykorzystać. Moi starzy, którzy się z nią przyjaźnili, odradzali jej powrót. W Anglii, gdzie ją odwiedzali, miała dobre warunki, zasiłek, opiekę lekarską, a tu?"

 

Komornik zajął jej emeryturę

Zamieszkała u swojej 83-letniej wtedy matki, w małym pokoju z kuchnią. Szybko więc zaczęły się problemy, matka bowiem nie tolerowała jej picia. Gdy zmarła półtora roku później, nie było komu płacić rachunków, zapełniać lodówki. Alicja Lisiecka nie miała emerytury ani renty, sprzedawała ostatnie funty, odłożone ze swego azylowego zasiłku, a ci, którzy wpuścili ją wreszcie do kraju, interesowali się tylko jej "pokajanjem".

W swoim piśmie do Kiszczaka Jan Dobraczyński obiecywał, że po powrocie koleżanki Lisieckiej zajmie się nią nowy, utworzony po 13 grudnia Związek Literatów. W rzeczywistości odmówił nawet jej przyjęcia, pluła przecież na PRL, była niezrównoważona psychicznie.

I tak już śmiano się, że brali z łapanki, a tu jeszcze Lisiecka! Ulitował się wtedy nad nią Władysław Machejek, wdzięczny za teksty w stanie wojennym, i to dzięki niemu przyjął ją krakowski oddział Zlepu.

"Dopiero wtedy mogłam wychodzić dla niej emeryturę" - wspomina Janina Brzozowska, wieloletnia sekretarka ZLP. "Nie miała wprawdzie wymaganego wieku, składek, lat pracy, prezes ZUS-u ma jednak prawo do decyzji w sprawach wyjątkowych, ale przyznał jej emeryturę najniższą, tak że początkowo nie chciała nawet brać, myślała, że to jakieś żarty, w końcu musiała".

"Starczało na dwa tygodnie" - dodaje Teresa Gniazdowska, obecna sekretarka warszawskiego oddziału ZLP, gdzie Lisiecka ciągle przesiadywała, mimo że była członkiem z Krakowa. "Chciała żyć tak jak w Londynie i kupowała swoje ulubione francuskie sery, wina, kosmetyki, fundowała kawy, a potem nie miała na czynsz, opłaty. Wyłączono jej gaz i światło, rosły długi, a komornik zajął część emerytury. Na życie zostawały grosze i niemalże głodowała, bardzo wychudła. Pożyczała po parę złotych od starych znajomych: Żukrowskiego, Berezy, Matuszewskiego i początkowo dawali, potem już nie, bo oczywiście nie oddawała. Warszawski oddział Zlepu, gdzie w 1987 roku w końcu przeszła, załatwił jej wtedy z Ministerstwa Kultury sporą zapomogę, co pozwoliło spłacić długi".

Próbowała jeszcze coś pisać, ale nic już nie wychodziło. Przez kilka dobrych lat krążyła całymi dniami po swoich starych szlakach: Nowym Świecie, Krakowskim Przedmieściu. "Przesiadywała w kawiarni ZLP, przynosiła ze sobą kilka zestawów swoich angielskich ciuchów, wychodziła do toalety, przebierała się. Wspominała lata dawnej świetności, ale było już z nią coraz gorzej, tak że wszyscy od niej uciekali, gdy dosiadała się do stolika, bali się" - mówiła pisarka Krystyna Kolińska.

Zupełnie się jednak nie leczyła. Gdy złamała kiedyś na ulicy nogę, trafiła do szpitala, gdzie naprawdę się nią zajęto, podleczono, ale na krótko - nie wykupywała przepisanych leków, nie miała za co, uważała zresztą, że jest zdrowa.

"Żywa śmierć"

Radziła sobie z coraz większym trudem. Żyła w bałaganie i zaniedbaniu, wśród starych gazet i niedopałków papierosów. Kilka razy zalała mieszkanie, o mały włos nie spowodowała wybuchu gazu. Wyjątkowo jednak nieufna - nikogo nie wpuszczała, nawet listonosza, emeryturę odbierała w ZLP - bała się psychiatryka.

Nie chciała też pomocy opieki społecznej z ulicy Żurawiej, nie dogadywała się z żadną z przysłanych pracownic - podejrzewała, że dybały na jej mieszkanie. Sąsiedzi, którzy od dawna się jej obawiali i chcieli się pozbyć, dopięli w końcu swego. Razem z opieką społeczną doprowadzili do sądowej rozprawy, uznania Alicji Lisieckiej za zagrażającą ich bezpieczeństwu.

Wiosną 2012 roku została umieszczona w zakładzie dla nerwowo i psychicznie chorych. Podobno jednym z lepszych w Warszawie, ale z wysokim murem zakończonym siatką, zamkniętą bramą, z kratami w oknach, drzwiami bez klamek, wieloosobowymi pokojami.

"Zabrano mnie tu siłą i podstępem. Panie z opieki wepchnęły do taksówki, okłamując, że jadę na badania, że wkrótce wrócę. Okazało się, że to już na zawsze, że już stąd nie wyjdę", skarży się chaotycznie Alicja Lisiecka, gdy ją odwiedzam.

Czuje się oczywiście bardzo nieszczęśliwa. Głównie ze względu na towarzystwo głęboko upośledzonych, bełkocących, śliniących się, agresywnych chorych. Ona natomiast chciałaby z kimś porozmawiać, tylko z kim? Pokój ma wprawdzie trzyosobowy, ale rojno w nim i gwarno niczym w dworcowej poczekalni - współlokatorki handlują papierosami. A po odtrąceniu kosztów pobytu zostają jej grosze i nie starcza nawet na ukochaną kawę.

"Fizycznie jest w dobrej formie - sprawna, chodząca" - mówi o niej dyżurujący opiekun. "Jedna z nielicznych, która czyta, walczy o przychodzące tu i wiecznie ginące gazety. Gdyby miała kogoś, kto by się nią opiekował, pilnował, aby brała leki - mogłaby być w domu. Ale nikogo takiego nie ma. Nikt jej nie odwiedza. Od czasu do czasu jedynie urzędniczka Związku Literatów, ale to problemu nie rozwiązuje".

Związkowi zapisała bowiem swoje mieszkanie. Za wizyty, choćby i rzadkie, ale dzięki nim jest traktowana inaczej. A przede wszystkim za obiecany nekrolog i pochówek w jej rodzinnym grobie na Powązkach, obok matki - nie chciałaby skończyć na Wólce, w zbiorowej mogile dla samotnych pensjonariuszy zakładu.

* * *

"Dziś żałuję, że wróciłam - mówiła - bo właśnie tu, w Polsce, gdzie się tak rwałam, spotkała mnie żywa śmierć. Psychiatryczne więzienie".

Znów więc, podobnie jak w Londynie, pisze listy do coraz mniej już licznych znajomych: Odojewskiego, Bocheńskiego, Hena. Może się odezwą, pomogą, jakoś ją stąd wyciągną?

Tylko teraz nie może nawet sama ich wysłać.

Goście przychodzący do zakładu zawsze wprawdzie je biorą, ale czy wrzucają do skrzynki?





Biografie odtajnione: z archiwów literackich bezpieki