Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 2000.09.23

 

LITERATURA I LEGENDA




BARTOSZ MARZEC

Pająk Figielman

 

 


- Nie trzeba już o nim mówić. Bo co zostało prócz fikcji i legendy, które współtworzył sam? Dziś za prawdziwe i urojone grzechy Marek pokutuje bardziej niż kiedykolwiek. A my w ciemno kupujemy jego komedię - moja rozmówczyni, jedna z redaktorek "Czytelnika", z wyszukaną elegancją zapala cienkiego, mentolowego papierosa.

Siedzimy w kawiarni wydawnictwa na Wiejskiej. "Tu rozleniwiłem się" - wspominał w listach Hłasko.

- Zgoda, porozmawiamy - kobieta uśmiecha się. - Marek lubił nadawać przezwiska. W listach nazywał mnie, nie wiedzieć czemu, "Japoneczką". Niech to wystarczy.

- Mieszkał u mnie od lata 1957 roku z krótkimi przerwami aż do samego wyjazdu. 21 lutego 1958 prosto z Frascati pojechaliśmy na Okęcie. Towarzyszył nam Henryk Bereza. Pamiętam jeszcze jakiegoś filmowca. To nieprawda, że była z nami Agnieszka Osiecka. Panna Czaczkes, jak nazywał ją Marek, nie pojawiła się na lotnisku.

Cynizm mnie śmieszy

5 kwietnia 1958 r. "Trybuna Ludu" drukuje tekst Skiza, czyli Zbigniewa Wasilewskiego, pt. "Primadonna jednego tygodnia". Jest to bezpardonowy atak na pisarza, "pupila znacznej części naszej zdezorientowanej krytyki", któremu "zabrakło rozumu i charakteru". Na człowieka, który "wyciągnął "wielki los" : ma szansę stać się na Zachodzie primadonną jednego politycznego tygodnia". Tekstem tym wydano wyrok cywilnej śmierci na Hłaskę.

"Szli krzycząc: talent! talent! Olśnieni talentem zaciskali mocno powieki, nie chcieli dostrzegać postępującej degrengolady ideowej pisarza. (...) Hurrapesymizm znany już z "Ósmego dnia tygodnia", łamiący wszelkie prawdopodobieństwa akcji, naginający ją do powziętych z góry, modnie "czarnych" założeń, osiąga tutaj (w "Następnym do raju" - BM) już wyraźnie ostrze i sens polityczny, który w pełni ujawni się i rozwinie w "Cmentarzach". Najkrócej mówiąc, polega on tu na zaprzeczeniu humanistycznego sensu socjalizmu i możliwości jego realizacji; na propagowaniu niewiary w samego człowieka, w jego zdolności, siłę i wartości moralne. Lecz dopiero "Cmentarze", opowieść z gruntu polityczna, ukazuje aktualny punkt dojścia Hłaski. Dopiero w "Cmentarzach" czyta się wpływ nie Hemingwaya, patrona wielu opowiadań z "Pierwszego kroku w chmurach", nie Dostojewskiego, ojca "Pętli", nawet nie Arnauda - jawnym naśladownictwem jego "Ceny strachu" jest "Następny do raju" - ale wprost i bezpośrednio samego Orwella, klasyka i mistrza współczesnego paszkwilu antykomunistycznego."

Hłasko odpisał "Trybunie Ludu", słusznie nie żywiąc jakiejkolwiek nadziei na publikację. Kopie listu rozesłał również swoim przyjaciołom. Pierwodruk "Chwileczkę, grabarze..." zamieściła paryska "Kultura" (nr 6/58).

"Nazwano mnie reprezentantem młodego pokolenia; nazwano mnie cynikiem i deprawatorem; nazwano mnie moralistą i "rozczarowanym zetempowcem" - w końcu doczekałem się tego, że przebywając w Paryżu przeczytałem, że w wojewódzkim mieście, w drugiej połowie wieku XX, w piętnastym roku Polski Ludowej, ułożono na rynku stos z książek, które niektórym ludziom, ludziom mającym wpływ na życie innych obywateli, wydały się - jakiegoż tu użyć określenia? - i podpalono ten stos. Nie będę pisał o tym, jaka złowroga analogia nasuwa się w tym miejscu; ale każdy i tak wie, co w tym wypadku można pomyśleć i jaki przykład wywołuje ludzka pamięć i wyobraźnia."

I dalej: "nie wierzę w cynizm. Cynizm jest niemożliwą do przyjęcia i stosowania postawą i nigdy nie byłem cynikiem, mało - gardzę cynizmem tak, jak niczym może; mało, cynizm mnie śmieszy, a to jest najgorsze. Ale wierzę w bunt, wierzę w bunt jako punkt wyjścia do znalezienia sobie miejsca w życiu i społeczeństwie. Wierzę w bunt jako najwyższą formę miłości do życia młodych. Wierzę w bunt jako najwyższą formę nienawiści do terroru, ucisku i niesprawiedliwości i wierzę również w to, że nie ma buntu bez celu, chociaż w interesie świata, który kocha swoich buntowników, leży to, aby ich zabić".

Po schodach w skarpetkach

- Poznałam go w Oborach, w Domu Literatów - moja rozmówczyni zastanawia się. - Był tam, chyba, z Jerzym Andrzejewskim. Później spotykaliśmy się przy różnych okazjach. Przynosił do recenzowania opowiadania. Pytał o radę.

Wiedziałam, że na Mickiewicza, u swojej matki, mieszkać nie chce, a na Częstochowskiej urządza jedynie bibki. Z Częstochowską wiązała się jeszcze nieszczęśliwa miłość do Hanny, o której pisał w "Pięknych dwudziestoletnich": "dostałem wtedy przydział na mieszkanie i mając wybór między Starym Miastem a Ochotą, wybrałem Ochotę, ponieważ w domu, w którym mieściło się gniazdo mojego przyszłego szczęścia rodzinnego, mieścił się również żłobek dla dzieci; a Hania miała dzieci. Tak więc Hania odeszła, a ja zostałem z dziećmi".

- Gdy Marek poprosił mnie o nocleg, nie odmówiłam. Nosił w sobie młodzieńczy romantyzm i dziecięcą naiwność - mówi J., także redaktorka "Czytelnika", częsty gość w kawiarni na Wiejskiej. Rodzinę Hłaski poznała na początku lat pięćdziesiątych we Wrocławiu. Samego Hłaskę, małego Mareczka - zaraz po wojnie, w Międzyzdrojach - Pięćdziesiąty siódmy. Pamiętam, siedział na parapecie otwartego okna i palił papierosa. Mówił: "Wiem dobrze, co w Warszawie mówi się o Hance. Ale ja wam pokażę, że jest inna". "Wam", czyli wszystkim przyjaciołom i znajomym, którzy szczerze odradzali mu ten związek.

"Japoneczka" otwiera nagrodzony przez wydawców "Pierwszy krok w chmurach". Czytelnik 1958. Na pierwszej stronie charakterystyczne bazgroły. Zielony atrament. "Ostatnie dobre dni w Warszawie i jedne z bardzo niewielu dobrych dni w ogóle, spędziłem w Twoim domu. Jeśli zajrzysz kiedyś do tej książeczki, pamiętaj o tym". Obok dopisek: "A teraz zgodnie z sennikiem wyjeżdżam do ciepłych krajów. Figielman".

- Nie, w moim domu nie pisał nigdy. Dużo mówił natomiast o tym, co przeczytał. Były to interesujące rozmowy, bo Marek miał umysł chłonny.

Czarujący, zgodny i niekapryśny lokator. Gdy w środku nocy wracał urżnięty, ściągał buty już na dole i bez nich skradał się po schodach, żeby przypadkiem mnie nie obudzić. Gdy mąż, pracujący wówczas na Pomorzu, wracał na kilka dni, Marek, zanim opuścił mieszkanie, pytał z rozbrajającym i niewinnym uśmiechem: "Panie K., kiedy pan wyjedzie?". Gdy wychodził w sobie tylko wiadomym kierunku, a mnie akurat nie było w domu, zostawiał na stole liściki jak ten, który cudem nie zagubił się przez czterdzieści lat: "Idę do Jerzego P. (Putramenta - przyp. BM). Potem do krawca i wracam wcześnie. Jeżeli będą telefony, jestem na polowaniu z sokołami".

I o takim Marku mogę mówić.

Sam wyznaczył sobie rolę mojego "rycerza". W miejscach publicznych, tam gdzie dla innych bywał opryskliwy, wręcz chamski, demonstrował wobec mnie opiekuńczość. Uprawiał aktorstwo wszędzie i zawsze. Grał przed samym sobą.

17 kwietnia 1958 r. francuski "L'Express" zamieścił wywiad z młodym pisarzem zza żelaznej kurtyny. Tytuł wywiadu - "Krzyk młodego pokolenia". Hłasko deklaruje w nim chęć powrotu do kraju, w którym "totalitaryzm bez wątpienia zliberalizował się po 1956 roku". Na pytanie: czy był pan komunistą, odpowiada z prostotą: komunizmu nie ma. Padają też znamienne słowa: "pisarz jest niczym bez swojej ojczyzny. Polska jest dla pisarza krajem nadzwyczajnym i warto jest ponieść wszelkie konsekwencje, by żyć w tym kraju i obserwować go". Hłasko wyznaje, że pisze "protokół z procesu przeciwko człowiekowi, przeciwko formom życia, które poniżają człowieka", że mówi w swoim własnym imieniu, "absolutnie nie w imieniu polskiej młodzieży czy w ogóle Polski".

Pytanie: "Czy kiedykolwiek zajmował się pan działalnością polityczną?"

Odpowiedź: "Pożyczyłem kiedyś tysiąc złotych od członka partii i nigdy mu ich nie oddałem..."

Waniliowy budyń

- Zabawne - wspomina J. - Ten chłopiec, mimo upływu lat Marek mentalnie pozostawał chłopcem, zupełnie nie miał stosunku do własnych pomysłów, własnych opowiadań. Nie potrafił ich ocenić. Zdarzało się, że jednego dnia przynosił na Wiejską brudnopis rzeczy świetnej, a wkrótce potem coś, co do druku nie nadawało się wcale.

Ale jego zagubienie to tylko jedna strona medalu. Przecież Marek doskonale wiedział, jak sobie pomóc, do kogo się zwrócić. Wiedział, gdzie są konfitury.

- Tęsknił za ciepłem. Potrzebował ciepła - przekonuje "Japoneczka". - W ostatnich miesiącach pobytu w Polsce jego stosunki z matką układały się fatalnie. A znany z listów słanych z różnych zakątków świata kochający syn to po prostu kolejne wcielenie Marka.

Prosił, żeby gotować mu waniliowy budyń. Był jego ulubionym deserem.

Miał wiele cech zepsutego jedynaka. Tak, wiem, że w Marku było okrucieństwo. Wiem o tym, choć nigdy nie okazał mi choćby jego cienia.

- Foksal. Późne popołudnie. O kilka metrów od siebie stoją, raczej chwieją się Hłasko i Witold Wirpsza. Obaj pod dobrą datą, wrzeszczą coś, śmieją się. Między nimi bezradny, zapłakany chłopiec, może czteroletni. Malec chce odzyskać swoją drewnianą zabawkę, którą ci dwaj grają niczym futbolówką. Marek kopie drewnianego motyla - opowiada po latach dziennikarz z "Nowej Kultury".

- Ta anegdota była w obiegu od czasu pierwszych ataków na Marka - twierdzi Henryk Bereza. - Nic takiego nie mogło się wydarzyć. Do Hłaski niepodobne były żadne akty fizycznego okrucieństwa.

W listopadzie 1958 r. w dwutygodniku literackim "Współczesność" ukazał się stenogram z dyskusji przeprowadzonej w redakcji już po przyznaniu pisarzowi Nagrody Literackiej "Kultury" za "Cmentarze". Głosy pełne histerii mieszały się z powściągliwymi opiniami.

Fragmenty stenogramu:

Leszek Szymański: Hłasko popełnił jednoznaczny akt polityczny, nasze ustosunkowanie się do tego rodzaju aktu politycznego powinno być też jednoznaczne.

Kwiryn Siewierski: Hłasko przez swoją decyzję przekreślił swoje pisarstwo. Nie wierzę, żeby w oderwaniu od realiów, którymi żył, mógł teraz tworzyć.

Leszek Szymański: On jako pisarz może egzystować, może być nawet lepszym pisarzem, może znaleźć lepszą otoczkę. Wielu pisarzy znajdowało swoją tematykę za granicą.

Andrzej Chąciński: Nie uważam Hłaski za jednego z naszego pokolenia. Dlaczego? Hłasko dla mnie jest wydarzeniem raczej politycznym niż literackim.

Stanisław Grochowiak: Czy istnieje teoretyczna zasada, że kiedy pisarz z jakichś względów wybiera sobie inne miejsce zamieszkania (trudno, aby pisarz wybrał sobie inną ojczyznę, bo jego ojczyzną zawsze będzie język) - czy wówczas popełnia jakiś błąd moralny? Dzisiaj pisarz, który wyobcowuje się sam z jakiegoś kręgu politycznego, nie zyskuje wolności chociażby dlatego, że sam fakt wyobcowania zostaje przechwycony przez drugą stronę, zostaje wykorzystany przez różnych hochsztaplerów politycznych, i pisarz staje się narzędziem spekulacji politycznej, czyli staje się nie podmiotem, lecz przedmiotem określonego działania. Ja mam pretensje głównie do Hłaski takie, że on sobie z tego albo nie zdawał sprawy, albo to lekceważył.

Kwiryn Siewierski: W "Saturday Review" była recenzja o "Ósmym dniu tygodnia". Recenzję tę napisał przedwojenny polityk sanacyjny, były minister oświaty, Jędrzejewicz, i tam była polityczna kwalifikacja postawy Hłaski.

Stanisław Grochowiak: To jest nieuczciwy chwyt - wobec kogokolwiek - jeżeli się utożsamia z nim to, co ktoś o nim pisał.

Leszek Szymański: Ale swoją postawą on to akceptuje. Gdyby nie akceptował, to by zareagował na to.

Józef Lenart: Dlaczego pasowano go na jedynego przywódcę ideowego i artystycznego naszego pokolenia pisarskiego? Dlaczego? Wydaje mi się, że nie miał Hłasko żadnych politycznych ani ekonomicznych podstaw do tego, żeby czuć się zmuszonym prosić o azyl w obcym kraju. Na koniec chciałbym nie zgodzić się z tezą Grochowiaka. Ostatecznie ojczyzną pisarza nie jest jego język, a w każdym razie nie tylko jego język.

Andrzej Chąciński: Mnie się zdaje, że politycy nie powinni się tak liczyć z literaturą.

Stanisław Grochowiak: Interesował mnie fenomen historii wokół Hłaski i rozmawiałem z "wyznawcami" Hłaski z gimnazjum, którzy mnóstwo mówili o książkach Hłaski, w ogóle ich nie czytając. To znaczy Hłasko nie tylko oddziaływał w piśmie, ale nawet legendą, w tradycji przekazywanej. A więc rzeczywiście zjawisko oddziaływania Hłaski stało się jakimś zjawiskiem społecznym i politycznym. I tutaj trudno zarzucać politykom, że się tym zjawiskiem zainteresowali.

Józef Lenart: Człowiek, który ma ambicje wymierzania sprawiedliwości światu, a takim człowiekiem jest pisarz - bez względu na wszystko - ma obowiązek ponosić obiektywną, moralną, polityczną odpowiedzialność za swoje postępki i słowa.

Hymn TPPR na szczeblu lirycznym

- Potrafił być paskudnie nielojalny wobec ludzi - przyznaje "Japoneczka". - Gdy odwiedzała go Agnieszka, to szczebiotała cały czas. Marek udawał rezygnację, niechęć i rzucał: "Przestań gadać, bo cię rozbiorę". Agnieszka, zawstydzona, milkła. Marek triumfująco zwracał się do mnie: "A nie mówiłem, że ona tego nie lubi".

- Nie znał jeszcze niemieckiego - wspomina J. - Ja tłumaczyłam pierwsze listy Marka do przyszłej żony, aktorki Sonji Ziemann. "Zobaczysz, jeszcze przyłożę Ci za Grunwald" - napisał kiedyś.

- Celebrował kaca. Hipochondryk. Gdy wraz z mężem odpoczywałam na Pomorzu, z Warszawy przyszedł telegram - "Japoneczka" otwiera pożółkłą kartę z różami - "Wszystkiego z Nowym Rokiem. W domu wszystko w porządku. Tylko złamana ręka. Pająk". Marek wybrał się z Hagą Lipińską i jakąś jeszcze kobietą do Kameralnej, gdzie ktoś podpity zaczął panie zaczepiać. Marek wystąpił w ich obronie, ale na tym bezprzykładnym akcie bohaterstwa ucierpiała jego ręka. Potem obnosił się z nią na temblaku po całej Warszawie. A ja, wbrew jego cichym nadziejom, wróciłam z urlopu w swoim czasie.

Po Warszawie drugiej połowy lat pięćdziesiątych krążyła taka anegdota o Hłasce. W zimowy wieczór, ubrany w swój legendarny kożuch, wszedł do kościoła św. Krzyża i padł na posadzkę. Było późno i zakrystian nakazał mu się wynieść. - Odp... się! Nie widzisz, że pokutuję - miał odpowiedzieć Hłasko.

- Trochę kabotyn. Ale uroczy. Kiedyś wychodziliśmy dużą grupą z redakcji. W ulicy głęboki wykop. Robotnicy poszli na piwo. Marek stanął na krawędzi dziury w jezdni i dłońmi zakrył oczy: "Weź mnie pod rękę. Kręci mi się w głowie". Dałam się nabrać - J. z udaną rezygnacją macha ręką.

- Lubił dzwonić w środku nocy i wyśpiewywać tanga. Cieszył się mołojecką sławą. Pewnego wieczoru wracaliśmy wesołą gromadą przez plac Trzech Krzyży - opowiada "Japoneczka". - Padał śnieg. Wszyscy mu wtórowaliśmy - był to, jakby powiedział Hłasko "przebój mistrza Fogga pt. "Tamara" , hymn TPPR na szczeblu, że się tak wyrażę, lirycznym" - a milicjant już z daleka krzyczał: "Do domu, panie Mareczku, do domu".

Marudził: "nie mogę spać". Kran w łazience trochę ciekł, więc Marek co wieczór obwiązywał go szmatami, bo budził go szmer spadających kropel. Lekoman. To właśnie tabletki nasenne w połączeniu z alkoholem były przyczyną jego śmierci.

W moim domu zostawił maszynę do pisania. Niedługo po tym, jak opuścił kraj, zabrała ją Agnieszka.

Listy z Paryża przestały przychodzić już w kilka miesięcy po wyjeździe Marka. Wiem, że pisał później, ale korespondencja "ginęła".

Grabarze się nie mylą

Fragmenty nigdy nie publikowanej korespondencji.

Pocztówka z kolorowym obrazkiem zatłoczonego lokalu. Nadruk: "La Gritta, American Bar, Portofino Mare".

"6 V 58 r. Włochy, Portofino

Kochanie!

Przy tym barze - po drugiej stronie kartki - właśnie wczoraj straciłem przytomność. Teraz zdarza mi się to b. często, niestety. Włochy są ładne, fakt. Gondoliera nie spotkałem.

Całuję Cię z całego serca. NIKOGO ode mnie nie pozdrawiaj.

Zawsze Twój,

Sublokator M.H."

Paryż, czerwiec 1958, brak daty dziennej: "Przekleństwo Słowianina ciąży na mojej duszy, bo zdaje się, że nie będę potrafił długo wytrzymać bez Warszawy. Kiedy tu wrócę, uderzę czołem o krawężnik przed Kameralną.

Całuję Cię z całego serca, moja Japoneczko. Pająk".

* * *

"Wysiadając z samolotu na lotnisku Orly myślałem, że najpóźniej za rok będę z powrotem w Warszawie - pisał Hłasko w "Pięknych dwudziestoletnich" - Dzisiaj wiem, że nie wrócę do Polski już nigdy; pisząc to jednak wiem także, że chciałbym się omylić. Przez wiele lat nie mówiłem po polsku; żona moja jest Niemką; wszyscy moi przyjaciele są Amerykanami lub Szwajcarami i z przerażeniem zauważyłem, że począłem myśleć w obcym języku i tłumaczyć to sobie na polski. Wiem, że to oznacza mój koniec; moi grabarze z Warszawy nie pomylili się. W tym zawodzie człowiek myli się najrzadziej."

W poniedziałek, szesnastego czerwca 1969 r. "Express Wieczorny" doniósł o "tajemniczym" zgonie "autora wielu opowiadań szkalujących Polskę Ludową", który "zdradził w 1958 r. ojczyznę i zbiegł do Berlina zachodniego".






WARSZAWKA!!!