Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

NIE - 2008

 

 

ANDRZEJ ROZENEK, DARIUSZ CYCHOL

Był raz niewinny minister

 

 

Romuald Szeremietiew jest czysty - orzekł sąd. Skoro tak, to czas wyjaśnić, kto i dlaczego wrobił wiceministra obrony narodowej w aferę korupcyjną.

 

 

5 lat zbieraliśmy informacje, śledziliśmy wydarzenia, wnikaliśmy w środowisko MON, by znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego zniszczono wiceministra obrony narodowej Romualda Szeremietiewa.

7 lat 2 miesiące 2 tygodnie i 2 dni od ukazania się w "Rzeczpospolitej" artykułu "Kasjer z ministerstwa obrony" (7-8 lipca 2001 r.) zapadł w pierwszej instancji wyrok. Profesor Romuald Szeremietiew został uniewinniony ze wszystkich stawianych mu zarzutów korupcyjnych. Został jedynie ukarany - grzywną w wysokości 3 tys. zł - za udostępnienie Zbigniewowi Farmusowi dokumentów niejawnych w czasie, gdy Farmus nie miał ważnego certyfikatu bezpieczeństwa (wcześniej kilkakrotnie takie dopuszczenia otrzymywał). Szeremietiew od tej grzywny będzie się odwoływał, i to zapewne skutecznie, gdyż Farmus przed innym sądem (jego sprawa toczyła się w tym samym czasie) został już oczyszczony z zarzutu nielegalnego korzystania z materiałów niejawnych.

Korupcja czy spisek?

Autorzy "Kasjera z ministerstwa obrony" Anna Marszałek i Bertold Kittel postawili Szeremietiewowi wiele poważnych zarzutów. Ogólny ich sens był taki: wiceminister w MON Romuald Szeremietiew i pracownik gabinetu politycznego ministra obrony Bronisława Komorowskiego - Zbigniew Farmus, stworzyli korupcyjny tandem. Żądali łapówek za kontrakty na dostawy sprzętu do armii. Prokurator Mariusz Pieczek delegowany do Prokuratury Okręgowej w Warszawie po zapoznaniu się z treścią artykułu postanowił wszcząć śledztwo "w sprawie". W śledztwie przewinęło się aż pięciu prokuratorów, którzy jak gdyby "uciekali" nie chcąc realizować wytycznych polityków. Kolejni prokuratorzy dokładali Szeremietiewowi zarzuty, aż wreszcie w akcie oskarżenia znalazło się ich pięć. Sprawa trafiła do Sądu Rejonowego (sic!) dla Warszawy Śródmieście. Na 70 posiedzeniach sądu, prokuraturę reprezentowało... 15 prokuratorów!

Dziś nie ulega wątpliwości, że Szeremietiew padł ofiarą spisku, pierwszego o takiej skali od czasu obalenia rządu Józefa Oleksego. Za sprawę "Olina" dotychczas nikt nie beknął. Identycznie zapewne będzie też ze sprawą Szeremietiewa.

Jesienią 2003 r. podjęliśmy próbę wyjaśnienia, o co naprawdę chodzi w sprawie Szeremietiewa. Pół roku zajęło nam dotarcie do informatorów i dokumentów. Wreszcie powstała publikacja "Głupota "NIE" i desant lotniczy" ("NIE" nr 27/2004) i broniliśmy człowieka, z którym pod względem politycznym różniło nas wszystko i którego niejednokrotnie krytykowaliśmy na swych łamach. Szeremietiew to ortodoksyjny katolik, w PRL działacz nielegalnych struktur opozycyjnych takich jak ROPCiO, KPN, PPN, doradca "Solidarności". W 1982 r. został skazany przez sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego na 5 lat więzienia za próbę obalenia ustroju PRL przemocą. We współczesnej Polsce współpracował z Komitetami Obywatelskimi, współorganizował RdR, współtworzył AWS, był wiceministrem w rządach Jana Olszewskiego i Jerzego Buzka.

Urlop czy ucieczka?

Efekty artykułu w "Rzeczpospolitej" były poważne. Szeremietiew został przez premiera odwołany ze stanowiska. Farmusa w czasie teatralnej akcji, przy użyciu śmigłowca, zdjęto z promu którym płynął do Szwecji na urlop.

Na akcję osobiście zgodził się ówczesny premier Jerzy Buzek. Zrobił to pod wpływem polskich służb specjalnych. Nad Bałtyk wysłano samoloty rozpoznawcze, które ustaliły, że prom "Rogalin" jest już na szwedzkich wodach terytorialnych. Nasze lotnictwo naruszyło integralność przestrzeni powietrznej Szwecji. Lotnictwo szwedzkie zostało postawione w stan gotowości. Prom zawrócił na polskie wody. Niepokój pasażerów pamiętających niedawną katastrofę "Heweliusza" uśmierzano wydawanymi na rozkaz kapitana darmowymi drinkami. Helikopter zabrał z pokładu Farmusa, którego wtrącono na 2,5 roku do aresztu "tymczasowego". Całość "spontanicznie" nagranej akcji trafiła do telewizji. Zabrakło tylko zdjęć z wyciągania Farmusa z helikoptera. Robiono to w bazie marynarki, w otoczeniu gromady po zęby uzbrojonych komandosów: powalono go jak kukłę, opatulono w kamizelkę kuloodporną, przykryto hełmem. Zapewne na wypadek, gdyby Szeremietiew postanowił go odbić lub zabić.

Jak się później okazało, wcale nie uciekał jak podawały media, ale po prostu w ramach dawno zaplanowanego urlopu płynął do przebywającej w Szwecji córki. Nieprawdziwe też okazały się doniesienia o jego pięciu paszportach.

Samoloty czy buble?

Co było dalej? Ówczesny minister obrony narodowej Bronisław Komorowski, który później przyznał, że wiedział o prowadzonej przez WSI inwigilacji Szeremietiewa, odwołał dotychczasowego dyrektora Departamentu Zaopatrywania Sił Zbrojnych, a w jego miejsce powołał pułkownika Pawła Nowaka uchodzącego w środowisku MON za osobę... wielce życzliwą WSI.

Pozbycie się Szeremietiewa ułatwiło podejmowanie decyzji, które zaowocowały podpisaniem trzech kontraktów (kołowy transporter opancerzony, przeciwpancerny pocisk kierowany, samolot wielozadaniowy) na dostawę sprzętu do polskiej armii o łącznej wartości 35 mld zł (!). Pierwszy przetarg ogłoszono już kilkanaście dni po nominacji Nowaka. Szeremietiew był jawnym wrogiem wyboru amerykańskiego samolotu F-16 (w zeszły wtorek na warszawskim Okęciu awaryjnie, nie po raz pierwszy zresztą, wylądowało 5 Jastrzębi) i izraelskiego pocisku Spike, który kupiliśmy... bez przetargu rezygnując przy tym z przeprowadzenia w Polsce pełnych testów. Szeremietiew w ogóle nie brał pod uwagę późniejszego zwycięzcy, fińskiego transportera AMV, gdyż kompletnie nie odpowiadał naszym wymaganiom. Opory Szeremietiewa miały wówczas głębokie uzasadnienie merytoryczne i praktyczne. Czas pokazał, że skompromitowanie go pozwoliło na takie rozstrzygnięcia, którym się sprzeciwiał.

Te trzy najważniejsze kontrakty podpisali już następcy Komorowskiego - minister Jerzy Szmajdziński i wiceminister Janusz Zemke z SLD. Dzielnie ich w tym wspierał pułkownik Nowak, którego prezydent Kwaśniewski na wniosek Szmajdzińskiego awansował na generała.

O kulisach wyboru transportera fińskiego koncernu Patria napisaliśmy mnóstwo krytycznych publikacji. Wyboru dokonano z wielokrotnym naruszeniem prawa i wbrew interesom armii. Dziś w innych państwach europejskich, które podjęły współpracę z fińskim koncernem, toczą się prokuratorskie śledztwa sięgające szczytów władzy, w związku z korupcją o wielkiej skali. Wydaje się, że tylko w Polsce Patria nie naruszyła prawa. Ma nawet świetne notowania, skoro lada moment mamy od tego koncernu kupić samoloty szkoleniowe i moździerze samobieżne.

Więcej pytań

Generalnie o nieprawidłowościach w zamówieniach dla MON wydrukowaliśmy w "NIE" około 60 artykułów. Mamy dobre źródła i niezłą orientację w tym hermetycznym środowisku. Mimo to możemy założyć, że o kulisach sprawy Szeremietiewa wiemy nie więcej niż 10 proc., a sam zainteresowany zna ją może w 15 procentach. Wciąż pozostają bez odpowiedzi kluczowe dla tej niebywałej prowokacji pytania:

- Jak wytłumaczyć okoliczności włamania do świetnie zabezpieczonego domu Romualda Szeremietiewa? Eksperci WSI ustalili, że zastosowano technikę zbliżoną do stosowanej przez izraelski Mossad. Czy ma to związek z zamówieniem na PPK Spike produkowane przez państwowy koncern Rafphael z Izraela, którym to pociskom wiceminister był przeciwny?

- Jak wytłumaczyć transfer danych, który nastąpił z domowego komputera Szeremietiewa na komputer znajdujący się poza granicami Polski? Stało się to - szczęśliwie dla wiceministra - w czasie jego nieobecności w Polsce. Transfer śledziły polskie służby specjalne. Czyżby chodziło o wrobienie wiceministra w szpiegostwo?

- Czym uzasadnić totalną inwigilację, jakiej poddano Szeremietiewa? Szukanie haków przez WSI było tak daleko zaawansowane, że posunięto się nawet do zbierania płynów fizjologicznych z pościeli w jego służbowym mieszkaniu!

- Po zatrzymaniu Farmusa służby specjalne zainteresowały się niby nic nieznaczącym pracownikiem MON Miłoszem Farmusem, synem uwięzionego Zbigniewa. Wkrótce okazało się, że Miłosz wyjechał do USA, gdzie okazał się być oficerem amerykańskiego wywiadu, dziś bodaj w randze pułkownika. Czy nie wiedzieliśmy, że mamy w MON amerykańskiego wywiadowcę? A może wiedzieliśmy i się na to zgadzaliśmy? Czy nie wykorzystywano go aby w sprawie przetargu na samoloty wielozadaniowe?

- Skoro "zdjęcie" Farmusa z promu okrzyknięto sukcesem UOP, dlaczego chwilę później stanowisko stracił szef gdańskiej delegatury UOP? Czyżby jego agentom nie udało się podrzucić czegoś na prom?

•••

Autorzy publikacji, od której zaczęło się piekło Szeremietiewa, zebrali nagrody przyznawane dziennikarzom śledczym, stali się środowiskowymi autorytetami chodzącymi w glorii pogromców skorumpowanego ministra.

W lipcu 2001 r. łapówkarzem Szeremietiewem żyła cała Polska. Dziś, jesienią 2008 r., o jego uniewinnieniu ukazało się zaledwie kilka lakonicznych wzmianek. I oczywiście nie były to wzmianki ani Anny Marszałek, ani Bertolda Kittela, ani redakcji, dla których obecnie pracują.

Brakuje nam też odpowiedzi na pytanie, co się dzieje z pamięcią pana marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego? Niegdyś złożył deklarację, że gdyby zarzuty wobec Szeremietiewa nie potwierdziły się - zakończy karierę polityczną. A rozwija się ona pięknie.





Większa dawka top secret