Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 12.07.2003

 

DZIECI WOŁYNIA

 

 

Maja Narbutt

Nie czekaj, nie wypatruj

 

 

Najwcześniejsze wspomnienie: strzały, mama zalana krwią pada na nią. Długo leży pod jej nieruchomym ciałem. Mijają godziny, zapada zmrok. Gdy zaczyna płonąć na niej ubranie, wyczołguje się i biegnie przed siebie. Wpada na znajome podwórko, gdzie zawsze przychodziła się bawić. Ukraińscy sąsiedzi zanurzają ją w korycie, gaszą ogień. I obmywają z krwi matki.

 

Janina Kalinowska nie wie, ile ma lat. Ale ludzie, którzy znali jej rodzinę, mówili, że wtedy miała osiem. I jeszcze, że miała młodsze rodzeństwo. Janina tego też nie pamięta. W jednej chwili w jej głowie zapadła ciemność i wymazała wszystko: - Mama chyba była piękna, a tata miał czarne wąsy. Bo tak mi się śnili dwa razy, wkrótce po śmierci.

- Nasze mamy na zawsze zostaną piękne, a ojcowie młodzi - mówi Zofia Szwal. Ona zapamiętała każdy szczegół. Nawet świąteczną marynarkę ojca, którą ją przykrył, wsadzając na furmankę. Pamięta, jak ściskała go mocno za szyję i płakała, że chce zostać z rodzicami. A oni wiedzieli już, że widzą ją po raz ostatni. I tylko mogli wierzyć, że furmanka wywiezie ją ku życiu.

Również Teresa Radziszewska pamięta wszystko tak, jakby było to wczoraj. - Ty może zostaniesz z babcią? - powiedział ojciec, a ona, wówczas dziewięcioletnia, kiwnęła głową. Pomyślała, że tak rodzicom będzie łatwiej. Patrzyła, jak odchodzą w deszczu, i z rozpaczy tłukła głową w drzwi stodoły. Tata niósł jej trzyletnią siostrę, mama półtorarocznego brata. Na końcu, ze spuszczoną głową, szedł starszy brat. Miał pięć lat. Niedługo potem usłyszała strzały. - To już nasze dzieci giną - powiedziała babcia i kazała jej zapamiętać ten dzień.

Na domostwach tych, którzy zdołali uciec z Wołynia, Podola, rośnie trawa. Tam, gdzie spoczywają ich bliscy, rozciągają się pokołchozowe pola i ugory. Coraz mniej osób pamięta, gdzie były wsie, których nazwy zapisane są na przedwojennych mapach. Czasem wiosenne deszcze wypłukują płytko zakopane kości.

- Nie ma tematu. O czym w ogóle pani mówi? To nie było w Polsce - usłyszała Zofia w czasach PRL. W szkole, w której była nauczycielką, prelegent mówił o tragedii dzieci Zamojszczyzny. Na przerwie podeszła do niego, by porozmawiać o dzieciach z Kresów.

Przez wiele lat nikt nie chciał nic słyszeć, więc nie mówiły. Rozmawiały wtedy ze sobą. Bo one rozumiały wszystko, nawet miały takie same sny, po których budziły się z krzykiem. Ale dziś chcą mówić. Może dlatego niektórzy musieli przeżyć, by każda zbrodnia miała swego świadka.

Takie czasy były - mówią Zofii Szwal w jej rodzinnych stronach, gdy pyta, dlaczego zginęli jej bliscy. Wróciła tam po raz pierwszy jeszcze w latach sześćdziesiątych. Odłączyła się od wycieczki. Szła drogą z Sokala w kierunku swojego Orzeszyna. Na polu zobaczyła pracujących Ukraińców. Mieli kosy i widły. Przestraszyła się, że i jej dzieci zostaną bez matki. Zawróciła.

Drugi raz pojechała taksówką. Weszła za żywopłot, który kiedyś okalał jej dom, zobaczyła stary wiąz. Uklękła, wzięła grudkę ziemi. Kiedy przybiegli dawni sąsiedzi, ciekawi, jaki to obcy przyjechał, zaczęła mówić po ukraińsku. Nie poznali jej. Dopiero gdy ona zaczęła im mówić po imieniu, zawołali: - Zosia Antków do nas z drugiego świata przyszła.

Obejmowali ją, cieszyli się i zapraszali, by została na noc, bo przecież mają tyle do opowiadania. Ale powiedziała:

- Nie, bo mnie zabijecie.

- Co ty mówisz Zosiu, nikt cię nie zabije!

W końcu zgodziła się przyjechać w następnym roku, jeśli przyślą jej zaproszenia. Pomyślała, że gdy władze będą wiedziały, gdzie jest, to może nic się jej nie stanie.

Od tej pory wraca stale. Tak bardzo chciałaby wiedzieć, gdzie leżą rodzice. Czasem ktoś obieca, że ją zaprowadzi, ale żeby nikomu nie mówiła. Powie, żeby czekała koło lasu, to weźmie konie i pojadą. Ale potem nie przyjdzie i jakoś się wymówi. Na początku chciała też wiedzieć, co by się stało, gdyby wtedy, gdy rozpoczęła się rzeź, pobiegła do ukraińskich sąsiadów.

- My byśmy cię nie zabili, tylko kazali iść precz.

- A to przecież byłoby to samo - powiedziała. Gdzie by się ukryła? Zginęłaby, jak nie tego dnia, to następnego. Sami opowiadali jej, że te dzieci, które ocalały z rzezi, zostały potem zabite. Błąkały się koło domostw, na polach, żywiąc kłosami zboża. Kiedy nad ranem zmęczone płaczem zasypiały, niektórzy szli ich szukać. Nie wszyscy. Byli tacy, co pytali: A gdzie się wybieracie? Przecież one i tak pomrą.

- Jak wy możecie jeść chleb z tych pól? Czy nie czujecie w nim krwi? Dlaczego zabijaliście swych sąsiadów, przecież zgodnie żyliśmy! - wykrzyczała im pewnego razu.

A oni tylko, że takie czasy były.

Gdy Teresa Radziszewska po latach przyjechała w rodzinne strony, też przyjęto ją serdecznie.

- A czemuś ty wcześniej do nas nie przyjechała? - spytała Prokopicha z sąsiedniej ukraińskiej wioski Ośmigowicz, w której stodole Teresa ukrywała się po rzezi.

- Bałam się - odpowiedziała. Bała się tego, co będzie czuła, gdy zobaczy te miejsca; jak ten powrót w ogóle zdoła przeżyć. Po czterdziestu siedmiu latach dowiedziała się, jak zginęli rodzice i rodzeństwo. W drodze za Bug zatrzymali się u ukraińskich znajomych, by się ogrzać i wysuszyć, bo dzieci były małe, a mama brzemienna. Przyszedł tam także znany im Ukrainiec. Kazał zaprzęgać konie, wywiózł ich na bagna. Rodzice uklękli i modlili się. Prosili, by zabić najpierw ich. Nie chcieli patrzeć na śmierć swych dzieci.

Tak jakoś dziwnie się złożyło, że na miejscu, gdzie ich wszystkich zakopano, wyrosła dzika róża. Pod różą Teresa znalazła kości, zabrała je za Bug, do rodzinnego grobu. Nie chciała, by pozostały na tej ziemi. Chociaż kiedyś tak kochała te olchowe lasy, zielone łąki nad rzeką Stochód. Ale nie ma już kolonii Aleksandrówka, w której mieszkały dwadzieścia cztery polskie rodziny. Jednego dnia, 16 lipca 1943 roku, upowcy zamordowali tu siedemdziesiąt cztery osoby. Tego dnia, kilka godzin wcześniej, do rodziny Teresy przyszedł Paweł Kyc, Ukrainiec. - Lepiej nie śpijcie w swym domu, uzbrojeni ludzie są w lesie. Przyjdźcie do mnie.

Ukryci w jego komorze, starając się głośniej nie oddychać, słyszeli krzyki i strzały. Niedaleko figury Matki Boskiej, którą zawsze razem z innymi dziewczynkami ozdabiała kwiatkami, upowcy spędzili wszystkich, kto się nie ukrył. Po paru dniach, gdy niektórzy cudem ocaleni wrócili z kryjówek do domów, mordercy zjawili się znowu. Od tej pory Teresa i jej rodzina spały w kopach zboża. Aż do czasu, gdy rodzice postanowili iść za Bug, a ona została u Prokopichy z babcią.

Pamięta, jak potem razem z babcią wędrowała. - Masz nie pokazywać, że się boisz - powtarzała ciągle babcia. Nie bała się, bo niczego nie czuła, była odrętwiała. Po co ma żyć - myślała - jak wszyscy nie żyją. Najpierw szły przez znajome wsie. Babcię znali tu wszyscy, bo odbierała porody. Napotkane Ukrainki tylko smutno kiwały głowami. Potem zaczęły spotykać ludzi uzbrojonych w widły, siekiery i kosy. Jechali na furach, byli weseli, śpiewali, zawinięte rękawy ubrań zachlapane były krwią. Kilka razy je zatrzymano. Babcia ubrana w ukraiński fartuch pożyczony przez Prokopichę mówiła, że idą do Kupiczyna do Hawryły - wiedziała, że mieszka tam taki Ukrainiec.

Doszły do polskiej wsi. - Nie patrz, nie rozglądaj się - mówiła babcia. Teresa jednak widziała. Porąbane ciała przy drodze, dzieci powbijane na sztachety, przybite do drzwi na krzyż. Nigdzie żywego człowieka, tylko wyjące psy, wałęsające się koty, ryczące krowy. I tak dotarły do miasteczka, a potem po wielu przejściach polscy kolejarze załadowali je do lokomotywy pociągu towarowego, który jechał do centralnej Polski.

Bardzo długo nie chciałam żyć. Co wieczór modliłam się, by już się nie obudzić. I co rano czułam żal: Panie Boże, tak Cię prosiłam. Teraz znowu muszę szukać mamy i taty, i znów ich nie znajdę - opowiada Zofia Szwal.

Jej życie zmieniło się 11 lipca 1943 roku. W Orzeszynie w powiecie poryckim rozległy się strzały. Na podwórku jej rodzinnego domu pojawili się mężczyźni w mundurach ukraińskiej policji. Powiedzieli, że trzeba wychodzić, nie można zostać, bo zaraz zacznie się walka z Niemcami. - Co was obchodzimy? Będziemy troszczyć się o siebie - powiedział ojciec. Dziesięcioletnia Zosia nie rozumiała, co się dzieje. Czuła narastającą atmosferę zagrożenia. Myślała jednak, że chyba nie może się stać nic złego. Przecież wśród mężczyzn, którzy przyszli, są ojcowie jej szkolnych koleżanek. Zdziwiła się, dlaczego kuzyn, który wraz z żoną przyjechał ich odwiedzić, nagle mówi, że jest Ukraińcem. I czemu każą mu zaprzęgać konie i wyjeżdżać. Patrzyła zdumiona, jak ojciec podchodzi do znajomego Ukraińca i o coś bardzo go prosi. Nie ustępuje, chwyta za ubranie, i ten w końcu macha ręką. A ojciec wsadza ją i trzyletniego braciszka na furmankę kuzyna, bo Ukrainiec powiedział, że można dzieci zostawić przy krzyżu stojącym pośrodku wsi.

Dlaczego kuzyn się nie zatrzymuje przy krzyżu? Zosia krzyczy, że musi czekać na rodziców, ale on tylko mocniej zacina konie. A one pędzą tak, jakby coś czuły. I nagle zatrzymują ich uzbrojeni Ukraińcy. Każą wyprzęgać. Na podwórku jednego z gospodarstw jest pełno ludzi. Kuzyn znowu mówi, że jest Ukraińcem, że jedzie do sąsiedniej wsi. - A czemu ta dziewczyna tak płacze? - pyta upowiec, wskazując na Zosię. - A zmęczona, głodna, to i płacze - odpowiada kuzyn. Częstuje upowców papierosami, podaje ogień. - Coś ci się bardzo ręce trzęsą - mówi Ukrainiec i zaczyna go rewidować. Zosia widzi, jak kuzyn niepostrzeżenie wyjmuje swoje dokumenty i przydeptuje butem. I w końcu mogą jechać. Ze środka wsi, tam gdzie stoi krzyż, bucha nagle niesamowity krzyk kilkudziesięciu ludzi, słychać strzały. Żona kuzyna zatyka jej uszy i jadą coraz szybciej. Udaje im się minąć kolejny posterunek. Dojeżdżają do miasteczka, do Sokala.

Potem codziennie Zosia wychodzi na drogę. Czeka na rodziców. Każdego dnia kilka razy idzie do budynku, gdzie zakwaterowano Polaków, którym udało się uciec z rzezi. Przemierza wszystkie piętra. Ale ich nie ma i nie ma. Któregoś dnia chwyta ją w objęcia kobieta: - Zosiu, ty żyjesz! A moich sześcioro dzieci zamordowano! To bratowa pani Muniakowej, z Chorokowa. Podchodzi do niej też pani Muniakowa, sąsiadka: - Twój tata zabity, ale nie płacz tak strasznie, bo może twoja mama żyje.

I tej nadziei się uczepiła. Namówiła inną dziewczynkę, w tym samym wieku, i polami powędrowały do Orzeszyna. Nie doszła. Wyczerpana, zatrzymała się w sąsiedniej wsi u swojej nauczycielki. W malignie przeleżała kilka dni. Tam znalazła ją ciocia. Razem ruszyły w drogę. Z daleka zobaczyła dym unoszący się z komina rodzinnego domu. - Twojej mamy tam nie ma - powiedziała ciotka - nie wiadomo, kto tam mieszka, ale na pewno nie ona. Więc do domu już nie pójdziemy. A ty nie czekaj na nią, nie wypatruj. Bo jej już nie zobaczysz. Nigdy do ciebie nie przyjdzie.

Kiedy Janina Kalinowska przyjeżdża na Wołyń, nie oddala się od samochodu dalej niż na pięć kroków. Zapewnia sobie drogę ucieczki.

- Mam tylko jedno marzenie - wykopać kości rodziców. Zabrać. Wtedy nawet nie spojrzałabym już na wschód.

Teresa Radziszewska będzie nadal przyjeżdżać, choć przecież już kilka lat temu schyliła się i podniosła czaszkę mamy, na której były jeszcze włosy. Obok leżały kości taty, a w ich nogach ciśniętych troje rodzeństwa. Ale Teresa przyjeżdża, bo myśli, że to obowiązek - znajdować miejsca, gdzie leżą Polacy i stawiać krzyże.

Zofia Szwal chce jak najwięcej rozmawiać z Ukraińcami na Wołyniu, bo może się czegoś dowie. Chociaż już wie, jak zginęła mama. Ranna, stojąc nad jamą, do której rzucano ciała, przekonała upowców, że jest tylko ukraińską służącą u Polaków. Już odchodziła, wspierając się na kiju, gdy jeden z upowców powiedział do drugiego: - A coś ty, żony Antka nie poznał?

Niektórzy w wołyńskich wsiach patrzą na nich wilkiem, że tak przyjeżdżają. Bo później czasem ich dzieci cisną im w twarz: Byliście mordercami. Zdarza się, że ktoś powie, że ci, co zabijali kobiety i dzieci, nie byli ludźmi. Nie byli nawet zwierzętami, bo one zabijają z głodu. Miejsca, w których zakopano pomordowanych Polaków, w nocy się omija. Jak mówią starsi, tam włosy dęba stają i czapka się podnosi. Młodsi też w nocy czuliby się tam nieswojo - nawet jak idą do panien w sąsiedniej wsi, wolą tamtędy nie przechodzić.

I może nawet niektórzy z tych, co zabijali, po latach czują wyrzuty sumienia. Tak chce wierzyć Zofia, z której koleżanki się śmieją, że naiwna. Ale ona wie, że tak może się zdarzyć.

- Pewna stara Ukrainka powiedziała mi, że kiedyś rozmawiała z banderowcem. Opowiadał, że nie chciał iść do oddziału, ale go przekonano. I kiedy stał na czatach przed polskim gospodarstwem, czekając tylko na sygnał, wyszła kobieta z dziećmi. Dała mu chleb. I coś się w nim przełamało. Pomyślał: "Co oni mi zawinili?". A potem pomyślał też: "Jak ich nie zabiję, to moi koledzy zabiją mnie". Więc zabił. Najtrudniej zabić pierwszego człowieka, potem to łatwiej przychodzi. Ale teraz w swoich wnukach widzi tamte dzieci, a w każdej kromce chleba tamten chleb.

Teresa Radziszewska długo nie chciała mieć dzieci. Bo jak umrze - a myślała, że umrze młodo - to będą cierpiały. Kiedy już urodziła córkę, z początku była dla niej oschła. Nie chciała, by się dziecko przywiązało. - Idź do taty - mówiła do niej.

Janina Kalinowska zawsze myślała, że jak będzie wojna, to nie trzeba dzieci zasłaniać przed kulami. Niech pierwsze zginą. Bo ona chyba by z grobu wstała, gdyby jej dzieci bez matki poniewierały się po świecie.

Zofia Szwal bez przerwy bała się o dzieci. Nie chciała ich spuścić z oka. Kiedy wyjeżdżała na parę dni z domu, myślała o niebezpieczeństwach, które mogą im grozić. Nawet w najradośniejszych momentach życia gdzieś w głębi czaił się ból.

Janinę dopiero niedawno przestał prześladować zapach krwi. Nawet, gdy spociły jej się ręce, czuła krew: - Ale i teraz nie pogardziłabym pomocą psychologa.

Nie czują już nienawiści. - Kiedy byłam w gimnazjum, marzyłam, by mieć karabin. I wrócić - mówi Janina. - Takie myśli bezsilnego dziecka. A teraz nie potrafiłabym strzelić nawet do mordercy rodziców.

Ale to nie znaczy, że mogą mówić o przebaczeniu: - Przebaczyć? A kto w ogóle nas prosił o przebaczenie?

Oglądały kiedyś reportaż w telewizji. O podróży sentymentalnej pewnego Ukraińca w Bieszczady. Z nostalgią wspominał rodzinną wieś, z której go wysiedlono w ramach akcji "Wisła". Tu stała chata, tu cerkiew. Ale one nie potrafiły mu współczuć. Nie tylko dlatego, że ich znajomi rozpoznali, że był w UPA.

- Czemu nas nie wypędzono z Wołynia? Dlaczego nie pognano nas, nawet w jednej koszuli, za Bug? Czemu zabijano Polaków, gdy uciekali? Od wspomnień i takich myśli nie uwolnią się już nigdy. - Ból umrze razem z nami.



Ludobójstwo, eksterminacja, rzeź