Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

FRONDA nr 34, zima 2004



Bardzo charakterystyczne jest to, że największą obelgą dla jakiegokolwiek tureckiego polityka jest oskarżenie go o posiadanie armeńskich korzeni (ostatnio takie "oszczerstwo" dotknęło byłego premiera Mesuta Ylmazina oraz Devleta Bahcelego - przywódcę tureckiej partii nacjonalistycznej. Ten ostatni zlecił badania genealogiczne swojej rodziny, które potwierdziły 100-procentową tureckość Bahcelego.




SZTUKA ZAPOMINANIA

GRZEGORZ KUCHARCZYK




Wyobraźmy sobie Niemcy po II wojnie światowej, po dokonanym na polecenie niemieckiego rządu ludobójstwie Żydów, i sytuację, w której kolejne niemieckie gabinety, większość niemieckich uczonych nie tylko neguje fakt popełnionego przez Berlin ludobójstwa, lecz również czyni wszystko (stosując na przykład szykany i utrudnienia wobec rodzimych i zagranicznych uczonych zajmujących się tą problematyką z innego niż oficjalny punktu widzenia i oskarżają ich z tego powodu o "wrogość wobec niemieckości"), by prawda o nim nie była upowszechniana w Niemczech i poza ich granicami. Trudno sobie coś takiego wyobrazić. Jednak w wypadku Turcji ciągle wypierającej się ludobójstwa popełnionego na Ormianach (począwszy od 1915 roku) to nie są wyobrażenia. To smutna rzeczywistość wspieranego przez Republikę Turecką negacjonizmu [1].

We wrześniu 1994 roku, turecka premier Tansu Ciller (pierwsza kobieta w historii Turcji na tym stanowisku, na Zachodzie postrzegana z tego powodu jako zwiastun otwarcia się tureckiej polityki na zachodnie standardy), odnosząc się do ciągle pojawiających się (przede wszystkim w poszczególnych krajach zachodnich, a także w takich europejskich instytucjach, jak Parlament Europejski) apeli kierowanych do rządu w Ankarze, by ten oficjalnie przyznał, że w latach 1915-1916 roku Ormianie stali się w Turcji (jeszcze wówczas sułtańskiej) ofiarą zorganizowanej i systematycznie przeprowadzonej polityki ludobójstwa, oświadczyła: "Nasze stanowisko jest bardzo jasne. Czymś oczywistym jest dzisiaj, że ormiańskie żądania są pozbawione podstaw i złudne w świetle historycznych faktów. Ormianie nie byli poddani ludobójstwu w żaden sposób".

Sankcjami w prawdę historyczną

Słowa tureckiej pani premier to kontynuacja oficjalnego stanowiska Ankary, które trwa od początku założenia Republiki Tureckiej przez Atatürka. Takie stanowisko, dodajmy, jest podtrzymywane do dnia dzisiejszego. 14 kwietnia 2003 roku tureckie ministerstwo edukacji rozesłało okólnik do dyrektorów szkół podstawowych i średnich, w którym zachęca się do tego, by uczniowie uczeni byli zaprzeczania eksterminacji Ormian (również Greków oraz syryjskich chrześcijan). Dokument ten poleca dyrektorom szkół organizowanie konferencji, "świadectw", mających przekonywać uczniów, że Turcja na początku XX wieku nie dopuściła się ludobójstwa. Uczniowie mają być ponadto zachęcani do pisania wypracowań na temat: "Walka przeciw oskarżeniom o popełnienie ludobójstwa" [2].

Kolejnym tureckim rządom "fakty historyczne" każą przejść do porządku dziennego nad tym, że począwszy od 1915 roku zniknęło z grona żywych ok. 1,5 mln Ormian; każą zamykać oczy na to, co widziało szereg obserwatorów (dyplomatów, wojskowych, inżynierów, misjonarzy) zarówno z krajów neutralnych, jak i z tych, które w okresie I wojny światowej były największymi sojusznikami Turcji (Niemcy). Dla znakomitej większość tureckich polityków (nie tylko z ław rządowych, lecz także zasiadających w tureckim parlamencie) widziane przez zagranicznych obserwatorów tysiące ciał zamordowanych Ormian w Eufracie to zwykła "translokacja ludności" z przygranicznych obszarów dotkniętych działaniami wojennymi. Podobnie kolumny (nie tylko zaobserwowane, ale i fotografowane przez przybyszów z Zachodu) wycieńczonych starców, kobiet i dzieci ormiańskich (mężczyzn wcześniej wymordowano) pędzone na syryjskie pustynie przez tureckich i kurdyjskich żandarmów to nic innego jak "rutynowe przemieszczanie ludności".

Nic dziwnego więc, że w tej sytuacji każde nadchodzące z zewnątrz wezwanie pod adresem Republiki Tureckiej, by uznała prawdę o ludobójstwie dokonanym na Ormianach przez rząd młodoturecki, jest przyjmowane przez Ankarę z dużą nerwowością i interpretowane jako akt wrogości wobec państwa tureckiego. Dość wspomnieć, że w odpowiedzi na uznanie przez francuskie Zgromadzenie Narodowe faktu ludobójstwa Ormian przez Turków władze w Ankarze anulowały w 2001 roku warte miliony dolarów kontrakty na dostawy francuskiego uzbrojenia dla armii tureckiej. Podobnymi sankcjami władze tureckie zagroziły w 2004 roku Kanadzie, gdy parlament tego kraju poszedł w ślady swoich francuskich kolegów. Rząd turecki określił kanadyjskich deputowanych, którzy podjęli stosowną uchwałę w kwietniu 2004 roku, mianem "ograniczonych" i w specjalnym oświadczeniu ostrzegł kanadyjskich parlamentarzystów, że to oni "poniosą odpowiedzialność za jakiekolwiek negatywne konsekwencje, jakie ta decyzja będzie miała" [3].

Niekiedy pogróżki przybierały bardziej drastyczną formę. Gdy w październiku 2000 roku amerykańska Izba Reprezentantów debatowała nad rezolucją uznającą fakt popełnienia przez Turków ludobójstwa, znana już nam Tansu Ciller (w 2000 roku jedna z czołowych postaci tureckiej opozycji) jako "środek odwetowy" zarekomendowała deportację z Turcji 30 tys. Ormian, którzy mieli przebywać tam bez posiadania tureckiego obywatelstwa (ekspremier najwyraźniej zdawała sobie sprawę, że grożenie USA sankcjami ekonomicznymi byłoby czymś groteskowym).

Jednak stosowana przez tureckie rządy polityka zastraszania i grożenia sankcjami nie jest skuteczna. Kolejne kraje uznają prawdę o ludobójstwie Ormian. W ostatnich latach, oprócz wspomnianej już Francji i Kanady, uczyniły to także Szwajcaria, Urugwaj i Argentyna. Co ciekawe, zmiana stanowiska w kwestii "polityki historycznej" zarysowuje się także w Izraelu, którego politycy - jak dotąd - unikali jednoznacznych deklaracji uznających prawdę o ludobójczej polityce, której ofiarą padli na początku XX wieku Ormianie.

24 kwietnia 2000 roku, w dniu upamiętniającym 85. rocznicę początku ludobójstwa Ormian, izraelski minister edukacji Yossi Sarid na uroczystości poświęconej temu wydarzeniu w Jerozolimie zwrócił się do słuchających go przedstawicieli ormiańskiej społeczności: "Przez wiele lat, przez zbyt wiele lat byliście sami podczas waszego Dnia Pamięci. Zdaję sobie sprawę ze specjalnego znaczenia, jakie ma moja obecność wraz z innymi Izraelczykami tutaj w dniu dzisiejszym. Być może dzisiaj, po raz pierwszy, nie jesteście osamotnieni... Jestem tutaj z Wami jako człowiek, jako Żyd, Izraelczyk i jako minister edukacji państwa Izrael" [4].

Minister Sarid obiecał ponadto, że informacje o pierwszym ludobójstwie XX wieku, którego ofiarami byli Ormianie, zostaną włączone do programu nauczania w izraelskich szkołach średnich [5] - co jak dotąd było blokowane przez izraelskie MSZ, obawiające się pogorszenia stosunków z Turcją (jest ona jedynym muzułmańskim państwem, z którym Izrael zawarł sojuszniczy pakt militarny).

"Degeneraci" i "zdrajcy", czyli jak można zelżyć tureckość

W samej Turcji głoszenie prawdy o ludobójstwie Ormian nie tylko jest zakazane, ale spotyka się z całą gamą represji. 10 października 1980 roku na lotnisku w Stambule został aresztowany 26-letni duchowny ormiański, Hayk Manwel Yerkatian [6]. W areszcie przesiedział trzy lata (podczas brutalnego śledztwa był torturowany - wyrwano mu paznokcie u rąk i stóp). W marcu 1983 roku został skazany na 14 lat więzienia i dodatkowe 4 lata "wewnętrznego zesłania". "Materiałem obciążającym" okazała się znaleziona przy nim na lotnisku autobiografia ormiańskiego księdza Schikahera, która zawierała m.in. opis ludobójstwa z 1915 roku. W 1986 roku Yerkatian został zwolniony z więzienia z powodu złego stanu zdrowia, ale nie zrehabilitowany. Fakt pozostaje faktem. Sześć lat w tureckim więzieniu za posiadania książki wspominającej ludobójstwo popełnione niegdyś przez Turków.

Gdy w październiku 2000 roku w związku z toczącą się w amerykańskim Kongresie debatą nad uznaniem ludobójstwa Ormian władze tureckie zwracały się do poszczególnych przedstawicieli chrześcijańskich wspólnot religijnych w Turcji o "dobrowolne" deklaracje, które odcinać się miały od "bezpodstawnych oskarżeń" formułowanych pod adresem Ankary przez niektórych amerykańskich kongresmenów, ks. Jusuf Akbulut z syryjsko-prawosławnej wspólnoty z Diarbekir odmówił. Nie tylko odmówił, ale w udzielanych wywiadach stwierdzał wprost, że ofiarami ludobójstwa byli nie tylko Ormianie, lecz i syryjscy chrześcijanie.

Na reakcję nie trzeba było długo czekać. 4 października 2000 roku na łamach poczytnej tureckiej gazety "Hürriyet" ukazał się artykuł o ks. Akbulucie pod wymownym tytułem Zdrajca między nami. Dwa tygodnie później wszczęto proces przeciw syryjskiemu duchownemu "o podżeganie ludności do nienawiści i wrogości z powodu odrębności klasowej, rasowej i religijnej" (par. 312 tureckiego kodeksu karnego). Ostatecznie 5 kwietnia 2001 roku postępowanie umorzono. Sąd stwierdził m.in., że "skoro w regionie nie ma już Ormian i Syryjczyków prawosławnego wyznania [na skutek ludobójstwa właśnie - G.K.], nie może być podżegania do międzyetnicznej nienawiści". Jak zauważa Tessa Hofmann, niemiecka badaczka zajmująca się dziejami (także tymi najnowszymi) Ormian w Turcji, "nie było to uniewinnienie, lecz raczej sofistyczne rozumowanie" [7].

Również w październiku 2000 roku represje spadły na Akina Birdala, byłego przewodniczącego działającej w Turcji Organizacji Praw Człowieka. Birdal (etniczny Turek) podczas pobytu w Niemczech stwierdził, że "wszyscy wiedzą, co uczyniono Ormianom, i Turcja musi za to przeprosić". Turecka prokuratura niemal natychmiast wszczęła śledztwo przeciw Birdalowi o "publiczne lżenie tureckości" (par. 159 tureckiego kodeksu karnego). Prokurator domaga się sześciu lat pozbawienia wolności. Cztery wyroki skazujące na pozbawienie wolności były udziałem Ayse Nur Zarakolu (zm. w 2002 roku), której "winą" jako właścicielki wydawnictwa było publikowanie książek przedstawiających prawdę o ludobójstwie Ormian (wedle tureckich władz: "lżyły tureckość"). Wśród zakazanych książek były opublikowane w oficynie pani Zarakolu tureckie edycje książek Y. Ternona i V. Dadriana (odpowiednio Francuza i Amerykanina o ormiańskich korzeniach), które mówiły o ludobójstwie roku 1915.

20 kwietnia 2001 roku w europejskim wydaniu znanej już nam tureckiej gazety "Hürriyet" ukazał się artykuł pod tytułem Zdegenerowany Turek. "Degeneratem" okazał się mieszkający w Niemczech Turek, Ali Ertem, przewodniczący działającego we Frankfurcie nad Menem Towarzystwa Przeciwników Ludobójstwa. Organizacja ta zwróciła się w listopadzie 1999 roku do tureckiego parlamentu z petycją podpisaną przez ok. 10 tys. Turków, by tureccy parlamentarzyści uznali fakt ludobójstwa Ormian. W kwietniu 2001 roku Ertem zorganizował w gmachu niemieckiego Reichstagu w Berlinie konferencję prasową na ten temat, podczas której, jak czytamy w "Hürriyet", "wymiotował swoją nienawiść do Turcji" (czytaj: domagał się uznania przez Ankarę faktu ludobójstwa Ormian) [8].

Poczytny turecki dziennik zdaje się zresztą specjalizować w tropieniu "tureckich degeneratów". Sądząc po lekturze "Hürriyet", najwięcej spotkać ich można w Niemczech. Kolejny został znaleziony przez turecką gazetę w marcu 2001 roku w osobie dr Elciny Kürsat-Ahlersa, która 23 kwietnia 2001 roku podczas wykładu wygłoszonego na konferencji Protestanckiej Akademii w Mühlheim mówiła o ludobójstwie Ormian. Turecki dziennik określił konferencję mianem "konferencji nienawiści", podczas której wspomniana uczona "atakowała założyciela Tureckiej Republiki, Mustafę Kemala Atatürka, wymiotując śliną i nienawiścią" (charakterystyczne dla "Hürriyet" i dla innych tytułów tureckiej prasy jest posługiwanie się wyszukaną metaforyką odwołującą się do wymiocin i innych wydzielin).

Czujnością wykazał się nie tylko "Hürriyet". W kwietniu 2000 roku gazeta "Türkiye" z tego samego powodu (tzn. twierdzenia, że Turcy byli sprawcami ludobójstwa Ormian) piętnowała innego "zdegenerowanego" Turka, Dogana Akhanliego, autora opublikowanej w Turcji w 1999 roku książki o ludobójstwie Ormian (Dzień Sądu Ostatecznego). Również Akhanli "wymiotował swoją zemstą na Ottomanach i Turkach". Zresztą jeśli chodzi o tego tureckiego autora, gazeta wytoczyła zarzuty najcięższego (w jej oczach) kalibru, twierdząc, że jest on z pochodzenia Ormianinem.

"Prawdę" napisać mogą tylko "swoi"

Oprócz jawnego represjonowania i szkalowania tych uczciwych tureckich badaczy, którzy maja odwagę pisać prawdę o tragicznym losie Ormian, władze tureckie utrudniają, jak mogą, pracę tych historyków zachodnich, którzy nie podzielają propagowanej przez Ankarę wizji wydarzeń lat 1915-1916. Takim niewygodnym historykom utrudnia się lub wręcz uniemożliwia korzystanie z tureckich zasobów archiwalnych. W 1997 roku taki los stał się udziałem niemieckiego uczonego, dr Hilmara Kaisera, któremu wydano dożywotni zakaz korzystania z ottomańskich archiwów tylko dlatego, że dr Kaiser zajmuje się dziejami prześladowań Ormian w Turcji.

Wobec innych stosuje się oszczerstwa. Profesora Udo Steinbacha kierownika Instytutu Orientalnego w Hamburgu (także przyznającego prawdę o ludobójstwie Ormian), zasłużony w tropieniu wrogów tureckości dziennik "Hürriyet" oskarżył o związki z niemieckimi tajnymi służbami, podejmującymi działania wrogie wobec Turcji. Podobne oskarżenie wysunięto również pod adresem wspominanej nieraz w tym artykule dr Tessy Hofmann z Ost-Europa-Institut przy Freie-Universität w Berlinie.

Zdarzało się, że represje były bardziej drastyczne. W 1982 roku w miejscowości Van (wschodnia Turcja, do 1915 roku jedno z większych skupisk ludności ormiańskiej w Turcji) aresztowany i skazany na 14 miesięcy więzienia został niemiecki obywatel Ralph Braun. Ten niemiecki doktorant dorabiał jako przewodnik dla wycieczek turystycznych z Niemiec. Podczas jednej z nich był na tyle nieostrożny, że zaczął opowiadać o masakrach Ormian z lat 1895-1896 (najkrwawsze były właśnie w mieście Van i w okolicy). To wystarczyło władzom tureckim, by skazać Niemca "za obrazę tureckości". Po odsiedzeniu sześciu miesięcy w więzieniu w Diarbekir został zwolniony dzięki osobistej interwencji szefa MSZ Republiki Federalnej Niemiec, Hansa Dietricha Genschera.

Wraz z szykanowaniem "obcych" (w tureckiej nomenklaturze: "degeneratów") władze Turcji systematycznie promują "swoich", czyli tych zachodnich uczonych, którzy powielają propagowaną przez Ankarę wersję wydarzeń z lat 1915-1916.

W 1997 roku szerokim echem w amerykańskim świecie naukowym odbiła się nominacja na sponsorowaną przez rząd turecki katedrę przy uniwersytecie w Princeton, dr Heatha Lowry'ego. Lowry od lat dal się poznać jako bezkrytyczny zwolennik tureckiego negacjonizmu. Jego nierzetelność jako naukowca (objawiająca się choćby w systematycznym pomijaniu niewygodnych dla Turków materiałów źródłowych - m.in. relacji zagranicznych świadków ludobójstwa czy akt procesu przywódców zbrodniczego rządu młodotureckiego toczącego się w 1919 roku przed tureckim sądem wojennym) oraz jawna próba korumpowania przez Ankarę amerykańskiej Akademii (Lowry, rzecz jasna, miał zapewniony nieograniczony dostęp do tureckich archiwów), wywołała protest amerykańskiego środowiska naukowego. Petycję (pod znamiennym tytułem Uczona korupcja) w tej sprawie i przeciw nominacji Lowry'ego podpisało ponad 100 wybitnych naukowców z USA.

"Ormian na Kaukazie będzie można znaleźć tylko w muzeach"

Zamilczanie prawdy o ludobójstwie Ormian jest częścią szerszego planu realizowanego od lat przez tureckie władze (bez względu na przynależność partyjną), którego celem jest wymazanie pamięci o Ormianach, o ich trwającej ponad 2000-lat obecności we wschodniej Anatolii (która jest historyczną kolebką ich państwa; Ormianie byli tam na długo przedtem, zanim pojawili się na tych terenach tureccy agresorzy).

Temu celowi służy nie tylko wspomniana wcześniej "polityka historyczna", lecz również idąca z nią w parze "polityka pomnikowa". Przejawia się ona w systematycznej destrukcji ormiańskiego dziedzictwa kulturowego (zabytki), prowadzonej pod płaszczykiem wykopalisk archeologicznych i rekonstrukcji. W 1995 roku rozpoczęły się prowadzone na szeroką skalę przez Turków prace wykopaliskowe w starożytnej stolicy Armenii - Ani. "Wykopaliska" i postępujące za nimi "rekonstrukcje" stały się jednak - co potwierdzają m.in. opinie brytyjskich archeologów [9] - masowym niszczeniem dawnej armeńskiej stolicy (zniszczono w ten sposób dużą część murów miejskich). Tajemnicą poliszynela są quasi-mafijne układy łączące tureckich "archeologów" z lokalnymi przedsiębiorstwami budowlanymi (układ jest prosty: pozyskany z "wykopalisk" materiał budowlany jest dostarczany za odpowiednią opłatą zainteresowanym firmom). W podobny sposób "wykopaliska" zostały przeprowadzone także w jednym z najważniejszych zabytków ormiańskiego dziedzictwa kulturowego we wschodniej Anatolii - klasztorze na wyspie Aghtamar (jezioro Van).

Co ciekawe, w tureckich przewodnikach i informatorach o regionie regułą jest pomijanie armeńskich korzeni zabytków. Zazwyczaj określa się je jako "bizantyńskie" czy też używa się nazw pochodzących od dawnych armeńskich dynastii. Byle nie użyć słów "Ormianie" czy "Armenia".

William Dalrymple, brytyjski autor zajmujący się dziedzictwem kulturowym Anatolii, pisze: "Pewien archeolog brytyjski (który jak prawie wszyscy rozmawiający ze mną na ten temat prosił o zachowanie anonimowości) powiedział mi: >>Po prostu nie jest możliwa praca nad Ormianami. Oficjalnie oni nie istnieją i nigdy nie istnieli. Jeśli próbujesz uzyskać zezwolenie na kopanie w armeńskim miejscu, zostanie ono cofnięte. A jeśli kopiesz bez zezwolenia, będziesz ścigany<<" [10].

W tych słowach nie było cienia przesady, o czym przekonuje (opisany również przez W. Dalrymple'a) przypadek J.M. Thierry'ego - wybitnego francuskiego historyka sztuki. W 1975 roku został on na trzy dni aresztowany, ponieważ przyłapano go na odtwarzaniu planu armeńskiego kościoła w okolicach miasta Van. Po zwolnieniu za kaucją udało mu się opuścić Turcję. Zaocznie został skazany na trzy miesiące ciężkich robót.

Pozostałe jeszcze ormiańskie świątynie są systematycznie zamieniane na meczety. Dość wspomnieć katedrę w Urfie (gdzie w 1895 roku Turcy spalili setki Ormian) zamienioną na meczet w 1993 roku. Podobny los spotkał w 1998 roku kościół Świętych Apostołów w Kars.

Inne zabytki (w tym ormiańskie cmentarze) są po prostu dewastowane. Pod pozorem konstrukcji tamy nad Eufratem zniszczono średniowieczną armeńską twierdzę Hromkla, będącą w latach 1147-1292 siedzibą katolikosa Ormian (tzn. ich duchowego zwierzchnika), a jednocześnie miejscem lokalizacji jednego z najświetniejszych armeńskich skryptoriów. Rok 1993 był świadkiem seryjnych dewastacji ormiańskich cmentarzy (także w Stambule).

"Polityka pomnikowa" tureckich władz ma także swój inny aspekt. Niszczeniu (armeńskich zabytków) towarzyszy tworzenie, budowanie monumentów o wymowie zdecydowanie i prowokacyjnie antyormiańskiej. Trudno bowiem ocenić inaczej, niż właśnie jako prowokację, budowanie przez Turków w takich miejscowościach jak Van czy Erzurum (widowni największych mordów dokonanych w latach 1915-1916 na Ormianach) muzeów upamiętniających "eksterminację ludności tureckiej przez Ormian" (dodajmy, że o tej rzekomej eksterminacji wiedzą tylko autorzy i projektodawcy wspomnianych muzeów).

W październiku 1999 roku, w obecności najwyższych władz Republiki Tureckiej (z prezydentem Sulejmanem Demirelem na czele) odsłonięte w Igdir - nad samą granicą z Republiką Armenii, 45-metrowy pomnik. Także on upamiętnia "tureckie ofiary ormiańskich zbrodni". Prawdziwe intencje, jakie przyświecały temu przedsięwzięciu, wyjaśnił jednak rzecznik gubernatora prowincji Igdir. Odnosząc się do faktu, że pomnik jest widoczny również z armeńskiej stolicy, Erewania, powiedział: "Kiedykolwiek Ormianie będą patrzeć w kierunku ich świętej góry Ararat, będą widzieć nasz pomnik". Pomnik składa się z pięciu skrzyżowanych ze sobą mieczy, przesłanie jest więc bardzo wymowne.

Wypychaniu z publicznej przestrzeni pamięci o ludobójstwie dokonanym na Ormianach towarzyszą w Turcji niesłabnące na sile antyormiańskie resentymenty i stereotypy. W tym kontekście bardzo pesymistycznie brzmią wyniki ankiety przeprowadzonej wśród tureckiej młodzieży szkolnej, zapytanej w 1999 roku o ich stosunek do Ormian. 44,2 proc. respondentów odpowiedziało, że nie ma dobrych Ormian, 28,9 proc. orzekło, że większość Ormian jest zła, ale są również dobrzy Ormianie, 24 proc. sądziło, że większość Ormian jest dobra, ale są również źli Ormianie. 2,7 proc. respondentów odpowiedziało, że nie ma złych Ormian.

Bardzo charakterystyczne jest to, że największą obelgą dla jakiegokolwiek tureckiego polityka jest oskarżenie go o posiadanie armeńskich korzeni (ostatnio takie "oszczerstwo" dotknęło byłego premiera Mesuta Ylmazina oraz Devleta Bahcelego - przywódcę tureckiej partii nacjonalistycznej. Ten ostatni zlecił badania genealogiczne swojej rodziny, które potwierdziły 100-procentową tureckość Bahcelego) [11]. Niepokój wśród tropicieli "nieczystej krwi" wzbudziły też wzmianki o ormiańskich korzeniach adoptowanej córki Atatürka, Sabihy Giokchen. Wątpliwości uciął oficjalny komunikat: "Jej ormiańskie pochodzenie nie ma znaczenia. Nawet jeśli jest to prawda, świadczy to o tolerancji Atatürka dla religijnych i etnicznych mniejszości" [12].

Z kolei w 1993 roku w tureckiej prasie pojawiły się nawet twierdzenia, że przywódca Partii Pracujących Kurdystanu, Abdullah Öcalan, jest z pochodzenia Ormianinem. To w połączeniu z pozbawionymi podstaw pogłoskami o finansowaniu i wspieraniu partii przez Ormian było częścią kampanii podjętej przez tureckie media (wsparcia ze strony rządu można się tylko domyślać), obliczonej na dyskredytację Ormian żyjących jeszcze w Turcji.

Kampania ta znacznie wzmogła się od 1988 roku, od momentu narastania konfliktu między Armenią a Azerbejdżanem o Górny Karabach. Gdy po upadku Związku Sowieckiego Armenia zbrojnie opanowała w 1992 roku tę ormiańską enklawę w Azerbejdżanie, Turcja - deklarująca się jako protektor Azerów i innych ludów tureckich w dawnym ZSRS (młodoturecki mit "Wielkiego Turanu" jest ciągle żywy) - zareagowała bardzo nerwowo.

Wydało się przy tej okazji, że dla czołowych polityków demokratycznej Turcji, pomimo oficjalnych zarzekań się, że w 1915 roku nic specjalnego się nie stało - rok ten jest ciągle jakimś wzorem postępowania wobec Ormian. Gdy wiosną 1993 roku premier Turcji Turgut Özal przebywał z oficjalną wizytą w Azerbejdżanie, odnosząc się do wydarzeń z lat 1915-1916 i niedawnego opanowania Górnego Karabachu przez Ormian, powiedział: "Nic się oni [Ormianie] nie nauczyli z historii. W Anatolii również tego próbowali. Dostali jednak niewiarygodny policzek [czytaj: ludobójstwo]. I nie zapomnieli tego bólu do dzisiaj. Jeśli spróbują tego ponownie tutaj [w Azerbejdżanie], polegając na pomocy tego czy innego obcego mocarstwa, coś ich może znowu spotkać".

Jeszcze bardziej jednoznaczny był dziennik "Türkiye", który 8 kwietnia 1993 roku pisał: "Podobnie jak góry Karabachu, Armenia od tysiącleci była turecka [sic!] i będzie należeć do narodu tureckiego. Wtedy na Kaukazie Ormian będzie można znaleźć tylko w muzeach".

Jak widać, dla wielu Turków rok 1915 ma jednak swoje wielkie, nieprzemijające przesłanie. Nie takie wszakże, jakiego oczekuje od nich światowa opinia publiczna.





1. Szerzej na temat państwowego negacjonizmu Ankary zob. w mojej książce o ludobójstwie Ormian, która ukazała się niedawno w serii "Biblioteki Frondy". 

2. Informacja za: www.armenian.ch

3. Por.: www.jihadwatch.org .

4. Wypowiedzi T. Ciller i Y. Sarida za: www.chgs.umn.edu .

5. Izraelski minister zadeklarował, że uczyni wszystko, by monumentalna powieść Franza Werfla Czterdzieści dni Musa Dagh, opisująca tragedię Ormian w 1915 roku, stała się znana izraelskiej młodzieży. Przyznał: "Dla mnie i dla wielu nastolatków z mojego pokolenia w Izraelu Czterdzieści dni Musa Dagh miało dla naszej osobowości i spojrzenia na świat efekt formacyjny". 

6. Informacje i cytaty (chyba że zaznaczone inaczej w przypisie) pochodzą z raportu sporządzonego przez Tessę Hofmann, niemiecką uczoną zajmującą się historią Armenii i ludobójstwa Ormian w XX wieku. Por. T. Hofmann, A critical assessment of the situation of the Armenian minority in the Turkish Republic. Jest on zamieszczony m.in. na portalu www.armenian.ch

7. T. Hofmann, A critical assessment, s. 33.

8. Charakterystyczne, że "Hürriyet" - jeden z najpoczytniejszych tureckich dzienników, w swojej tureckiej edycji zaopatrzony jest w nagłówek "Turcja dla Turków". 

9. Szerzej na ten temat zob. www.virtualani.freeserve.co.uk .

10. W. Dalrymple, From the Holy Mountain: a journey in the shadow of Byzantium, Londyn 1997, s. 83. 

11. Za: "Armenian, Assyrian and Hellenic Genocide News Archives", w: www.atour.com

12. Tamże.

 

 

 

GRZEGORZ KUCHARCZYK (1969) docent doktor habilitowany, pracownik Instytutu Historii PAN (Pracownia Historii Niemiec i Stosunków Polsko-Niemieckich w Poznaniu), autor kilkudziesięciu opracowań naukowych w polskich i zagranicznych czasopismach naukowych. Wydał m.in. takie książki, jak Myśl polityczna Zygmunta Krasińskiego (1995), Prusy, Rosja i kwestia polska w myśli politycznej Constantina Frantza 1817-1891 (1999), Cenzura pruska w Wielkopolsce w czasach zaborów 1815-1914 (2001), Czerwone karty Kościoła (2001), Ostatni cesarz (2004). Pierwszy holocaust XX wieku (2004). Publikował m.in. w "Christian Order", "Salisbury Review", "Christianitas", "Cywilizacji", "Pro Fide, Rege et Lege", "Arcanach". Mieszka w Poznaniu.









Ludobójstwo, eksterminacja, rzeź