Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 14/11/1998

 

 

PAWEŁ SMOLEŃSKI

I ty zostaniesz konfidentem

 

 

Żeby cokolwiek zrozumieć z archiwów, lustratorzy będą musieli zatrudnić kogoś z naszych. Kogo wezmą do pomocy? Przechrztów na prawicowość, generałów wsławionych sprawą Oleksego? A może wezwą na świadka mnie? Jaka jest gwarancja, że nie będę kłamać? - mówi były oficer operacyjny SB. W tej opowieści są rzeczy straszne: zrównywanie ofiar i katów, traktowanie ludzi wyłącznie jako źródła informacji. Ale jest w niej sens i przestroga. I dlatego jej wysłuchałem.

Pan Paweł? - powiedział bardziej pro forma niż z konieczności zidentyfikowania mnie, bo przecież usiadłem dokładnie tam, gdzie polecił, po lewej stronie hotelowej recepcji. Był wyższy ode mnie o głowę. Elegancki garnitur w delikatne prążki, dobry krawat, skórzana, solidna teczka, siwe, lekko przerzedzone włosy, zaczesane do tyłu, mocny uścisk dłoni; całym sobą sprawiał wrażenie, że jest człowiekiem godnym zaufania.

- Jak będzie, panie Pawle? - zapytał. - Zakolegujemy się?

Szliśmy przez hall, gdy rzucił przez ramię: - Jak sukcesy zawodowe?

- Same sukcesy - odrzekłem, a wtedy uśmiechnął się pewnym siebie, łagodnym uśmiechem, jakbyśmy znali się wiele lat i właśnie takiej odpowiedzi się spodziewał.

- Wspólny znajomy - uśmiech nie schodził mu z twarzy - zapewnił mnie, że będzie nam się dobrze gawędziło.

"Wspólny Znajomy" (człowiek pracujący w służbach specjalnych po 1989 roku): - Mam niedosyt po naszej rozmowie na temat ustawy lustracyjnej. Chciałbym, żeby pan więcej zrozumiał, lecz byłem w służbach zbyt krótko i przy mojej znajomości rzeczy nie będzie to do końca możliwe. Jeśli pan chce, zadzwoni do pana jeden z "operatorów" - tak esbecy nazywali między sobą oficerów operacyjnych od werbowania agentów i przynoszenia informacji. To było może 10 proc. zatrudnionych; byli elitą elit. - Ten, który zadzwoni, to jeden z najlepszych "operatorów", jacy kiedykolwiek byli w służbie, w dorobku worek sukcesów, z pańskiego punktu widzenia raczej niemiłych.

Był oficerem profesjonalistą, nadzwyczaj sprawną maszyną do zdobywania informacji, więc po 1989 r. bez problemów przeszedł weryfikację; gdyby chciał, załapałby się również w nowej rzeczywistości. Radzę się z nim zobaczyć.

Siedliśmy wreszcie w hotelowej kawiarni, zamieniając kilkadziesiąt zdań bez większego znaczenia. Dla obsługującej nas kelnerki musieliśmy wyglądać na dobrych kumpli, bo co innego mogła pomyśleć, skoro "Operator" tak składał zamówienie: - Dla mnie kawa z bitą śmietaną, ale bez kofeiny, bo serce nie chce mi już tak dobrze tykać jak kiedyś, a dla mojego przyjaciela kawa normalna.

A potem poszliśmy w głąb długiego korytarza, kompletnie pustego, gdzie gruba wykładzina skutecznie tłumiła wszelkie dźwięki. Siedliśmy w głębokich fotelach. Od czasu do czasu z kierunku, w który wpatrywał się "Operator", nadchodził wolnym krokiem olbrzymi hotelowy ochroniarz z białą słuchaweczką w uchu. Gdy ochroniarz był blisko, "Operator" zamykał teczkę z notatkami, błądził oczami to za oknem, to ponad głową wygarniturowanego olbrzyma i natrętnie pocierał kark, który po chwili stawał się czerwony. A potem znowu mówił.

Kto niewinny, decyduję ja

- Niech pan mi powie, po co wam, jak mawiał towarzysz Gomułka albo jakiś inny partyjny głowacz, ta puszka z Pandorą. Nie wie pan? - pyta "Operator". - Ja też nie wiem, ale coś chodzi mi po głowie. Ludzie, którzy chcą lustracji, mają głębokie przekonanie, że kiedy zajrzą do papierów, będą szczęśliwsi, bo prawda, a szukają prawdy, ma ich uszczęśliwić.

Nie będą.

Czy pan myśli, że wschodni Niemcy są szczęśliwsi od czasu, gdy otworzyli archiwa Stasi? A może dzięki lustracji szczęśliwsi są Czesi? Mówi pan, że oglądali papiery z wielkim zapałem. Nie pytam o zapał, tylko o radość. Co może być radosnego w fakcie, że dowie się pan, że w pana otoczeniu było kilka świń? A może kilku biednych, przestraszonych ludzi? Kilku psychicznych słabeuszy? A może... ale o tym jeszcze pogadamy; w końcu w archiwach może być fikcja, bajka wymyślona na nasze potrzeby.

Gdyby mnie ktoś zapytał o radę, powiedziałbym, że te papierzyska powinny być zalane betonem, jak sarkofag na reaktorze w Czarnobylu.

Gdy byłem w służbie, dobrze poznałem ludzi, i wiem, że są przede wszystkim ciekawi. I tą swoją ciekawością gotowi sobie samym szkodzić, niszczyć życie. Dam panu kilka przykładów - wziętych z głowy, bo ja te wszystkie przykłady wymyślam, żeby potem nie było kłopotów. Ale bardzo dobrze byłoby, gdyby pan te przykłady opisał.

Pewien szef wojewódzkiej delegatury UOP, gdy tylko został szefem, od razu poleciał do archiwów zobaczyć swoją teczkę. Zresztą tak robili i robią wszyscy nowi szefowie delegatur UOP, nowi ministrowie i wiceministrowie spraw wewnętrznych, z "Solidarności" i z lewicy. Skąd to wiem? Bo przez lata pracowałem w ludzkich charakterach. Poszedł ten nowy szef do piwnicy i musieli go stamtąd wyprowadzić. Bo w papierach zobaczył, że jego ślubna była naszą informatorką. No i co, czy od tej wiedzy poczuł się szczęśliwszy?

Bo gdyby choć mógł mieć pewność, że to prawda. Ale skąd ta pewność? W naszych papierach mógł być odnotowany każdy, kto otarł się o milicję, urzędy paszportowe, służby celne, pograniczników, wreszcie o nas. A w jaki sposób był wpisany, o tym już nie on decydował ani nawet nie to, co zrobił. Decydował oficer operacyjny.

"Wspólny Znajomy": - Nie było drugiej instytucji, która miałaby podobny szacunek dla wpisów i papierów. Co nie znaczy, że pracowano tam perfekcyjnie i rzetelnie. W PRL wszyscy pracowali jako tako, i w bezpiece nie było inaczej.

W latach 80. w resorcie zapanował głód sukcesów. Z samej góry MSW, a nawet z okolic Biura Politycznego szły wytyczne, że każdy oficer operacyjny winien raz w miesiącu zwerbować nowego agenta. Operatorzy wiedzieli, że to absurd, że często wystarczy jeden agent, za to dobry, na lata. Ale było polityczne zapotrzebowanie, a za nim szły sugestie, że jak nie zawerbujesz, to nie dostaniesz premii, nie zamienisz mieszkania, przeniosą cię do obserwacji albo do łączności. Więc ludzie wpisywali w bieżące kartoteki fikcyjne werbunki.

- Solidnie przygotowałem się na spotkanie z panem - "Operator" wyjmuje ze skórzanej teczki plik kartek. - Mam gotowy artykuł, zrobi pan z nim, co chce. Przeczytam kawałek: "Miarą dobrej pracy oficera operacyjnego była liczba udanych werbunków. Pogoń za osobowymi źródłami informacji dawała możliwość przekłamań. Oficer rejestrował kogoś jako współpracownika, a faktycznie człowiek zgodził się na kolejne spotkania, ale zobowiązania o współpracy nie podpisał. Lecz dzisiaj w materiałach archiwalnych może być agentem. Bo takiej rejestracji dokonał oficer".

"Wspólny Znajomy": - Wpisanie do rejestru fikcyjnego agenta miało krótkie nogi. Dlatego lewi współpracownicy pojawiali się w kartotekach zwykle pod koniec roku, gdy zbliżał się czas rozliczeń sukcesów i warto było ryzykować, a znikali w styczniu, gdy na nowe sukcesy było 12 miesięcy. Oficerowie wyrejestrowywali ich, pisali, że źródło nie jest wartościowe, nie chce współpracować itp. W bieżących kartotekach pojawiały się puste strony, ale raz wpisane nazwiska nie wyparowywały, bo po każdym wpisie, także fikcyjnym, pozostawał jakiś ślad. Nikt nigdy by do takich wpisów nie dotarł, bo nigdy nie byłoby takiej potrzeby, gdyby nie obecna lustracyjna ciekawość.

Przez naiwność do piekła

- Drugą niebezpieczną cechą, zaraz po ciekawości, jest naiwność - opowiada "Operator". - Bo człowiek myśli sobie: Może inni byli współpracownikami, z pewnością byli, bo ubecja musiała mieć agenturę. Ale ja? Czemu ja? Przecież sam wiem najlepiej, że nic z nimi nie miałem wspólnego...

Lecz taki człowiek najpierw powinien się zastanowić, czy nie starał się np. o zagraniczne stypendium i czy ktoś go o to stypendium nie przepytywał? Czy nie wyjeżdżał za granicę i z kimś nie rozmawiał przed wydaniem paszportu? A może celnicy złapali go na przewozie kilku nielegalnych dolarów? Może wtedy trafił na ludzi, którzy mówili, że są z kontrwywiadu, i prosili, żeby podpisał, że nikomu nic nie powie o rozmowie, podczas której o nic go nie pytano? A może nic nie podpisał, bo go nawet nie proszono? A może nawet nikogo nie spotkał twarzą w twarz, bo oficer pomyślał, że to dopiero kandydat na informatora? Ale to, czy oficer przy nazwisku zaznaczył, czy to kandydat czy współpracownik, zależało tylko od oficera.

A może nasz niewinny przypomni sobie pana lub panią, którzy lata temu wpatrywali się w listę lokatorów jego bloku? Może ten pan albo pani spisali akurat jego namiary (w fikcyjnych werbunkach przynajmniej nazwisko musiało zgadzać się z adresem)?

Dlatego jestem przekonany, że po otwarciu akt wielu ludzi bardzo się zdziwi. Także na swój temat; przez naiwność trafią do piekła.

Nie sadysta, nie oprawca, za to zna języki

- Przyszedłem do służby 30 lat temu, prosto ze studiów, po sześćdziesiątym ósmym - wspomina "Operator". - Dlaczego? Bo byłem młody, ambitny, zdolny, wreszcie - bo mi zaproponowano.

Czy była to dobra służba czy zła, nieważne, w końcu nie o tym rozmawiamy. Za to z pewnością była sprawiedliwa. Kto miał wyniki, miał i pieniądze, i uznanie przełożonych, awanse, mieszkanie.

Dlaczego to robiłem? Niech pan zapyta najpierw, co robiłem? Robiłem wszystko, by w Polsce był spokój. Jest mi naprawdę za jedno, czy orzeł nosi koronę czy nie, czy Polska nazywa się RP czy PRL, czy patrzymy na Zachód czy na Wschód. Ważne, żeby ta biało-czerwona miała gdzie powiewać, żeby między Odrą i Bugiem było nasze.

Więc robiłem wszystko, żeby tu był spokój, i miałem czyste sumienie. Mówi pan, że był to spokój niemal cmentarny, że "przywrócenie spokoju" to wtedy była najstraszniejsza obietnica. Dziś tak się mówi, ale wtedy tak nie mówiono, a co będzie za 50 lat, to z nas dwóch tylko pan być może będzie oglądał.

"SB siedziała wszędzie. Departament II zabezpieczał obiekty z produkcją specjalną, transport międzynarodowy, biura podróży. Rozpracowywał zachodnie placówki dyplomatyczne. Wydział XIII, a potem VI dokonywał tajnych zatrzymań działaczy opozycji. Było wiele udanych werbunków. Departament III rozpracowywał środowiska naukowe, twórcze i uczelnie wyższe. Wydział IX werbował działaczy KOR, TKN, >>Solidarności<<. Departament IV rozpracowywał PAX, inteligencję katolicką i jej kluby, zajmował się Katolickim Uniwersytetem Lubelskim i seminariami duchownymi, werbował kler i kościelną hierarchię. Departament I był jednostką elitarną. Miał prawo werbować wszystkich, nawet członków partii" (z artykułu "Operatora").

Pracowałem w... no, w departamencie (którym, to panu niepotrzebne). Nie byłem ani sadystą, ani krwawym oprawcą. Tak było w służbach po wojnie, gdy brano każdego z brzegu, byleby był wierny, a umny to już niekoniecznie, bo wierzono, że brak rozumu nadrobi pasem albo pięścią. Gdy przyszedłem do służby, tych powojennych prawie już nie było.

A później? Proszę pana, nam nie był potrzebny prostacki osiłek, lecz człowiek wykształcony, z językami. Mówi pan, że nie wszyscy z nas tacy byli. Zgoda, nie wszyscy, ale czy w Akademii Nauk wszyscy znają języki?

Nigdy polskie służby specjalne nie obalały rządów jak CIA w południowej Ameryce, aż wymyślono sprawę przeciwko Oleksemu i żeśmy - mówię o służbach w całości, mnie już w nich nie było - się skompromitowali. Nigdy po stalinizmie (wiem, co mówię) polskie służby specjalne nie wykonały potajemnie wyroków śmierci, choć wyrok miał Światło, miał Kukliński, jeszcze kilku innych.

Generalnie rzecz ujmując, pracowałem jak psycholog, szukałem sposobów, by z człowieka wydobyć jak najwięcej informacji. Napatrzyłem się na ludzkie słabości, na ułomności. Dlatego mogę powiedzieć, że znam ludzką naturę.

Dziwka, student, profesor

- Z jakimi ludźmi musiałem pracować? - "Operator" głębiej wciska się w fotel. - Z różnymi, z bardzo różnymi. Byli porządni, były kanalie, choć to pan ich tak nazywa. Ja naprawdę znam naturę człowieka, więc nie chcę wydawać zbyt łatwych wyroków.

Kolega opowiadał mi, jak prowadził kiedyś panienkę, która pracowała z cudzoziemcami po hotelach. Dziwka dewizowa, lecz troskliwa matka; miała dziecko z zagraniczniakiem, ale on jej nie chciał albo wyjechał na drugi koniec świata, więc ona - piękna kobieta, kilka języków, prezencja - troszczyła się o to dziecko jak o źrenicę oka. Pewnego razu idzie do banku z pieniędzmi i szok, bo klient zapłacił jej fałszywymi dolarami. Więc pod katedrą św. Jana kupiła od narkomana strzykawkę jego krwi, jeszcze raz spotkała się z klientem, uśpiła go i wstrzyknęła krew. Kolega za głowę się złapał, jak można zrobić coś takiego. A ona, że zrobi to każdemu, kto jej dziecku odbierze chleb. Widzi pan, jacy są ludzie. Jak pan ją oceni?

"Wspólny Znajomy": - Miałem kiedyś profesora, szanowałem go nawet. Teraz wiem, że był informatorem. Ale nie tylko donosił, co się działo w pokojach jego instytucji. Przede wszystkim załatwiał swoje sprawy. Mówił np., żeby jego naukowym konkurentom nie wydawać paszportów (i kilka osób nie wyjechało na jakieś sympozja), i to jest jeszcze wytłumaczalne zawiścią. Ale prosił również, by ludzi, których nie lubił, umieszczać na końcu kolejki mieszkaniowej. Czy coś z tych zabiegów wynikało, tego nie wiem. Ale wiem, że odpowiadano mu: - Towarzyszu profesorze, postaramy się, zrobimy.

Albo człowiek ze sfer opozycyjnych, nie taki z pierwszej linii, nigdy nic nie podpisywał, bo tłumaczył, że ktoś musi być czysty, poza zainteresowaniem służb. Dlatego w jego domu, za jego sugestią, odbywały się spotkania, dyskusje, narady. Lecz wcześniej, za jego aprobatą, esbecja naszpikowała sprzętem podsłuchowym całe mieszkanie.

Ale jestem pewien, choć wiem dużo mniej niż "Operator", że na jedną kanalię przypadało dziesięciu wplątanych, z których kilku nikomu niczym nigdy nie zaszkodziło. Tylko że w papierach nie zanotowano tych różnic.

- Napatrzyłem się przez te lata na podłość - "Operator" mówi bez najmniejszych emocji. - Poznałem donoszących na najbliższych; na pierwszym spotkaniu płakali, że coś takiego robią, na dwudziestym byli uśmiechnięci, pełni wewnętrznej akceptacji dla siebie. A ja? Zbierałem informacje, tyle że przy użyciu sposobów, rzekłbym, mało konwencjonalnych.

Powiada się, że jak człowiek gnój przewraca, musi się upaprać. Nie sądzę, bo można przewracać ostrożnie. Dlatego mam poczucie, że mnie nie powalało.

Lecz jestem przekonany, że nie ma siły, by się nie upaprać przy otwieraniu archiwów. Znajdzie się tam wiele niegodziwości, ale znacznie więcej informacji, które dla postronnych (a grzebiący w archiwach to postronni) nie znaczą nic. I niegodziwości będą przesłaniać im wszystko inne, zachłysną się podłością, uwierzą, że każdy, kto figuruje w archiwach, jest unurzany. Skończy się tak, że aby odkryć jednego łajdaka, skrzywdzą trzech niewinnych.

Przykłady wzięte z głowy

- Podam panu kilka przykładów - "Operator" wciska nos w notatki. - To już chyba moja obsesja, ale niech pan zaznaczy, że całkowicie, całkowicie wymyślone.

"Departament I otrzymał z biura W (werbujące poczciarzy, by wyłapywać interesującą korespondencję) informację, że znany naukowiec, antykomunista związany z rządem londyńskim, prosi młodszego kolegę po fachu mieszkającego w Polsce, by wybadał, czy jest szansa na powrót. Naukowiec jest wybitnym specem w dziedzinie obronności, ale to starszy człowiek, więc list jest sentymentalny, o tęsknocie za ojczyzną, o chęci złożenia kości na Powązkach itp. Skontaktowaliśmy się z młodszym kolegą, powiedzieliśmy mu, że to zaszczyt dla PRL, by profesor powrócił, że najlepiej będzie, jeśli przekaże mu to osobiście. Na dodatek za zasługi w ściągnięciu do Polski naukowca światowej sławy my, czyli resort, stawiamy podróż.

Młodziak zgodził się, pokwitował wzięcie biletu i kilku diet dewizowych. Profesor przyjechał i przed śmiercią zdążył jeszcze popracować, tym razem dla obronności Układu Warszawskiego. Czy ten młody człowiek był naszym agentem?

Departament III zatrzymuje studenta, działacza podziemia, w nielegalnej drukarni. Oficer obiecuje: będziesz spokojnie studiować w zamian za współpracę... Student godzi się, lecz później stara wywinąć. Przynosi informacje, o których sądzi, że są bez znaczenia, np. młody pracownik nauki chce leczyć za granicą swoje jedyne umierające dziecko. SB dociera do naukowca, za obietnicę współpracy daje paszport. Naukowiec podpisuje zgodę na współpracę, bo wie, że polscy lekarze dziecka nie uratują. Czy zrobił źle?

Departament IV odkrył, że pewien młody duchowny jest ojcem. Przyciska go do muru, ksiądz jest załamany, daje materiały na hierarchów. Niedługo wyjeżdża do Rzymu, wytypowany na studia kanoniczne. Pozostaje na kontakcie wywiadu PRL.

Departament II przyłapał pilota wycieczek zagranicznych na szmuglu. Pilot nie chce siedzieć, więc godzi się na współpracę.

Dziś młody naukowiec, który ściągnął do Polski światowego specjalistę od radarów, jest profesorem. Student z podziemnej drukarni - rzetelnym pracownikiem państwowej administracji. Dziecko drugiego naukowca szczęśliwie wyzdrowiało, a on sam woli politykę od nauki. Młody ksiądz jest biskupem. Pilot wycieczek zagranicznych - posłem" (z artykułu "Operatora").

- W archiwach każdego z nich zapisano w ten sam sposób: tajny współpracownik - opowiada "Operator". - Ale niech pan sam sobie odpowie, jak ma się zachowanie młodego naukowca do zachowania księdza, ojca wystraszonego o życie dziecka do zachowania pilota wycieczek? Bo ja panu na to nie odpowiem.

Infamia zamiast medalu

"Wspólny Znajomy": - Niech pan spojrzy na to ogromne biurko i wyobrazi sobie na nim stosy tekturowych teczek, dziesiątki kilogramów papierów. Wszystkie dotyczą jednego człowieka. W jednej z nich jest kilka raportów i pokwitowania za butelki koniaku, za jakiś zegarek czy ozdobne pióro wieczne; wynagrodzenie za współpracę z SB. W pozostałych kilkudziesięciu - raporty o jego działalności opozycyjnej, o inwigilowaniu, podsłuchiwaniu, śledzeniu, o pobytach w PRL-owskich więzieniach i aresztach. Czy jedna cienka teczka równoważy wagę pozostałych? Pan mówi, że to inne rachunki. A ja - że te same.

Albo: znów stos teczek, w jednej dowód złamania w stalinowskim śledztwie, kiedy bito i torturowano, potwierdzony zgodą na współpracę. I nic więcej, ani jednego raportu, ani śladu donosu. W pozostałych - spisany ręką oficera SB życiorys, za który Rzeczpospolita powinna nagradzać medalami. Czy ten jeden jedyny podpis decyduje o reszcie życia?

Albo: teczka z raportem od studenta, dotycząca jego "współspacza" z akademika, młodego naukowca z Zachodu. Tyle że w teczce nie napisano, że student przyznał się cudzoziemcowi, że w zamian za raport na niego dostanie akademik. Więc poszli do knajpy, wypili pół litra pod dwie miski flaków, a donos jest niejako ich wspólnym dziełem.

Czy pan myśli, że lustracja rozjaśni nam cokolwiek w tych trzech przypadkach?

Godność ubeka

- W 1987 r. w archiwum biura C MSW, czyli w centralnej kartotece operacyjnej, gdzie spływały wszystkie karty rejestracyjne, było 3,1 mln fiszek - "Operator" zamienia się w buchaltera. - W październiku 1990 roku tylko 2,5 mln. Gdzie się podziało te 600 tysięcy kart? Kto je ma, kto wywiózł, kto zadołował? A może ktoś zniszczył? Jaki sens ma lustracja, gdy w archiwach brak 600 tysięcy nazwisk?

W 1990 r. z archiwum wyrejestrowano 88 tysięcy kart. Czemu? Jestem przekonany, że archiwa przetrząsali kolejni ministrowie i szefowie UOP niezależnie od politycznej opcji. Buszowali w nich politycy i lustratorzy Antoniego Macierewicza.

To, co jest w archiwach, nie jest tym samym, co w nich było, gdy na Rakowieckiej siedziała SB.

"Wspólny Znajomy": - Nie ma ani jednej teczki dotyczącej księży. W niektórych komendach wojewódzkich, np. w Gdańsku, zginęło ponad 50 proc. akt. Teczki niszczono już w 1988 r.; dla ludzi służby było jasne, że kraj szykuje się do wielkiej przemiany. Skąd wiedzieli? MSW miało własny pion analiz, dostawali fachowe ekspertyzy od bardzo dobrych naukowców. Ci ludzie są również na listach współpracowników, a ekspertyzy mogą być traktowane jak donosy, choć robili to samo co eksperci ówczesnego rządu albo Komitetu Centralnego.

- Żeby zdobyć informacje, musiałem wykorzystywać ludzkie słabości - "Operator" zaczyna mocniej trzeć kark. - Ale z drugiej strony byłem jak ksiądz, jak lekarz, bo znałem ich najintymniejsze sekrety. Praca z osobowym źródłem informacji jest długa i najeżona rafami. Trzeba przebić się przez wrogość, przez łzy, trudno uzyskać to, co się zaplanowało. Ale później nawiązuje się jakaś nić. Z wieloma swoimi agentami byłem na stopie przyjacielskiej, odwiedzałem ich jak kolega. Zawsze im przypominałem: nie chcesz czegoś zrobić, nie rób, tylko nie kłam, że zrobiłeś. I nie kłamali, bo między nami była więź jak między spowiednikiem a spowiadającym się; prawda za poczucie wolności od grzechu. Oraz obowiązywała umowa: oni mówią, a ja gwarantuję, że o fakcie współpracy nikt się nie dowie. Nigdy.

Więc kiedy odchodziłem na emeryturę, na dysk twardy mojego komputera przypadkowo wylała się herbata i wszystkie pliki szlag trafił. A dyskietki gdzieś poginęły.

W końcu istnieje coś takiego jak honor oficera służb specjalnych, jak pan woli - godność ubeka.

Na notes

- Żeby cokolwiek zrozumieć z archiwów, będziecie musieli zatrudnić kogoś z naszych - przy tych słowach "Operator" jest wyraźnie wściekły. - Kogo weźmiecie do pomocy? Przechrztów na prawicowość, świeżych generałów wsławionych sprawą Oleksego? Czy pan naprawdę wierzy w ich bezstronność i fachowość? Taki generał Zacharski to tylko ukadrowiony współpracownik resortu, nie ma pojęcia o pracy operacyjnej. Co on w tych archiwach przeczyta?

A może lustratorzy zechcą kiedyś wezwać mnie na świadka? Proszę bardzo, ale jaka jest gwarancja, że nie będę kłamać? A kto położy głowę, że wyrzuceni z UOP na początku bieżącego roku moi byli koledzy powiedzą prawdę przed sądem lustracyjnym, a nie zechcą zrobić psikusa ludziom z koalicji, przez którą stracili pracę?

Niektórzy powiadają, że była SB będzie teraz wystawiać Polakom świadectwa moralności. Jaką wartość będzie miało to świadectwo?

"Wspólny Znajomy": - Ci najlepsi z najlepszych, najbardziej zaufani, mieli informatorów, których nazywali "agentami na notes". Taki informator to człowiek wysoko umocowany w interesującej służbę instytucji, poważny, ale płochliwy, wart, by w niego inwestować, spełniać zachcianki, łącznie z taką, że nie podpisuje żadnych zobowiązań do współpracy, pokwitowań za honoraria. "Agent na notes" figurował tylko w notesie oficera prowadzącego, nie miał fiszki, jego informacje rozpisywano na głosy; często głos dawała postać fikcyjna lub nic nie znaczący konfident. O "agencie na notes" nie wiedział nikt prócz jego operatora.

Ale wiadomo było, że tacy agenci istnieją.

W latach 80. rozpracowywano pewną placówkę naukową; akcja miała kryptonim "Pałac". Było to łatwe, bo wszyscy wiedzieli, że tam strasznie konspirują, ale i trudne, bo ludzie się znali, a przede wszystkim licytowali w niechęci do reżimu. Jednak pozyskano agenta i okazał się on wyjątkowym gorliwcem. Jego teczki nie ma! Nie ma i już! A to w lustracyjnej logice oznacza, że nie był agentem. Za to ja wiem, że był.

- Mówiłem już panu o godności - opowiada "Operator". - Prócz niej istnieje również pragmatyzm służby. Otworzymy archiwa i wtedy wszyscy w kraju i za granicą poznają nasze metody. A metody to, po agentach, drugi filar służb specjalnych. Tego nikt dobrowolnie nie zdradza. A my zdradzimy. I już nigdy nie pozyskamy żadnego poważnego, wartościowego informatora. Tymczasem agentów pozyskiwać trzeba niezależnie od systemu. Nawet Izraelczycy szukają źródeł informacji u swoich najbliższych sojuszników z USA.

Więc gdy okaże się, że Polacy wydają agentów i pokazują publicznie, jak z nimi pracowali, najbiedniejszy nawet mieszkaniec byłego Imperium nie będzie chciał mieć z naszym wywiadem nic wspólnego. Bo pomyśli (a ja go rozumiem), że kiedyś pewnie z własnej woli go wsypiemy.

Obiad z ministrem

"Wspólny Znajomy": - W archiwach nie będzie fiszek najlepszych agentów, ludzi, których działalność była dla PRL-owskiej opozycji naprawdę szkodliwa. Za to z całą pewnością będą ludzie, którym Polska zawdzięcza, że wydobyła się z komunizmu bez większej zawieruchy.

Chce pan przykładu? Znany adwokat, dziś może nawet orędownik lustracji, spotyka się z byłym ministrem spraw wewnętrznych, by porozmawiać o więźniach politycznych albo o projektowanej amnestii, albo o przygotowaniach do Okrągłego Stołu. Rozmawiają w miarę otwarcie, każdy każdego sonduje. Adwokat idzie do swoich i mówi: w moim przekonaniu władza zamierza to i to. Minister idzie na posiedzenie Biura Politycznego i zapewnia: spodziewam się, że opozycja postąpi tak a tak.

Adwokat jest wpisany w archiwach (w kategoriach służb specjalnych to klasyczny agent wpływu), zapewne ma nawet swój pseudonim - taka była wtedy maniera, żeby konspirować i utajniać nawet to, co tajne nie było. A nawet minister musiał gdzieś zaksięgować wydatki związane z obiadem.

Jeśli pan chce, może pan na miejsce adwokata wstawić hierarchę Kościoła katolickiego, pisarza, naukowca.

Proszę odpowiedzieć mi na pytanie: czy jest różnica między nieformalnym spotkaniem szefa całej bezpieki ze znanym adwokatem, z przedstawicielem opozycji, z biskupem - a spotkaniem kapitana Kowalskiego ze zwykłym Kowalskim z ulicy? Mówi pan, że jest. Zgoda. Ale czy lustracja dostrzeże tę różnicę? Wszak fiszki w archiwum mogą mieć takie same.

Szczur w biografii

- Naopowiadali panu, że papiery w esbeckich archiwach są jak linie papilarne; jeśli nie ma podpisanej deklaracji współpracy, to jest pokwitowanie za pieniądze albo notatka służbowa, że oficer potrzebował parę groszy na butelkę brandy, bo agent akurat miał imieniny albo urodziło mu się dziecko - kpi "Operator". - Jest w takim myśleniu jakiś sens; w końcu czym innym niż liniami papilarnymi są kwity za obiady z biskupami czy adwokatami rozliczane przez ministra? Ale jest też wielka pułapka. Bo ważniejsza od linii papilarnych jest wiedza, kto te linie zostawił.

Opowiem panu taką historię. Był w jednym z nadmorskich miast pewien działacz podziemia, sprawny organizator. Wielu chciało go przydybać, bo taki sukces przydałby się chyba wszystkim departamentom, ale to moja komórka w końcu go przyłapała. Wił się, kluczył, ale nie daliśmy mu wyboru, zaczął dawać na kolegów. Jego informacje były tak cenne, że oficer prowadzący postanowił działacza ukryć przed naszymi, tak zamanipulować w kartotekach, żeby inni oficerowie zostawili człowieka w spokoju. To była normalna praktyka.

Więc ustaliliśmy, że przy nazwisku działacza pojawi się taka adnotacja: jest rozpracowywany ze względu na podejrzenie kontaktów z zachodnim wywiadem. W służbie była zasada, że nie wchodzimy sobie w paradę. Wszyscy musieli się od niego odczepić.

Informacje, które nam dawał, wkładaliśmy w usta innych agentów, czasem takich, których w ogóle nie było. On sam był za to śledzonym przez nas szpiegiem Zachodu.

"Wspólny Znajomy": - W kartotekach często wpisywano przy nazwisku literki OZ - "obiekt zainteresowania". W ogromnej liczbie przypadków była to informacja: nie ruszaj, już nim się zajmujemy, jest pod obserwacją, jakakolwiek dodatkowa aktywność może go niepotrzebnie wystraszyć. Ale jedna sprawa na kilkaset, może jedna na tysiąc, to było stworzenie przykrywki dla superwtyczki. Lecz dziś tak zarejestrowany współpracownik jest nie do odróżnienia od ofiary bezpieki.

- A w drugim nadmorskim mieście był sobie znowu drugi działacz - ciągnie "Operator" z dziwnym uśmiechem - równie znakomity organizator, miał doskonałe kontakty z zagranicznymi agendami "Solidarności" i zachodnimi związkami zawodowymi, załatwiał transporty powielaczy i papieru. Był dla nas cierniem w oku, bo gdybyśmy go mieli, mój Boże, moglibyśmy zdrowo naprzykrzać się podziemiu.

Więc koledzy zaczęli działaczowi dokuczać, zamknęli go parę razy, postraszyli, znów zamknęli, znów postraszyli, i tak w kółko, żeby pękł, próbowali werbować na wszystkie sposoby. A on ani myślał pęknąć. Wtedy pomyśleliśmy, że skoro nie chce nam dawać na podziemie, to my damy podziemiu na niego.

Na początku były plotki i ploteczki: jak to się dzieje, że niektóre transporty wpadają, a tylko jego nie? Że jego listy dochodzą na Zachód, a inne tylko do MSW na Rakowiecką? Czy to nie dziwne, że inni, tak samo dobrzy, mają mniej szczęścia, a tylko on taki w czepku urodzony? Trochę naszej pracy i koledzy konspiratorzy zaczęli na niego uważać.

Potem zamknęliśmy kogoś z jego otoczenia, a jego, choć powinien siedzieć, zostawiliśmy na wolności. Potem znów zaczęliśmy plotkować. Wpuściliśmy mu szczura w biografię. Bo nas zdenerwował.

A potem nastała III Rzeczpospolita i wydawało się, że sprawa z naszym niezłomnym działaczem jest skończona. Ale gdzie tam. Nagle okazało się, że w ubeckich papierach jest jego ślad, szum informacyjny. Ktoś komuś szepnął (co zostało zapisane), że działacz jest pewnie agentem. Ktoś to znów potwierdził, może ze strachu przed kolegami z podziemia, a może z zazdrości. I tak dalej.

A wie pan, jaki jest koniec tej historii? Nasz niezłomny miał otwartą karierę w państwowych strukturach. Miał nazwisko. I gdy już mieli wręczać mu nominacje, to ktoś usłużny (takich nigdy nie brakuje) przyniósł zwierzchności jego teczkę, choć jeszcze wtedy archiwa miały być szczelnie zamknięte. Niezłomny przepadł do tego stopnia, że na podstawie naszych fałszywych wpisów próbują werbować go chłopcy z UOP-u, nie wiedząc, że on jest nie do zwerbowania.

Lustrowania nigdy dość

- Najbardziej śmieszy pewność - "Operator" wydaje się rozbawiony - że III Rzeczpospolita przełknie lustrację jak łakomczuch porcję lodów. Pan mówi, że lustracja Macierewicza i sprawa Oleksego dają nadzieję, że grzebanie w papierach nie będzie już nikogo obchodzić. Gwarantuję panu, że będzie. A wtedy okaże się, że byliśmy przebezpieczeni prawie jak NRD albo, jeśli woli pan przykład z drugiej strony, jak Francja, gdzie, wedle mojej wiedzy, werbowano i dozorców, i wysokich urzędników państwowych. Wyjdzie na jaw, że lustracja to nie lody, ale życie.

Gdyby to nie było tak przerażające, śmiałbym się do łez z przekonania, że akurat polska lustracja będzie sprawiedliwa - "Operator" przestaje się śmiać. - Wiara w lustracyjną sprawiedliwość to kwintesencja lustracyjnej ciekawości i związanej z nią naiwności.

Nie ma sprawiedliwości w ujawnianiu akt. Obok świń są w archiwach ludzie słabi, obok winnych - niewinni. Gdy poszczególne sprawy wyjdą na światło dzienne, będzie wiele krzyku, wiele odwołań, wiele obrzucania się błotem. I do niczego to nie doprowadzi.

Nawet w b. NRD, gdzie porządek w aktach jest chyba o wiele większy, choćby dlatego że za lustrację wzięto się wcześniej, więc nie było okazji, żeby wiele namieszać, lustracja nie była sprawiedliwa. W Czechach też nie.

A co się dzieje wtedy, kiedy lustracja nie spełnia oczekiwań? Jej przeciwnicy nadal są przeciwnikami, zwolennicy (chyba że sami dostali po uszach) uważają, że przyjęte rozwiązania nie sięgały wystarczająco głęboko. Więc głowią się dzień i noc, jak lustracyjne prawo poszerzyć.

W moim przekonaniu lustracja to najtrudniejsze przedsięwzięcie w powojennej Polsce. Dlatego że niewykonalne. Jeśli chory na serce radzi się kardiochirurga, czy warto operować, a kardiochirurg mówi, że nie, wtedy od skalpela trzeba trzymać się z daleka. Skąd wiem? Bo to ja jestem kardiochirurgiem.

Ale dziś mamy taką sytuację, że pacjent mówi, że wie lepiej. Wyrzuca kardiochirurga, a do skomplikowanej operacji serca angażuje protetyka dentystycznego. Kardiochirurgowi to niczym nie grozi, tylko pacjentowi.

Powiem panu, jak to będzie wyglądać. Na początku prawica ujawni kilka nazwisk lewicy, najlepiej z samej góry, żeby spotęgować efekt. Wtedy lewica się odwinie i jeszcze dołoży swoje. Więc prawica przyłoży jeszcze raz, lewica odda, prawica przyłoży, lewica odda. I tak dalej. Kto wygra? Moim zdaniem nie będzie zwycięzców.

Nie chcę być byłym ubekiem

- No i co pan z tym zrobi? - pyta "Operator" na koniec. - Czy będzie to wywiad ze mną, czy może wciśnie pan do gazety mój artykuł? Nie wie pan? Szkoda.

Artykułowi dałem tytuł "Kto niewinny, niech pierwszy rzuci kamieniem". Dobry tytuł! Co, mówi pan, że trochę patetyczny? Ale jak słucham wypowiedzi zwolenników lustracji, to myślę, a wiem, co myślę, że niektórzy z nich właśnie w ten sposób są niewinni. Może pan dałby ten tytuł, może ktoś go właściwie odczyta? Nie? Trudno.

Za to chciałbym wiedzieć, jak mnie pan przedstawi. Bo jeśli jako byłego ubeka albo esbeka, to mnie to nie interesuje. Byłem pełnym pułkownikiem, w służbie 30 lat, i proszę mi wierzyć, że mam czyste sumienie.

Sukcesami nie będę się chwalić, a porażki... Proszę pana, największa to ta, że nie jestem już dziś w służbie, a niech pan mi wierzy, że w wielu sprawach moje doświadczenie bardzo by się przydało. Czy jeśli dentysta leczył zęby Gierkowi, to nie powinien leczyć Buzkowi? Zły to król, który wyrzuca dobrego kucharza, podczaszego, kurtyzanę, odziedziczonych po poprzednim władcy.

Lecz doszedłem do wniosku, że w takiej atmosferze...

Ci nowi mieli nas za komunistycznych oprawców, za sługusów PZPR bez żadnej wiedzy fachowej. Gdy nami się pomiata i gardzi, za to przemalowańców z przetrąconymi kręgosłupami szanuje się i robi generałami, kiedy pierwszy lepszy z kilkumiesięcznym stażem w UOP-ie uważa, że wie, co to służba, i zna się na archiwach... Nie, dobrze, że mnie tam już nie ma.

Chcę, żeby pan napisał, że byłem oficerem służb specjalnych. Pracowałem jak w Ameryce, jak w Anglii. Czy tak samo jak w Rosji? Co za pytanie? Pewnie, że tak, bo służby specjalne na całym świecie pracują tak samo.

Teraz mówi się, że Buzek z Kwaśniewskim wprowadzą Polskę do NATO. Niech pan nie wierzy w te brednie. Do NATO wprowadziliśmy Polskę my. Panie Pawle, po co te zdziwione oczy? Czy to Buzek z Kwaśniewskim wywieźli amerykańską rezydenturę CIA z Iraku tuż przed wojną w Zatoce? Przecież to my, PRL-owscy ubecy. Będziemy w NATO, bo Amerykanie, a za nimi reszta sojuszników, docenili nasze kompetencje, nasz profesjonalizm. Amatorów im nie trzeba.

Mówi pan, że z tym NATO to przesadzam. Może. Ale czy myśli pan, że przesadzam również z naszym profesjonalizmem? Mogliśmy wywieźć Amerykanów z Iraku, więc, proszę mi wierzyć, nasze służby były w stanie robić też inne numery. Gdy myśli pan o operacji w Iraku, niech pan również pomyśli o teczkach.

A nie zapyta mnie pan na koniec, co teraz robię? Proszę sobie wyobrazić, że cieszę się życiem (tylko to serce już tak dobrze nie pika), cieszę się wnukami, łowię ryby. I nigdy w życiu nie pójdę ulicą Rakowiecką. Nawet na spacer.

Słyszał pan opinię, że esbecy boją się lustracji? A niby czemu? Gdy werbowałem agenta, on znał mnie jako majora Jamesa Bonda albo pułkownika Hansa Klossa; zawsze robiłem to na fałszywych papierach, wszystkie wpisy sygnowałem konspiracyjnym nazwiskiem. Gdyby ktokolwiek zapytał w dziale kadr MSW, czy pracował tu pułkownik X, to uzyska odpowiedź, że o takim człowieku nigdy w resorcie nie słyszano. W całej tej lustracyjnej aferze tylko funkcjonariusze SB niczym nie ryzykują. Pozostali niech raczej nie śpią spokojnie.

Postscriptum

Jak obiecał "Wspólny Znajomy", "Operator" zadzwonił pierwszy, a później odzywał się jeszcze kilkakrotnie, co do minuty przestrzegając umówionego czasu. Zawsze przychodził chwilę po tym, jak zdążyłem usadowić się we wskazanym miejscu, lecz to miejsce nigdy nie było tym, gdzie później prowadziliśmy rozmowę. Przyszło mi do głowy, że, być może, chce zdobyć pewność, że nasze spotkania odbędą się bez świadków. A może postępował zgodnie z zawodową rutyną?

Na pierwsze spotkanie przyszedł z odręcznie napisanym artykułem, by - jak twierdził - nie zapomnieć wymyślonych przykładów. Lecz nie zostawił mi swoich zapisków, tłumacząc: - Mój charakter pisma nie jest anonimowy, co będzie, jeśli przypadkiem zgubi pan te papiery? Kłopoty to ostatnia rzecz, na której mi zależy.

Choć kontaktowaliśmy się telefonicznie, to nie ja do niego dzwoniłem, bo nie znam numeru telefonu "Operatora". Nie wiem, ile ma lat, jak się nazywa ani gdzie mieszka, jakich nazwisk używał, będąc w służbie.

Nie wiem również, na ile jego sposób bycia to była maskarada. Nie wiem, kiedy chciał, bym wierzył, że umie zachowywać się jak filmowy szpieg, a kiedy bezwiednie robił to, co robił przez lata.

Lecz nade wszystko nie wiem, czy powiedział mi prawdę, nie mam możliwości tego sprawdzić. Dlatego mogłem jedynie jak najprecyzyjniej zanotować to, co miał mi do powiedzenia. I zadawać sobie pytanie, na ile wierzyć pułkownikowi Służby Bezpieczeństwa.

W opowieści "Operatora" są rzeczy nie do zaakceptowania: moralne zrównywanie werbowanych i werbujących, ofiar i katów; traktowanie ludzi wyłącznie jako źródła informacji, osobników bez uczuć, zasad moralnych, wątpliwości; bliskie pychy przeświadczenie, że nikt nie poznał tak dobrze ludzkiej natury jak funkcjonariusze SB. Ale mam wrażenie, że to, co mówił, mimo wszystko ma jakiś sens.

Tak samo nie wiem, czemu chciał ze mną rozmawiać. Myślę więc sobie, że opowiadając mi wymyślone, jak twierdził, historie, chciał przekazać jakąś niezmyśloną informację. Może nam wszystkim, a może bardzo wybranej, bardzo konkretnej grupce osób (mówił: "Zależy mi, żeby użył pan tych właśnie przykładów". Podobne przykłady podał kilkakrotnie "Wspólny Znajomy").

Gdy zapytałem o to wprost, nie uzyskałem odpowiedzi. Jaka to informacja? Do kogo ma dotrzeć? Nie będę dociekać.





Lustracja i materiały archiwalne