Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 04.08.2007

 

O Wacławie Sadkowskim esbecy pisali "nasz agent"

 

Joanna Siedlecka

Teczka pracy konsultanta "Olchy"

 

74-letni dziś Wacław Sadkowski wstąpił do partii w 1956 roku, gdy wielu pisarzy właśnie z niej odchodziło, i pozostał do końca, jako jeden z najbardziej jej oddanych.

Był wieloletnim recenzentem "Trybuny Ludu", "Argumentów", "Faktów i Myśli", "Nowych Dróg", "Życia Partii". Uchodził za partyjnego intelektualistę, był członkiem Pen Clubu i SEC - Stowarzyszenia Kultury Europejskiej, polskiej sekcji Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Literackich, wieloletnim redaktorem naczelnym "Literatury na Świecie", autorem książek o literaturze zachodniej.

Na emeryturze wydał autobiografię "Mój sposób na życie", wykpioną niemiłosiernie w "Tygodniku Powszechnym" przez Zbigniewa Mentzla, który pisał, że "wszystko jest w niej fałszywe, obłudne, żałosne i politowania godne". Autora nazwał "spoconą myszą pod gigantofonem, która swój zwierzęcy strach, oportunizm i kunktatorstwo usiłuje podnieść do godności racjonalnej zasady".

Słowem w tej książce nie zająknął się Sadkowski o szesnastoletnim, aktywnym rozdziale swojej biografii, a jak wynika ze znajdujących się w Instytucie Pamięci Narodowej materiałów w pięciu opasłych tomach o sygnaturze 00200/9, a także danych ewidencyjnych, od roku 1972 do 1988 pracował intensywnie dla Służby Bezpieczeństwa. Formalnie, w charakterze tzw. konsultanta, zarejestrowanego pod numerem 36184, choć w rubryce rodzaj sprawy zaklasyfikowano go jako tajnego współpracownika, a esbecy pisali o nim per "nasz agent". Sporządzał bowiem nie tylko recenzje samizdatowych głównie książek i pism, ale też regularne raporty dotyczące środowiska literackiego, w tym Pen Clubu, interesujących SB twórców, a także - dla Departamentu I i II, czyli wywiadu i kontrwywiadu - charakterystyki zachodnich dyplomatów i sprawozdania z wizyt przyjeżdżających do Polski znanych zachodnich pisarzy, np. Susan Sontag, których zapraszał i gościł jako naczelny "Literatury na Świecie".

Sprawdzone i obiektywne źródło

Początkowo miał czytelny pseudonim Wacław, potem W.S., a od 1981 roku - Olcha. Pisywał swoje raporty, co się rzadko zdarza, sam, odręcznie, podpisując się często imieniem i nazwiskiem, które zamazano później, być może przy zdawaniu jego akt do archiwum, ale niestarannie i nie zawsze, zachowały się więc jego wyraźne podpisy, np. pod raportem z pobytu w Pen Clubach "bratnich krajów socjalistycznych" w 1984 roku.

W jego sprawie, jak w mało której, ocalał wyjątkowo bogaty materiał archiwalny, bo aż pięć tomów teczek pracy, w sumie przeszło 1300 stron, kilkunasto-, a nawet kilkudziesięciostronicowych, gorliwych, szczegółowych raportów, każdy w co najmniej dwóch egzemplarzach - podpisanym przez niego rękopisie i sygnowanym już pseudonimem maszynopisie, które znajdują się też w większości teczek rozpracowywanych pisarzy - Marka Nowakowskiego, ale też Pawła Hertza, Jarosława Marka Rymkiewicza, oraz w tzw. obiektówkach na "Zapis", Pen Club. Jako bywały w świecie intelektualista, pisywał je często na firmowym papierze międzynarodowych imprez, na które go delegowano, np. kongresu Pen Clubu w Tokio czy Forum Kulturalnego w Budapeszcie.

Prowadził go i wysoko oceniał sam Krzysztof Majchrowski. Ten główny esbecki zawiadowca od literatury pisał, że "Olcha" - krytyk, literat, tłumacz - to sprawdzone i obiektywne źródło informacji, od lat udzielające pomocy naszym służbom. Spotykali się w lokalu kontaktowym o kryptonimie Rzeka lub w mieszkaniu "Olchy". Tak jak i w przypadku równie płodnego Kazimierza Koźniewskiego brakuje teczki personalnej "Olchy" z zobowiązaniem do współpracy, ale wobec członków partii, których formalnie nie wolno było werbować, zwykle od tego odstępowano, zwłaszcza wobec tak chętnych i oddanych jak on.

Zapłatą była kariera nomenklaturowa, posada naczelnego "Literatury na Świecie", członkostwo w wielu prestiżowych gremiach, m.in. Radzie Literacko-Wydawniczej przy Ministerstwie Kultury, w latach 1975 - 1978 funkcja wiceprezesa Oddziału Warszawskiego ZLP, w stanie wojennym - członka prezydium tzw. Zlepu i wronich tworów typu Narodowa Rada Kultury, wreszcie wysyp wszystkich państwowych nagród i odznaczeń. Jeszcze w 1997 roku, w niepodległej już Rzeczypospolitej, otrzymał Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Ostrzegał przed "bojówkami" ZLP

Był przede wszystkim doradcą Służby Bezpieczeństwa - strategiem i taktykiem, który podpowiadał jej, w jaki sposób, jakimi metodami utrzymywać kierowniczą rolę partii w pionie kultury. Jak pacyfikować, neutralizować, czyli zwalczać literacką opozycję. Opracowywał strategie długofalowe i natychmiastowe, np. jak izolować politycznie aranżerów pism podziemnych; w stanie wojennym czy rozwiązywać Pen Club. Informował o "taktyce wpływowych sił i kół antysocjalistycznych", m.in. salonu Walendowskich. Uprzedzał o "przewidywanych zagrożeniach", np. 25 października 1979 roku przed zebraniem ZLP w Radziejowicach, gdzie "musimy się liczyć" z atakami personalnymi na aktyw partyjny, które radził odpierać przygotowanymi rzeczowymi argumentami.

Był współtwórcą stanu wojennego, bo w zenicie "Solidarności" alarmował SB o dramatycznej sytuacji w Związku Literatów Polskich, gdzie przejął władzę Zarząd Główny o składzie nie tylko korowsko-kosmopolitycznym, ale "bojówkarskim" - Jan Józef Lipski, Anka Kowalska, Jerzy Ficowski, Irena Lewandowska.

Namawiał więc do twardego kursu, silnej ręki, konfrontacji z przeciwnikiem, a wreszcie do użycia siły. 28 października 1981 r. w kolejnym raporcie o "Sposobach przywrócenia wiarygodności władz" radził rozwiązanie siłowe, "aby partia okazała się wreszcie zdolna oprzeć atakom. Odwróciła bieg wydarzeń, uderzając w antysocjalistyczne ośrodki przywódcze, utrzymała ster władzy, co ośmieli aktyw partyjny, przygłuszony przez wrogi nacisk".

"Szok kontruderzenia byłby bardziej krótkotrwały - pouczał - im mniejsza byłaby ilość strat ludzkich". Podpowiadał więc rozwiązanie w miarę możliwości bezkrwawe, a w każdym razie wolne od konfrontacji z masami ludzkimi.

Doradzał też wykorzystany przez twórców stanu wojennego chwyt na patriotyzm, tzn. "uzasadnienie prewencyjnego uderzenia zapobieżeniem narodowej katastrofie i zachowaniem narodowej substancji".

Kasztanka brygadiera Piłsudskiego

Sporządzał również regularne analizy polityczne uświadamiające SB, jak wykorzystać i przekuć na zwycięstwo nawet najgorsze dla "nas" sytuacje. We wrześniu 1983 roku na przykład w uwagach o "przewidywanych następstwach wizyty papieża Jana Pawła II" zapewniał, że "w jej wyniku nastroje mogą ulec pozytywnej ewolucji, utrwalić przekonanie, że władza jest legalna, bo przecież papież nie paktowałby z władzami, które uznałby za okupacyjne".

10 października 1983 roku w analizie o reperkusjach Nagrody Nobla dla Lecha Wałęsy przekonywał, że jest "nam" ona na rękę, bo osłabia jego pozycję, "czyni zeń świętą krowę do pokazywania tłumom, coś w rodzaju Kasztanki brygadiera Piłsudskiego, na którą wsiądą cynicznie stratedzy podziemia. Jest to też nagroda pokojowa, zabrania mu więc przygotowań do targania po szczękach władzy socjalistycznej. Ubolewać tylko należy, że takiego hycla pasowano do tej roli".

Co wyjazd, to meldunek

Z okazji 80-lecia Pen Clubu prezes Władysław Bartoszewski podkreślał, że to jedyna niesplamiona organizacja, która nie musi wstydzić się nikogo ani niczego. A jednak powinna, niestety, wstydzić się za swoich członków, z "Olchą" na czele, którzy na nią donosili. Już podczas karnawału "Solidarności" nadawał on SB, że Pen Club to "matecznik opozycji, w którym okopały się od lat siły antysocjalistyczne, prowadzące dywersyjną, awanturniczą działalność".

Gdy międzynarodowa centrala, obawiając się, że WRON rozwiąże cały Pen, "zamroziła" go, donosił na "stojących za tą decyzją członków byłego zarządu? Międzyrzeckiego i Żuławskiego", którzy "podburzali opinię światową, odmawiali kontaktu z Zarządem Komisarycznym. Czerpią też profity materialne i moralne - uchodzą za represjonowanych obrońców wolności, a są obsypywani przekazami i paczkami z Zachodu".

Choć wielu członków Pen siedziało w internacie, "Olcha", delegowany przez twardogłowego sekretarza KC Waldemara Świrgonia, rozjeżdżał się po świecie, reprezentując polski ośrodek na międzynarodowych zjazdach Pen, m.in. w Tokio, Lugano, Hamburgu, a później na Forach Kulturalnych w Budapeszcie, sesjach pisarzy krajów socjalistycznych itd.

Informował, kto z uczestników zachowywał wobec "nas" rezerwę, neutralność, nawet przychylność. Spośród pisarzy np. Allan Sillitoe z Anglii i Allain Robe-Grillet z Francji, których - formalnie w imieniu "Literatury na Świecie" - zaprosił do Polski. Zwracał uwagę również, kto "nas" bojkotował, np. Yokio Kudo, spowinowacony z rodziną Żuławskich, wydalony z PRL.

Namierzenie Barabasa

Jako naczelny "Literatury na Świecie" bywał zapraszany do zachodnich ambasad i na prywatne przyjęcia do domów dyplomatów, zwłaszcza z pionów kulturalnych, których charakteryzował dla Departamentu I i II, czyli wywiadu i kontrwywiadu. Między innymi Roberta Jonesa, attaché kulturalnego ambasady USA, i jego następcę Dawida Howarda. Nie tylko przekazywał ich zawodowe biografie, lecz donosił o poprzednich placówkach, kontaktach z Polakami oraz - co było dla nich szczególnie groźne - rzekomych powiązaniach ze służbami specjalnymi. Zadaniowano go na ogół na konkretnych dyplomatów, czasem jednak na przyjęciach i koktajlach sam wyławiał ofiary. W marcu 1978 roku np. Tai Kung-tena, sekretarza ambasady chińskiej, który - jak donosił "Olcha" - "uważał radziecką drogę do komunizmu za błędną, pytał też o granice swobody w Polsce". W listopadzie 1977 roku z kolei, na przyjęciu u attaché prasowego ambasady USA, namierzył Jamesa Barabasa, węgierskiego korespondenta, którego "nieodpowiedzialna paplanina jest sprzeczna z obowiązkami socjalistycznego dziennikarza i może stać się źródłem przecieków na Zachód". Złamał niewątpliwie Barabasowi karierę, bo po jego donosie zawiadomiono węgierską bezpiekę, która delegowała do swojej rezydentury podpułkownika Reżeju Juliskiego, żeby na miejscu zatańczył z Barabasem po swojemu.

O slawistach krytycznie

Nagradzano go też atrakcyjnymi zagranicznymi stypendiami popieranymi oficjalnie przez Ministerstwo Kultury, nieoficjalnie przez Departament I, dla którego sporządzał po powrocie raporty. W lutym 1977 r. pisał np. o tzw. Jałowej, pisarskim stypendium w Stanach, w Iowa City. O jego twórcy (poecie Paulu Engle), źródłach finansowania, kryteriach rekrutacji, zapraszanych Polakach, politycznym programie, tj. "zjednywaniu opiniotwórczych elit, którym Ameryka stara się zaprezentować jako ojczyzna wolności i pozornej równości".

W 1982 roku, w zenicie stanu wojennego, pojechał na półroczny "wyjazd studyjny" do Stanów, do ośrodków uniwersyteckich. Odwdzięczył się raportem o kadrze wydziałów slawistycznych. Pisał, kim jest Jan Kott i Roman Karst z Uniwersytetu Stony Brook czy Stanisław Barańczak z Cambridge. O tym, że "Kott, pupilek międzynarodowego komunizmu, czekał na obywatelstwo 10 lat, Ewa Thompson z Uniwersytetu Columbia jest z domu Majewska, a etaty Kotta i Karsta oraz pobyt Julii i Artura Międzyrzeckich opłacała Fundacja Rockefellera powiązana z żydowską oligarchią finansową i polityczną Nowego Jorku".

Kto wyraża syjonistyczne sympatie?

"Charakteryzował" też kolegów pisarzy, nie szczędząc tzw. danych wrażliwych. 12 listopada 1985 roku sporządził informację o znanych przedstawicielach środowisk opiniotwórczych, pisarzach, reżyserach, kompozytorach narodowości żydowskiej. Zarówno o tych, którzy publicznie się do niej przyznawali, jak np. Jerzy Urban czy Daniel Passent, jak i o tych, którzy głęboko to ukrywali.

Informował SB, czy ich nazwiska są przybrane czy prawdziwe, i jak naprawdę brzmiały. Czy żydowskiego pochodzenia była matka, czy też ojciec, a może oboje? Gdzie i dzięki komu przetrwali Holokaust? (O jednej z osób napisał, że ocalała, bo zaciągnęła się do policji żydowskiej w getcie lub w służbach pokrewnych.) Kto wyraża syjonistyczne sympatie?

Personalne informacje zawierały też jego raporty o środowisku, w których dorzucał przy okazji, który z poetów przeżywa akurat nerwowe załamanie? Kto obraził, a potem niedostatecznie przeprosił Zofię Bystrzycką, członkinię egzekutywy POP w Związku Literatów? W grudniu 1982 r. otrzymał zadanie, aby od przyjeżdżających z Zachodu zdobyć informację o postawie oraz działalności Anki Kowalskiej i Jacka Bierezina.

Bardzo brutalnie, może dlatego, że sam nie potrafił się na to zdobyć, donosił na pisarzy, którzy krytykowali partię albo z niej wystąpili, przeszli do opozycji. Między innymi na Ryszarda Matuszewskiego ("mówi, że wstydzi się za partię, dziwi się, co w niej do tej pory robił"), Tadeusza Konwickiego ("autora reportaży produkcyjnych i "Władzy" wydanej w Czytelniku nadzorowanym wtedy przez Chabera, Staszewskiego i Bermana"), Kazimierza Brandysa ("tak jak kiedyś Miłosz, usiłuje przepostaciowić się z byłego dygnitarza w niepokalany autorytet moralny").

Ekspert i demaskator

Szkodził też ewidentnie kolegom, rozszyfrowując dla SB pseudonimy, pod którymi pisywali w podziemiu lub w "zachodnich, dywersyjnych ośrodkach", np. Romana Zimanda, czyli "Leopolity", i Józefa Hena - "Koraba" z paryskiej "Kultury". Bardzo często pudłował, zawsze jednak przechwalał się, że jest stuprocentowo pewien. I choć np. Jagodą Jędrychowską, autorką drugoobiegowych "Rozmów kontrolowanych" była Kazimiera Kijowska, zapewniał SB, że to sprawka Stefana Bratkowskiego.

Strzelił też kulą w płot, identyfikując w kwietniu 1974 r. autora paryskiej "Kultury" podpisującego się "Pelikan", którego SB bardzo chciała dopaść. Choć "Pelikanem" był świetnie zakonspirowany Zbigniew Florczak, typowała Pawła Hertza. Potwierdził to usłużny "W.S.", konfrontując szczegółowo teksty obu autorów i wyrokując, że "Pelikan" to Hertz, bo jego styl, tematyka, a także wynikająca z tekstów biografia są zbieżne z autorem "Kultury". "Cechuje go np., tak jak i "Pelikana", gorzka, tragiczna pasywność, poczucie przegranej, swoisty arystokratyzm, nacjonalizm, ale endecki, nie oenerowski".

Naczelny redaktor odważnego pisma

"Literatura na Świecie" miała olbrzymi, bo 35-tysięczny nakład i rzeczywiście wysoki poziom. Pozbawiona ideolo dostarczała wyposzczonym peerelowskim czytelnikom wielkie nazwiska: Borgesa, Singera. Jak wynika jednak z dossier "Olchy", był to liberalizm z nadania SB, reglamentowany przez nią i limitowany. Nagroda dla oddanego jej człowieka oraz wizytówka polityki kulturalnej partii i środek w ofensywie przeciw coraz potężniejszemu drugiemu obiegowi.

Gdy w 1976 roku SB wyszpiclowała na przykład, że NOW-a Mirosława Chojeckiego wydaje "Blaszany bębenek", "Olcha" dostał zgodę nie tylko na druk dużych fragmentów powieści, ale na wydanie całego numeru poświęconego Grassowi. Ukazał się on w marcu 1976 r. i był sensacją, a naczelny pisma chodził w glorii liberała.

W 1976 i 1978 roku wydarzeniem stały się też opublikowane w "Literaturze na Świecie" wiersze opozycyjnej bułgarskiej poetki Błagi Dymitrowej, figurantki tamtejszej bezpieki. W styczniu 1978 r. wydelegowano więc "Olchę" do Sofii na spotkanie związków twórczych krajów socjalistycznych, nieoficjalnie zaś na rozpracowanie Bułgarki. Jako naczelny odważnego pisma wyciągnął też od niej, obiecując druk, fragment jej najnowszej powieści, którą przekazał SB, a ta z kolei władzom bułgarskim.

Denuncjował też niewygodnych współpracowników swego pisma. Na przykład we wrześniu 1986 r. aresztowanych tłumaczy: Tomasza Mirkowicza i Julittę Wroniak, a raczej akcję podjętą w ich obronie przez przyjaciół, m.in. pracownika IBL Jana Zielińskiego i jego żonę, która zwróciła się również do kolegium "Literatury na Świecie", a więc i do Sadkowskiego, z prośbą o podpisanie poręczenia do prokuratury umożliwiającego uchylenie im aresztu, odpowiadanie z wolnej stopy. Poleciał z tym jednak na SB, dołączając kopię poręczenia i listę osób, do których zwracali się Zielińscy.

W listopadzie 1977 r. doniósł na współpracującą w "Literaturą na Świecie" holenderską tłumaczkę Ewę Dijk-Borkowską. Może odtrąciła jego awanse, nadawał bowiem, że jest atrakcyjną, a więc niebezpieczną kobietą. Nie dostrzegł wprawdzie u niej zainteresowań politycznych, lecz nie wykluczał, że "chęć zaimponowania jakiemuś środowisku czy człowiekowi o określonej politycznie postawie mogłaby sprowokować ją do dostrojenia się do takiego układu".

Organizator czasu wolnego

Uzgadniał też z SB wizyty zapraszanych przez "Literaturę na Świecie" zachodnich pisarzy, głównie postępowych i lewicowych, których potem pilotował i sporządzał z ich pobytu szczegółowe raporty.

W lipcu 1981 roku, a więc w karnawale "Solidarności", gościł Amerykanów, m.in. Susan Sontag, Williama Saroyana, i chwalił się SB, że "urządził im program tak gęsto, aby jak najmniej czasu zostało na niepożądane kontakty". Meldował o każdym kroku Amerykanów, np. że na spotkaniu u radcy ambasady widzieli się z polskimi pisarzami znanymi z antysocjalistycznych postaw - Janem Józefem Lipskim, Kazimierzem Brandysem. "Na spotkaniu w Pen Clubie nie było żadnych agresywnych akcentów politycznych", a na lubelskim KUL odpowiedzialną atmosferę psuł jedynie Jacek Woźniakowski, który poprowadził też niezapowiedzianą w programie dyskusję ze studentami, itd.

Kontrola przybywających do Polski zachodnich pisarzy nie zawsze mu się jednak udawała. W kwietniu 1985 r. żalił się SB, że wymknęli mu się William Styron i Kurt Vonnegut, którzy "odbywali wyłącznie spotkania towarzyskie o wysokim stopniu poufności, podobno z przedstawicielami byłego zarządu Pen Clubu, pojechali też do Gdańska".

Jak szkodzić, by zaszkodzić

Streszczał też i "recenzował" pod względem literacko-politycznym drugoobiegowe najczęściej pisma literackie: "Zapis", "Zeszyty Literackie", "Puls", "Aneks" i książki, m.in. Kazimierza Brandysa, Adama Zagajewskiego, Tadeusza Konwickiego, Jana Józefa Szczepańskiego, agresywnie, często wręcz kuriozalnie, uznając ich za groźnych dla PRL paszkwilantów, agentów zachodnich, dywersyjnych ośrodków.

Zawsze też nie tylko "recenzował", ale podpowiadał SB, jak zaszkodzić autorowi i książce. Na przykład Wiktorowi Woroszylskiemu, gdy w lutym 1982 r. SB przejęła fragmenty zabranego mu podczas rewizji dziennika z internowania w Jaworzu. Jak to w tego typu zapiskach, autor nie stronił też od krytycznych uwag o współinternowanych, m.in. Bartoszewskim, Niesiołowskim. "Olcha" namawiał więc w swojej "recenzji" SB, żeby skompromitować Woroszylskiego, "zantagonizować też antysocjalistyczne środowisko", publikując jego zapiski ze wszystkimi pikantnymi szczegółami.

W listopadzie 1982 r. był niby za wydaniem autobiograficznych "Nieprzewidzianych przygód" generała Kuropieski, skazanego na karę śmierci w latach stalinowskich, świadczyłoby to bowiem, że komuniści potrafią przyznać się do własnych błędów. Uważał jednak, że z jej publikacją nie należy się spieszyć, lecz odłożyć do czasu rozładowania najostrzejszych politycznych napięć. Domagał się też, aby nazwiska kapusiów opatrzyć inicjałami, po co mają figurować w kronikach hańby?

Europejczyk i antykomunista

Ostatni tom teczki pracy "Olchy" liczy "tylko" 64 strony, język jest już zdecydowanie mniej agresywny. Nawet słowo "partia" pisał małą literą - widział, że się sypała, tak jak cała PRL. Jego wigor zdecydowanie więc oklapł, raportował o mało bojowych sprawach, np. kryzysie czytelnictwa, i radził w pracy propagandowej stawiać na młodzież, dla której "Solidarność" jest już tylko mitem, i wiązać ją z krajem, umożliwiając budowę domków jednorodzinnych.

Ewakuował się z tonącego okrętu, przestawiając na zawodowego Europejczyka i antykomunistę. W grudniu 1988 roku został prezesem Czytelnika, ale na krótko, bo jego biografia przeszkadzała wydawnictwu. Założył więc fundację "Literatura na Świecie" i wydał własną serię "Edukacja europejska" w wydawnictwie Wiedza i Życie. I tam, tak jak w Czytelniku, publikował książkowe ikony antykomunizmu: "Mój wiek" Aleksandra Wata, "Na nieludzkiej ziemi" Józefa Czapskiego, "Nadzieję w beznadziejności" Nadieżdy Mandelsztam, "Folwark zwierzęcy" George'a Orwella, we wszystkich wstępach podkreślając, że są to "świadectwa najbardziej antyhumanitarnego zjawiska, jakie poznała ludzkość - sowieckiego totalitaryzmu".





Lustracja i materiały archiwalne