Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 

Roman Samsel

 

NOC NA PLANECIE WŚCIEKŁYCH KRÓW

Testament Brychta
 

2002

 

(...)

 

ROZMOWA Z KATARZYNĄ BRYCHT *[b. żona Norberta, syna Andrzeja] O ZNAJOMYCH BLIŻSZYCH I DALSZYCH

 

- Jeżeli wiedział, że coś jest przeciwko niemu, to potrafił konsekwentnie tego unikać.

- W tym przypadku masz na myśli alkohol?

- No tak, tak.

Usiłuję sobie przypomnieć, jak to było z Lidią. Wiem, że on odszedł od Krystyny, mieszkał w wynajętym mieszkaniu, za które płacił mąż Lidii, który miał duży apartament w tym samym budynku, tylko kilka pięter wyżej (była między nimi zależność służbowa). Pamiętam, że Andrzej mi opowiadał... nie pamiętam dokładnie, o co to chodziło, natomiast mam taki obrazek przed oczyma; że jest duże przyjęcie w jakiejś sali w jakimś hotelu. Jest Lidia. Jest mąż Lidii i jeszcze nic między nimi nie ma, ale Andrzej już ma na nią oko, wie, że to jest coś, co za chwilę nastąpi. W każdym razie Andrzej we wściekłości poderwał się od stołu i nie zauważył, że są olbrzymie przeszklone drzwi, myślał, że te drzwi są otwarte; szyby były tak czyste, tak przezroczyste, że on przeszedł przez te drzwi, wybił je. I zdaje mi się, że od tego momentu zaczęła się jego historia z Lidią, bo ona zaczęła go wtedy dostrzegać. Po prostu widzę ten obraz - jak on przez te drzwi w takiej wściekłości i desperacji wychodzi.

No i wiem, że później oni się przez jakiś czas ukrywali, Lidia zwierzała mu się ze swojego małżeństwa niezbyt udanego. No i bardzo szybko okazało się, że są ze sobą i chcą jakoś się związać.

Andrzej wtedy miał bardzo dobry okres, rysowały się przed nim niezłe perspektywy.

- Czy to było już po napisaniu tego scenariusza, za który dostał kupę forsy, czy przed? Myślisz, że on rzeczywiście dostał dużo pieniędzy czy tak tylko szpanował?

- Nie, myślę, że dostał.

- A z kim on pisał? Mówił mi z kim, ale nie pamiętam.

- Powinnam pamiętać, kto robił ten film, reżyser, który dużo wcześniej niż on wyjechał na Zachód i jakieś sukcesy odniósł... Wiem, że powstał serial na podstawie tego scenariusza.

- Andrzej mówił, że powstał serial o Chrystusie.

- No tak, to znaczy... w ogóle o chrześcijaństwie, jego początkach, nie chodziło zdaje się tylko o życie Chrystusa. Były jakieś przeróbki, to był taki dokumentalny serial. Ten film był puszczany kilkakrotnie w telewizji kanadyjskiej i Andrzej nawet miał nadzieję, że być może dojdzie do Polski, z tym, że jeszcze wchodziły w grę pieniądze za prawa autorskie, tak że on dostał rzeczywiście duże pieniądze, z którymi jakoś nie wiedział co zrobić.

- Mówił mi, że 250 tysięcy dolarów.

- Tak, wymieniał dużą sumę, nie pamiętam dokładnie, ale coś koło tego. Mówił, że właściwie te pieniądze stracił, przepuścił - krótko mówiąc.

- On twierdził, że przez rok przepił, a za to, co mu zostało, kupił ten dom.

- Z tym, że nie kupił go w całości za gotówkę, tylko tam jeszcze coś było do spłacenia. Wiem, że część pieniędzy umoczył w jakichś interesach... po pierwsze: we francuskiej części Kanady, która wtedy przeszła na krótko w ręce Francuzów tam była jakaś krótka historia i potem napisał nam, mnie i Norbertowi, że wpłaci Joasi i Bernardowi pewną sumę pieniędzy, chyba 10 tys. dolarów gdzieś do banku i dobrze byłoby zapomnieć o tych pieniądzach.

Pytałam go o to, kiedy przyjechał do Polski, powiedział, że miał potem taki okres - było cienko i chciał zainwestować, wyciągnął te pieniądze i zainwestował właśnie wtedy w jakieś historie przemytnicze.

Ale on mi mówił o srebrze, że jakieś srebro przez granicę chyba meksykańską przewozili, złapali ich, jakieś takie historie, nie wiem dokładnie, na czym to polegało. Ale wiem, że spore pieniądze na tym przemycie stracił. Spytałam, dlaczego właściwie tak bez sensu, ale mówił, że był wtedy załamany, ponieważ starał się przez pewien czas o możliwość przyjazdu do Polski, bez rezultatu.

Wtedy właśnie, kiedy miał jeszcze te pieniądze, poszedł do ambasady starać się o paszport. Któryś z pracowników ambasady odpytywał go i Andrzej mi opowiadał, że ewidentnie miał gdzieś tam ukryty mikrofon, bo tak go podpytywał i coraz bliżej się do niego przysuwał. Opowiadał mi, jakie to miał tłuste włosy ten facet i łupież mu na kołnierz się osypywał, a Andrzeja to strasznie denerwowało.

I właśnie ten facet powiedział mu, że nigdy do Polski nie pojedzie, że nigdy do Polski nie wróci, i on się wtedy załamał. Strasznie go to rozbiło, bo jednak czuł się w Kanadzie obco. Co by Andrzej nie mówił na ten temat, to wyjeżdżał na Zachód z myślą o tym, że będzie pisarzem, jeśli nawet nie zrobi kariery, to będzie się utrzymywał z tego. A nie był w stanie, on tam walił głową w mur cały czas, bo próbował w wielu miejscach i nie dawało rady z różnych powodów. Głównie z powodu jego przeszłości, oni wszyscy mieli go z człowieka nasłanego, nie ufali mu.

Opowiadał mi jakieś niesamowite historie o telewizji, która tam się dopiero budowała i potrzebowali właśnie dziennikarzy Polaków, mówiących po polsku, a jednocześnie piszących. On się zgłosił i najpierw został przyjęty, po czym zadzwoniono kilka dni później, że rezygnują z niego. kilkakrotnie tego typu historie się powtórzyły.

- A czym to motywowali?

- No właśnie takimi nieistotnymi drobiazgami. To nigdy nie było powiedziane wprost, że "my sobie pana nie życzymy, bo pan jest dla nas podejrzany politycznie czy jakkolwiek", tylko zawsze wynajdywano jakieś drugorzędne powody.

Ale wracając do Lidii, to wiem, że wtedy właśnie, kiedy zaczęła się ich historia, Andrzej miał okres prosperity w swoim tamtejszym życiu. Otwierały się przed nim perspektywy - miał podpisaną umowę na wydanie książki w poważnym wydawnictwie. Książka miała być na Kanadę i na Stany. Rzecz była już zaawansowana, on miał możliwość wyboru okładki i nagle okazało się, że wydawnictwo się rozpadło, ktoś inny objął tam kierownictwo i jego książka nagle została wycofana z planów wydawniczych, i on nie wie dlaczego. Nawet nie pamiętam, o jaką to książkę chodziło, ale wiesz, to dziwne, bo gdyby miał książkę napisaną, gotową, to dlaczego jej nie przywiózł do Polski.

- W jakim języku, oni mogli wydać tylko po angielsku.

- Miał swojego tłumacza, do którego pisał - Anglika, może Amerykanina...

- Myślę, że nazywał się Kevin Windle. A ten... myśmy o nim rozmawiali... Daszkiewicz...

- Dasko. On go nie tłumaczył.

- A co to była za relacja z Dasko?

- Wydaje mi się, że z Dasko oni poznali się jeszcze tutaj, w Polsce.

- To był syn jakiegoś bogatego...

- ... prominenta pochodzenia żydowskiego.

- On finansował pierwszą podróż Andrzeja do Polski.

- Tak, tak.

- On Andrzejowi był potrzebny. Nie wiem dlaczego. Andrzej o nim mówił bardzo dobrze i czułem, że tamten był wówczas jego jedyną podporą.

- Daszkiewicz... wiesz, oczywiście, że on mu pomagał, ale nie wiem, na ile ta ich przyjaźń była obustronna. Na pewno Daszkiewicz pamiętał go z okresu bytności w Polsce i na pewno uważał go za zdolnego pisarza, ale też twierdził, że Andrzej - nie wiem, czy mu to powiedział - jego zdaniem się skończył jako pisarz, ponieważ potrafi pisać wyłącznie o sobie, nie mając umiejętności intelektualnego przetwarzania rzeczywistości. Że potrafi opisywać rzeczywistość tylko wprost, taką mu bliską i znaną. Nie wiem, jak wyglądały ich późniejsze relacje. On specjalnie nie cenił książki Andrzeja wydanej w Kanadzie: Opowieści z tranzytu. Tam się to ukazało pod jakimś innym tytułem.

- "Zoom".

- "Zoom", oczywiście.

- Zoom to znaczy po angielsku zmienna ogniskowa. Chyba właśnie Kevin Windle przetłumaczył na angielski.

- Anglik. On był stałym tłumaczem Andrzeja.

- To dokładnie to samo, co wydrukował Jerzy Lisowski w "Twórczości" - "Hubris", "Zmienna ogniskowa" i coś jeszcze. A do czego Andrzej był potrzebny Daszkiewiczowi?

- Nie umiem ci powiedzieć. Wchodziły chyba w grę jakieś zależności psychologiczne. Andrzej twierdził, że dla Dasko jest jakby kimś wyżej, bo jest twórcą, pisarzem, a Daszkiewicz zawsze był tylko dziennikarzem. Dla niego Andrzej był nadzieją na lepsze zaistnienie w Polsce. Gdyby jemu się udało Andrzeja wypromować z powrotem jako pisarza, to tak, jakby to było jego wejście w środowisko. Tak Andrzej o tym myślał. Z tym, że to wszystko było jeszcze, zanim się tutaj...

- To Daszkiewicz miał promować Andrzeja w Polsce?

- I w Polsce, i w Kanadzie. Miał być także łącznikiem między nim a Kosińskim.

Andrzej kiedyś do Kosińskiego pisał, potem się jakoś mocno zraził do niego. Chyba tamten mu nie odpisał, czy może odpisał, ale jakoś chłodno - nie pamiętam dokładnie.

- Czego chciał od Kosińskiego?

- Pomocy w wydawaniu swoich książek, możliwości, bo walczył cały czas, do końca, jak szalony o to, żeby wydawać i po prostu czuł, że bez pomocy środowisk żydowskich nie da sobie rady, nie przebije się...

Napisał, według mnie, bardzo piękny tekst, taki swój manifest jakby, w "Kulturze" opublikowany, zaraz po wyjeździe, mnie się to strasznie podobało; Giedroyc też wydrukował, ale przyznasz, że to było bardzo umiarkowane.

I jemu tego nie mogli wybaczyć, to było dla nich podejrzane, dla środowisk polonijnych. Uważali, że ubek przyjechał, żeby ich rozpracować, żeby wykorzystać albo zrobić to samo, co z Raportem z Monachium, po prostu, że ma zlecenie.

- Powiedz, co on ci mówił o Irku?

- Iredyńskiego lubił bardzo i mówił, że bardzo się nim opiekował, w momencie kiedy ten przyjechał chyba do Kanady, i był w jakiejś rozpaczliwej sytuacji. Nikt nie chciał mu pomóc, to on się nim zaopiekował. Irek mieszkał u niego przez dwa tygodnie czy nawet dwa miesiące. Andrzej usiłował wyciągnąć go z alkoholizmu, mówił że to strasznie fajny facet, trudny, ale bardzo zdolny i bardzo w porządku. Iredyński mu imponował.

- A co ci opowiadał o Irku w Polsce, nic ci nie mówił?

- Nie pamiętam, coś mi opowiadał...

- W tym samym czasie siedzieli w więzieniu, tylko Andrzej w Łodzi, a Iredyński - nie wiem, w jakimś pomorskim więzieniu czy gdzieś indziej.

- Pamiętam, że siedział ze Śliwonikiem za jakąś bójkę i paskudne rzeczy mi o Śliwoniku mówił. Nie lubił go. Cenił jego poezję, natomiast nie lubił go. Opowiadał mi, że wezwał ich naczelnik więzienia z propozycją, żeby więzienną gazetkę zrobili i Śliwonik wtedy wystąpił i powiedział, że w takim razie on będzie tutaj redaktorem naczelnym. No i był.

Andrzeja to rozśmieszyło. Ale później jeszcze opowiadał, że właśnie Śliwonik tak jakby chciał się podlizać temu naczelnikowi, bez przerwy coś za plecami Andrzeja mu kablował. I stąd Andrzej bardzo Śliwonika nie lubił. Nie lubił go również dlatego, że - zdaniem Andrzeja - kłamał. Kłamał w różnych opowieściach na temat Andrzeja. Opowiadał różne rzeczy, które nie miały miejsca, albo które wyglądały zupełnie inaczej, niż je Śliwonik przedstawiał. I oni się generalnie nie lubili.

- Uderzył go?

- Tak mówił, a potem Śliwonik twierdził, chyba nawet pisał gdzieś, że było odwrotnie.

- Powiem ci, co Śliwonik napisał o Andrzeju już po jego śmierci: "Jego delikatne, oczyszczone z brutalności wiersze mogą zdumiewać. Równocześnie Brycht był często prymitywny w odruchach i myśleniu. Nie tylko w rozbestwieniach wódczanych. Był klasycznym typem utalentowanego rozparzeńca i już na początku postanowił mieć pieniądze za wszelką cenę. Pisząc o prymitywizmie, to głównie mam na uwadze. Żelazne, pozbawione złudzeń dążenie do zdobycia forsy. Tak nazywał pieniądze: forsa. Mógł napisać wszystko i o wszystkim. Załeżało to tylko od ceny.[...]

Brycht pisał, bo tylko to potrafił, a zawdzięczał to słuchowi. I tak szedł popijając, bo było smutno, i bijąc, głupkowi chce być czasem radośnie i bezmyślnie, szedł i przecież czasem gwizdał sobie, tylko sobie - Mozarta.

Brycht lubił wygrywać, ale to lubią wszyscy. Natomiast porażki pogrążały go w rozżaleniu, depresji, złości. Opowiadał mi Iredyński i jeszcze kilka osób, że Brycht przyjął jako osobistą porażkę towarzysko-zawodową to, że wziąłem w kasie filmowej większe niż on honorarium. Minęliśmy się przy kasie i Brycht na liście wypatrzył moje nazwisko. Był to już okres jego świetności i Brycht, biały Murzyn, paradował z sygnetem, spinkami i złotą bransoletą przy zegarku - uwielbiał świecidełka. Była przy nim również kobieta. Biała.

Bił się dobrze, trenował boks, ale z Himilsbachem nie wygrał. Był od Janka wyższy, cięższy, a Janek się nie dał i Brycht był tym zdruzgotany. Przerastało to jego wyobrażenie.

- Taki mały ten Himilsbach, a nie dałem mu rady - kręcił głową z niedowierzaniem.

Ani Jan nie był taki mały, ani Brycht taki wielki". (Roman Śliwonik o Andrzeju Brychcie w książce "Portrety z bufetem w tle", Iskry, Warszawa 2001).

- A Grochowiaka za co Andrzej nie lubił?

- Tego to nie wiem.

- Janusza Głowackiego lubił?

- Głowackiego właśnie nie za bardzo, mówił że sprytem robi karierę.

Potem się gdzieś spotkali i tamten udawał... znaczy jakoś tak strasznie chłodno się odniósł do Andrzeja, prawie że nie chciał z nim rozmawiać.

- A o Andrzejewskim co mówił?

- O Andrzejewskim zawsze bardzo ciepło i pozytywnie.

- Czy Andrzejewski chciał się przespać z nim ?

- Nie, nigdy. Ja przypuszczam, że Andrzeja to nawet bolało. Był zazdrosny - jeśli tak można to ująć - bo on ogromnie Andrzejewskiego cenił. Andrzejewski był dla niego idolem, szalonym autorytetem, autorytetem literackim. Cenił go bardzo jako człowieka. Jemu jakoś na nim okrutnie zależało.

A Andrzejewski z jednej strony potrzebował opieki Andrzeja, takiej zwyczajnej, w sensie ochrony...

...i nie tylko, bo po wódkę mu jeździł do Warszawy.

- Też, tak, no jasne. A jednocześnie Andrzejewski jakoś go tak lekceważył.

- Lekceważył Andrzeja?

- W tym sensie, że...

- Nie lekceważył. Znalazłem, zresztą przypadkowo, tekst Andrzejewskiego o Brychcie.

- W Dziennikach była jakaś tylko krótka wzmianka i to w takim kontekście, że tam Hłasko to taki cudny i fantastyczny, a Brycht to taka kłoda drewna, czy coś podobnego było powiedziane.

- Co jeszcze z warszawskich kontekstów ... O Jurku Falkowskim nic nie słyszałaś?

- Nie.

- A o babach jakichś?

- O babach to słyszałam całe opowieści, olbrzymie. Oczywiście, mówił o swoim krótkim i niechętnym romansie z Irenką D., którą zafrapował jako facet robiący karierę. Ale ona nigdy nie była w jego typie. On lubił wieśniaczki, proste dziewczyny, którym mógł zaimponować, a nie miał ochoty się wiązać z jakąś "kobitką" znaną w środowisku. Wiem, że mieli jakiś taki krótki romans w Oborach. Potem natychmiast poleciał do służącej, bo tam były takie dziewczyny ze wsi, które, wiesz, śniadanie robiły, usługiwały. I on miał jedną taką ulubioną, której strasznie imponował, a i ona go jakoś tam rajcowała, bo młoda dziewczyna ciepła taka, naturalna.

Pamiętam, jak mi opowiadał o niej, że to było coś rozbrajającego, bo on dla niej był jakby z innego świata, i ona potem, jak on wyjeżdżał, strasznie żałowała. Że co ona zrobi na tej wsi? Chłopaki wiejskie to w ogóle nie znają się na rzeczy, a on to przynajmniej jej pokazał, co się jak robi. A jednocześnie opowiadał, że właśnie musiał ją różnych rzeczy uczyć. Zawsze pytał, czy już się umyła, jakieś takie zabawne historie.

Opowiadał, że z Beatą Tyszkiewicz też szykował się jakiś romans, ale coś widocznie im stanęło na przeszkodzie, znaczy nie było im pisane, bo umawiali się ze trzy razy i za każdym razem coś im przeszkodziło się spotkać. Uznali, że widać może dobrze, że widać nie powinni. Pamiętam, że opowiadał, jak na Krakowskim Przedmieściu czy na Starym Mieście gdzieś się umówili i że on nie mógł dojechać, a ona biegnąc na bruku sobie obcas złamała, jakieś takie z obu stron były wypadki. W końcu uznali, że to widać zostało zapisane na "nie".

- A z Osiecką nie... ?

- Wiem, że znali się... ale nie, chyba nie, chyba romansu tam żadnego nie było.

O Janie Pietrzaku opowiadał, Andrzej się z nim bardzo mocno przyjaźnił i nawet był świadkiem na jego ślubie. Na tym ślubie coś zaszło, Andrzej się jakoś zachował niewłaściwie, chyba podniósł Pietrzaka i potem nie mógł go utrzymać, pewnie był pijany, i go puścił na stół... czy z jedzeniem, czy z piciem, nie wiem. W każdym razie tamten wylądował w garniturze w jakichś półmiskach na swoim własnym ślubie i nie mógł mu tego wybaczyć.

Wiem, że odtąd zaczęło się psuć i później, gdy Pietrzak bywał w Kanadzie, nigdy się nie spotkali.

- Co o Iwaszkiewiczu mówił? Iwaszkiewicz go drukował, Stryjkowski go drukował, właściwie oni umożliwili mu debiut.

- Iwaszkiewicz był dla niego autorytetem na pewno. Mówił, że to taki bardzo dystyngowany pan. Wiem, że była jakaś historia z jego córką, ale ona była niedostępna, a Andrzej nie mógł, nie był w stanie zrobić czegoś poprzez kobietę, nie będąc szczery w intencjach. Mówił, że miałby dużo łatwiejsze życie, czy też może inaczej by się jego życie potoczyło, gdyby właśnie tak się stało.

Wiem, że coś między nimi było, ale... Natomiast coś mi opowiadał o Stryjkowskim, że Stryjkowskiemu on się z kolei bardzo, bardzo podobał, bo Stryjkowski też w chłopcach gustował.

I Andrzej mi opowiadał jakąś taką śmieszną historię. Stryjkowski go zaprosił do siebie do domu, rozmawiali, i w pewnym momencie Stryjkowski poprosił, żeby Andrzej zdjął spodnie, żeby mu pokazał swojego... , bo on chciałby zobaczyć.

Stryjkowski pobiegł do kuchni, Andrzej zdziwiony poszedł za nim, ale nie bardzo jak miał zagadnąć, a Stryjkowski cały czerwony tłumaczył się przed nim, że on po prostu już nie mógł wytrzymać, bo takiego wspaniałego samca widzi, że po prostu nie mógł i że on go bardzo przeprasza.

- On mi mówił o Stryjkowskim "Chyba się podobałem Stryjkowskiemu"...

Natomiast Iwaszkiewicz nie reagował na niego.

Bardzo dużo o Andrzejewskim mówił, że był absolutnie zaszokowany, kiedy Andrzejewski go zaprosił do mieszkania i Andrzej pyta: "To pan miał tłumaczenia na języki obce?"

A Andrzejewski mówi: "To zobacz na półce". I Andrzej zobaczył, że na 41 języków, i to go przygniotło.

- Andrzej był pod olbrzymim urokiem i wpływem Andrzejewskiego. Opowiadał mi, że kiedyś nawet siedzieli gdzieś na ławce, chyba na Starym Mieście, rozmawiali... i nie pamiętam dokładnie, czy to Andrzej mu zaproponował, bo może myślał, że on jakoś się jego krępuje z powodu wielkości, tuszy i takiej współzależności, że tutaj starszy pisarz, młodszy pisarz. A Andrzej koniecznie chciał zacieśnić ich przyjaźń. Chciał, żeby to było takie już rzeczywiście mocne. To znaczy, Andrzej nigdy nie miał tych skłonności, zdecydowanie nie, natomiast dla Andrzejewskiego zrobiłby wszystko.

Przytoczę Ci fragment z listu: - "Przypominają mi się prośby Andrzejewskiego, żebym pogadał z Markiem K., jego kochankiem osiemnasto- czy dwudziestoletnim, żebym wytłumaczył mu, że Jerzy jest znakomitym pisarzem, że jest godny szacunku... itd. Wtedy wydawało mi się to niezwykle groteskowe - gdybym był pedałem, to kochałbym Jerzego choćby za to, co wiedział, co przeżył, kim był - a miał szalenie pociągającą osobowość. Teraz jednak - czy nie jestem w podobnej sytuacji?".

Andrzejewski nawet nie był w stanie mu wytłumaczyć, prosił Andrzeja, żeby on wyjaśnił temu młodemu chłopakowi, kim jest Andrzejewski, żeby on dostrzegł w nim nie drobnego, starszego faceta, tylko wielkość jakąś, coś takiego, co Andrzej widział. Tego on mu właśnie nie potrafił wybaczyć, znaczy nie tyle jemu, ile i sobie, nie wiem, ta relacja była jakaś przedziwna między nimi. Że tutaj jest właśnie oto taki Brycht, który podziwia go i dla którego on jest naprawdę wszystkim: autorytetem jako człowiek, jako pisarz i już nic większego być nie może, i Andrzejewski sobie tego nie ceni. Natomiast zależy mu na poklasku jakichś pryszczatych chłopaczków z kibla, którym to każe Andrzejowi tłumaczyć, kim jest Andrzejewski, żeby ci łaskawie zechcieli zerknąć na tego faceta.

- Jak Andrzej poznał Olgę Gaganaszwili i gdzie ją poznał?

- Ona studiowała w Warszawie w Akademii Sztuk Pięknych, w Łodzi chyba jeszcze wtedy nie było Akademii.

- A co Andrzej robił na ASP?

- Przypuszczam, że poznał ją gdzieś tam środowiskowo, przy okazji jakiegoś przyjęcia, spotkania towarzyskiego. Olga zawsze miała ciągotki ku temu, żeby bywać i żeby piąć się coraz wyżej.

Babcia jej po prostu nienawidziła nieprawdopodobnie. Ja nie mam pojęcia dlaczego. Uważała ją właśnie za pazerną dziewuchę, która zrobi wszystko dla kariery i dla której Andrzej jest kolejnym stopniem w pięciu się coraz wyżej.

Babcia nawet jakoś motoryzacyjnie to ujęła mówiąc, że zaczęła od roweru, poprzez motocykl, a tutaj dorwała faceta, który ma samochód. Wiem, że przed Andrzejem Olga była z kimś innym.

- Ale Andrzej ją odbił? Została jego żoną?

- Tak. Była jego żoną, oczywiście.

- A gdzie odbył się ich ślub?

- Musiałabym zerknąć w papiery, znalazłam to świadectwo ślubu, nie pamiętam, widziałam je, ale nie pamiętam.

- To była wielka miłość?

- No tak, oczywiście.

- Myślisz, że on dla niej wyjechał?

- Na pewno ona go do tego namówiła, na pewno to Olga dążyła do tego, żeby wyjechać. Pewnie wyobrażała sobie, że dopiero na Zachodzie zacznie się jego prawdziwa kariera.

- Andrzej mi opowiadał, że oni byli kiedyś na jakiejś wycieczce, jechali przez Brukselę i ona w którejś dzielnicy zobaczyła te domy w ogrodach i mówi: "Ja będę tak mieszkać".

- Tak, to prawdopodobne.

- On mówi: "To niemożliwe... ludzie strasznie bogaci, zamożni". A ona na to: "A jednak". I potem, jak byli w Rzymie, to ona chciała koniecznie z Rzymu pojechać do Brukseli i on się na to zgodził. Znaczy - jakaś jej idee fixe. Natomiast nie bardzo rozumiem, na czym to polegało, bo ona się nie prostytuowała, on mi nigdy nie powiedział, że ona się prostytuowała, natomiast pracowała w agencji towarzyskiej. Ale na czym polegała ta praca, nie mówił?

- Opowiadał mi, że polegało to na tym, że do bardzo drogiej knajpy przychodzili zamożni faceci, którzy potrzebowali sobie zwyczajnie pogadać, poprowadzić inteligentną rozmowę z kobietą, która może podyskutować na różne tematy. I na tym polegała jej rola i ona to podobno wypełniała świetnie. Mówił, że te kobiety miały zabronione spotykać się z klientami w jakikolwiek inny sposób, poza lokalem tak samo, że gdyby to wyszło na jaw, to one byłyby zwalniane, wyrzucane.

- Gdzie oni wzięli rozwód, nie pamiętasz?

- W Ameryce... gdzie to się przeprowadza łatwo, nie w Las Vegas?

- Jakbyś miała o Oldze powiedzieć coś jeszcze, to co byś powiedziała? Nie mieli dzieci?

- Nie, nie mieli. Olga była zbyt zajęta swoją własną karierą, żeby móc zdecydować się na to, żeby tak uwiązać się i poświęcić dla czegoś takiego mało przydatnego, jak dziecko. Ona była bardzo samodzielna i bardzo ambitna.

Andrzej mi mówił, że później chciała mieć dziecko, ale on nie chciał; znaczy wtedy kiedy on był w Kanadzie, ona w Belgii, że pisała do niego. Bo oni się kilkakrotnie spotkali później w Europie. On był chyba u niej przez tydzień czy przez kilka dni, pokazywała mu swoje posiadłości.

- Mówił mi, że miała stadninę.

- Tak, tak.

- A kto to był ten kuzyn? Mówił, że to był kuzyn króla Belgów.

- Tak.

- Andrzej wspominał wielokrotnie, że ogromnie żałuje, że nie spotkał Marka Hłaski, którego chciał wyciągnąć z alkoholizmu.

- Tak.

- Ale dlaczego się nie spotkali, gdy w tym samym czasie byli w Warszawie?

- Ale kiedy?

- Hłasko był tylko o rok starszy od Andrzeja.

- No tak, ale to nie znaczy, że oni się w ogóle nie spotykali, gdzieś tam się chyba widywali towarzysko.

- Raczej nie. Myślę, że oni się w ogóle nie widzieli w życiu...

- Niemożliwe, to po prostu niemożliwe.

- ... a sądzę tak - jednak muszę sprawdzić, kiedy Hłasko wyjechał, bo zdaje się zaraz po ukazaniu się "Pierwszego kroku w chmurach". Jeszcze napisał chyba "Sonatę marymoncką", ale jej nie wydał.

- A wracając do Olgi, to co byś jeszcze dodała?

- Wiesz, o Oldze to akurat stosunkowo najwięcej wiem, bo opowieści się snuły długo. Właściwie sam Andrzej napisał mnóstwo o Oldze w Opowieściach z tranzytu, w pewien sposób też oczywiście w Azylu politycznym. Jednak mocno przejaskrawiał i w sposób zdecydowanie karykaturalny ją przedstawiał.

- Kochał ją bardzo, myślisz?

- O, wiesz, to przedziwne, bo on rzeczywiście był nią w jakiś sposób zafascynowany i zauroczony. Ja przypuszczam, że on był zły, że mu się tak nie poddała, że mu się tak wyślizgiwała i że właściwie nie miał nad nią władzy, że była taka bardzo samodzielna.

- Ale dlaczego tak łatwo ją odpuścił?

- Po prostu wiedział, że nie ma na nią wpływu, że ona i tak zrobi, co będzie chciała. Oni, będąc tutaj, w Polsce, poszli w taką wolność i samodzielność z obu stron, że potem było to już nie do sklejenia.

Nie da się - myślę - wytrwać w takim związku, bo przekracza się jednak pewną granicę, gdzie zaczyna już wchodzić lekceważenie. Wtedy, kiedy wchodzi w grę i wspólny seks z innymi, i świadomość tego, że właściwie ta druga osoba robi to być może teraz, być może za chwilę, a właściwie to nie ma dla niej znaczenia, to na początku może jest zabawne, ale w pewnym momencie przestaje być fajne.

- Dlaczego wyjechał z Polski?

- Mówił o tym wielokrotnie, opowiadał różne wersje na temat tego wyjazdu. Mówił, że nie był zdecydowany do końca i niezupełnie świadomy, co się z nim dzieje.

Jemu tu było fantastycznie, ale powiedział, że zobaczył kres swoich możliwości, kres tego, co się może zdarzyć. Miał wszystko i wpadł w alkoholizm, on strasznie dużo wtedy pił. Miał ciągoty ku alkoholowi zawsze. I to były takie czasy, że alkohol lał się strumieniami, a zwłaszcza w środowiskach młodych twórców.

Zobaczył, że już właściwie tutaj niczego więcej nic może dokonać, a jednocześnie...

- Czy z Andrzejewskim pił, nie wiesz?

- Może i pił, ale wiesz, była różnica i w posturze, i w wieku pomiędzy nimi, więc przypuszczam, że Andrzejewski dużo szybciej był urżnięty niż Andrzej, który wtedy dużo potrzebował, żeby się upić. A poza tym wówczas już zaczynał dostrzegać zakłamanie w systemie. Opowiadał jakieś historie na temat władzy, że z jednej strony gnębiono prywaciarzy. On pisał o tym jakieś tam felietony, po czym okazywało się, że jeżeli ktoś tam był w układach, miał się fantastycznie, i że w ogóle nie o to chodziło. Zaczął dostrzegać zakłamanie, jakąś ohydę w tym wszystkim tkwiącą i widzieć to wszystko jako jedno wielkie bagno, w którym on tkwi i w zasadzie nie ma już drogi.

- Miał przyjaciół czy nie miał?

- Miał, oczywiście że miał. Norbert mi opowiadał, że dosyć długo przyjaźnił się z Andrzejem Chącińskim, także z Makowieckim.

- Ale o Makowieckim on prawie nic nie mówił, może się pożarli?

- Nie, ale przestał Andrzeja interesować. Andrzej traktował go jako faceta o trzy klasy niżej, który się zajmuje literaturą na poziomie "Expresu Ilustrowanego".

- Ale jednak wspólnie jedną książkę napisali.

- Napisali, bo on go wprowadzał w świat literatury, w dziennikarstwo, on go nauczył pisać. Makowiecki był przede wszystkim muzykiem, miał jakieś problemy i potem nie wiedział, co ze sobą zrobić. I Andrzej mu powiedział: no to w takim razie zostań dziennikarzem. Andrzej go uczył krok po kroku, pokazywał mu, jak to się robi, jak się pisze reportaże, zabierał go na jakieś wypady i wiem, że - przynajmniej Andrzej tak to przedstawiał - Makowiecki we wszystkich relacjach, jakie udaje mi się czytać czy słyszeć, nigdy nie wspominał, że mu cokolwiek zawdzięcza. Tak, że może to była tego typu relacja.











HENRYK DASKO - Nie ma miłości szczęśliwej (Andrzej Brycht)