Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 1997.03.15

 

Kruchy świat Agnieszki Osieckiej

 

 

Krzysztof Masłoń

Tak blisko od serca do papieru

 




"Nie jest przyjemnie - albo raczej: nie jest szczęśliwie - żyć bardzo długo. Była taka pisarka polsko-żydowsko-niemiecko-amerykańska - Masza Kaleko. Miała osobliwą obsesję: bała się, że będzie żyć bardzo, bardzo długo i że przeżyje wszystkich swoich bliskich. I tak się stało!" - opowiadała Agnieszka Osiecka.

 

Uniknęła losu Maszy, ale czy sześćdziesiąt lat to rzeczywiście już ta pora, by rzec: dość? "Niestety, należę do pokolenia, które zaczęło wymierać młodo - pisała. - I ci wszyscy ludzie, którzy dzisiaj są legendami czy legendkami - ludzie tacy jak Marek Hłasko, Zbyszek Cybulski, Bobek Kobiela - oni wszyscy byli kiedyś kolegami czy przyjaciółmi moimi z krwi i kości, i czasem czuję się bez nich bardzo samotna".

No dobrze, ale "nieśmiertelni" tej generacji odchodzili zdecydowanie przedwcześnie, często w tragicznych okolicznościach. Tylko, że oni "pięknymi, dwudziestoletnimi" pozostać mieli na zawsze, choć wystarczy rzucić okiem na ostatnie zdjęcia Cybulskiego czy Hłaski, by się przerazić.

Osiecka najgłośniejszą swą książkę zatytułowała przekornie "Szpetni, czterdziestoletni". A przecież nie zdążyła nawet się zestarzeć, siwizna dodawała tylko uroku, dlaczego jednak jej wieczna młodość była tak piekielnie smutna?

Szperanie w archiwach rodzinnych autorki "Białej bluzki" na wiele się nie zda, choć ona sama w ostatnich latach czyniła to z wyraźną wolą znalezienia odpowiedzi na kilka podstawowych, nurtujących ją pytań. Do końca nie dowiedziała się jednak, dlaczego odchodzili od niej ci, których kochała najbardziej, na których najbardziej jej zależało. Dlaczego nie potrafiła zatrzymać ich przy sobie? Czy rekompensatą mieli być ci wszyscy akolici, wiecznie ją otaczający? Nie mieli żadnego wpływu na to, że przenosić musiała swój ból na papier.

Bluzka Zofii Hertz

Stosunkowo najwięcej dałoby się powiedzieć o ojcu Agnieszki - Wiktorze Osieckim, kierowniku muzycznym Teatru Buffo, wieloletnim współpracowniku Syreny, kompozytorze, przedwojennym pianiście we Lwowie. Niewykluczone jednak, że z całej rodziny największy wpływ wywarła na nią Barbara Sikorska, jej ciotka.

Krystyna Sienkiewicz o "korzeniach" Osieckiej powiedziała znamienne słowa: - Agnieszka wyrosła ze swojej rodziny, a jeśli się wystaje o głowę ponad rodzinę, to już się oczy ani rozumy nie spotkają. Ona jest jakby przez kogo innego urodzona, nie przez tę rodzinę, tylko przez znajomych. Stworzyła w poezji dom tak piękny i doskonały, że nie umie tego zrobić w życiu.

Skonfrontujemy te zdania ze wspomnieniem autorki "Rozmów w tańcu", która o swoich związkach z paryską "Kulturą" tak mówiła: - Ważna była dla mnie przyjaźń z Zygmuntem Hertzem i Zofią Hertzową. Ja miałam zimnych rodziców i państwo Hertzowie byli dla mnie jak mama i tata, chociaż to może dziwne, bo nie byli dużo starsi ode mnie. Pamiętam, że ojciec chciał mnie wszystkiego nauczyć, języków, a to tego, a to tamtego, mama była bardzo praktyczna, ale nie było ciepła u nas w domu. A państwo Hertzowie brali mnie do kogoś na przyjęcia. Zosia dała mi swoją zieloną bluzkę, a potem krytykowała, że źle ją wyprasowałam. Właściwie byli dla mnie rodziną. Później zaczęliśmy pisać do siebie listy, z panem Jerzym i państwem Hertzami. Oni pisali listy rodzinne, pan Jerzy bardziej polityczne. Ktoś tam na te listy wpadł i byłam przesłuchiwana, po czym przez pięć lat nie miałam paszportu.

Do rodziców miała też Agnieszka i inne pretensje: - Moi rodzice byli bardzo kochani, ale wpadli na taki pomysł, jak wiele osób wtedy, że dziecko nie powinno za dużo wiedzieć, bo będzie się narażało. Nie mówili mi więc takich np. rzeczy, że Związek Radziecki zaatakował Polskę. W Maisons-Laffitte pierwszy raz zetknęłam się z ludźmi, którzy powiedzieli mi, że wojna była również po tamtej stronie. Kiedy państwo Hertzowie opowiadali mi o czasie spędzonym na zesłaniu, o tym, jak piłowali drzewo, nie wiedziałam, o czym mówią. Byłam chyba najgłupszą dziewczyną na świecie.

Maszynopis Marka Hłaski

Załóżmy, że dalekie to od prawdy nie było, ale jak tę totalną, podobno, niewiedzę pogodzić z działalnością STS-owską? Po latach Osiecka przedstawiała swoich teatralnych przyjaciół z Witoldem Dąbrowskim na czele jako tych, którzy chcieli przyprawić socjalizmowi ludzką twarz. Tak, jednak temu skazanemu na niepowodzenie pragnieniu towarzyszyło także domaganie się, by komuniści mieli więcej czerwonych ciałek we krwi. To nie żart: Studencki Teatr Satyry, podobnie jak rozwiązane przez Gomułkę "Po prostu", nie był przeciw komunizmowi; przeciwnie - ci młodzi odczuwali tego komunizmu niedosyt.

Do Paryża, gdzie wyedukowała się politycznie, trafiła Osiecka w 1957 roku: - Wyjechałam z kolegami z STS-u na winobranie, żeby zarobić parę groszy. Marek Hłasko poprosił mnie, żebym wzięła "Cmentarze" dla "Kultury". Gdzieś po miesiącu pracy pojechałam do Maisons-Laffitte autostopem i przywiozłam ten maszynopis. W ogóle nie wiedziałam, kim jest pan Jerzy, kim są Hertzowie, po prostu Marek poprosił o przewiezienie książki i ja to zrobiłam.

Agnieszka Osiecka publikowała w "Kulturze" tylko raz: - Strasznie dawno wydrukowałam tam ogromny artykuł o Festiwalu Młodzieży w ZSRR, bardzo krytyczny i komiczny. W moim przypadku pseudonim nie miał sensu, bo mam tak intensywne poczucie formy, że nawet najgłupszy ubek wie, że tekst jest mój.

W STS-ie, z którego twórcami i wykonawcami była Agnieszka związana bardzo mocno, nie pisała rymowanych agitek. Teatr był jej potrzebny wyłącznie do pisania piosenek, co zapowiadał już debiutancki (w wieku 19 lat) "List z wakacji", którego interpretacji podjęła się w STS-ie Danuta Kowalewska. W późniejszych tekstach, a były wśród nich tak wielkie przeboje, jak "Mówiłam żartem" czy hymn pokoleniowy - "Okularnicy", jeśli dostrzegało się politykę, to najwyżej w mikroskopijnym wydaniu, takim na miarę przeciętnego, młodego obywatela Polski ery towarzysza Gomułki.

Niemcy Magdaleny Zawadzkiej

Agnieszka Osiecka bardzo wcześnie stała się w pełni profesjonalistką. Napisać mogła tekst na dowolny temat i dla każdego, co nie znaczy, że tak robiła. Wiele gwiazd estrady marzyło o tym, by napisała coś dla nich i... na marzeniach musiało poprzestać. Ale wizerunek Agnieszki Osieckiej - autorki tekstów piosenek wcale nie jest jednowymiarowy, a do rzeczy będzie tu przypomnieć, że napisała tych piosenek ponad dwa tysiące (!). Z jednej strony mamy w jej dorobku niezapomnianą "Polską madonnę", z drugiej - ponad dziesięć lat starszy, nieco bełkotliwy "Urodzajny rok" ("i zdrówko daj maszynom"), cynicznie wykorzystywany przez radiowców w charakterze symbolu gierkowskich sukcesów. Naturalnie, Agnieszka Osiecka była osobą bez złudzeń co do trwałości owych sukcesów, ale takich tekstów jak:



Nie ma mięska oraz serka

i zabrakło wujka Gierka,

 

w radiu się nie słyszało. Od tego był kabaret, w tym akurat wypadku - Pod Egidą.

A skoro o kabarecie, to przecież był i Bim Bom, i Piwnica pod Baranami, i Dudek. Bodaj w trzecim programie Dudka Magdalena Zawadzka wyśpiewała wierszowany komentarz do wyników wyborów w RFN, w których jakiś niewielki procent wyborców opowiedział się za NPD, partią o charakterze neofaszystowskim. Utwór zatytułowany był "Pachnie ziemia", a tekst miał następujący:

 

"Dziś wygraliśmy wybory" - mówi papa: w prawo patrz.

"Dziś wygraliśmy wybory" - mówi papa; mama w płacz.

Pachną kwiaty, wieczór świeci, szkoda czasu dziś na łzy.

Na podwórku wrzeszczą dzieci: "Stary niedźwiedź mocno śpi".

Wesoły wieczór, wesoły wieczór,

jakby w dzień zaręczyn.

A dookoła, a dookoła

sami dobrzy Niemcy.

 

Magda Zawadzka deklarowała przy okazji, że "lubi mieszkać w Bonn", a rzecz cała wymierzona była, naturalnie, w Hupków i Czajów. Przypominam tę na pewno nie najważniejszą w dorobku Agnieszki Osieckiej piosenkę z dwóch powodów. Po pierwsze: dowodzi ona, że napisać mogła, istotnie, wszystko, a po drugie: warto wiedzieć, że Bob Fosse kręcąc swój "Kabaret" z genialną sceną śpiewającego o motylkach efeba w mundurze Hitlerjugend, wcale nie był pierwszy. Trzeba było widzieć w 1966 r. Magdę Zawadzką!

Ptaki Łucji Prus

Zaryzykowałbym twierdzenie, że bardzo wczesny debiut Osieckiej, który wywołał zbiorowy atak środowiskowej zawiści, stał się jej nieszczęściem. Niemal z dnia na dzień rzucona została na szerokie wody, nie tylko artystyczne, a ona, podkreślmy, chciała tylko pisać piosenki. Tymczasem kazano jej wręczać kwiaty wracającym z emigracji wielkim rodakom, angażować się w politykę, o której pojęcie miała względne, wypowiadać się na absolutnie każdy temat: od mody po ekologię.

Ta ostatnia była jej jeszcze najbliższa, a to z powodu Krzyży na Mazurach, gdzie przez wiele lat spędzała lato. Nagromadzenie przyrodniczych, szczególnie ptasich motywów w jej twórczości jest wyjątkowe. To "chudym ptakom" brakowało głosu, a na ręku "lśniła srogo obrączka, jaką noszą ptaki".

Kiedy spytałem Łucję Prus o "marcową" wymowę jednego z najpiękniejszych utworów Agnieszki Osieckiej - "W żółtych płomieniach liści", znana piosenkarka zrobiła wielce zdziwioną minę. Zapamiętała, że kolegom - muzykom z zespołu Skaldowie, tekst odnotowujący "wśród ptaków wielkie poruszenie" kojarzył się raczej z erotyką niż z polityką. Stało się jednak, jak stać się miało i ta piękna ballada ze względu na obecność wersu o "palących wstydem skroniach" uznana została za intelektualną refleksję po Marcu '68.

Na dobre tematyka żydowska pojawiła się w twórczości Agnieszki Osieckiej znacznie później. Napisała świetne teksty do adaptacji "Sztukmistrza z Lublina" z muzyką Zygmunta Koniecznego, jak "Oczy tej małej", trochę nazbyt dosłowne "Miasteczko Bełz po wojnie" ("Twe oczy są czarne, a szkoda, że nie są niebieskie - wolałabym") czy "Ucisz serca". Songi te śpiewała Magda Umer, a w tym miejscu należałoby przypomnieć i o wykonywanym przez Annę Szałapak "Psalmie" ("Grajmy Panu..."), awansowanym do rangi jednego z hymnów Piwnicy pod Baranami.

Orzeczenie Krzysztofa Komedy

Namaszczona na poetkę narodową (w samoobronie ironizowała, nazywając się poetessą), wielekroć zastanawiała się nad opuszczeniem Polski. Miewała po temu okazje, ale - wspominała - zawsze znajdywał się ktoś taki jak Krzysztof Komeda, który orzekł: - Tobie nie wolno emigrować, bo jesteś częścią polskiego krajobrazu.

Nikt nie lubi być zobowiązywanym do czegoś ponad własną, osobistą miarę. Wydaje się, że dyskomfort Agnieszki Osieckiej był z tego powodu szczególnie dotkliwy. Chociaż sprawa ewentualnego wyjazdu z kraju miała jeszcze drugie dno. Tak opowiadała autorka "Apetytu na czereśnie" o Zygmuncie Hertzu: - Zygmunt był trochę plotkarzem, lubił opiekować się przybyszami, wypytywał o życie rodzinne, dziewczynom kupował zawsze rajstopy i banany. Pierwszego w życiu banana zjadłam dzięki niemu. Był taki podział ról, że pan Jerzy rozmawiał o wielkich, ważnych sprawach świata: Chinach, przyszłości ZSRR, Jugosławii, a Zygmunt pytał: "Czy masz gdzie przenocować, co jeść, w co się ubrać?", był ciepły, zabawny, wesoły. Czasem pan Jerzy mu tego zazdrościł. Ale pamiętam, że kiedyś, dużo później, siedziałam u nich w kuchni i wszedł pan Jerzy z panią Zofią, mówiąc: "Wiesz, tak się zastanawiamy, czy ty masz wrócić do Polski", a ja istotnie wiele razy się nad tym zastanawiałam. I wtedy Hertz powiedział, że słyszał dowcip o tym, że "Agnieszka nie wraca do Polski, tylko do ZAiKS-u".

Zazdroszczono Agnieszce Osieckiej ZAiKS-owego konta, na którego stan wpływały wykonania jej piosenek przez: Marylę Rodowicz i Skaldów, Czerwone Gitary i Irenę Santor, Teresę Tutinas i Danutę Rinn, Łucję Prus i Alibabki, Urszulę Sipińską i Majkę Jeżowską, Andrzeja Dąbrowskiego i Jaremę Stępowskiego. Dwa tysiące piosenek tworzy jeden z najobszerniejszych rozdziałów w historii polskiej piosenki.

Bolero Edyty Geppert

Świat autorki "Niech no tylko zakwitną jabłonie" rozciągał się między Paryżem, Moskwą, Nowym Jorkiem i Warszawą. A właściwie Saską Kępą, wiosną pachnącą - jak w "Małgośce" - "szalonym, zielonym bzem".

"Warszawa jest dla mnie jak taka stara, brzydka żona - pisała Agnieszka Osiecka. - Nie kocham jej, nie lubię, nie podoba mi się i nigdy nie podobała, ale przecież zawsze do niej wracam. Wracam, choć mam po świecie rozsiane różne kochanki, z którymi właściwie mogłabym się ożenić. Ale nie żenię się".

Bo i czy potrzebny był jej związek z np. Puerto Rico, gdzie też trafiła w swych peregrynacjach. Ale miała swoje miejsca na mapie: Kazimierz, Tykocin, Hel, wspomniane już Krzyże, także Miami. Z tym, że sama okolica, sama przyroda to było dla niej o wiele za mało. Ważne dla Agnieszki Osieckiej miejsca tworzyli przede wszystkim ludzie, w późniejszych latach - wspomnienia o nich. "Sopockie bolero" śpiewane przez Edytę Geppert opiewało np. stolik w sopockim Grand Hotelu:

 

Adieu, zatoko snów. Goodbye, Riviero marzeń.

Za rok zobaczę znów mój stolik w cocktail barze.

Na szklanki pustym dnie obejrzę stary film,

O ludziach co we mgle, o czasie, który był.

 

Była Agnieszka Osiecka poetką drogi, podróży, wędrowania. W wędrówce tej, prowadzonej - jak w balladzie Skaldów - "zajęczym tropem", zahaczała o Konin, Mielno i Żnin, że o Pcimiu tylko wspomnę. Po swojej pierwszej podróży do Ameryki też pisała nie o Nowym Jorku, w którym za mało było dla niej przeszłości, lecz o Cheetaway i Syracuse. Postrzegano ją jako poetkę prowincji, tych wszystkich Mińsków, Zakroczymów i Piszów. Naprawdę była poetką wielkiej metropolii, znacznie lepiej czuła się w salonie niż w barze i na pewno wolała pić szampana w SPATiF-ie niż wódkę z musztardówki na dworcu. Czy jednak można było pozostać damą w PRL? I właściwie, co to znaczyło i co wciąż znaczy - "damą być"?

Niemal przez całe życie szukała dla siebie innego miejsca niż Warszawa:

 

Kto powróży, kto powróży,

Kto powie, gdzie mój będzie dom.

Ja z podróży, ja z podróży,

Walizki moje, pełne snów, dziś puste są.

 

Dopiero w ostatnich latach ostatecznie pogodziła się z Polską, Warszawą, Saską Kępą. Dawała nawet wyraz zdziwieniu, że tak rzucało ją zawsze po świecie. Tych zdziwień było więcej, często opowiadając o sobie, zdawała się pytać: To naprawdę ja?

Zachwyt Maryli Rodowicz

Była Agnieszka Osiecka autorką widowisk scenicznych, słuchowisk, książek - nie tylko wspomnieniowych. Ale o roli, jaką odegrała w świadomości zbiorowej Polaków, zadecydować miały piosenki. Nie sposób wymienić tu choćby małej ich części, ale warto może przypomnieć, bo chyba nie wszyscy pamiętają - że pierwszy wielki przebój Tadeusza Woźniaka "Hej, Hanno" był jej autorstwa, że z racji niecodziennych rymów wywołujący mieszane uczucia "Rafael" Urszuli Sipińskiej - także, podobnie jak przynależny całkiem innej epoce "Mój pierwszy bal", śpiewany przez Kalinę Jędrusik i Irenę Santor.

Piosenki Agnieszki Osieckiej zatoczyły wielkie koło: od sentymentalnego "Mojego pierwszego balu" do wstrząsającego "Niech żyje bal".

- Pojechałam do Seweryna Krajewskiego - okoliczności powstania tego ostatniego utworu przypomina Maryla Rodowicz. - Kiedy usłyszałam pięknego walca, wiedziałam: to jest to. Ciężka, pełna ciemnego dramatyzmu muzyka. Byłam zachwycona, ale miałam kłopot: Agnieszka Osiecka napisała już do tego tekst dla Połomskiego, zaczynający się od słów: - Jurek-ogórek, kiełbasa i sznurek. Bez sensu. Taka muzyka! Wreszcie stanęło na tym, że Seweryn napisze dla Jurka P. coś innego, a Agnieszka wymyśli dla mnie nowy tekst. Tak też się stało. Powstała piękna piosenka "Niech żyje bal".

No tak, znów mamy tak charakterystyczną dla Osieckiej dychotomię. Z jednej strony tej "Jurek-ogórek" (To nie dowcip, Agnieszka Osiecka innym razem napisała do muzyki Andrzeja Zielińskiego: "Agata, Agata, na głowie - sałata"), a z drugiej "Sucha Kostucha - Miss Wykidajło", która "wyłączy nam prąd w środku dnia".

Ale żeby przy całym dramatyzmie "Niech żyje bal" znalazło się miejsce na odrobinę ciepłego uśmiechu Agnieszki Osieckiej, przypomnę następujący jej komentarz: "Tak naprawdę, to nigdy nie byłam na balu. Kiedy byłam nastolatką, to żadnych prawdziwych balów w Warszawie nie było. Chodziło się na tak zwane wieczornice, na przykład z okazji urodzin Bieruta. Potem, kiedy w latach sześćdziesiątych balowano troszeczkę i Tyrmand uczył ludność warszawską słowa 'blues' , to ja się wstydziłam, że nie umiem tańczyć twista i siedziałam w domu. A potem wcześnie posiwiałam - nie w sercu, tylko na głowie - więc jakoś głupio by było tańcować. Wszystkie zatem moje piosenki o balach są bajką, snem i kłamstwem. I 'Mój pierwszy bal'  i nawet - sztandarowy niejako - 'Niech żyje bal' . Może kiedyś kiedyś kiedyś Maryla zabierze mnie na Sylwestra i wtoczę się w mój jedyny - trzeci - bal. Na razie warto westchnąć na taki temat: Może piękniej się pisze o balach, na których się nie było, niż o tych, na których się było?"

Świat Hanki Ordonówny

Jeden z największych przebojów polskiej muzyki filmowej wyszedł również spod pióra Agnieszki Osieckiej. Myślę tu o balladzie "Nim wstanie dzień" z filmu "Prawo i pięść", śpiewanej przez Edmunda Fettinga. Ale czy pamiętamy o tym, że to ona napisała piosenki do "Małżeństwa z rozsądku"? Nie był to na pewno najlepszy film, jaki nakręcił Stanisław Bareja, czy jednak można wyobrazić sobie recital Bohdana Łazuki bez "Miłość złe humory ma"?

Ciekawe, że piosenkę tę zdarzało się co młodszym radiowcom umieszczać wśród melodii przedwojennych, tak mocno jest ona osadzona w stylistyce Międzywojnia. W atmosferę kabaretu i kawiarni literackiej II Rzeczypospolitej wpisywała się Agnieszka Osiecka, zapewne nie tylko za sprawą rodziców, bezbłędnie. Udanie naśladowała Własta, a w "Świecie Ordonki" wyznawała:

 

Nie najlepszy był ten świat,

pełen drobnych i wielkich wstydów,

ta Warszawka z dawnych lat,

te fałszywe etole z mitów...

Ale było kilka pań

cudownie sentymentalnych,

ale było kilka pań

prawdziwie niebanalnych!

 

Już w latach 70. zorientowała się, że Polska międzywojenna to nie żadne "Tango retro", jak chciał Wojciech Młynarski, że prawdziwe retro to lata 50. i stalinizm, a Dwudziestolecie było, zda się, wczoraj. Z takiego myślenia powstali m.in. "Szpetni, czterdziestoletni".

Strofki Seweryna Krajewskiego

Talent i umiejętności Osieckiej, wyczucie obcego nawet stylu, zamiłowanie do pastiszu, nie potrafiło uchronić jej przed niepowodzeniami.

- Mój pierwszy tekst dla "Czerwonych Gitar" był okropny, nazywał się "Port piratów" - opowiadała. - Nie było w nim nic z oryginalnej Agnieszki Osieckiej, a daleko mu było do prostoty klasycznych tekstów, pisanych dla zespołu przez dawnych autorów. Pojęłam, że zachowuję się jak krawcowa, która z uporem próbuje szyć ubrania na miarę i dałam sobie z tym spokój. Spróbowałam pisać nie pod Czerwone Gitary, ale pod siebie, no i dalej poszło wspaniale. Cieszę się, że razem stworzyliśmy superprzebój "Nie spoczniemy".

Jeszcze jeden wielki przebój Czerwonych Gitar, walc "Niebo z moich stron" był jej autorstwa. A potem solowe piosenki Seweryna Krajewskiego, wszystkie "Strofki na gitarę", najpiękniejsze piosenki o miłości, włącznie z "Uciekaj moje serce" i "We dwoje".

Agnieszka Osiecka słuchała rocka, deklarowała np. swoją sympatię do Kazika, czuła jednak, że to już nie dla niej, że - w przeciwieństwie do "Coca-Coli" - to nie to. (Młodszych czytelników informuję, że to Osiecka wymyśliła pierwszy slogan reklamowy, z jakim "Coca-Cola" podbijała polski rynek.)

Miała Agnieszka Osiecka swoich ulubionych wykonawców na czele z Marylą Rodowicz, miała też faworytów wśród kompozytorów, poza już wymienionymi: Katarzynę Gaertner, Jacka Mikułę, a wcześniej Adama Sławińskiego. Ten ostatni napisał wraz z nią niemało "Listów śpiewających" i takie piosenki, jak "Dookoła noc się stała" czy "Na całych jeziorach ty". Agnieszka Osiecka mówiła niekiedy, że nigdy później nie udało się jej napisać lepszych piosenek. Chciałoby się rzec: bez obaw! To "późna" Osiecka podpowiedziała Maryli Rodowicz, jak "Wariatka tańczy":

 

Taką to by na stos, na co jej durny los,

dajcie chłopcy ten kagańczyk.

Warkocz jej płonie już, dookoła złoty kurz,

a wariatka jeszcze tańczy.

 

Ballada uczonego Balbusa

W tych późniejszych utworach nieodłącznym rekwizytem staje się alkohol. Pije się u Osieckiej "wino za kolegów, którym szczęścia w życiu brak", ale najczęściej wypija "wódki łyczek z domieszką cichych łez". Cóż, w "Balladzie o uczonym Balbusie i przejeżdżającym tramwaju" zawarła Agnieszka Osiecka znaną prawdę: "Alkohol szkodzi zdrowiu, ale pomaga życiu". Resztę dopowiedziała w "Whisky":

 

"Znam takich ludzi - mówisz -

co nie zaczną dnia bez szklanki whisky".

A ja znam takich, co nie rozpoczną dnia bez bata

lub oberwania cięgów.

Znam takich, którym jajko na miękko i płyta Mozarta,

takich, którym złamany kij

i takich, którym gwiazdka pieszczoty we włosach

pozwoli dopiero wstać i iść.

Oboje zaś znamy takich,

co wcale a wcale nie zaczną dnia...

Zostaną w mrokach nocy

i będą tak długo je wlec,

rozwłóczać i dzielić na małe pasma,

aż któreś pęknie cichutko

jak naciągnięta struna -

i to wystarczy.

 

Śmiech Andrzeja Jareckiego

Miała Agnieszka Osiecka mężów o sławnych nazwiskach (Wojciech Frykowski, Daniel Passent) i jeszcze sławniejszych przyjaciół. Mężczyźni w jej życiu to odrębny temat, który niewątpliwie zainteresuje wielu biografów autorki "Widzisz, mała". Sama o swoich mężczyznach pisała oszczędnie, może poza Markiem Hłaską i coraz mocniej obecnym w jej wspomnieniach, Andrzeju Jareckim.

"Kiedyś, dawno temu, późną nocą siedziałam z Andrzejem Jareckim na kładce jeziornej, a z głębi lasu dolatywał turkot furmanki i monotonny dialog dwóch chłopów: 'Oj, gdyby nie ta krowa, oj, gdyby nie ta krowa...'  - pisała w książce "Na początku był negatyw". - Śmialiśmy się wtedy z tego do rozpuku. Dziś już nie umiem się śmiać z takich rzeczy. Nie umiem też napisać wiersza ani piosenki o Mazurach. Przeszkadza mi czułość.

... To samo powiedziałam kiedyś w łóżku komuś, kogo przecież bardzo kochałam: 'Przeszkadza mi czułość' .

O tak ważnych dla niej, jeszcze od STS-owskich czasów, Mazurach - coraz częściej milczała: "Serce mi się kraje - tłumaczyła. - Tylu przyjaciół nie żyje, tylu wyjechało, tylu do cna zmieszczaniało, a ja sama połamałam się".

Wspominając innych, przywoływanych już tutaj, paryskich przyjaciół, powiedziała: - Bardzo mi źle, że Zygmunt odszedł tak wcześnie, a wydawało się, że będzie żył najdłużej z nas wszystkich. Przykro mi, że Zosia bardzo ciężko choruje i wszystko ją boli. Jej znów przykro, że ja nie jestem w najlepszej formie".

Niewiedza pana Jourdain

"Człowiek boi się zwrotu 'do końca'  - pisała Osiecka. - Co do mnie - lękam się nawet napisać 'Do ostatniego gościa' . Ludzie różnie sobie radzą z jednoznacznością żywota. Jeśli chcemy, żeby życie jakoś spuchło, zwielokrotniło się, utraciło zgrzebność, nabrało barokowej pulchności - wyczyniamy ze sobą rozmaite gry i zabawy, wchodzimy w role...".

Za tymi grami i zabawami skrywała się jej mrówcza, gigantyczna - jak się okazuje, praca.

Literackich purystów drażnić może nadmierna tkliwość jej utworów, cały ten świat przedstawiony - zbudowany z okruchów, muszelek, szkiełek, zajączków z waty i gałązek bzu, ale to ten kruchy świat zaakceptowały już nie tysiące, lecz miliony słuchaczy piosenek Agnieszki Osieckiej. Podobnie jak molierowski pan Jourdain nie wiedział, że mówi prozą, tak wiele osób nie zdawało sobie może sprawy, że poznając, często mimowolnie, teksty tych piosenek - obcują z poezją najczystszą.

Ogromny dług zaciągnęliśmy u Agnieszki Osieckiej. Podziękować możemy tak tylko, zgodnie z jej życzeniem:


A mnie bezczelnie kochaj,

choć smutne śpiewki przędę,

bo przecież będę, no przecież będę.






WARSZAWKA!!!