Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Jared Diamond

Trzeci szympans

1998

 

CZARNE I BIAŁE

 

Mieszkańcy każdego państwa uroczyście obchodzą rocznicę jego powstania; dla Australijczyków rok 1988, dwusetna rocznica, był specjalną okazją. Niewiele grup kolonistów napotkało takie trudności jak ci, którzy w roku 1788 wraz z Pierwszą Flotą wylądowali w miejscu, gdzie w przyszłości miało powstać Sydney. Australia była ciągle terra incognita: koloniści nie mieli pojęcia, co ich czeka ani w jaki sposób zdołają przeżyć. Od kraju ojczystego oddzielało ich dwadzieścia cztery tysiące kilometrów ośmiomiesięcznej podróży morskiej. Zanim dotarła z Anglii następna flota z zaopatrzeniem, musiało upłynąć dwa i pół roku na granicy śmierci głodowej. Wielu osiedleńców było skazańcami, którzy już doznali urazów z powodu najokrutniejszych aspektów brutalnego życia w osiemnastym wieku. Mimo takich początków osadnicy zdołali przeżyć, prosperować, zapełnić kontynent, zbudować demokrację i ustanowić wyraźny charakter narodowy. Nic dziwnego, że Australijczycy odczuwali dumę obchodząc dwusetną rocznicę powstania swego państwa.

Jednak seria protestów zepsuła uroczystości. Pierwszymi Australijczykami nie byli biali osadnicy. Australia została zasiedlona około pięćdziesięciu tysięcy lat temu przez przodków ludzi, których dzisiaj nazywamy przeważnie australijskimi aborygenami, a którzy w Australii są znani także jako "czarni". W czasie angielskiego osadnictwa mieszkańcy zostali w większości pozabijani przez kolonistów albo zmarli z innych przyczyn. To właśnie spowodowało, że niektórzy współcześni potomkowie tych, którzy przeżyli, zamiast uroczystych obchodów woleli zainscenizować protesty. Uroczystości otwarcie skoncentrowały się na pokazaniu, jak Australia stała się krajem białych. Ja natomiast od początku tego rozdziału skupię się nad tym, jak Australia przestała być krajem czarnych i jak to się stało, że dzielni angielscy osadnicy dopuścili się ludobójstwa.

Ażeby biali Australijczycy nie poczytali sobie tego, co napisałem, za obrazę, powinienem wyjaśnić, że nie oskarżam ich przodków o popełnienie czegoś szczególnie potwornego. Przeciwnie, powód, dla którego omawiam wytępienie aborygenów, jest dokładnie odwrotny: nie było to nic wyjątkowego. Jest to dobrze udokumentowany przykład zjawiska, z którego częstości niewielu ludzi zdaje sobie sprawę. Chociaż ze słowem "ludobójstwo" najczęściej kojarzą się nam zbrodnie hitlerowców w obozach koncentracyjnych, to przecież nie były one nawet największym co do skali ludobójstwem w tym stuleciu. Współcześnie obiektami kampanii eksterminacyjnych zakończonych sukcesem byli Tasmańczycy oraz setki innych ludów. Liczne narody rozrzucone po świecie są potencjalnymi obiektami takich działań w bliskiej przyszłości. Jednakże ludobójstwo jest tematem tak bolesnym, że albo nie chcemy o tym myśleć w ogóle, albo wolimy wierzyć, że przyzwoici ludzie nie popełniają ludobójstwa, tylko hitlerowcy. Ale niechęć do zastanowienia się nad tym ma swoje skutki: uczyniliśmy niewiele, aby powstrzymać liczne epizody ludobójstwa od czasu drugiej wojny światowej i nie budzi naszej czujności myśl, że gdzieś może się wydarzyć następny taki epizod. Zarówno dewastacja naszych zasobów środowiskowych, jak i tendencja do ludobójstwa, w połączeniu z bronią nuklearną, stanowią obecnie dwa najbardziej prawdopodobne środki, za pomocą których gatunek ludzki może cofnąć cały swój postęp dosłownie z dnia na dzień.

Mimo wzrastającego zainteresowania ludobójstwem ze strony psychologów i biologów, a także laików, zasadnicze kwestie pozostają sporne. Czy jakieś zwierzęta rutynowo zabijają przedstawicieli własnego gatunku, czy też jest to ludzki wynalazek, bez precedensu wśród zwierząt? Czy w ciągu całej historii ludzkości ludobójstwo było rzadkim zboczeniem, czy też było na tyle częste, że można je zaliczyć, wraz ze sztuką i mową, do znamion człowieczeństwa? Czy jego częstość obecnie wzrasta, ponieważ nowoczesna broń umożliwia ludobójstwo za naciśnięciem guzika, a przez to obniża nasze instynktowne zahamowania dotyczące zabijania ludzkich współplemieńców? Dlaczego tak licznym przypadkom poświęcono tak mało uwagi? Czy ludobójcy są osobnikami nienormalnymi, czy też są to normalni ludzie postawieni w nienormalnej sytuacji? Aby zrozumieć ludobójstwo, nie możemy traktować go zbyt wąsko - musimy sięgnąć do biologii, etyki i psychologii. A zatem naszą eksplorację tematu ludobójstwa zaczniemy od prześledzenia jego biologicznej historii, od naszych zwierzęcych przodków po wiek dwudziesty. Postawiwszy pytanie, jak zabójcy pogodzili ludobójstwo z własnym kodeksem etycznym, możemy zbadać jego wpływ psychologiczny na sprawców, ofiary, które przeżyły, i na świadków. Ale zanim zaczniemy poszukiwać odpowiedzi na te pytania, właściwe będzie rozpocząć od przypadku wytępienia Tasmańczyków, wydarzenia typowego dla obszernej klasy ludobójstw.

 

Tasmania jest górzystą wyspą wielkości Irlandii, położoną ponad trzysta kilometrów na południowy wschód od brzegów Australii. W chwili odkrycia jej przez Europejczyków w 1642 roku utrzymywało się na niej około pięciu tysięcy łowców-zbieraczy, spokrewnionych z aborygenami kontynentu australijskiego; prawdopodobnie tylko oni spośród wszystkich ludzi współczesnych używali najprostszej techniki. Tasmańczycy wykonywali jedynie kilka rodzajów prostych narzędzi z kamienia i z drewna. Podobnie jak aborygeni kontynentalni nie posiadali narzędzi metalowych, rolnictwa, zwierząt domowych, naczyń ani łuków. W przeciwieństwie do nich jednak nie mieli również bumerangów, psów, sieci, umiejętności szycia ani umiejętności rozniecania ognia.

Ponieważ jedynymi łodziami Tasmańczyków były tratwy, nadające się tylko do bliskich podróży, nie mieli oni kontaktu z żadnymi innymi ludźmi od czasu podniesienia się poziomu morza, a zatem od odcięcia Tasmanii od Australii przed dziesięcioma tysiącami lat. Ograniczeni do własnego wszechświata przez setki pokoleń, przeżyli najdłuższy okres izolacji we współczesnej historii ludzkości - izolacji, jaką opisują tylko powieści science fiction. Kiedy biali osadnicy z Australii wreszcie położyli kres izolacji Tasmańczyków, nie było na Ziemi dwóch społeczeństw gorzej przygotowanych do wzajemnego porozumienia.

Kiedy około roku 1800 przybyli brytyjscy łowcy fok i osadnicy, tragiczne zetknięcie się tych dwóch ludów prawie natychmiast doprowadziło do konfliktu. Biali porywali dzieci tasmańskie na robotników, porywali kobiety na małżonki, ranili lub zabijali mężczyzn, wdzierali się na tereny łowieckie i starali się oczyścić Tasmanię z jej mieszkańców. A więc konflikt wkrótce skupił się na problemie Lebensraum, który przez całą historię ludzkości był jednym z najczęstszych powodów ludobójstwa. W rezultacie porwań rodzima populacja północno-wschodniej Tasmanii została zredukowana, w listopadzie 1830 roku liczyła siedemdziesięciu dwóch dorosłych mężczyzn, trzy dorosłe kobiety, dzieci nie było już wcale. Pewien pasterz owiec zastrzelił dziewiętnastu Tasmańczyków z działka obrotowego nabitego gwoździami. Czterech innych owczarzy zaczaiło się na grupę tubylców, zabiło trzydziestu, a ich ciała zrzuciło z urwiska, do dzisiaj upamiętniającego to wydarzenie swoją nazwą - Wzgórze Zwycięstwa.

Oczywiście, Tasmańczycy brali odwet, a biali znowu się odgrywali. Pragnąc położyć kres tej eskalacji odwetów, w kwietniu 1828 roku gubernator Arthur rozkazał wszystkim Tasmańczykom opuścić część wyspy już zasiedloną przez Europejczyków. Aby wprowadzić ten rozkaz w czyn, opłacane przez rząd grupy, tak zwane lotne oddziały, składające się ze skazańców prowadzonych przez policję, ścigały i zabijały Tasmańczyków. Po ogłoszeniu stanu wojennego w listopadzie 1828 roku żołnierzy upoważniono, aby zabijali na miejscu każdego Tasmańczyka spotkanego na terenach zasiedlonych. Następnie wyznaczono nagrodę za tubylców schwytanych żywcem: pięć funtów brytyjskich za każdego dorosłego, dwa funty za każde dziecko. Czarne łowy, jak to nazwano z powodu ciemnej skóry Tasmańczyków, stały się doskonałym interesem, uprawianym przez prywatne i oficjalne "lotne oddziały". W tym samym czasie została utworzona komisja pod kierunkiem Williama Broughtona, anglikańskiego archidiakona Australii, która miała doradzić ogólną politykę w stosunku do tubylców. Rozpatrzywszy propozycje, żeby ich wyłapać i sprzedać jako niewolników, wytruć, schwytać w sidła albo żeby polować na nich z psami, komisja zdecydowała się na dalsze stosowanie nagród i użycie policji konnej.

W roku 1830 wynajęto niezwykłego misjonarza, George'a Augustusa Robinsona, aby zegnał pozostałych Tasmańczyków i wywiózł ich na wyspę Flinders, oddaloną o pięćdziesiąt kilometrów. Robinson był przekonany, że działa dla dobra Tasmańczyków. Zapłacono mu 300 funtów z góry i 700 po zakończeniu dzieła. Narażając się na prawdziwe niebezpieczeństwa i trudności, mając do pomocy odważną tubylkę imieniem Truganini, Robinson zdołał przeprowadzić pozostałych krajowców - początkowo przekonując, że czeka ich gorszy los, jeżeli się nie poddadzą, ale później także używając karabinów. Wielu więźniów Robinsona zmarło w drodze na wyspę Flinders, ale około dwustu tam dotarło; byli to ostatni, którzy przeżyli z dawnej pięciotysięcznej populacji.

Robinson miał stanowczy zamiar, aby na wyspie Flinders ucywilizować i ochrzcić niedobitków. Jego osiedle, położone w wietrznym miejscu i z niedostatkiem słodkiej wody, zarządzane było jak więzienie. Dzieci oddzielono od rodziców, aby ułatwić pracę nad ich ucywilizowaniem. Dzienny regulamin zawierał czytanie Biblii, śpiewanie hymnów, sprawdzanie, czy pościel i naczynia są czyste i porządne. Jednakże więzienne jedzenie powodowało niedożywienie, co w połączeniu z chorobami było przyczyną śmierci tubylców. Niewiele noworodków przeżywało dłużej niż parę tygodni. Rząd ograniczał wydatki w nadziei, że tubylcy wymrą. Do roku 1869 przeżyli tylko: Truganini oraz jeszcze jedna kobieta i jeden mężczyzna.

Tych troje ostatnich Tasmańczyków przykuło uwagę naukowców, którzy sądzili, że Tasmańczycy są brakującym ogniwem pomiędzy ludźmi i małpami. Toteż kiedy ostatni mężczyzna tasmański, niejaki William Lanner, zmarł w roku 1869, konkurujące zespoły lekarzy, jeden, prowadzony przez dr. George'a Stokella z Tasmańskiego Towarzystwa Królewskiego, i drugi, dr. W. L. Crowthera z Lekarskiego Kolegium Królewskiego, na zmianę wykopywały i zakopywały ciało Lannera, odcinając kawałki i wykradając je sobie nawzajem. Dr Crowther odciął głowę, dr Stokell ręce i stopę, ktoś inny uszy i nos - na pamiątkę. Dr Stokell zrobił kapciuch na tytoń ze skóry Lannera.

Truganini, ostatnia Tasmanka, zanim zmarła w roku 1876, przerażona tym pośmiertnym ćwiartowaniem daremnie błagała, aby pochowano ją w morzu. Tak jak się obawiała, Towarzystwo Królewskie wykopało jej szkielet i wystawiło publicznie w Muzeum Tasmanii, gdzie pozostawał do roku 1947. W owym roku muzeum ostatecznie dało posłuch skargom na temat złego gustu i przeniosło szkielet Truganini do pomieszczenia, gdzie tylko naukowcy mogli go oglądać. Wreszcie, w roku 1976 - w stulecie jej śmierci - pomimo protestów muzeum szkielet Truganini poddano kremacji, a prochy rozrzucono po morzu, jak sobie tego życzyła.

Chociaż Tasmańczyków było niewielu, ich wytępienie miało nieproporcjonalnie duży wpływ na historię Australii, ponieważ Tasmania była pierwszą kolonią australijską, która musiała rozwiązać problem swoich tubylców i znalazła rozwiązanie prawie ostateczne. Dokonano tego odnosząc widoczny sukces w zlikwidowaniu wszystkich tubylców. (W rzeczywistości niektóre dzieci tasmańskich kobiet i białych łowców fok przeżyły, a ich potomkowie stanowią kłopot dla rządu Tasmanii, który nie ma pojęcia, co z nimi począć.) Wielu białych na kontynencie australijskim zazdrościło kompletności rozwiązania tasmańskiego i chcieli je naśladować, ale czegoś przecież się nauczyli. Eksterminacja Tasmańczyków odbywała się na obszarach zasiedlonych, na oczach miejskiej prasy, co wywołało też pewne negatywne komentarze. Wobec tego eksterminacji znacznie liczniejszych aborygenów kontynentalnych dokonywano już na rubieżach, daleko od centrów miejskich.

Narzędziem takiej polityki rządu kontynentalnego, wzorowanym na "lotnych oddziałach" rządu tasmańskiego, był oddział policji konnej nazwanej policją tubylczą, która stosowała taktykę "ścigaj i zniszcz". Typowa strategia polegała na otoczeniu nocą obozowiska i wystrzelaniu mieszkańców w ataku o świcie. Biali osadnicy do zabijania aborygenów powszechnie używali również zatrutego pożywienia. Inną pospolitą praktyką były obławy; schwytanych aborygenów trzymano skutych razem za szyje, pędzono do więzień i tam przetrzymywano. Brytyjski pisarz Anthony Trollope był wyrazicielem przeważającej w dziewiętnastym wieku postawy Brytyjczyków wobec aborygenów, gdy pisał: "O australijskim czarnym możemy powiedzieć z pewnością, że musi odejść. Celem tych wszystkich, którym ten problem leży na sercu, powinno być to, aby zginął bez niepotrzebnych cierpień."

Tę taktykę kontynuowano w Australii jeszcze długo w dwudziestym wieku. W czasie incydentu w Alice Springs w 1928 roku policja zmasakrowała trzydziestu jeden aborygenów. Parlament australijski nie zgodził się przyjąć raportu o masakrze, a dwóch aborygenów, którzy przeżyli, postawiono przed sądem za morderstwo (zamiast sądzić policjantów). Łańcuchy do skuwania za szyję były ciągle używane i uważano je za humanitarne; w roku 1958 komisarz policji stanu Australii Zachodniej wyjaśnił w wydawanym w Melbourne "Herald", że aborygeńscy więźniowie wolą być skuci łańcuchami.

Aborygenów kontynentalnych było zbyt dużo, aby wytępić ich kompletnie - na sposób tasmański. Jednakże od czasu przybycia kolonistów brytyjskich w roku 1788 do spisu w roku 1921 populacja aborygenów zmniejszyła się z około 300 000 do 60 000 osób.

Dzisiejsze postawy białych Australijczyków wobec własnej zbrodniczej przeszłości są bardzo zróżnicowane. Podczas gdy polityka rządu i prywatne poglądy wielu białych stały się stopniowo coraz bardziej współczujące z aborygenami, inni biali zaprzeczają odpowiedzialności za ludobójstwo. W "The Bulletin" na przykład, jednym z czołowych czasopism australijskich, ukazał się w 1982 roku list od pewnej damy nazwiskiem Patricia Cobern, która zaprzeczała z oburzeniem, jakoby biali osadnicy mieli wytępić Tasmańczyków. W rzeczywistości, jak pisała pani Cobern, osadnicy byli miłośnikami pokoju odznaczającymi się wysoką moralnością, natomiast Tasmańczycy byli zdradliwi, żądni krwi, wojowniczy, brudni, żarłoczni, zarobaczeni i zeszpeceni przez syfilis. W dodatku nie troszczyli się o swoje dzieci, nigdy się nie kąpali i mieli odrażające obyczaje małżeńskie. Wymarli z powodu braku higieny, a także pragnienia śmierci i z braku wiary religijnej; było tylko zbiegiem okoliczności, że po tysiącach lat bytowania wymarli właśnie podczas konfliktu z osadnikami. Jedynie Tasmańczycy dopuszczali się masakrowania białych, a nie odwrotnie. A poza tym osadnicy zbroili się tylko w samoobronie, nie byli obznajmieni z bronią, i nigdy nie zastrzelili więcej niż czterdziestu jeden Tasmańczyków naraz.

Ażeby ujrzeć owe przypadki aborygenów tasmańskich i australijskich na szerszym tle, popatrzmy na mapy świata. Przedstawiają one (dla trzech różnych okresów) masowe zabójstwa, które zostały nazwane ludobójstwami (angielskie "genocide"). Etymologicznie oznacza to "grupowe zabójstwo": grecki rdzeń "genos", oznacza rasę, a łaciński rdzeń "-cide" oznacza zabijanie (jak w "suicide", "infanticide" = samobójstwo, dzieciobójstwo). Ofiary muszą być wybrane dlatego, że należą do jakiejś grupy, bez względu na to, czy każda ofiara z osobna uczyniła cokolwiek dla sprowokowania zabójstwa. Jeżeli chodzi o zdefiniowanie cechy takiej grupy, może to być cecha rasowa (biali Australijczycy zabijający czarnych Tasmańczyków), narodowa (Rosjanie zabijający takich samych białych Słowian jak oni - polskich oficerów w Katyniu w 1940 roku), etniczna (Hutu i Tutsi - dwie grupy czarnych Afrykanów mordujące się wzajemnie w Rwandzie w latach sześćdziesiątych i w Burundi w latach siedemdziesiątych), religijna (muzułmanie i chrześcijanie mordujący się wzajemnie w Libanie w ostatnich dziesięcioleciach) lub polityczna (Czerwoni Khmerzy zabijający innych Kambodżan od 1975 do 1979 roku).

Chociaż zbiorowe zabijanie stanowi istotę ludobójstwa, można się spierać co do tego, jak wąską definicję przyjąć. Słowo "ludobójstwo" jest często używane tak szeroko, że zatraca sens i mamy dość słuchania o tym. Nawet jeżeli ograniczyć je do przypadków zabójstw na wielką skalę, wątpliwości pozostają. A oto przykład takich wątpliwości:

Ilu zabitych potrzeba, aby zabójstwo uznać za ludobójstwo, a nie za zwykłe morderstwo? Jest to kwestia całkowicie arbitralna. Australijczycy zabili wszystkich (pięć tysięcy) Tasmańczyków, a amerykańscy osadnicy ostatnich dwudziestu Indian Susquehanna w roku 1763. Czy mała liczba dostępnych ofiar dyskwalifikuje te zabójstwa jako ludobójstwo, mimo że eksterminacja była zupełna?

Czy ludobójstwo musi być przeprowadzone przez rządy, czy prywatne działania też się liczą? Socjolog Irving Horowitz wyróżnił prywatne akcje jako "morderstwo" ("assassination"), a ludobójstwo zdefiniował jako "strukturowe i systematyczne niszczenie niewinnych ludzi poprzez państwowy aparat biurokratyczny". Jednakże istnieje nieprzerwana ciągłość od "czysto" państwowego zabijania (stalinowskie porachunki z oponentami) do "czysto" prywatnych zabójstw (brazylijskie spółki eksploatacyjne wynajmujące zawodowców do zabijania Indian). Amerykańscy Indianie byli mordowani tak przez prywatnych obywateli, jak przez Armię Stanów Zjednoczonych, ludzie zaś z plemienia Ibo w północnej Nigerii byli zabijani zarówno przez uliczny motłoch, jak i przez żołnierzy. W roku 1835 plemię Maorysów Te Ati Awa z Nowej Zelandii zdołało zrealizować śmiały plan, aby pojmać statek, załadować go zapasami, dokonać inwazji wyspy Chatham, zabić trzystu mieszkańców (z innej polinezyjskiej grupy plemiennej zwanej Moriori), a pozostałych wziąć do niewoli i w ten sposób opanować wyspę. Według definicji Horowitza ta i wiele innych dobrze zaplanowanych eksterminacji jednej grupy plemiennej przez inną nie stanowią ludobójstwa, ponieważ plemiona te nie miały państwowego aparatu biurokratycznego.

Jeżeli ludzie giną masowo w rezultacie brutalnych akcji, nie zaprojektowanych specjalnie, aby zabijać, czy to się liczy jako ludobójstwo? Do dobrze zaplanowanych ludobójstw należy wymordowanie Tasmańczyków przez Australijczyków, Ormian przez Turków podczas pierwszej wojny światowej oraz, najpowszechniej znane, ludobójstwo popełnione przez hitlerowców w czasie drugiej wojny światowej. Natomiast nie było szczególną intencją prezydenta Andrew Jacksona, aby wielu Indian Choctaw, Cherokee i Creek zginęło w drodze, kiedy w latach trzydziestych dziewiętnastego wieku zmuszono ich do przesiedlenia się z południowo-wschodnich Stanów Zjednoczonych na tereny leżące na zachód od rzeki Missisipi. Ale prezydent Jackson nie przedsięwziął też żadnych niezbędnych środków, aby mogli przeżyć. To, że masowo umierali, było nieuchronnym skutkiem forsownych marszów w zimie, bez odpowiednich zapasów żywności i ubrania.

Niezwykle szczere oświadczenie na temat roli zamiaru w ludobójstwie pojawiło się, kiedy rząd paragwajski został oskarżony o współudział w eksterminacji Indian Guayaki, których zniewolono, torturowano, pozbawiono pożywienia i lekarstw, wreszcie zmasakrowano. Minister obrony Paragwaju odpowiedział z całą prostotą, że nie było intencji, aby wyniszczyć Indian Guayaki: "Chociaż są ofiary i oprawcy, nie ma trzeciego składnika niezbędnego dla uznania zbrodni za ludobójstwo - to znaczy intencji. A zatem, ponieważ nie istnieje zamiar, nie można też mówić o ludobójstwie." Stały przedstawiciel Brazylii w ONZ podobnie odrzucił oskarżenia o brazylijskie ludobójstwo w stosunku do Indian amazońskich: "[...] nie było specjalnie złej woli lub motywacji niezbędnej do określenia tego, co się wydarzyło, jako ludobójstwo. Zbrodnie, o których mowa, popełnione zostały wyłącznie z powodów ekonomicznych, sprawcy działali wyłącznie w celu objęcia w posiadanie ziemi swoich ofiar."

Niektóre masowe zabójstwa, takie jak wymordowanie Żydów i Cyganów przez hitlerowców, nie były sprowokowane: rzeź nie była zemstą za uprzednie morderstwa popełnione przez ofiary rzezi. Jednakże w wielu innych przypadkach masowe zabójstwa są kulminacją w całej serii wzajemnych morderstw. Jeżeli masowy odwet następujący po prowokacji jest zupełnie nieproporcjonalny do samej prowokacji, to czy można określić, kiedy "zwykły" odwet przeradza się w ludobójstwo? W maju 1945 roku uroczystości z okazji zakończenia drugiej wojny światowej w algierskim mieście Setif przerodziły się w rasistowski pogrom, w czasie którego Algierczycy zamordowali stu trzech Francuzów. Na zdziczałą odpowiedź Francuzów składały się: zniszczenie czterdziestu czterech wsi przez samoloty, bombardowanie miast na wybrzeżu przez okręty wojenne, organizowanie odwetowych masakr przez oddziały cywilne oraz bezładne zabijanie przez wojsko. Zabitych Algierczyków było, według Francuzów, półtora tysiąca, a według Algierczyków pięćdziesiąt tysięcy. Interpretacje tego wydarzenia różnią się tak samo jak oszacowania liczby zabitych: dla Francuzów było to stłumienie rewolty; dla Algierczyków była to ludobójcza masakra.

 

Ludobójstwa jest równie trudno zdefiniować jak poklasyfikować ze względu na motywację. Chociaż pewne pobudki mogą występować jednocześnie, dogodnie jest podzielić je na cztery kategorie. W pierwszych dwóch jest rzeczywisty konflikt interesów dotyczących posiadania ziemi lub władzy, przy czym konflikt może, ale nie musi, udawać ideologię. W dwóch pozostałych kategoriach konflikt taki jest minimalny, a motywacja jest w większym stopniu ideologiczna lub psychologiczna.

Zapewne najczęstszy motyw ludobójstwa powstaje wtedy, gdy militarnie silniejsi próbują zająć ziemie słabszych, a ci stawiają opór. Pośród niezliczonych prostych przypadków tego rodzaju znajdują się nie tylko zabójstwa Tasmańczyków i australijskich aborygenów przez Australijczyków, ale także zabijanie amerykańskich Indian przez białych Amerykanów, Indian Araukan przez Argentyńczyków oraz Buszmenów i Hotentotów przez burskich osadników w Afryce Południowej.

Inny częsty motyw wiąże się z długotrwałą walką o władzę w społeczeństwie pluralistycznym, która doprowadza do tego, że jedna z grup zaczyna dążyć do ostatecznego rozwiązania poprzez wymordowanie konkurencyjnej grupy. Przypadki dotyczące dwóch różnych grup etnicznych to mordowanie Tutsi przez Hutu w Rwandzie w latach 1962-1963, zabijanie Hutu w Burundi przez Tutsi w latach 1972-1973, Serbów przez Chorwatów w Jugosławii w czasie drugiej wojny światowej, Chorwatów przez Serbów pod koniec wojny, oraz Arabów na Zanzibarze przez Murzynów w roku 1964. Jednakże zabójca i zabity mogą należeć do tej samej grupy etnicznej, a różnić się tylko poglądami politycznymi. Tak było w przypadku największego znanego ludobójstwa w historii, które w ciągu dziesięciolecia 1929-1939 pochłonęło, jak się ocenia, dwadzieścia milionów ofiar, a sześćdziesiąt sześć milionów w latach 1917-1959: zbrodni ludobójstwa popełnionej przez rząd ZSRR przeciw oponentom politycznym spośród własnych obywateli. Polityczne zabójstwa pozostające daleko w tyle za tym rekordem to czystka przeprowadzona przez Czerwonych Khmerów na kilku milionach współobywateli w Kambodży w latach siedemdziesiątych oraz zabicie setek tysięcy komunistów w Indonezji w latach 1965-1967.

W przypadku tych dwóch właśnie opisanych motywów ludobójstwa ofiara może być uważana za istotną przeszkodę w podporządkowaniu sobie kraju lub w zdobyciu władzy przez zabójcę. Przeciwieństwem jest zabijanie kozłów ofiarnych - wybieranych bezbronnych mniejszości, na które zrzucają winy sfrustrowani zabójcy. Żydzi byli zabijani przez czternastowiecznych chrześcijan jako kozły ofiarne odpowiedzialne za epidemie dżumy; przez Rosjan w początkach dwudziestego wieku jako kozły ofiarne winne rosyjskich niepowodzeń politycznych; przez Ukraińców po pierwszej wojnie światowej jako kozły ofiarne odpowiedzialne za zagrożenie bolszewickie; oraz przez hitlerowców w czasie drugiej wojny światowej jako kozły ofiarne winne pobicia Niemców w pierwszej wojnie światowej. Kiedy Siódma Armia Kawalerii Stanów Zjednoczonych dokonała rzezi kilkuset Siuksów pod Wounded Knee w roku 1890, żołnierze brali spóźniony odwet za niszczący kontratak Siuksów na Siódmą Armię Kawalerii Custera w czasie bitwy pod Little Big Horn czternaście lat wcześniej. W latach 1943-1944, u szczytu rosyjskich cierpień na skutek inwazji nazistów, Stalin zarządził wymordowanie lub deportację sześciu mniejszości etnicznych, które posłużyły za kozły ofiarne: Bałkarów, Czeczeńców, Tatarów Krymskich, Inguszów, Kałmuków i Karaczajów.

Prześladowania rasowe i religijne to pozostałe rodzaje motywacji. Chociaż nie twierdzę, że potrafię zrozumieć hitlerowską mentalność, to sądzę, że eksterminacja Cyganów przez hitlerowców mogła być spowodowana względnie "czysto" rasowymi motywami, natomiast w eksterminacji Żydów do motywów rasowych i religijnych dołączyło się szukanie kozła ofiarnego. Lista masakr na tle religijnym jest prawie nieskończenie długa. Zawiera ona masakrę wszystkich mahometan i Żydów podczas pierwszej wyprawy krzyżowej, kiedy w roku 1099 wreszcie zdobyto Jerozolimę, a także masakrę francuskich hugonotów przez katolików w noc świętego Bartłomieja w roku 1572. Oczywiście motywy rasowe i religijne wyciskały swoje piętno na ludobójstwach popełnianych w imię walki o ziemię, o władzę i w poszukiwaniu kozłów ofiarnych.

 

Nawet jeżeli nie osiągniemy zgody co do definicji i motywów, to mnóstwo przypadków ludobójstw pozostaje faktem. Zastanówmy się, jak dawnych czasów sięga ludobójstwo w historii i prehistorii naszego gatunku.

Czy to prawda, jak się często twierdzi, że człowiek jest unikatem pośród zwierząt dlatego, że zabija przedstawicieli własnego gatunku? Na przykład znakomity biolog Konrad Lorenz argumentował w swojej książce Tak zwane zło, że agresywne instynkty zwierząt są trzymane na wodzy przez instynktowne hamulce przeciwdziałające zabójstwom. Jednakże w historii ludzkości równowaga ta została naruszona przez wynalezienie broni: nasze wrodzone hamulce nie są już na tyle silne, aby powstrzymać nowo nabytą zdolność zabijania. Ten pogląd, że człowiek jest zabójcą wyjątkowym, niedostosowanym ewolucyjnie, został podjęty przez Arthura Koestlera i wielu innych popularnych pisarzy.

W rzeczywistości w ostatnich dziesięcioleciach badania udokumentowały zabójstwa wśród wielu gatunków zwierząt, chociaż z pewnością nie we wszystkich. Zmasakrowanie sąsiedniego osobnika albo gromady może być korzystne dla zwierzęcia, jeżeli w ten sposób zdoła wejść w posiadanie sąsiedniego terytorium, pokarmu albo samic. Ale atak niesie też ryzyko dla atakującego. Wielu gatunkom zwierząt brakuje środków do zabijania współplemieńców, a te gatunki, które takimi środkami dysponują, nieraz powstrzymują się od ich użycia. Analizowanie kosztów i zysków z mordowania może wyglądać na coś skrajnie odrażającego, ale taka analiza pomaga przecież zrozumieć, dlaczego skłonność do mordowania, jak się wydaje, charakteryzuje tylko niektóre gatunki zwierząt. Wśród gatunków niespołecznych morderstwa z natury rzeczy polegają na tym, że pojedynczy osobnik zostaje zabity przez innego. Jednakże wśród społecznych gatunków drapieżników, jak lwy, wilki, hieny i mrówki, morderstwo może przybrać formę skoordynowanego ataku członków jednej gromady na osobniki z sąsiedniej grupy, czyli masowego zabijania lub "wojny". Forma takiej wojny może być rozmaita u różnych gatunków. Samce mogą oszczędzić samice i skojarzyć się z nimi, mogą zabić młode, a samce z sąsiedztwa odpędzić (u małp langurów) albo nawet pozabijać (u lwów); albo też zarówno samce, jak i samice mogą zostać zabite (u wilków). Jako przykład podam sporządzony przez Hansa Kruuka opis bitwy między dwoma klanami hien w kraterze Ngorongoro w Tanzanii:

"Około tuzina hien ze Scratching Rock [...] dopadło jednego z samców Mungi i gryzły go, gdzie tylko mogły - szczególnie w brzuch, nogi i uszy. Atakujące hieny kompletnie nakryły ofiarę i nie ustawały w znęcaniu się nad nią mniej więcej przez dziesięć minut [...] Samiec Mungi dosłownie został rozerwany na strzępy, a kiedy później zbadałem rany dokładniej, okazało się, że miał odgryzione uszy, stopy i jądra, był sparaliżowany z powodu uszkodzeń kręgosłupa, miał wielkie rany cięte tylnych nóg i brzucha oraz podskórne krwiaki na całym ciele."

Szczególnie interesujące dla zrozumienia początków naszych ludobójstw jest zachowanie dwu najbliższych krewniaków: goryli i szympansów. Przed dwudziestu laty każdy biolog zakładałby, że zdolność do wytwarzania narzędzi i zharmonizowanego planowania działań grupowych uczyniła nas znacznie bardziej skłonnymi do morderstw niż małpy człekokształtne - jeśli jest prawdą, że małpy w ogóle są skłonne do zabijania. Ostatnie odkrycia dotyczące małp sugerują jednak, że goryle i szympansy pospolite mają przynajmniej taką samą szansę paść ofiarą morderstwa jak przeciętni ludzie. Wśród goryli, na przykład, samce walczą ze sobą o posiadanie haremu samic i zwycięzca może zabić zarówno dzieci zwyciężonego, jak i jego samego. Takie walki stanowią główną przyczynę śmiertelności młodych i dorosłych samców goryli. Typowa matka gorylica traci w ciągu życia co najmniej jedno młode w rezultacie dzieciobójstwa dokonanego przez samca. Inaczej mówiąc, 38 procent śmierci młodych goryli to śmierci spowodowane dzieciobójstwem.

Szczególnie pouczająca, ponieważ drobiazgowo udokumentowana w badaniach Jane Goodall, była eksterminacja jednej z hord szympansów pospolitych, dokonana w okresie miedzy rokiem 1974 a 1977 przez inną hordę. Do końca roku 1973 obie hordy żyły we względnej równowadze: grupa Kasakela, z ośmioma dorosłymi samcami, zajmowała piętnaście kilometrów kwadratowych na północy; grupa Kahama przebywała na południu, z sześcioma dorosłymi samcami i zajmowała dziesięć kilometrów kwadratowych. Pierwszy fatalny incydent nastąpił w styczniu 1974 roku, kiedy sześć dorosłych samców Kasakela, jeden dojrzewający samiec i jedna dorosła samica, pozostawiwszy za sobą młode szympansy, wyruszyły na południe. Kiedy tylko usłyszały wołania szympansa z tamtego kierunku, podążały szybko i cicho coraz dalej na południe, aż zaskoczyły samca z grupy Kahama, którego nazywano Godi. Jeden z samców Kasakela obalił uciekającego Godi na ziemię, siadł mu na głowie i przytrzymywał go za nogi, podczas gdy pozostałe szympansy przez dziesięć minut gryzły go i biły. Wreszcie jeden z atakujących rzucił w Godiego wielkim kamieniem i wówczas atakujący odstąpili. Chociaż Godi mógł się podnieść, był ciężko poraniony, krwawił i widać było rany kłute. Nigdy go potem nie widziano; prawdopodobnie padł na skutek odniesionych ran.

W następnym miesiącu trzy samce i jedna samica Kasakela znowu powędrowały na południe i zaatakowały samca Kahama zwanego De, który już wtedy był słabowity z powodu wcześniejszych ataków albo chorób. Agresorzy ściągnęli De z drzewa, deptali po nim, bili go, gryźli i wyszarpywali mu kawałki skóry. Samica Kahama, która była w rui i towarzyszyła De, została zmuszona do podążenia wraz z agresorami na północ. Dwa miesiące później De był jeszcze ciągle przy życiu, ale wycieńczony, ze sterczącymi kośćmi kręgosłupa i miednicy, z powyrywanymi paznokciami i urwanym palcem u nogi, a jego moszna skurczyła się do 1/5 normalnej wielkości. Później go już nie widziano.

W lutym 1975 roku pięć dorosłych i jeden dojrzewający samiec Kasakela wytropiły i zaatakowały Goliata, starego samca Kahama. Przez osiemnaście minut biły go, gryzły, kopały, tratowały, podnosiły i rzucały o ziemię, włóczyły po ziemi i wykręcały mu nogi. Po tym ataku Goliat nie potrafił usiąść i nigdy potem go już nie widziano.

Powyższe ataki skierowane były przeciwko samcom Kahama; we wrześniu 1975 roku została śmiertelnie poraniona samica Kahama, Madam Bee; w ciągu poprzedniego roku zdołała przeżyć co najmniej cztery takie ataki. Ten atak poprowadziły cztery dorosłe samce Kasakela, podczas gdy jeden dorastający samiec i cztery samice (w tym porwana wcześniej córka Madam Bee) się przyglądały. Napastnicy bili Madam Bee, tłukli i włóczyli ją po ziemi, tratowali i wskakiwali na nią, przewracali, podnosili i rzucali nią o ziemię, turlali ją po zboczu. Zdechła pięć dni później.

W maju 1977 roku pięć samców Kasakela zabiło samca Kahama, nazywanego Charlie, ale szczegółów walki nie zaobserwowano. W listopadzie 1977 roku sześć samców Kasakela schwytało Sniffa, samca Kahama; biły go, gryzły i szarpały, wlokły za nogi i złamały mu lewą nogę. Następnego dnia jeszcze żył, ale potem gdzieś przepadł.

Z pozostałych szympansów Kahama dwa dorosłe samce i dwie dorosłe samice zniknęły z nieznanych powodów, a dwie młode samice przeniosły się do hordy Kasakela, która przejęła dawne terytorium Kahama. Jednakże w roku 1979 następna horda, większe stado Kalande z co najmniej dziewięcioma dorosłymi samcami, zaczęło wdzierać się od południa na terytorium Kasakela i mogło być przyczyną zniknięcia lub poranienia kilku samców z tej grupy. Podobne napaści międzygrupowe obserwowano podczas innych długotrwałych badań terenowych szympansów pospolitych (jedynych, poza tymi, o których była mowa), ale nigdy nie zaobserwowano takiego zachowania u szympansów bonobo.

Gdyby oceniać zbrodnicze skłonności szympansów pospolitych według takich samych kryteriów, jak oceniamy ludzi morderców, trudno byłoby nie zauważyć ich małej skuteczności. Mimo że grupy trzech do sześciu agresorów napadały na pojedyncze ofiary, wkrótce czyniąc zaatakowanego osobnika całkowicie bezbronnym, i kontynuowały atak przez dalsze dziesięć czy dwadzieścia minut, ofiara aż do końca pozostawała przy życiu. Jednakże atakujący osiągali cel, którym było unieruchomienie ofiary, i często w końcu powodowali jej śmierć. Schemat był taki, że ofiara początkowo kuliła się i próbowała chronić głowę, ale potem rezygnowała z jakiejkolwiek obrony, a atak trwał tak długo, aż przestawała się ruszać. Pod tym względem napaści między hordami różnią się od łagodniejszych walk, do jakich często dochodzi wewnątrz gromady. Mała skuteczność szympansów jako zabójców odzwierciedla to, że nie mają one broni, ciekawe jednak, że nie nauczyły się zabijać przez uduszenie, co mieściłoby się przecież w ich możliwościach.

Nie tylko indywidualne zabijanie jest, według naszych standardów, mało wydajne, ale taki jest też cały przebieg szympansiego ludobójstwa. Od pierwszego zabójstwa szympansa Kahama do wykończenia całej gromady upłynęło trzy lata i dziesięć miesięcy; zawsze zabijano pojedyncze osobniki Kahama, a nigdy kilka naraz. Natomiast osadnikom australijskim często udawało się wykończyć całą gromadę aborygenów w pojedynczym ataku o świcie. Po części ten brak skuteczności jest spowodowany faktem nieposiadania broni przez szympansy. Ponieważ wszystkie szympansy są jednakowo nieuzbrojone, do zabójstwa może dojść tylko wtedy, gdy kilku atakujących uzyska przewagę nad pojedynczą ofiarą, uzbrojeni zaś w broń palną osadnicy australijscy mieli przewagę nad nieuzbrojonymi aborygenami, mogli więc zabijać wielu naraz. Po części także ludobójcze szympansy znacznie ustępują ludziom pod względem umysłowym, a przez to także pod względem planowania strategicznego. Szympansy najwidoczniej nie potrafią zaplanować nocnego ataku ani ukartować zasadzki przez rozdzielenie drużyny napastników.

Jednakże wydaje się, że ludobójcze szympansy przejawiają inicjatywę i potrafią nieskomplikowanie planować. Zabójstwa Kahama powiodły się, gdyż grupa Kasakela podchodziła prosto, szybko, cicho i ostrożnie w kierunku - lub w głąb - terytorium Kahama, przysiadała na drzewach nasłuchując prawie przez godzinę, aby wreszcie uderzyć na zlokalizowane osobniki. Szympansy, tak jak i my, odznaczają się ksenofobią: najwyraźniej rozpoznają członków innych gromad jako różniących się od członków własnej gromady i traktują ich w zupełnie inny sposób.

Mówiąc krótko, ze wszystkich naszych ludzkich znamion - jak sztuka, mowa, używanie narkotyków i inne - tym, które wywodzi się w sposób najoczywiściej bezpośredni od zwierzęcych prekursorów, jest ludobójstwo. Szympansy pospolite przeprowadzają zaplanowane morderstwa, dokonują eksterminacji sąsiednich hord, prowadzą wojny o terytorium i uprowadzają młode samice. Gdyby dano im dzidy i poinstruowano, jak się nimi posługiwać, ich skuteczność zabijania na pewno zbliżyłaby się do naszej. Zachowanie się szympansów sugeruje, że główną przyczyną naszego życia w gromadzie była potrzeba obrony przed innymi ludzkimi gromadami, szczególnie od czasu, kiedy uzyskaliśmy broń i mózgi wystarczająco duże, aby móc planować zasadzki. Jeżeli to rozumowanie jest słuszne, również tradycyjny nacisk antropologów na uznanie "człowieka łowcy" za siłę napędową ewolucji człowieka może być słuszny, jednakże sami byliśmy zarówno ofiarami, jak i drapieżcami, co zmusiło nas do życia w grupach.

Dwa wzorce najpospolitszego ludobójstwa mają odpowiedniki w postępowaniu zwierzęcych prekursorów: zabijanie zarówno mężczyzn, jak i kobiet pasuje do wzorca postępowania szympansów pospolitych i wilków, zabijanie mężczyzn zaś, a oszczędzanie kobiet pasuje do wzorca postępowania goryli i lwów. Bez precedensu jednakże, nawet wśród zwierząt, pozostaje procedura przyjęta w latach 1976 do 1983 przez argentyńskie wojsko w trakcie wymordowywania ponad 10 000 przeciwników politycznych, tak zwanych desaparecidos, razem z rodzinami. Ofiarami, które często torturowano przed zabiciem, byli przeważnie mężczyźni, nieciężarne kobiety i dzieci w wieku od trzech do czterech lat. Ale żołnierze argentyńscy wnieśli własny wkład do zwierzęcego obyczaju, kiedy aresztowali kobiety w ciąży: przetrzymywano je aż do rozwiązania i dopiero wtedy zabijano strzałem w głowę, tak że niemowlę mogło być adoptowane przez bezdzietnych rodziców spośród wojskowych.

Nie jesteśmy wyjątkami wśród zwierząt w naszej skłonności do mordowania, ale może ta cecha jest, mimo wszystko, patologicznym owocem nowoczesnej cywilizacji? Współcześni pisarze, z odrazy do zniszczenia "prymitywnych" społeczeństw przez społeczeństwa "zaawansowane", mają skłonność do idealizowania tych pierwszych jako szlachetnych dzikusów, którzy zapewne miłują pokój albo popełniają tylko odosobnione zbrodnie, ale nigdy masakry. Erich Fromm wierzył, że działania wojenne w społeczeństwach łowców-zbieraczy są "charakterystycznie bezkrwawe". Z pewnością niektórzy ludzie sprzed epoki pisma (Pigmeje, Eskimosi) wydają się mniej wojowniczy niż inni (Nowogwinejczycy, Indianie prerii i dorzecza Amazonki). A nawet ludzie wojowniczy - tak się twierdzi - prowadzą wojny w sposób zrytualizowany i zaprzestają zabijania, kiedy padnie tylko paru adwersarzy. Te idealizacje nie pasują jednak do moich doświadczeń z góralami nowogwinejskimi, o których często się mówi, że uprawiają wojny ograniczone i zrytualizowane. Chociaż większość bojów na Nowej Gwinei sprowadza się do utarczek nie pozostawiających zabitych, albo tylko niewielu, to jednak niektóre grupy potrafiły zmasakrować swoich sąsiadów. Jak inni ludzie, tak Nowogwinejczycy próbowali odpędzić lub pozabijać swoich sąsiadów, kiedy im się to wydawało korzystne, niczym nie groziło lub było sprawą życia i śmierci.

Kiedy wziąć pod uwagę cywilizacje z wczesnej epoki pisma, udokumentowane relacje świadczą o częstych ludobójstwach. Wojny Greków z Trojanami, Rzymu z Kartaginą, Asyryjczyków z Babilończykami i Persami doprowadzały do jednakowego końca: rzeź pokonanych bez względu na płeć albo zabijanie mężczyzn i branie w niewolę kobiet. Wszyscy znamy biblijny opis, jak to runęły mury Jerycha na dźwięk trąb Jozuego. Rzadziej cytuje się ciąg dalszy: Jozue, posłuszny rozkazom Pana, wyrżnął w pień mieszkańców Jerycha, a także Aj, Makkedy, Libny, Hebronu, Debiru i wielu innych miast. Było to uważane za coś tak zwyczajnego, że Księga Jozuego poświęca tylko po jednym zdaniu każdej rzezi, jakby chciano powiedzieć: oczywiście, że pozabijał wszystkich mieszkańców, a czego innego można było się spodziewać. Jedynym opisem wymagającym szerszego potraktowania była rzeź w samym Jerycho, gdzie Jozue dokonał czegoś naprawdę niezwykłego: oszczędził jedną rodzinę (ponieważ dopomogli jego zwiadowcom).

Znajdujemy podobne epizody w relacjach z wojen krzyżowych, wojen wyspiarzy Oceanu Spokojnego i wielu innych grup. Oczywiście nie twierdzę, że rzeź pokonanych bez względu na płeć zawsze następowała po złamaniu oporu broniących się w czasie wojny. Jednakże, kiedy wyrabiamy sobie pogląd na naturę ludzką, taki rezultat albo łagodniejsze wersje - jak wybicie mężczyzn i zniewolenie kobiet - wydarzały się wystarczająco często, aby je uznać za coś więcej niż rzadkie odchylenie. Od roku 1950 było niemal dwadzieścia epizodów ludobójstw, w tym dwa, które pochłonęły ponad milion ofiar (Bangladesz w roku 1971, Kambodża pod koniec lat siedemdziesiątych) i dalsze cztery, z których każde miało ponad sto tysięcy ofiar (Sudan i Indonezja w latach sześćdziesiątych, Burundi i Uganda w latach siedemdziesiątych).

Najwyraźniej ludobójstwo stanowi część ludzkiego i przedludzkiego dziedzictwa od milionów lat. Jak, w świetle tej długiej historii, przedstawia się nasze wrażenie, że ludobójstwa dwudziestego wieku są czymś wyjątkowym? Nie ma wątpliwości, że Stalin i Hitler ustanowili nowe rekordy liczby ofiar, ponieważ pod trzema względami mieli przewagę nad mordercami z poprzednich stuleci: bardziej zagęszczone populacje ofiar, lepsze środki transportu w celu skoncentrowania ofiar w jednym miejscu oraz ulepszoną technologią masowego zabijania. A oto inny przykład, jak technika może usprawnić ludobójstwo. Wyspiarze z Wysp Salomona, z laguny Roviana na południowo-zachodnim Pacyfiku, byli słynni ze swoich wypraw w celu zdobycia głów. Wyprawy te spowodowały wyludnienie sąsiednich wysp. Jednakże, jak wyjaśnili mi to moi przyjaciele z Roviana, rajdy te nie rozkwitły, dopóki do Wysp Salomona nie dotarły w XIX wieku stalowe siekierki. Dekapitacja człowieka za pomocą kamiennej siekierki jest uciążliwa, jej ostrze szybko się tępi, a ponowne naostrzenie jest pracochłonne.

Znacznie bardziej kontrowersyjny jest problem, czy technika w dzisiejszych czasach czyni ludobójstwo również psychologicznie łatwiejszym, jak o tym przekonuje nas Konrad Lo-renz. Jego rozumowanie jest następujące. Kiedy ludzie wyewo-luowali z małp, coraz bardziej uzależnialiśmy się od zabijania zwierząt na pokarm. Jednakże żyliśmy też w społeczeństwach liczących coraz więcej osobników, a współpraca między nimi miała zasadnicze znaczenie. Takie społeczeństwa nie mogły się utrzymać, dopóki nie rozwinęły się silne zahamowania w stosunku do zabijania ludzkich pobratymców. Przez większość czasu naszej historii ewolucyjnej broń działała tylko na krótką odległość, toteż wystarczało, abyśmy byli hamowani przed zabiciem kogoś, na kogo patrzymy twarzą w twarz. Nowoczesna broń, działająca za naciśnięciem guzika, omija te zahamowania, pozwalając na zabijanie bez oglądania twarzy ofiary. Technika stworzyła więc psychologiczne prerekwizyty do zbrodni zza biurka w Oświęcimiu i Treblince, w Hiroszimie i w Dreźnie.

Nie jestem pewien, czy ten psychologiczny argument rzeczywiście miał znaczący udział w ułatwieniu współczesnego ludobójstwa. Dawniejsza częstotliwość ludobójstw wydaje się dorównywać dzisiejszej, chociaż względy praktyczne ograniczały liczbę ofiar. Aby lepiej zrozumieć problem ludobójstwa, musimy odłożyć daty i liczby, a zastanowić się nad etyką zabijania.

 

To oczywiste, że nasz popęd do zabijania prawie cały czas jest powstrzymywany przez etykę. Pozostaje zagadką, co go wyzwala?

Dzisiaj, kiedy ludzi możemy podzielić na "nas" i "ich", wiemy, że "ich" są tysiące odmian, różniących się między sobą, tak samo jak od nas, językiem, wyglądem i obyczajami. Szkoda słów na powtarzanie: wszyscy to znamy z książek i z telewizji, a wielu z nas wie to także na podstawie doświadczenia - z własnych podróży. Trudno przenieść się z powrotem w ramy umysłowości, jaka przeważała przez większość czasu historii człowieczeństwa. Tak jak szympansy, goryle i społeczne ssaki, żyliśmy na terytoriach zajmowanych przez stada. Znany świat był znacznie mniejszy i prostszy niż dziś: było tylko kilka rodzajów "ich" - bezpośrednich sąsiadów.

Na Nowej Gwinei, na przykład, do niedawna wszystkie plemiona na przemian toczyły wojny i zawierały sojusze ze wszystkimi swoimi sąsiadami. Ktoś mógł wkroczyć do sąsiedniej doliny z przyjazną wizytą (choć nigdy nie było to całkiem bezpieczne) albo dokonać najazdu, ale szansa na to, aby udało się przekroczyć pokojowo kilka kolejnych dolin, była znikoma. Mocne reguły dotyczące traktowania "naszych" nie stosowały się do "nich", tych trudnych do zrozumienia wrogów z sąsiedztwa. Kiedy przekraczałem kolejne doliny Nowej Gwinei, ludzie, którzy sami praktykowali ludożerstwo i zaledwie przed dziesiątkiem lat wyszli z epoki kamienia, regularnie ostrzegali mnie przed niewymownie prymitywnymi, dzikimi i ludożerczymi obyczajami ludzi z następnej doliny. Nawet gangsterzy Al Capone'a z dwudziestowiecznego Chicago mieli zasadę wynajmowania morderców spoza miasta, aby zabójca mógł czuć, że zabija jednego z "nich", a nie "naszego".

Pisarstwo klasycznej Grecji ukazuje poszerzenie się tego plemiennego terytorializmu. Znany świat był większy i bardziej zróżnicowany, ale "nas", Greków, nadal odróżniano od "nich", barbarzyńców. Nasze słowo "barbarzyńca" wywodzi się z greckiego barbaroi, co po prostu oznacza obcych, nie-Greków. Egipcjanie i Persowie, których poziom cywilizacji był podobny do greckiego, mimo wszystko byli barbaroi. Ideałem obyczajności było odwdzięczać się przyjaciołom i dawać się we znaki wrogom. Kiedy ateński pisarz Ksenofont chciał wyrazić najwyższą pochwałę dla podziwianego przez siebie przywódcy, Cyrusa, opowiadał, jak Cyrus zawsze z nawiązką odwdzięczał się przyjaciołom za dobre uczynki i jak srogą pomstę brał na swoich wrogach za ich występki (na przykład wyłupiając im oczy albo ucinając ręce).

Jak klany hien Mungi i Scratching Rock, tak i ludzie stosowali podwójne normy zachowania się: silne zahamowanie w stosunku do zabijania kogoś z "naszych" i zielone światło dla zabijania "ich", kiedy tylko można to było zrobić bezpiecznie. Ludobójstwo było dopuszczalne w ramach tej dychotomii jako odziedziczony instynkt zwierzęcy albo jako wyłącznie ludzki kodeks etyczny. Wszyscy nadal otrzymujemy w dzieciństwie nasze własne, arbitralne, dychotomiczne kryteria poważania jednych ludzi i pogardzania innymi. Przypominam sobie scenę na lotnisku Goroka na Wyżynie Nowogwinejskiej. Moi pomocnicy terenowi z plemienia Tudawhe stali zakłopotani w swoich podartych koszulach i boso, gdy zbliżył się pewien nie ogolony i nie domyty biały, mówiący zdecydowanie australijskim akcentem, w kapeluszu nasuniętym na oczy. Zanim jeszcze zaczął szydzić z Tudawhe jako "czarnych próżniaków, którzy jeszcze za sto lat nie dojdą do tego, aby się rządzić w swoim państwie", ja sam zacząłem myśleć w duchu: "Ty tępy Australu z czerwonym karkiem, wracaj lepiej do domu, paść te twoje cholerne barany." To właśnie to - plan ludobójstwa: ja gardzę Australijczykiem, a on gardzi ludźmi Tudawhe - na podstawie cech uchwyconych jednym spojrzeniem.

Z upływem czasu ów starożytny podział dychotomiczny stawał się w coraz większym stopniu nie do przyjęcia jako podstawa kodeksu etycznego. Pojawiła się zatem tendencja, aby przynajmniej w słowach wyznawać powszechny kodeks etyczny, to znaczy taki, który domaga się stosowania jednakowych reguł w odnoszeniu się do różnych ludzi. Ludobójstwo pozostaje w otwartym konflikcie z takim kodeksem powszechnym.

Mimo tego konfliktu etycznego liczni współcześni ludobójcy bez żenady pozwalali się nagradzać za swoje dokonania. Kiedy argentyński generał Julio Argentino Roca udostępnił pampę białym osadnikom, bezlitośnie tępiąc Indian Araukan, zachwycony i wdzięczny naród argentyński wybrał go na prezydenta w roku 1880. W jaki sposób dzisiaj ludobójcy radzą sobie z konfliktem między swoimi poczynaniami a powszechnym kodeksem etycznym? Uciekają się do jednego z trzech sposobów racjonalizacji, które wszystkie są wariacjami na prosty temat psychologiczny: "winna jest ofiara!"

Po pierwsze, większość tych, którzy wierzą w powszechny kodeks, uważa wciąż samoobronę za uprawnioną. Jest to wygodnie elastyczna racjonalizacja, ponieważ "ich" zawsze można sprowokować do takiego zachowania, które uzasadni samoobronę. Tasmańczycy na przykład dostarczyli usprawiedliwienia białym ludobójcom przez to, że zabili - jak się ocenia -183 kolonistów w ciągu 34 lat, do czego zostali sprowokowani znacznie większą liczbą okaleczeń, porwań, gwałtów i morderstw. Nawet Hitler twierdził, że występuje w samoobronie, kiedy rozpoczynał II wojnę światową: zadał sobie trud sfabrykowania rzekomej polskiej napaści na niemiecki posterunek graniczny.

Twierdzenie, że ma się "właściwą" religię, rasę lub polityczne przekonania, że się reprezentuje postęp albo wyższy poziom cywilizacji, to drugie tradycyjne usprawiedliwienie wyrządzania różnych rzeczy, z ludobójstwem włącznie, tym, którzy nie mają właściwych zasad. Kiedy studiowałem w Monachium w 1962 roku, zatwardziali naziści ciągle wyjaśniali mi rzeczowo, że Niemcy musieli zaatakować Rosję, ponieważ Rosjanie byli komunistami. Moich piętnastu terenowych pomocników w nowogwinejskich górach Fakfak wyglądało dość podobnie, kiedy zaczęli mi tłumaczyć, którzy z nich są muzułmanami, a którzy chrześcijanami, i dlaczego ci pierwsi (albo drudzy) są definitywnie gorszymi istotami ludzkimi. Istnieje prawie uniwersalna hierarchia pogardy: ludzie piśmienni i znający się na wytopie metali (na przykład biali kolonialiści w Afryce) patrzą z góry na pasterzy (na przykład Tutsi czy Hotentotów), ci zaś patrzą z góry na rolników (na przykład Hutu), a ci z kolei patrzą z góry na koczowników i łowców-zbieraczy (na przykład Pigmejów czy Buszmenów).

Wreszcie, nasz kodeks etyczny traktuje inaczej ludzi i zwierzęta. A zatem współcześni ludobójcy z zasady porównują swoje ofiary do zwierząt, aby usprawiedliwić zabijanie. Hitlerowcy uważali Żydów za podludzi, za wszy; francuscy osadnicy w Algierii o tamtejszych muzułmanach wyrażali się ratons (szczury); "cywilizowani" Paragwajczycy opisywali łowców-zbieraczy Ache jako wściekłe szczury; Burowie nazywali Afrykanów bobbejaan (pawianami); a wykształceni Północni Nigeryjczycy uważali ludzi z plemienia Ibo za robactwo niegodne miana człowieka. Język angielski obfituje w zwierzęce nazwy używane jako przezwiska: ty świnio (małpo, suko, kundlu, psie, krowo, szczurze, bydlaku).

Australijczycy, aby usprawiedliwić wytępienie Tasmańczyków, stosowali wszystkie trzy rodzaje etycznej racjonalizacji. Jednakże moi kompatrioci Amerykanie i ja sam możemy mieć lepszy wgląd w proces racjonalizacji, jeśli skupimy się na przypadku, w którego racjonalizację wdrażaliśmy się od dziecka: naszej niezupełnej eksterminacji Indian amerykańskich. Komplet postaw, które wchłaniamy, przedstawia się mniej więcej następująco:

Po pierwsze, nie rozmawiamy za dużo o tragedii Indian, nawet w przybliżeniu nie tyle, ile na przykład o ludobójstwach drugiej wojny światowej w Europie. Natomiast za naszą wielką tragedię narodową uważana jest wojna secesyjna. Skoro tylko przestaniemy myśleć o konflikcie między białymi i Indianami, zaczynamy uważać, że należy on do odległej przeszłości i opisujemy go w języku militarnym: wojna pequodzka, bitwa na Wielkich Bagnach, bitwa pod Wounded Knee, podbój Zachodu i tak dalej. Indianie, w naszych oczach, byli wojowniczy i gwałtowni nawet w stosunku do innych plemion indiańskich - mistrzowie zasadzek i perfidii. Sławni byli ze swojego barbarzyństwa, a zwłaszcza z charakterystycznych indiańskich praktyk torturowania jeńców i skalpowania wrogów. Było ich niewielu, a żyli jako koczowniczy myśliwi, zwłaszcza łowcy bizonów. Liczebność populacji Indian w roku 1492 tradycyjnie ocenia się na milion. Liczba ta wydaje się tak błaha w porównaniu z obecną populacją 250 milionów Amerykanów, że nieuchronność okupacji tego w zasadzie pustego kontynentu przez białych staje się natychmiast oczywista. Wielu Indian zmarło od ospy i innych chorób. Wspomniane wyżej postawy kierowały polityką w stosunku do Indian prowadzoną przez najbardziej podziwianych prezydentów i przywódców amerykańskich, od Waszyngtona począwszy.

Te racjonalizacje opierają się na przeinaczeniu faktów historycznych. Język militarny implikuje, że chodzi o wojnę wypowiedzianą i toczoną przez dorosłych mężczyzn. W rzeczywistości pospolitą taktyką białych (często cywilów) było napadanie z ukrycia na wioski i obozowiska, by zabijać Indian bez względu na wiek i płeć. W ciągu pierwszego stulecia białego osadnictwa rządy płaciły nagrody za skalpy półprofesjonalnym zabójcom Indian. Współczesne społeczeństwa europejskie były co najmniej tak samo wojownicze i gwałtowne jak Indianie, jeżeli wziąć pod uwagę europejską częstotliwość rebelii, wojen klasowych, pijacką brutalność, zalegalizowaną przemoc w stosunku do przestępców i wojny totalne, z niszczeniem żywności i własności włącznie. Tortury znakomicie udoskonalono w Europie, aż do wyrafinowania: przypomnijmy sobie rozciąganie, ćwiartowanie, palenie na stosie i łamanie kołem. Chociaż wielkość populacji Indian Ameryki Północnej sprzed spotkania z białymi jest przedmiotem bardzo zmiennych ocen, to wiarygodne, nowsze oceny mówią o około 18 milionach, czyli liczbie, którą biali osadnicy osiągnęli dopiero około roku 1840. Chociaż niektórzy Indianie w Stanach Zjednoczonych byli półkoczowniczymi łowcami, nie uprawiającymi roli, to większość Indian w Stanach Zjednoczonych była osiadłymi rolnikami, zamieszkującymi wsie. Możliwe, że choroby to największy zabójca Indian, a niektóre z tych chorób były celowo przenoszone przez białych - pozostało i tak mnóstwo Indian do zabicia bardziej bezpośrednimi środkami. Ostatni "dziki" Indianin w Stanach Zjednoczonych (Indianin z plemienia Yahi, znany jako Iszi) zmarł zaledwie w roku 1916, a szczere i pozbawione apologii wspomnienia białych zabójców tego plemienia publikowano jeszcze w roku 1923.

Mówiąc krótko, Amerykanie dodają romantyzmu konfliktowi białych i Indian jako bitwom dorosłych mężczyzn na koniach przeciwko kawalerii Stanów Zjednoczonych oraz kowbojów przeciwko dzikim, koczowniczym łowcom bizonów, potrafiącym stawiać zacięty opór. Znacznie precyzyjniej konflikt ten można opisać jako eksterminację jednej rasy cywilnych farmerów rolników przez inną. My, Amerykanie, wspominamy z oburzeniem własne straty pod Alamo (200 zabitych), na okręcie USS "Maine" (260 zabitych) i w Pearl Harbor (2 200 zabitych), w incydentach, które dały bodziec dla naszego przystąpienia do wojny meksykańskiej, wojny hiszpańsko-amerykańskiej i drugiej wojny światowej (odpowiednio). Ale te liczby zabitych są znikomo małe w porównaniu z zapomnianymi stratami, które zadaliśmy Indianom. Introspekcja pokazuje nam, jak - pisząc na nowo naszą wielką tragedię narodową - my również, podobnie jak tylu innych współczesnych ludzi, pogodziliśmy ludobójstwo z powszechnym kodeksem etycznym. Rozwiązaniem było usprawiedliwianie się samoobroną i zasadą wyższości oraz uważanie ofiar za dzikie zwierzęta.

 

Piszemy na nowo historię Ameryki z powodu tego aspektu ludobójstwa, który ma największe znaczenie praktyczne dla zapobiegania mu: jego wpływu psychologicznego na zabójców, ofiary i osoby postronne. Najbardziej zagadkowa kwestia dotyczy wpływu, czy raczej, jak się wydaje, braku wpływu na osoby postronne. W pierwszej chwili mogłoby się wydawać, że żadna inna potworność nie mogłaby w równym stopniu przykuć uwagi społeczeństwa jak celowe, zespołowe i zdziczałe mordowanie wielu ludzi. W rzeczywistości ludobójstwa rzadko przyciągają uwagę ludzi w innych krajach, a jeszcze rzadziej kładzie im kres zewnętrzna interwencja. Kto z nas zwrócił uwagę na rzeź Arabów na Zanzibarze w roku 1964 lub Indian Ache w Paragwaju w latach siedemdziesiątych?

W kontraście z brakiem odzewu na te i inne ludobójstwa w ostatnich dziesięcioleciach pozostaje silna reakcja na dwa tylko przypadki współczesnych ludobójstw, które pozostają nadal żywe w naszej wyobraźni: zbrodnię hitlerowców na Żydach i (znacznie mniej żywą w oczach większości ludzi) zbrodnię Turków na Ormianach. Przypadki te różnią się od tych ludobójstw, które ignorujemy, w trzech zasadniczych aspektach: ofiarami byli biali, z którymi inni biali się identyfikują; sprawcami byli nasi wrogowie wojenni, do których nienawidzenia byliśmy zachęcani (zwłaszcza jeżeli chodzi o hitlerowców); wreszcie są w Stanach Zjednoczonych wymowni świadkowie, którzy przeżyli i którzy wiele wysiłku poświęcają temu, abyśmy nie zapomnieli. A zatem potrzeba raczej szczególnego zbiegu okoliczności, aby osoby postronne zainteresowały się ludobójstwem.

Przykładem dziwnej bierności osób postronnych jest bierność rządów, których działanie odzwierciedla zbiorową psychologię ludzi. Chociaż ONZ przyjęła w roku 1948 Konwencję w Sprawie Zapobiegania i Karania Ludobójstwa, która uznała je za zbrodnię, ONZ nigdy nie poczyniła poważnych kroków, aby zapobiec, przerwać lub ukarać ludobójstwo, pomimo skarg składanych na forum ONZ w sprawie bieżących ludobójstw w Bangladeszu, Burundi, Kambodży, Paragwaju czy Ugandzie. Na skargę złożoną przeciw Ugandzie, w czasie najbardziej nasilonego terroru Idi Amina, Sekretarz Generalny ONZ zareagował prosząc samego Amina o zbadanie sprawy. Stany Zjednoczone nawet nie ratyfikowały konwencji o ludobójstwie.

Może ten zagadkowy brak reakcji wynika z tego, że nie wiedzieliśmy albo nie mogliśmy się dowiedzieć o dokonujących się gdzieś zbrodniach ludobójstwa? Z pewnością nie: wiele takich zbrodni z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych miało wielki rozgłos, łącznie z tymi w Bangladeszu, Brazylii, Burundi, Kambodży, na Wschodnim Timorze, w Gwinei Równikowej, Indonezji, Libanie, Paragwaju, Rwandzie, Sudanie, Ugandzie i na Zanzibarze. (Liczby ofiar w Bangladeszu i w Kambodży przekraczały milion.) W roku 1968, na przykład, rząd brazylijski oskarżył o zbrodnię 134 z 700 pracowników rządowej Służby Ochrony Indian za ich udział w eksterminacji plemion indiańskich. Pośród uczynków wyszczególnionych w liczącym 5 115 stron raporcie Figueiredo, brazylijskiego prokuratora generalnego, a ogłoszonym na konferencji prasowej przez brazylijskiego ministra spraw wewnętrznych, znalazły się następujące: zabijanie Indian za pomocą dynamitu, karabinów maszynowych, nasyconego arszenikiem cukru, celowego infekowania ospą, grypą, gruźlicą i odrą; porywanie dzieci indiańskich jako niewolników; wynajmowanie zawodowych zabójców Indian przez spółki eksploatacyjne. Wiadomości o raporcie Figueiredo pojawiły się w prasie amerykańskiej i brytyjskiej, ale nie spowodowały większej reakcji.

Można by więc wyciągnąć z tego wniosek, że większość ludzi po prostu nie dba o niesprawiedliwości wyrządzone innym ludziom albo uważa, że to nie ich sprawa. Jest to niewątpliwie część wyjaśnienia, ale nie całe. Wielu ludzi bardzo się przejmuje niektórymi niesprawiedliwościami, na przykład segregacją rasową w Afryce Południowej; dlaczego więc nie przejmują się tak samo ludobójstwem? Pytanie to zostało zadane sarkastycznie Organizacji Państw Afrykańskich przez Hutu, ofiary Tutsi z Burundi, gdzie 80 do 200 tysięcy Hutu zostało zabitych w roku 1972: "Segregacja rasowa ustanowiona przez Tutsi jest bardziej okrutna niż aparthaid Vorstera, bardziej nieludzka niż kolonializm portugalski. Oprócz nazizmu hitlerowskiego nic w historii ludzkości nie może się z tym równać. A ludy Afryki milczą. Głowy państw Afryki przyjmują kata Micombero [prezydent Burundi z plemienia Tutsi] i ściskają mu dłoń w braterskim pozdrowieniu. Panowie, głowy państw, jeżeli chcecie pomóc ludom Namibii, Zimbabwe, Angoli, Mozambiku i Gwinei Bissau, aby uwolniły się od przemocy białych, nie macie prawa pozwolić, aby Afrykanie mordowali się nawzajem.[...] Czy czekacie, aż cała grupa etniczna Hutu z Burundi zostanie zgładzona, zanim zabierzecie głos?" 

Aby zrozumieć ten brak reakcji osób postronnych, trzeba zapoznać się z reakcjami ofiar, które przeżyły. Psychiatrzy, którzy badali świadków ludobójstwa, takich jak ci, którzy przeżyli Oświęcim, opisują wpływ, jaki to na nich wywarło, jako "psychologiczny paraliż". Większość z nas doświadczyła przejmującego i długotrwałego uczucia bólu, kiedy ktoś z bliskich przyjaciół lub rodziny umiera śmiercią naturalną, nie w naszej obecności. W ogóle nie można sobie wyobrazić zwielokrotnionego w swym nasileniu bólu, gdyby ktoś został zmuszony do przyglądania się z bliska temu, jak jego przyjaciół i krewnych mordują ze skrajnym okrucieństwem. Ci, którzy przeżyli, doznają wstrząsu, zachwiania wpojonego systemu przekonań, w którym takie bestialstwo było zabronione; mają poczucie napiętnowania, bo trzeba naprawdę być kimś bez wartości, aby zostać wybranym jako przedmiot takiego okrucieństwa; oraz poczucie winy, że się przeżyło, kiedy wszyscy towarzysze zginęli. Podobnie jak paraliżuje nas intensywny ból fizyczny, tak samo działa intensywny ból psychiczny. Nie ma innego sposobu, aby przeżyć i nie zwariować. Dla mnie reakcje takie uosobione zostały w jednym z moich krewnych, który przeżył dwa lata w Oświęcimiu i nie potrafił zapłakać przez następne dziesiątki lat.

Jeżeli chodzi o reakcje zabójców, to ci z nich, których kodeks etyczny odróżnia "my" i "oni", mogą odczuwać dumę; ci jednak, których wychowano w poszanowaniu powszechnego kodeksu etycznego, mogą ulec paraliżowi psychologicznemu podobnie jak ich ofiary, wzmocnionemu poczuciem winy sprawcy. Setki tysięcy Amerykanów, którzy walczyli w Wietnamie, doświadczyło takiego paraliżu. Nawet potomkowie ludobójców - potomkowie, którzy nie ponoszą osobistej odpowiedzialności - mogą doznawać zbiorowego poczucia winy, będącego lustrzanym odbiciem zbiorowego poczucia naznaczenia jako ofiary, co definiuje ludobójstwo. Aby zmniejszyć bolesne poczucie winy, potomkowie często od nowa piszą historię: świadczą o tym reakcje współczesnych Amerykanów albo reakcja pani Cobern i wielu innych współczesnych Australijczyków.

Możemy teraz lepiej zrozumieć brak reakcji na ludobójstwo u osób postronnych. Ludobójstwo pozostawia długotrwałe psychologiczne kalectwo u ofiar i u sprawców, którzy osobiście doświadczyli ludobójstwa. Ale może także pozostawić głębokie blizny u tych, którzy słyszeli o tym tylko z drugiej ręki, jak na przykład dzieci osób, które przeżyły Oświęcim, albo psychoterapeuci, którzy opiekowali się weteranami z Wietnamu. Terapeuci, którzy są zawodowo wyszkoleni w wysłuchiwaniu ludzkich zwierzeń o nieszczęściach, często nie mogli znieść słuchania przyprawiających o wymioty wspomnień tych, którzy zamieszani byli w ludobójstwo. Jeżeli opłaceni zawodowcy nie mogą tego znieść, to czyż można obwiniać zwykłych ludzi, że nie chcą o tym słuchać?

Weźmy pod uwagę reakcje Roberta Jaya Liftona, amerykańskiego psychiatry, mającego już spore doświadczenie z ludźmi, którzy przeszli przez ekstremalne sytuacje. Otóż kiedy przystąpił do rozmów z osobami, które przeżyły wybuch bomby atomowej w Hiroszimie: "[...] wtem, zamiast mieć do czynienia z >>problemem bomby atomowej<<, stanąłem twarzą w twarz z brutalnymi szczegółami prawdziwych doświadczeń osób, które siedziały przede mną. Okazało się, że po zakończeniu każdego z tych wcześniejszych wywiadów pozostawałem wstrząśnięty do głębi i emocjonalnie wyczerpany. Ale bardzo szybko - w ciągu paru dni zaledwie - zauważyłem, że moje reakcje ulegają zmianie. Nadal wysłuchiwałem opisów o tych samych okropieństwach, ale ich wpływ na mnie zelżał. Doświadczenie to było niezapomnianą demonstracją >>psychicznego zamknięcia<<, które należy uważać za typowe dla wszystkich aspektów zetknięcia się z problemem bomby atomowej.[...]"

Jakich aktów ludobójstw możemy się spodziewać po Homo sapiens w przyszłości? Jest mnóstwo oczywistych powodów do pesymizmu. Świat obfituje w rejony zagrożeń, które wydają się dojrzewać do ludobójstwa: południowa Afryka, północna Irlandia, Jugosławia, Sri Lanka, Nowa Kaledonia i Środkowy Wschód - aby wymienić tylko parę. Skłonność reżymów totalitarnych do ludobójstwa wydaje się nie do powstrzymania. Nowoczesna broń pozwala zabijać coraz więcej ofiar, pozwala zostać zabójcą w garniturze i w krawacie, a nawet doprowadzić do powszechnej zagłady ludzkiego gatunku.

Jednocześnie widzę podstawy do ostrożnego optymizmu, przyszłość nie musi być równie mordercza jak przeszłość. W wielu krajach ludzie różnych ras i religii, z różnych grup etnicznych żyją razem, mimo rozmaitego stopnia sprawiedliwości społecznej przynajmniej bez otwartego, masowego mordowania się: na przykład w Szwajcarii, Belgii, Papui-Nowej Gwinei, Fidżi, a nawet w Stanach Zjednoczonych, odkąd nie ma już problemu indiańskiego. Niektórym ludobójstwem skutecznie położono kres, ograniczono je, albo im zapobieżono, na skutek wysiłku osób postronnych lub z obawy przed ich spodziewaną reakcją. Nawet hitlerowska zagłada Żydów, którą uważa się za jedno z najskuteczniejszych i niemożliwych do powstrzymania ludobójstw, natrafiła na przeszkody w Danii i w Bułgarii - dzięki solidarnemu oporowi nieżydowskiej populacji. Kolejną oznaką nadziei jest to, że współczesne podróże, telewizja i fotografia umożliwiają nam zobaczenie innych ludzi, żyjących w odległości dziesiątków tysięcy mil, ludzi takich jak my. Jakkolwiek byśmy przeklinali technikę dwudziestego wieku, to zaciera ona przecież różnicę między "nami" a "nimi", która umożliwia ludobójstwo. Chociaż ludobójstwo było uważane za możliwe do społecznego zaakceptowania, a nawet godne podziwu w świecie przed pierwszymi spotkaniami, współczesne rozpowszechnienie międzynarodowej kultury i wiedzy ludzi z dalekich stron czyni ludobójstwo coraz trudniejszym do usprawiedliwienia.

Jednakże ryzyko ludobójstwa będzie nam towarzyszyło tak długo, jak długo nie będziemy potrafili znieść jego prawdziwej wymowy, i tak długo, jak długo będziemy ulegali złudzeniu, że tylko rzadko spotykani zboczeńcy mogą je popełnić. Jasne, trudno nie ulec paraliżowi, kiedy się czyta o ludobójstwach. Trudno to sobie wyobrazić, jak my sami albo inni mili, zwykli, znajomi ludzie mogliby doprowadzić do sytuacji, w której zabijaliby bezbronnych, patrząc im w oczy. Najbliżej wyobrażenia sobie tego byłem wtedy, gdy jeden z przyjaciół, którego znałem od dawna, opowiedział mi o ludobójczej masakrze. Brał w niej udział jako zabójca: Kariniga, sympatyczny człowiek z plemienia Tudawhe, pracował dla mnie na Nowej Gwinei. Obaj stawialiśmy czoło śmiertelnym niebezpieczeństwom, dzieliliśmy obawy i sukcesy, a ja lubiłem go i podziwiałem. Pewnego wieczoru, a znałem już Karinigę od pięciu lat, opowiedział mi wydarzenie ze swojej młodości. Historia konfliktów między Tudawhe a sąsiadującą wsią, zamieszkaną przez członków plemienia Daribi, była długa. Dla mnie Tudawhe i Daribi wyglądają dość podobnie, ale Kariniga uważał Daribi za niewymownie odrażających. W kolejnych zasadzkach ludziom z plemienia Daribi w końcu udało się dopaść wielu Tudawhe, w tym ojca Karinigi, co pozostałych przy życiu doprowadziło do desperacji. Wszyscy pozostali mężczyźni Tudawhe otoczyli nocą wioskę Daribi i o świcie podpalili chaty. Kiedy zaspani Daribi potykając się wychodzili po stopniach ze swych płonących chat, nadziewali się na włócznie. Niektórym udało się uciec i ukryć w lesie, gdzie Tudawhe wytropili i pozabijali większość z nich w ciągu następnych tygodni. Jednakże interwencja rządu australijskiego zakończyła to polowanie, zanim Kariniga zdołał dopaść zabójcę swojego ojca.

Od tego wieczoru często przyłapuję się na tym, że się wzdragam na wspomnienie szczegółów - żaru w oczach Karinigi, kiedy mi opowiadał o masakrze o świcie; o tej dającej głęboką satysfakcję chwili, gdy wreszcie zatopił dzidę w jednym z morderców swoich współplemieńców; i jego łez wściekłości i rozpaczy z powodu ucieczki zabójcy ojca, którego ciągle jeszcze miał nadzieję zabić kiedyś za pomocą trucizny. Tego wieczoru, pomyślałem, zrozumiałem wreszcie, jak jakaś miła osoba może stać się zabójcą. Potencjał ludobójczy, narzucony Karinidze przez okoliczności, tkwi w nas wszystkich. W miarę jak wzrost liczebności światowej populacji będzie zaostrzał konflikty między społeczeństwami i wewnątrz nich, ludzie będą znajdowali coraz więcej motywów do wzajemnego zabijania się, a także skuteczniejszą broń, aby to robić. Słuchanie relacji z pierwszej ręki na temat ludobójstwa jest nie do zniesienia. Ale jeżeli nadal będziemy się od tego uchylać i nie będziemy chcieli tego zrozumieć, kiedyś i na nas przyjdzie czas, aby stać się ofiarą albo zabójcą.



Ludobójstwo, eksterminacja, rzeź