Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 2004.28.02

 

KARUZELA NA PLACU KRASIŃSKICH

 

 

TOMASZ SZAROTA

Czy śmiały się tłumy wesołe?

 

 

"Śmiały się tłumy wesołe" - tak bierność warszawiaków wobec powstania w getcie opisał Czesław Miłosz w wierszu "Campo di fiori". Ale ten obraz beztroskiej zabawy Polaków jako reakcji na tragedię Żydów zbyt daleko odbiega od prawdy.

 

Gdy przeszło 30 lat temu zbierałem materiały do książki "Okupowanej Warszawy dzień powszedni", przeglądając bardzo dokładnie roczniki gadzinówki, czyli "Nowego Kuriera Warszawskiego", w numerze z 5 sierpnia 1942 r. natrafiłem na notatkę zatytułowaną "Nowy plac zabaw ludowych". Informowano w niej, że "ostatnio do wciąż zwiększającej się cyfry lunaparków przybył nowy na pl. Krasińskich, naprzeciw zabytkowego pałacu z XVII wieku". Nagle sobie uświadomiłem, że ową słynną karuzelę, uwiecznioną kilka miesięcy później przez Czesława Miłosza w jego wierszu "Campo di Fiori", usytuowano, jak przypuszczam z inicjatywy Niemców, celowo tuż obok murów getta i chyba nieprzypadkowo ów "plac zabaw ludowych" otwarto dla publiczności akurat wówczas, gdy z niezbyt oddalonego Umschlagplatzu odchodziły transporty Żydów do komór gazowych Treblinki. Przypomnę, że najprawdopodobniej właśnie w dniu ukazania się wspomnianej notatki w "NKW" w jednym z wagonów wywieziono tam Janusza Korczaka i jego wychowanków.

Należy sądzić, że latem 1942 r. funkcjonowanie wesołego miasteczka w sąsiedztwie getta, skąd wysłano na śmierć przeszło 310 tys. warszawskich Żydów, mogło mieć dla niemieckich władz okupacyjnych istotne znaczenie propagandowe, stanowiąc jakby świadectwo całkowitego braku zainteresowania Polaków-chrześcijan losem ich żydowskich współobywateli. Czyżby karuzela kręcąca się nieopodal murów getta w dniach ostatecznej likwidacji przez Niemców "żydowskiej dzielnicy mieszkaniowej" świadczyć miała już nie tylko o obojętności warszawiaków, ale wręcz o ich radości z dokonującej się na ich oczach żydowskiej tragedii? Pragnę przy okazji zwrócić uwagę, że podjęta przez Niemców decyzja definitywnego unicestwienia getta warszawskiego zbiegła się w czasie z kampanią propagandową związaną z Katyniem. Bardzo szybko w kampanii tej pojawiły się akcenty antysemickie. Tuż przed wkroczeniem oddziałów niemieckich do getta, co stało się hasłem do podjęcia walki przez żydowskich powstańców, na pierwszej stronie "szmatławca" w numerze z 17 i 18 kwietnia ukazał się artykuł pod znamiennym tytułem "Potworną zbrodnią kierowali Żydzi z NKWD w Smoleńsku".

Wybuch powstania w getcie w ogóle nie został odnotowany przez "Nowy Kurier Warszawski", o toczących się walkach nie ma jakiejkolwiek informacji w numerze wielkanocnym (za okres 24 - 26 kwietnia), natomiast w numerze z 27 kwietnia ukazał się felieton pt. "Spokojnie i bogobojnie spędzili Warszawianie Święta Wielkanocne". Oto, co pisano o pierwszym dniu świąt, czyli niedzieli 25 kwietnia 1943 r.: "Na place zabaw ludowych po raz pierwszy w tym sezonie ściągnęły tłumy młodzieży. W kilkunastu punktach miasta odezwały się melodie płyt nadawanych przy karuzelach przez megafony. Powodzenie miały huśtawki, strzelnice, siłomierze". Jednym z takich miejsc, gdzie tego dnia uczestniczono w beztroskiej zabawie, był także plac Krasińskich. Tych, którzy brali w niej udział i którym nie przeszkadzały pożary płonącego getta oraz męczeńska śmierć mordowanych Żydów, była zaledwie garstka. Obok stał milczący tłum gapiów, z przerażeniem patrzący na dokonywane przez Niemców dzieło zagłady, potępiający co prawda zachowanie bawiących się rodaków, ale tłum bierny, nieprotestujący, po prostu lękający się wyrazić swoją dezaprobatę. Tę właśnie scenę zobaczył Czesław Miłosz.

"Campo di Fiori" Czesława Miłosza

Napisany bezpośrednio pod wpływem odniesionych na pl. Krasińskich wrażeń wiersz przyszłego noblisty po raz pierwszy opublikowany został anonimowo w konspiracyjnej broszurze "Z otchłani", zawierającej 11 utworów poetyckich i wydanej w marcu 1944 r. w nakładzie 3 tys. egzemplarzy. Inicjatorem tej publikacji był reprezentujący Żydowski Komitet Narodowy Adolf Berman, opracowaniem jej zajął się związany z "Żegotą" Tadeusz Sarnecki, a skład i druk powierzono zorganizowanej przez Ferdynanda "Marka" Arczyńskiego, członka prezydium "Żegoty", tajnej drukarni Stronnictwa Polskiej Demokracji. W 1945 r. ów tomik wierszy przedrukowano w Nowym Jorku dając mu tytuł "Poezje ghetta", zaś rok później ukazał się on po hebrajsku w Tel Awiwie. Pod własnym nazwiskiem "Campo di Fiori" zamieścił jego autor w zbiorku "Ocalenie", wydanym w 1946 r. Potem wiersz ten wielokrotnie był przedrukowywany, ukazywały się też dalsze wersje obcojęzyczne.

Najważniejsze dla naszych dalszych wywodów jego dwie zwrotki brzmią następująco (cytat według wydania: "Poezje", tom 1. Instytut Literacki, Paryż 1981):


Wspomniałem Campo di Fiori

W Warszawie przy karuzeli,

W pogodny wieczór wiosenny,

Przy dźwiękach skocznej muzyki.

Salwy za murem getta

Głuszyła skoczna melodia

I wzlatywały pary

Wysoko w pogodne niebo.


Czasem wiatr z domów płonących

Przynosił czarne latawce,

Łapali płatki w powietrzu

Jadący na karuzeli.

Rozwiewał suknie dziewczynom

Ten wiatr od domów płonących,

Śmiały się tłumy wesołe

W czas pięknej warszawskiej niedzieli.


Przyznaję, że gdy we wrześniu 2003 r. napisałem do Czesława Miłosza list z prośbą, by zechciał powiedzieć mi o okolicznościach powstania owego sławnego, pięknego, a zarazem poruszającego wiersza, bałem się, że nie otrzymam żadnej odpowiedzi. Stało się inaczej. W liście wysłanym z Krakowa 17 września 2003 r. mogłem przeczytać: "W czasach okupacji rzadko w okolicach placu Krasińskich bywałem, bo mieszkaliśmy na przeciwległym krańcu Warszawy, w ostatnim wówczas domu przy Alei Niepodległości (...) Jerzy Andrzejewski mieszkał na Bielanach i wymienialiśmy listy ze sobą, dostarczając je wzajemnie w Śródmieściu. Ale niekiedy, choć rzadko, jeździliśmy do Andrzejewskich na Bielany. Tak też się stało w niedzielę świąteczną, nie pamiętam daty, jak Pan obliczył 25 kwietnia 1943. Widziałem na własne oczy kręcącą się karuzelę i jeżdżące na niej pary. Mój wiersz nie jest więc metaforą, jak przypuszcza Matuszewski (o tym za chwilę - T. S.), ale wynikiem wstrząsu, jakim było równoczesność zabawy na karuzeli i walki za murem getta. Szczegóły walki zachowały się w mojej pamięci, ale zbyt niepewne, żebym je w wierszu zarejestrował. Notabene Andrzejewski zapewne pisał wtedy 'Wielki tydzień' i opowiedziałem mu, co zobaczyłem przejeżdżając przez plac Krasińskich".

Znacznie obszerniejszą relację na temat wiersza "Campo di Fiori" w tekście "Karuzela" opublikował Czesław Miłosz 5 października 2003 r. w "Tygodniku Powszechnym". Pisał tam: "Jechaliśmy z Janką w niedzielę wielkanocną na Bielany z wizytą do Jerzego Andrzejewskiego. Tramwaj na dość długo zatrzymał się przy placu Krasińskich i widziałem kręcącą się karuzelę łańcuchową i wzlatujące na niej pary. Słyszałem też komentarze do tego, co działo się za murem getta, w rodzaju: 'O, spadł'. Nie wymyśliłem więc tej sceny. Po przyjeździe do Andrzejewskiego opowiedziałem mu o tym, co widziałem i ślad tego być może zachował się w opowiadaniu Andrzejewskiego 'Wielki Tydzień'. Nie byłem jedynym świadkiem, byli inni, dotychczas żyjący". Z żalem poeta wyznaje: "wiele razy byłem atakowany, jako twórca fikcji szkodliwej dla dobrego imienia warszawiaków", stwierdza jednak w obronie swojego utworu: "Kontrast pomiędzy zabawą z tej strony muru i pożarami z tamtej był dostatecznie wstrząsający, żeby podyktować mój wiersz. (...) Nie miałem przecież żadnej intencji wymierzonej przeciwko bawiącemu się tłumowi. (...) Chodziło mi o nieuniknione zderzenie zbiorowości z indywidualną tragedią, czyli o samotność ginących".

Kilka słów mego komentarza jako historyka. Otóż dla mnie "Campo di Fiori" to bynajmniej nie jest "licentia poetica". Dałem temu wyraz, gdy "czas pięknej warszawskiej niedzieli" skonkretyzowałem jako 25 kwietnia 1943 r., pierwszy dzień świąt wielkanocnych. Pisząc ten artykuł już nie wątpię, choć jeszcze parę miesięcy w to wątpiłem, że Czesław Miłosz rzeczywiście widział w ową niedzielę karuzelę na pl. Krasińskich, na której "wzlatywały pary/wysoko w pogodne niebo". Co prawda tramwaj, którym przyjechał on na plac, dalej już nie kursował, więc musiał z niego wysiąść i przyglądać się tej scenie stojąc na placu, a nie z okien mającego dłuższy postój tramwaju, to jednak nie ma w tej sprawie większego znaczenia. Natomiast znaczenie ogromnie istotne ma zdanie "Śmiały się tłumy wesołe", które może być i jest odbierane, jako krzywdzące uogólnienie, niemal jako symbol stosunku do powstania w getcie całej warszawskiej społeczności. Nie ukrywam, że właśnie z tego powodu powstał niniejszy artykuł.

"Wielki Tydzień" Jerzego Andrzejewskiego

W wydanym po raz pierwszy w Warszawie w grudniu 1945 r. nakładem "Czytelnika" i zadedykowanym pamięci Krzysztofa Baczyńskiego zbiorze opowiadań "Noc" tekst "Wielkiego Tygodnia" (sfilmowanego potem przez Andrzeja Wajdę) liczy przeszło 150 stron druku i jest już właściwie minipowieścią. Główna jej bohaterka, czyli Irena Lilien, to autentyczna postać zmarłej we wrześniu ubiegłego roku w wieku 86 lat Wandy Wertenstein. Choć nie ma już możliwości, by spytać autora, co sam robił podczas owego Wielkiego Tygodnia, pomiędzy 19 i 26 kwietnia 1943 r., odnoszę wrażenie, że ten utwór literacki bardzo dokładnie i szczegółowo oddaje własne przeżycia, obserwacje i spostrzeżenia pisarza, te ostatnie poczynione m.in. na Starym Mieście, w okolicach pl. Krasińskich. Dzięki dbałości Andrzejewskiego o bardzo wierne opisanie wyglądu miasta oraz tego, co się działo na ulicach, historycy otrzymują do ręki w gruncie rzeczy źródło historyczne, podobne w swym charakterze do wspomnień czy relacji świadka wydarzeń. Mało tego, "Wielki Tydzień" ma tę przewagę nad po latach spisanymi wspomnieniami, że powstał, jak autor podkreśla w przedmowie, "niecierpliwie i na gorąco napisany pod bezpośrednim wrażeniem tragicznego powstania Żydów". Co prawda w 1945 r. Andrzejewski wprowadzi do tekstu "znaczne zmiany artystyczne" i wiele stron napisze "na nowo", nie wydaje się jednak, by zmiany te dotyczyły wzmianek poświęconych temu, co on sam zobaczył na ul. Bonifraterskiej - a to nas akurat tu szczególnie interesuje.

Z tekstów odnoszących się do wiersza Miłosza "Campo di Fiori", a także z wypowiedzi samego poety odniosłem wrażenie, że opowiadanie Andrzejewskiego jest traktowane jako powtórzenie, ewentualnie potwierdzenie obrazu kręcącej się karuzeli, utrwalonej w tym słynnym wierszu. W rzeczywistości jest przecież zupełnie inaczej! Oto odpowiedni fragment "Wielkiego Tygodnia". Bohater opowiadania, Malecki, we wtorek 20 kwietnia 1943 r. musi wysiąść z tramwaju już na pl. Krasińskich, bo dalej ruch przez ul. Bonifraterską na Żoliborz, w związku z powstaniem w getcie, został wstrzymany. Zresztą posterunki niemieckie nie wpuszczały na tę ulicę także przechodniów. Malecki "przyłączył się zatem do tłumu ciągnącego Nowiniarską", a więc ulicą równoległą do Bonifraterskiej. Dalej czytamy: "Niedaleko za pierwszą przecznicą, którą była ulica Świętojerska, domy urywały się i otwierał się pusty, rozległy i wyboisty plac, powstały po usunięciu gruzów zbombardowanych i spalonych w czasie oblężenia Warszawy domów. (...) Od strony żydowskich domów ciągle padały wystrzały. (...) Opustoszały plac wydawał się teraz rozleglejszy niż zwykle. Na samym jego środku  s t a ł y   d w i e   k a r u z e l e  (podkr. moje - T. S.) niezupełnie jeszcze zmontowane, przygotowywano je widocznie na nadchodzące święta. Pod osłoną dziwacznych, kolorowych dekoracji stali żołnierze w kaskach, kilku z karabinami wycelowanymi w kierunku getta klęczało na estradzie". Nigdzie dalej w tekście opowiadania nie pojawia się obraz uruchomionej, kręcącej się karuzeli, natomiast nie ulega cienia wątpliwości, że karuzela widoczna na zdjęciu opublikowanym w 1946 r. (o nim za chwilę) była jedną z dwóch opisanych w "Wielkim Tygodniu", które w drugim dniu powstania nie stały na pl. Krasińskich, lecz w innym, choć niezbyt odległym miejscu.

Z relacji Zbigniewa Wójcika, do której jeszcze powrócę, wynikałoby, że jedna z dwóch opisanych przez Andrzejewskiego karuzel w środę 21 kwietnia 1943 r., została przetransportowana na pl. Krasińskich i nawet próbnie uruchomiona. W niedzielę, 25 kwietnia była już czynna i obraz bezmyślnej zabawy korzystającej z niej młodzieży utkwił nie tylko w pamięci Miłosza, ale także zamieszkałego dziś w Izraelu Nathana Grossa, obecnego dyrektora Żydowskiego Instytutu Historycznego prof. Feliksa Tycha czy działaczki "Żegoty" Ireny Sendlerowej, która mi o tym opowiedziała w rozmowie telefonicznej 24 września 2003 r.

Fotografia nieczynnej karuzeli

Reprodukowana tu fotografia opublikowana została po raz pierwszy w warszawskim piśmie ilustrowanym "Tydzień" 4 sierpnia 1946 r. Niestety nie wiemy, kiedy dokładnie zdjęcie zostało wykonane ani kto jest jego autorem. Rzeczywiście pokazuje ono tylne ściany budynków getta, widziane od strony ulicy Bonifraterskiej. Widoczna na nim karuzela stoi nieczynna - nie może być co do tego jakiejkolwiek wątpliwości! Należy natomiast powątpiewać, czy właśnie tę karuzelę, ustawioną, jak pisze Stanisław Soszyński "na placyku utworzonym między ulicami Bonifraterską a Nowiniarską" ("Plus Minus z 5 - 6 lipca 2003) opisał w swym wierszu Czesław Miłosz. Uwidocznione na fotografii działko niemieckie ostrzeliwało punkty oporu powstańców żydowskich, którymi w tym miejscu (szop "szczotkarzy") dowodził Marek Edelman. Ślady pocisków artyleryjskich dostrzec można bez trudu. Rację ma więc oczywiście Zbigniew Wolak, wówczas żołnierz AK, mieszkający przy ul. Franciszkańskiej, gdy w wydawanym w Toronto tygodniku "Głos Polski" (nr z 7 - 13 listopada 2000) pisze: "Jazda na tej karuzeli byłaby samobójstwem. Bo obszar placu był w zasięgu krzyżowego ognia Niemców i Żydów".

Po raz drugi, jeśli się nie mylę, zdjęcie z pisma "Tydzień" opublikowane zostało dopiero w 1988 r., w albumie wydanym przez Interpress staraniem Alicji Majewskiej pt. "Getto warszawskie 1943 - 1988. W 45. rocznicę powstania", a po raz trzeci w książce Anki Grupińskiej "Ciągle po kole", wydanej w 2000 r. Tam towarzyszy mu podpis: "Ulica Bonifraterska - tyły domów walczącego getta. Na pierwszym planie - działko armatnie i  s ł y n n a  (podkr. moje - T. S.) karuzela. Kwiecień lub maj 1943".

Istnieje jeszcze jedna fotografia, na której brak co prawda karuzeli, ale która bardzo dokładnie pokazuje inne działko niemieckie, ostrzeliwujące getto także z ul. Bonifraterskiej. Zdjęcie to zamieścił Stanisław Kopf w albumie "Lata okupacji", wydanym przez PAX w 1989 r.

Polemizując ze Stanisławem Soszyńskim na łamach izraelskiego pisma "Nowiny Kurier" (nr z 17 października 2003) Nathan Gross pisze: "Bardzo niepoważnie brzmi mi powoływanie się (...) na zdjęcia karuzeli, które po raz pierwszy ukazały się w prasie w r. 1946. W międzyczasie oprócz roku 1943 był też rok 1944! Jeśli ktoś ze zdjęcia z r. 1946 chce wnioskować, czy karuzela była czynna w czasie powstania w getcie i jak wtedy wyglądała... musi mieć bujną wyobraźnię". Po pierwsze, dysponujemy jednym, a nie kilkoma zdjęciami owej karuzeli, a po drugie, wszystko wskazuje na to, że pan Nathan Gross nigdy tego zdjęcia nie widział. Otóż widnieje na nim nie tylko nieruchoma karuzela, ale również skierowane lufą w kierunku budynków getta niemieckie działko szybkostrzelne, ustawione na jezdni ulicy Bonifraterskiej, blisko wylotu ul. Franciszkańskiej. W konspiracyjnej "Reducie" (cytuję za świetnym wyborem tekstów "Wojna żydowsko-niemiecka", opracowanym przez Pawła Szapiro) z 23 kwietnia 1943 r. czytamy: "Wczoraj płonął blok przy ulicy Bonifraterskiej, Świętojerskiej. Na placyku przy Bonifraterskiej stoi artyleria niemiecka. W związku z tym Żoliborz jest pozbawiony połączenia tramwajowego ze Śródmieściem".

W "Plusie Minusie" z 10 - 11 maja 2003 r. ukazał się tekst Ryszarda Matuszewskiego "Nieruchoma karuzela na placu Krasińskich". Wybitny krytyk literacki, uznając wiersz "Campo di Fiori" za poetycką metaforę, ale zarazem za "jeden z najwspanialszych wierszy Czesława Miłosza", wspomina: "Rzecz w tym, że w latach 1940 - 1944 każdego dnia dwukrotnie, rano i w godzinach popołudniowych, przejeżdżałem tramwajem ulicą Bonifraterską i przez plac Krasińskich, z Żoliborza, gdzie mieszkałem, do pracy w Śródmieściu. Dwa razy dziennie oglądałem, podobnie jak wielu jeżdżących tą trasą warszawiaków, karuzelę na placu Krasińskich. A różnica między wizją poety a zapamiętanym przeze mnie obrazem jest taka, że po pierwsze, karuzela bardzo rzadko była czynna, po drugie, jeśli kręciła się, to przeważnie pusta lub prawie pusta. Miałem wrażenie, że jedynymi jej pasażerami były nieliczne dzieciaki z sąsiednich kamienic przy dawnej ulicy Nowiniarskiej". Znów kilka słów komentarza do tej relacji. Wesołe miasteczko na pl. Krasińskich powstało, jak już wiemy, dopiero latem 1942 r. Umieszczono je na środku placu vis-a-vis pałacu Krasińskich, a główną jego atrakcją była jedna, a niewykluczone, że dwie karuzele, które uruchamiane były, jak sądzę, przede wszystkim w niedzielę, a chyba tylko rzadko w dni powszednie. W jakimś momencie, pomiędzy jesienią 1942 r. a wiosną 1943 r., nie wiem zresztą dlaczego, karuzelę z pl. Krasińskich musiano przetransportować na placyk pomiędzy ulicami Nowiniarską a Bonifraterską. Na dawnym miejscu, jak to świetnie zapamiętał Stanisław Soszyński, pozostały dwie huśtawki i siłomierz.

Ryszard Matuszewski, przejeżdżając tramwajem z Żoliborza, w roku 1942 widział karuzelę na pl. Krasińskich, potem jednak, ale tylko do 19 kwietnia, musiał ją już widzieć z okna tramwaju w nowym miejscu, na owym placyku przy ul. Bonifraterskiej. Nazajutrz, choć ruch tramwajowy na tej ulicy już został przerwany, zakładając, że opis Jerzego Andrzejewskiego jest w pełni wiarygodny, wciąż stały w tym miejscu dwie karuzele. Potem, jak przypuszczam, jedną z nich z powrotem przetransportowano na plac Krasińskich i ustawiono gdzieś w pobliżu obu huśtawek, nieopodal wylotu ul. Świętojerskiej. Dokładnie taką lokalizację wskazuje Zbigniew Wójcik w liście opublikowanym w "Życiu Warszawy" z 14 maja 1993 r.: "Pragnę poinformować - pisze - że karuzela kręciła się mniej więcej między miejscem, gdzie stoi pomnik Powstania Warszawskiego, a ul. Świętojerską. Gotów jestem zeznać to pod przysięgą, gdyby zaistniała taka konieczność". Powrót karuzeli na pl. Krasińskich można by wytłumaczyć dwojako: albo jej właścicielowi zależało na tym, by była czynna podczas obu świątecznych dni Wielkanocy i mógł na niej zarabiać, albo też przyczyniły się do tego władze niemieckie, tworząc odpowiednią atmosferę w mieście i realizując własne cele propagandowe.

Sprzeczne relacje świadków

Choć w swym słynnym artykule "Biedni Polacy patrzą na getto", opublikowanym w styczniu 1987 r. w "Tygodniku Powszechnym", Jan Błoński przytacza in extenso wiersz Miłosza "Campo di Fiori" i sporo pisze na jego temat, dyskusja, jaka się potem toczyła wokół tego tekstu, w niewielkim tylko stopniu dotyczyła karuzeli na placu Krasińskich. Gdy Stanisław Soszyński nadesłał do redakcji pisma list, w którym wyjaśniał, że karuzela stała w innym miejscu i była nieczynna, listu tego nie wydrukowano. Nie wywołała też sprzeciwu relacja Nathana Grossa, zamieszczona w wydanym w 1991 r. w Krakowie tomie jego wspomnień "Kim pan jest, panie Grymek?". Jest to relacja całkowicie pokrywająca się z obrazem utrwalonym w wierszu poety. Gross pisze: "W pierwszy dzień świąt zaprosili nas na uroczysty obiad sąsiedzi (...). Po obiedzie wszyscy wyszli na plac Krasińskich, gdzie odbywała się świąteczna zabawa. Kolorowy tłum przyszedł się bawić jak co roku od wiek wieków. Wesoły nam dzień nastał, więc przy skocznej muzyce dorośli i dzieci płyną w górę i w dół na karuzeli, na tle płonącego getta, młode pary wzlatują w niebo na rozpędzonych huśtawkach. Nie będę konkurował w opisie tej zabawy z Andrzejewskim czy z Miłoszem, który w 'Campo di Fiori' tak mówi (...)". Dalej następuje tekst drugiej z cytowanych przeze mnie zwrotek oraz wyznanie autora: "Moje oczy to widziały, a serce krwią broczyło". Tu jednak uwaga szczegółowa - Nathan Gross dostrzega na pl. Krasińskich, obok karuzeli, także huśtawki. Ich istnienie potwierdza też Stanisław Soszyński.

Mam wrażenie, że dyskusję o karuzeli w prasie wywołał dopiero, choć chyba wbrew zamierzeniom autora, piękny tekst Jacka Żakowskiego "Czarna sukienka", opublikowany w "Życiu Warszawy" z 3 - 4 kwietnia 1993 r., a ostatnio przypomniany w jego książce "Rewanż pamięci". W podtytule tego artykułu autor stwierdza: "Napis 'Pomścimy getto' nie przetrwał - możliwe, że go w ogóle nie było". Żakowski zastanawia się, czy podczas powstania w getcie warszawskim, tak jak podczas powstania 1863 roku, Polacy nie powinni ogłosić żałoby narodowej, a na murach miasta obok "Pawiak pomścimy" umieszczać właśnie także napis "Pomścimy getto". Jest tam też zdanie: "Militarna bezsilność nie wyjaśnia jednak moralnego otępienia, owej pełnej ludzi karuzeli, kręcącej się przy murze, za którym mordowano niedobitków".

Na tekst Żakowskiego zareagował w liście zatytułowanym "Żydów widzę jako sąsiadów, swoich i obcych zarazem", opublikowanym w "Życiu Warszawy" 21 kwietnia 1993 r., ktoś ukrywający się pod inicjałami J. N. Człowiek ten mieszkał w Warszawie podczas okupacji. Pół wieku wcześniej miał 19 lat. W liście swym pisał: "Nie trafia mi do przekonania opowieść o kręcącej się karuzeli przy murach getta. W którym miejscu miała stać? Na pl. Krasińskich, na Stawkach? Sądzę, że jest to fikcja literacka w rodzaju tej, jaką po wojnie wyprodukował Jerzy Andrzejewski w książce 'Popiół i diament'. Obawiam się, że ten pseudofakt jego obciąża. Dobrze byłoby sobie tę sprawę wyjaśnić, dopóki żyją świadkowie tamtych lat".

Do dyskusji włączył się wybitny historyk, podczas okupacji również mieszkaniec Warszawy, żołnierz podziemia, występujący także jako członek Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, prof. Zbigniew Wójcik. Jego list do redakcji, opublikowany 14 maja 1993 r., nosi tytuł "Stwierdzam jako naoczny świadek: karuzela kręcąca się w pobliżu płonącego getta nie jest niestety fikcją literacką". Oto najistotniejszy fragment tej relacji: "21 kwietnia 1943 r., a była to Wielka Środa, musiałem udać się na Żoliborz (...) Dojechałem tramwajem na pl. Krasińskich. Tu kończył on swój bieg. (...) Z całym poczuciem odpowiedzialności stwierdzam, że w pobliżu murów płonącego getta kręciła się karuzela, a na niej jeździli ludzie. Byłem wstrząśnięty tym widokiem. (...) Nie uważam tego wydarzenia za jakiś symbol stosunku naszego społeczeństwa do Żydów w czasie okupacji hitlerowskiej".

Odpowiedzią na głos Wójcika był skierowany do "Życia Warszawy" list artysty plastyka, mieszkającego podczas okupacji na Starówce, Stanisława Soszyńskiego. Ów list został wydrukowany pod nadanym mu przez redakcję tytułem "Karuzela na placu Krasińskich stała na linii frontu i nikt z niej w czasie walk nie korzystał. A poza tym nie była sprawna". Z tekstu dowiadujemy się jednak, że owa karuzela stała nie na tym placu, lecz "na podwórzu domu spalonego w roku 1939, bardzo blisko bramy getta (na osi ul. Franciszkańskiej). Nikt z niej w czasie walk nie korzystał". Soszyński pisze również, że otrzymał "liczne informacje pozwalające ustalić, że karuzelę ustawiono wprawdzie wg planów okupanta, ale zgodnie z lokalizacją wskazaną przez władze Polski Podziemnej. Miała stać blisko bramy getta celem ułatwienia kontaktów". Wynikałoby z tego, że to z inicjatywy podziemia karuzelę (a może dwie?) przeniesiono z pl. Krasińskich na ul. Bonifraterską. Ale czy przy wylocie ul. Franciszkańskiej rzeczywiście było jakieś wejście do getta? Z map w książce Barbary Engelking-Boni i Jacka Leociaka to nie wynika.

Zbigniew Wójcik replikował w "Życiu Warszawy" 25 czerwca 1993 r. pisząc: "Widziałem na własne oczy, że 21 kwietnia 1943 roku karuzela na placu Krasińskich była czynna'". Sugerował przy tym: "Czesław Miłosz napisał wiersz 'Campo di Fiori' dotyczący owej nieszczęsnej karuzeli. Czy nie byłoby słuszne zwrócić się do niego z zapytaniem, w jakich okolicznościach jego wiersz powstał. Czy widział karuzelę sam, czy zna ten fakt z opowiadań?". Dopiero dziesięć lat później poprosiłem twórcę wiersza o wyjaśnienia.

W zeszłym roku obchodziliśmy 60. rocznicę powstania w getcie. "Gazeta Wyborcza" wydała z tej okazji specjalny dodatek, w którym opublikowano m.in. tekst napisany przez obecnego dyrektora Żydowskiego Instytutu Historycznego, który wówczas, jako 13-letni chłopiec, ukrywał się po aryjskiej stronie. Prof. Feliks Tych wspomina: "Na placu Krasińskich gościł wtedy rodzaj lunaparku. Stały huśtawki, karuzela, nie pamiętam, czy było coś więcej. Cieszyły się powodzeniem. Było tak, jak to zapamiętał Andrzejewski w 'Wielkim Tygodniu' i Miłosz w 'Campo di Fiori'. (...) Nad placem unosił się dym płonących nieopodal domów, słychać było strzały i wybuchy. Bawiącym się na karuzeli i na huśtawkach najwidoczniej to nie przeszkadzało. Czuło się, że nie była to ich wojna. Nie wsiadłem od razu na platformę konną. Zajrzałem za łuk. Przy rogu Świętojerskiej zobaczyłem działko niemieckie, a wokół niego grupę wyrostków, którzy z okrzykiem 'Jude! Jude!' wskazywali artylerzystom jakieś prawdziwe lub domniemane postacie ukazujące się w oknach domów płonących za murem. Poczułem się zwierzyną łowną. Zawróciłem szybko w kierunku postoju platform konnych i wsiadłem. Kiedy wóz ruszył, jakiś niechlujnie ubrany siedzący naprzeciw mnie mężczyzna powiedział: 'Żydki się smażą', ale nikt nie podjął tematu. Przez resztę podróży wśród pasażerów panowało milczenie".

Warszawiacy wobec powstania w getcie

Historyk pragnący opisać postawy i zachowania warszawiaków podczas walk toczących się w getcie od 19 kwietnia 1943 r. ma do dyspozycji wiele przekazów źródłowych, różnej jednak wartości. Bez wątpienia do najcenniejszych należą sporządzone na bieżąco notatki w dziennikach osobistych. Duże znaczenie mają wszelkie informacje podawane w prasie konspiracyjnej, i to różnych odcieni politycznych, a także w wydawnictwach podziemia, takich choćby jak wznowiona ostatnio przez Władysława Bartoszewskiego broszura Marii Kann "Na oczach świata". Oczywiście konieczne jest wykorzystanie także, w miarę możliwości, wszystkich, jeśli już nie istniejących, to w każdym razie opublikowanych wspomnień i relacji. Jest to w sumie bardzo bogaty materiał, który jednoznacznie pokazuje, jak niebezpieczne są tu wnioski zbyt pospieszne i jak niesprawiedliwe mogą być uogólnienia wynikające z własnych przeżyć czy spostrzeżeń.

Zajrzyjmy najpierw do "Kroniki lat wojny i okupacji" Ludwika Landaua. Oto zapis z 20 kwietnia: "Poruszenie w całym mieście ogromne. Zdarza się i ton oburzenia na Żydów, np. o ostrzeliwanie przejeżdżających koło getta w czasie walk tramwajów (19 kwietnia jeździły one jeszcze ul. Bonifraterską - T. S.) - pewno w toku działań trudne do uniknięcia; ale dominuje ton współczucia i uznania". Nazajutrz Landau zanotował: "Stosunek uczuciowy do tej walki jest różny: gdy u jednych nacechowany jest sympatią do stawiających bohaterski opór ofiar hitlerowskich, u innych łączący się z wyjątkowo złowrogie wrażenie wywierającym w takiej chwili antysemityzmem, a bodajże u większości stanowiący obserwację neutralnego widza; ale nawet u obojętnie czy wrogo ustosunkowanych występuje pewien ton uznania; a wszędzie działa żywe czy nawet napięte zainteresowanie".

W notatce z czwartku, 22 kwietnia, czytamy: "Stosunek do Żydów różnych grup społeczeństwa bodaj że zmienił się w toku tej walki na korzyść: w kierunku okazania uznania za stawianie oporu, a nawet może szerszego zasięgu odczuwania współczucia". Zapis z niedzieli, 25 kwietnia, a więc dokonany w tym samym dniu, kiedy Czesław Miłosz znalazł się na pl. Krasińskich, brzmi: "Dziś Wielkanoc. Świętujący, wolni od zajęć ludzie ciągnęli dziś tłumami przyglądać się szczególnemu widokowi: pożarowi getta". Choć Landau nie precyzuje, gdzie warszawiacy udawali się, by przyglądać się łunie nad gettem, bez wątpienia miejscem, skąd można ją było widzieć z wyjątkowo bliskiej odległości, stał się właśnie w tych dniach plac Krasińskich, tym bardziej że akurat w tym rejonie w pierwszych dniach powstania toczyły się walki. Podążano więc tam tłumnie nie po to, by skorzystać z "wesołego miasteczka"! W raporcie Delegatury Rządu RP na Kraj z 22 kwietnia pisano: "Akcji bojowej przyglądały się wielkie ilości gapiów Polaków. (...) Niemcy gapiom zupełnie nie przeszkadzali".

27 kwietnia Landau zapisywał: "Walki trwają w pełni i spotykają się z uznaniem ze strony nawet najbardziej antysemickich grup", a trzy dni później dodawał: "Walka ta spotkała się wszędzie z uznaniem, obudziła współczucie nawet w dotąd mało dostępnych do niego w stosunku do Żydów środowiskach, zwłaszcza wobec jednoznacznego stanowiska całej tajnej prasy". Przypuszczam, że stosunek warszawiaków do zmagań bohaterskich żydowskich powstańców zmieniał się w trakcie toczonej przez nich, bez żadnych szans powodzenia, walki.

Raz jeszcze powróćmy do opowiadania "Wielki Tydzień". Jest wtorek, 20 kwietnia: "Na plac Krasińskich nie przepuszczano już żadnych pojazdów. Za to tłum niespokojny, hałaśliwy i podniecony zapełniał wyloty Długiej i Nowiniarskiej. Jak wszystkie większe zdarzenia w Warszawie tak i to, oglądane od zewnątrz, miało w sobie coś z widowiska. Warszawianie chętnie się biją i równie chętnie walkom przyglądają. (...) Na ogół mało kto Żydów żałował. Lud cieszył się, że znienawidzeni Niemcy mają nowy kłopot. W odczuciu przeciętnego człowieka z ulicy sam fakt walczenia z garstką samotnych Żydów ośmieszał zwycięskich okupantów". Tego samego dnia w dzienniku aktora Mariana Wyrzykowskiego pojawił się zapis następujący: "Niepokój w mieście duży. Od dwóch dni toczy się formalna bitwa w getcie. Musi być masę ofiar. Przerażenie człowieka ogarnia, w jakich czasach my żyjemy. Oto nie dalej niż kilka przystanków tramwajowych morduje się ludzi, a tu goście piją, jedzą, muzyka, jakiś pan śpiewa...".

Jeśli zaczniemy wertować wspomniany już przeze mnie zestaw wypowiedzi polskiej prasy konspiracyjnej o powstaniu w getcie, to znajdziemy tam, jakże częste, wyrazy uznania i podziwu dla bohaterstwa walczących Żydów, ale także okazywanego Żydom współczucia, a niekiedy i solidarności z nimi. Zbyt rzadko, mym zdaniem, zwraca się uwagę na fakt jednoczesnego przy tym potępienia dokonywanej przez Niemców zbrodni. "Ten tydzień wojny żydowsko-niemieckiej - czytamy w "Nowym Dniu" z 28 kwietnia 1943 r. - przejdzie do historii. Do historii też przejdzie wyrafinowane, nieludzkie, apokaliptyczne wprost okrucieństwo niemieckie". Nazajutrz pisano w "Biuletynie Informacyjnym" AK o zbrodni popełnianej przez Niemców w warszawskim getcie: "Przed trybunałem świata musi odpowiadać za nią cały naród niemiecki, świadomie i z premedytacją wykonujący zbrodnie pomyślane przez przywódców. Instynktem głupiego stada nie można tego tłumaczyć". W audycji nadającej spod Londynu, ale wykorzystującej informacje przekazywane drogą radiową z okupowanego kraju, rozgłośni "Świt" padły słowa: "Żądamy bombardowania Berlina za potworne mordowanie Żydów warszawskich". Słyszano je także w getcie. "To, że poza murami getta pamiętają o nas - pisał Mordechaj Anielewicz do Icchaka Cukiermana - dodaje nam ducha w walce".

Bardzo trudno jest określić postawę warszawiaków wobec żydowskiej insurekcji, już choćby dlatego, że była to wszak społeczność zróżnicowana, a ponadto postawa ta ulegała zmianie w czasie trwania walk. Nie wolno nam zapominać o haniebnych zachowaniach jednostek, o ludziach cieszących się, "że Żydki się palą" i o tym, że stanowczo zbyt rzadko na takie odezwanie z oburzeniem reagowano. Moim zdaniem bardzo trafna jest analiza postaw warszawiaków, dokonana w odezwie wydanej 1 maja 1943 r. przez przebywającego po stronie aryjskiej jednego z działaczy socjalistycznego Bundu: "Reakcja ludności polskiej - stwierdzał on - na rozgrywające się wypadki nie jest jednolita. Drobnomieszczaństwo i lumpenproletariat, zatrute propagandą o oenerowsko-hitlerowską odnoszą się obojętnie, a nawet z kpinami do tragedii żydowskiej. Organizacje niepodległościowe pragnęłyby przyjść z pomocą oblężonym, niestety nie jest to jednak obecnie możliwe. PPR, jak zwykle, zachęca naród polski do ogólnego powstania, obiecując pomoc czerwonej armii. Jeżeli jednak chodzi o pomoc powstańcom getta, to jak dotąd, wbrew oczekiwaniom, pomoc ta nie nadeszła. Spodziewano się, że samoloty sowieckie zbombardują dzielnicę niemiecką i zrzucą oblężonym posiłki oddziałów spadochronowych, a przynajmniej żywność i amunicję...". Dodać tu trzeba, że w nocy z 12 na 13 maja 1943 r. rzeczywiście doszło do sowieckiego nalotu na Warszawę. Powstanie w getcie już wtedy dogorywało, bomby - zamiast pomóc walczącym Żydom i spaść na "dzielnicę niemiecką" - zabijały Polaków.

* * *

Artykuł niniejszy być może nigdy by nie powstał, gdyby nie przemówienie, jakie wygłosił w warszawskim Teatrze Narodowym 30 kwietnia 2003 r. prezydent Izraela Mosze Kacaw. Przybył on do naszego kraju, by wziąć udział w uroczystościach 60. rocznicy powstania w getcie warszawskim. W przemówieniu tym znalazł się (w polskim tłumaczeniu) taki oto ustęp: "Wiemy również, jak bardzo cierpiał naród polski pod hitlerowską okupacją, ale życie narodu polskiego w porównaniu z narodem żydowskim posuwało się naprzód. Powstanie wybuchło w okresie świąt Pesach, święta wiosny i miłości, również i wtedy w roku 1943 na placu w Warszawie ustawiono karuzelę. Według słów polskiego poety, laureata Nagrody Nobla, Czesława Miłosza..." I dalej prezydent zacytował strofy "Campo di Fioro", a więc i werset "Śmiały się tłumy wesołe". Przypuszczam, że uznał go za wierny obraz nastrojów panujących w mieście, w którym za murem getta rozgrywał się ostatni akt żydowskiej tragedii. Typową reakcją na śmierć Żydów miałaby być beztroska zabawa ich polskich współziomków i sąsiadów. Zbyt daleko odbiega to od prawdy.



Autor (rocznik 1940), rodowity warszawiak, jest profesorem, pracuje w Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk. Właśnie ukazała się nakładem "Rytmu" przygotowana przez niego i Andrzeja Krzysztofa Kunerta książka "Generał Stefan Rowecki 'Grot' w relacjach i w pamięci zbiorowej".








DO REDAKCJI

Jeden dzień, jedna niedziela...

Prasa polska dochodzi do mnie, do Izraela, z pewnym opóźnieniem, toteż dopiero teraz mogę zareagować na artykuł Ryszarda Matuszewskiego z 10 maja 2003 roku w "Rzeczpospolitej" "Nieruchoma karuzela na placu Krasińskich". A że odnosi się on do wiersza Czesława Miłosza "Campo di Fiori" sprzed 60 lat (widocznie zawsze aktualnego), nie sądzę, by moje uwagi do tekstu Ryszarda Matuszewskiego były spóźnione.

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że choć noszę na plecach i w sercu ciężar żydowskiego losu, "nie pałam nienawiścią", "żądzą zemsty" "odwetu" i mam przyjazny stosunek do Polaków, jak zresztą do wszystkich ludzi, bez uprzedzeń rasowych, klasowych, a co ważniejsze - historycznych. Jednak - może to moja słaba strona - nie mogę przejść obojętnie nad niepotrzebną, może nieświadomą próbą zafałszowania historii, by ulżyć "zbiorowemu sumieniu narodowemu" (jeśli coś takiego istnieje). Dlatego też nie mogę przejść do porządku nad niesłychaną, moim zdaniem, insynuacją, że wizja (?) Miłosza - obraz tłumu warszawskiego bawiącego się i fruwającego na huśtawkach i karuzeli na placu Krasińskich, podczas gdy tuż obok płonęło getto i słychać było kanonadę niemiecką - jest niczym innym niż metaforą poetycką.

"Żadnego obrazu, w którym by, jak pisze poeta, 'salwy za murem getta głuszyła skoczna melodia i wzlatywały pary wysoko w pogodne niebo', żadnych śmiejących się 'wesołych tłumów' nie tylko nigdy nie zauważyłem, przejeżdżając koło karuzeli, ale mogę stwierdzić z całą stanowczością, że ten obraz jest poetycką metaforą, niemogącą pretendować do historycznej ścisłości" - pisze Matuszewski. To znaczy, że Miłosz i Andrzejewski po prostu wymyślili tę całą historię z rozbawionymi tłumami przy karuzeli... Po co? Brakło im tematu? Wstrząsające!...

Oczywiście Ryszard Matuszewski - wybitny pisarz, poeta, eseista, tłumacz, laureat prestiżowych nagród - nie rzuca słów na wiatr. Jego próba konfrontacji kreowanej przez Miłosza wizji warszawskiej karuzeli na placu Krasińskich z jej rzeczywistym, nie tylko przez niego zapamiętanym obrazem, ma swoje uzasadnienie.

"Rzecz w tym, że w latach 1940 - 1944 każdego dnia dwukrotnie, rano i w godzinach popołudniowych, przejeżdżałem tramwajem ulicą Bonifraterską i przez plac Krasińskich, z Żoliborza, gdzie mieszkałem, do pracy w Śródmieściu. Dwa razy dziennie oglądałem, podobnie jak wielu jeżdżących tą trasą warszawiaków, karuzelę na placu Krasińskich. A różnica między wizją poety a zapamiętanym przeze mnie obrazem jest taka, że po pierwsze, karuzela bardzo rzadko była czynna, po drugie, jeżeli kręciła się, to przeważnie pusta lub prawie pusta. Miałem wrażenie, że jedynymi jej pasażerami bywały nieliczne dzieciaki z sąsiednich kamienic przy dawnej ulicy Nowiniarskiej". Dla udokumentowania swoich wrażeń przytacza Matuszewski m.in. świadectwa Władysława Bartoszewskiego (jakże drogiego mojemu sercu Człowieka!): "Władysław Bartoszewski, który jeździł w czasie okupacji co dzień z Żoliborza tramwajem przez plac Krasińskich, zachował w pamięci obraz karuzeli jako miejsca rozrywkowego nieuczęszczanego i bez publiczności".

Więc jakże?... Nie wierzyć Matuszewskiemu, Bartoszewskiemu i innym wspomnianym w omawianym artykule? Nie, nie! Choć oni przejeżdżali, ja tam mieszkałem. Przy ul. Ciasnej 5, tuż przy placu Krasińskich. Ale moje świadectwo nie ma znaczenia wobec oczywistych faktów, tak właśnie jak je zapisał Miłosz:

"Śmiały się tłumy wesołe

W czas pięknej warszawskiej niedzieli"

Matuszewski i Bartoszewski niewątpliwie przejeżdżali tramwajem przez plac Krasińskich cztery razy dziennie i widzieli, co widzieli. Ale w tę niedzielę wielkanocną (a i chyba w poniedziałek) siedzieli z rodziną przy biesiadnym świątecznym stole i śpiewali (może nie...): "Wesoły nam dzień dziś nastał". A właśnie w ten jeden dzień - dzień krwi i chwały warszawskiego getta - bawił się na placu Krasińskich barwny tłum warszawiaków, którzy przecież chyba od dwóch tygodni przygotowywali się z dziećmi na zabawę w wesołym miasteczku, nic o tym nie wiedząc, że będzie tam akurat jakieś powstanie, które niespodziewanie stało się dodatkową atrakcją dla fruwających na huśtawkach młodych par... A Miłosz tam był, a to, co widział i opisał, nie jest wymyśloną bezpodstawnie poetycką metaforą.

W moich, napisanych bezpośrednio po wojnie, wspomnieniach "Kim pan jest, panie Grymek?" odnotowałem karuzelę na placu Krasińskich, niestety (żałuję), pisząc o tym, znałem już wiersz Miłosza i nie próbowałem w opisie z nim konkurować... Szkoda... Ukrywałem się wtedy z bratem w lumpenproletariackiej uliczce bez wyjścia - wyjście na Nowiniarską zablokowane było zburzoną kamienicą. "W pierwszy dzień świąt zaprosili nas na uroczysty obiad sąsiedzi, którzy postawili stół wielkanocny dla całego podwórza. Głównym daniem były końskie kotlety w gęstym brązowym sosie. Wtedy to po raz pierwszy w życiu jedliśmy końskie mięso - i okazało się, że można je jeść... Po obiedzie wszyscy wyszli na plac Krasińskich, gdzie odbywała się świąteczna zabawa. Na środku placu ustawiono karuzele i huśtawki. Kolorowy tłum przyszedł się bawić jak co roku od wiek wieków. Wesoły nam dzień nastał, więc przy skocznej muzyce dorośli i dzieci płyną w górę i w dół na karuzeli, na tle płonącego getta, młode pary wzlatują w niebo na rozpędzonych huśtawkach. Nie będę konkurował w opisie tej zabawy z Andrzejewskim czy Miłoszem." Moje oczy to widziały, a serce krwią broczyło...

Jeden dzień, jeden wiersz ma nieraz dla historii, dla wyobraźni, dla pamięci większe znaczenie niż świadomość "trzydziestoletniej wojny". Jeden dzień w Kielcach - jeden dzień! Jeden dzień w Jedwabnem - jeden dzień! Jedna niedziela na placu Krasińskich - jedyny dzień od 1940 do 1944 roku, w którym Ryszard Matuszewski nie przejeżdżał przez plac Krasińskich. Ale Miłosz tam był.

Natan Gross, Izrael






ŻYDZI A SPRAWA POLSKA