Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

NEWSWEEK POLSKA - 15.08.2011

 

PRZEMYSŁAW SEMCZUK

STRZAŁY W VICTORII

 

DOKŁADNIE 30 LAT TEMU W WARSZAWSKIM HOTELU VICTORIA DOSZŁO DO ZAMACHU NA JEDNEGO Z NAJSŁYNNIEJSZYCH ARABSKICH TERRORYSTÓW.

 

Pierwszego sierpnia 1981 roku w kawiarni Opera, na pierwszym piętrze warszawskiego hotelu Victoria, ponad stu gości siedziało przy stolikach. Rozmawiali, śmieli się, popijali kawę i drinki. Kelnerzy uwijali się pomiędzy stolikami.

Kilka minut przed dwudziestą w drzwiach pojawił się wysoki, barczysty mężczyzna. Jego rysy twarzy i krzaczaste brwi zdradzały arabskie pochodzenie. Szybko rozejrzał się po sali i usiadł przy stoliku nieopodal wejścia. Był to Irakijczyk Mahdi Tarik Shakir, stały gość, który często odwiedzał hotel Victoria. Dzień wcześniej przyleciał z Wiednia i zamieszkał w pokoju 622. Tego dnia już po raz trzeci pojawił się w kawiarni. Zamówił kawę i wodę mineralną.

Kilka minut później do lokalu wszedł niewysoki mężczyzna w eleganckim garniturze. Ruszył pomiędzy stolikami, rozglądając się, jakby szukał kogoś znajomego. Po kilku krokach zawrócił. Jednak zamiast do drzwi podszedł do stolika, przy którym siedział Arab. Szybkim ruchem wydobył spod marynarki pistolet i zaczął strzelać.

Po pierwszym strzale Irakijczyk poderwał się z miejsca i rzucił na napastnika. Ten odskoczył i strzelał dalej. Po szóstym zamachowiec odwrócił się i uciekł z sali. Przez nikogo niezatrzymywany wybiegł z hotelu i zniknął.

Ranny Arab, brocząc krwią, z trudem podszedł do recepcji. - Proszę wezwać pomoc i policję - powiedział do przerażonej recepcjonistki i upadł na stojące obok kontuaru krzesło. Dopiero wtedy stracił przytomność.

Zakrwawiony Abu Daud w recepcji warszawskiego hotelu Victoria chwilę po zamachu

 

Szybko trafił do szpitala Akademii Medycznej przy ulicy Banacha. Miał pięć ran postrzałowych: dwie kule trafiły w brzuch, dwie w klatkę piersiową i jedna w szczękę. Natychmiast znalazł się na stole operacyjnym. Miał przestrzelone płuco, strzaskany bark i poszarpane jelita. Jego stan był ciężki. W strzelaninie ranna w rękę została jeszcze kobieta, siedząca przy sąsiednim stoliku. Trafiła ją kula, która o włos minęła głowę Irakijczyka.

Milicja i Służba Bezpieczeństwa w pierwszej chwili uznały, że strzały w Victorii to porachunki zagranicznych biznesmenów. Dopiero następnego dnia wyszło na jaw, że postrzelony Irakijczyk naprawdę nazywa się Mohammad Oudeh, a w świecie arabskim bardziej znany jest jako Abu Daud. Podczas rozlicznych podróży często występował pod fałszywymi nazwiskami: Amar Salem, Bennani Abel Hamid, El Ouakily Mansour i tak jak w Warszawie, Mahdi Tarik Shakir. Z depeszy otrzymanej od zaprzyjaźnionego wywiadu Węgierskiej Republiki Ludowej wynikało, że jest jednym z przywódców Czarnego Września, palestyńskiej organizacji terrorystycznej, a także członkiem OWP (Organizacji Wyzwolenia Palestyny). To on zaplanował i zorganizował zamach na izraelskich sportowców w 1972 roku podczas olimpiady w Monachium (przypomniany w filmie Stevena Spielberga "Monachium").

Abu Daud został przewieziony do stołecznego szpitala MSW. Przy jego łóżku postawiono oficerów Biura Ochrony Rządu. Zezwolono też, by dodatkową ochronę pełnili uzbrojeni członkowie OWP, którzy oficjalnie przebywali w Polsce. Służba Bezpieczeństwa rozpoczęła dokładne sprawdzanie każdego, kto próbował dowiedzieć się czegokolwiek o stanie zdrowia Abu Dauda. Szczególnym nadzorem objęto zagranicznych dziennikarzy. Z polskich gazet o strzelaninie w Victorii wspomniał tylko "Express Wieczorny", jedyny brukowiec w PRL. Służba Bezpieczeństwa postarała się, by inne tytuły nie pisały o zdarzeniu. Nie było to trudne, bo dziennikarzy bardziej interesowała Solidarność.

Nazajutrz milicja odnalazła broń zamachowca - mały hiszpański pistolet Llama kalibru 7,65 mm, który porzucono w krzakach na ulicy Traugutta. Dzięki licznym świadkom udało się też sporządzić portret pamięciowy zamachowca. Już 6 sierpnia na przejściu granicznym w Cieszynie zatrzymano dwóch Irakijczyków. Jeden z nich idealnie pasował do opisu. Został nawet rozpoznany przez samego Abu Dauda. Ale dowodów na to, że był zamachowcem, nie znaleziono. Do dzisiaj nie jest jasne, dlaczego milicja go wypuściła.

Mimo wysiłków polskich władz, by zapewnić bezpieczeństwo rannemu Palestyńczykowi, władze OWP zdecydowały, że przeniosą go do Berlina Wschodniego. Tam tajna policja Stasi (odpowiednik peerelowskiej Służby Bezpieczeństwa) zarezerwowała dla niego cały oddział w swojej klinice. W połowie sierpnia Abu Daud specjalnym samolotem odleciał do NRD.

- Hotel Victoria był ulubionym miejscem wypoczynku sławnych terrorystów. Bywał w nim Carlos [prawdziwe nazwisko Ilich Ramirez Sanchez, nazywany także Szakalem - przyp. red.] - opowiada generał Czesław Kiszczak, ówczesny szef resortu spraw wewnętrznych. Podczas przeszukania w pokoju 622 odnaleziono rewolwer Smith & Wesson, który nigdy nie miał numerów seryjnych. Ta broń już w fabryce została przygotowana do celów terrorystycznych.

Generał Kiszczak przyznaje, że po zamachu na Abu Dauda pojawili się u niego oficerowie CIA. Przekazali mu dokładną listę osób powiązanych z różnymi organizacjami terrorystycznymi, które ukrywały się w PRL. Było na niej kilkadziesiąt nazwisk, adresy, nazwy firm, z którymi terroryści współpracowali. - Byliśmy zaskoczeni, że wywiad amerykański ma tak dokładne rozpoznanie na naszym terenie. Ich zdaniem, dając im schronienie, wspieraliśmy terroryzm. Dlatego przeprowadziliśmy rozmowy z ludźmi z listy, prosząc, by opuścili nasz kraj. I wyjechali, potrzebowali tylko trochę czasu na zaniknięcie swoich spraw. Jedni kilka dni, inni parę tygodni - dodaje Kiszczak.

W opublikowanej niedawno książce "Tragarze śmierci" dziennikarze Witold Gadowski i Przemysław Wojciechowski ujawniają, że władze PRL doskonale wiedziały, kim byli arabscy goście. - W 2008 roku w Dubaju udało nam się spotkać z Abu Daudem - opowiada Gadowski. - Twierdził, że wielokrotnie przyjeżdżał do Polski. Wtedy po pistolety maszynowe, które nazywał Shatajel. Prawdopodobnie chodziło mu o PM-63 Rak produkowane przez Łucznik. Terroryści kupowali u nas również kałasznikowy, granatniki, pistolety. Wszystko to, co produkowały nasze państwowe fabryki - wyjaśnia Gadowski.

Generał Kiszczak przyznaje, że polskie władze chętnie sprzedawały broń. - To dawało spore zyski, a fabryki miały co robić. Nasza broń była bardzo ceniona na całym świecie - mówi.

Polskich kałasznikowów użyto podczas głośnego porwania włoskiego promu Achille Lauro. Polska miała też spory wkład w szkolenie bojowników z krajów arabskich i Ameryki Południowej. W latach 80. byli stałymi gośćmi w jednostkach Ludowego Wojska Polskiego i ośrodku szkolenia wywiadu w Kiejkutach. Arabscy piloci uczyli się nawet w Szkole Orląt w Dęblinie. Oficjalnie w Polsce szkolono wyłącznie Kubańczyków.

- Abu Daud od początku był przekonany, że za zamachem w Victorii stały izraelskie służby specjalne. Wiedział, że jest na liście osób, które miały zostać zamordowane w ramach operacji "Gniew Boży", akcji odwetowej za masakrę sportowców w 1972 roku w Monachium. Jego zdaniem zamachowiec był podwójnym agentem, działał na zlecenie Mosadu, wywiadu izraelskiego, i Abu Nidala, jednego z przywódców OWP, przeciwnika ideowego Abu Dauda. I to było prawdziwym zaskoczeniem dla naszych władz. Nie zdawali sobie sprawy, że izraelskie służby są tak rozwinięte na terenie PRL - mówi Gadowski.

Śledztwo prowadzone przez MSW szybko zamknięto, a strzelanina w Victorii nigdy nie została wyjaśniona. - To dowód na to, że w strukturach MSW byli ludzie, którym zależało na wyciszeniu sprawy. Te same osoby doprowadziły do wypuszczenia zamachowca - twierdzi Gadowski. - W Instytucie Pamięci Narodowej zachowały się dokumenty ze śledztwa. Dzięki nim wiemy, że ta historia przez lata obrosła w mity i teorie spiskowe. Moim zdaniem za zamachem stał Abu Nidal. Miało to związek z późniejszym zamachem na Anwara as-Sadata, prezydenta Egiptu, do którego doszło w październiku 1981 roku. Niewątpliwie zamach w Victorii był punktem zwrotnym w historii terroryzmu. Polska przestała być dla terrorystów bezpieczną przystanią, miejscem, gdzie nie musieli się oglądać za siebie - dodaje Gadowski.





Większa dawka top secret