Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Jeżeniedielnyj Żurnał - 04.02.2002

 

WYCHOWANIE WOJSKOWE



GALINA KOWALSKAJA

Narybek Rosji

 

 

W podmoskiewskim miasteczku w sztuce ataku i przetrwania szkoli się nastolatków. Będą z nich świetni żołnierze, ale mogą być i gangsterzy.





Jeśli istnieje armia, to są w niej żołnierze, albo dobrzy, albo źli. W "Kaskadzie" wychowują tych dobrych - mówi o pozawojskowym ośrodku szkoleniowym w podmoskiewskim miasteczku Żukowskoje jego absolwent. Twórca i kierownik "Kaskady" Giennadij Korotajew o swojej pracy mówi krótko: Jeśli kraj posyła na śmierć dzieciaki, musi być ktoś, kto nauczy je unikać śmierci. Tak też rozumie główny cel edukacji wojskowo-patriotycznej. Trening w "Kaskadzie" trwa pięć dni w tygodniu, co najmniej przez dwie godziny dziennie. Raz na trzy miesiące - trzy-cztery dni manewrów, dwa razy w ciągu roku - kilkutygodniowe obozy szkoleniowe. I tak od sześciu lat. Czego adepci sztuki wojennej uczą się przez tyle czasu? Wszystkiego. Oczywiście kondycja to podstawa: trening zaczyna się od rozgrzewki i długiego biegu, potem przychodzi czas na stretching, następny w kolejności jest tor przeszkód. Wreszcie ćwiczenie chwytów obronnych i sztuk walki wręcz.

W "Kaskadzie" uczą także wspinaczki wysokogórskiej i trekkingowej, pływania i skoków ze spadochronem. Nade wszystko zaś - sztuki przeżycia: (survival) w każdych warunkach. Chłopcy umieją z pasikoników i pędraków sporządzić całkiem jadalną potrawę, wiedzą, gdzie szukać wody nadającej się do picia i jak oszczędnie nią gospodarować. Potrafią bronić się przed atakiem i kryć przed pogonią. Najważniejsza bowiem, stale doskonalona w "Kaskadzie" sztuka, to - jak nie zginąć. Cała reszta - zajęcia z taktyki i walki wręcz, ćwiczenia z mapą i na strzelnicy, podporządkowana jest temu celowi.

Nie daj się zabić ani zagryźć

- Staramy się wpoić im ten nakaz na całe życie: musicie przeżyć, to wasze podstawowe zadanie. Przeżyć, aby zwyciężyć - tłumaczy Giennadij. Dlatego ciągle włącza do programu zajęć nowe kursy. Całkiem niedawno, w związku z działaniami bojowymi w Czeczenii, kurs zachowania się w niewoli: jak przygotować ucieczkę, gdzie się chować, jak zacierać za sobą ślady, etc. - Nawet tego, jak załatwić potrzebę, by cię nie nakryli; i o tym ktoś musi im powiedzieć. Moi chłopcy muszą umieć wszystko - mówi Korotajew. Ale najważniejsza rzecz, jaką przyswoić sobie mają podczas kolejnych kursów nastoletni kaskaderzy, to: nigdy nie opuszczaj rąk. Nie daj się nikomu pokonać. Zabić. Zagryźć.

- Innemu wystarczy, że zabłądzi w lesie i już gotów wpaść w panikę: my wiemy, że nic nam się nie stanie - przechwala się Maksym.

W "Kaskadzie" ćwiczy od sześciu lat, na wiosnę trafi do wojska, z poboru. Najbardziej chciałby trafić do specnazowskiego oddziału Ruś. Korotajew ma szerokie znajomości, zawsze zdoła umieścić wychowanka tam, gdzie tamtego najbardziej ciągnie. Niedawno szedł do wojska Andriej, z jesiennego poboru. I Andriej, i jego mama myśleli o "Rusi". Giennadij zwrócił wtedy matce uwagę: wojna za pasem, będą przerzucać chłopców do Czeczenii. Mama jednak ani w połowie nie bała się Czeczenii tak, jak "fali": jej starszy syn przeszedł przez to i zdarzyło mu się niejedno. A w "Rusi", jak mówią, walczy się z falą. Zresztą tam warunki jak się patrzy: elitarny oddział, stacjonują w Moskwie, nawet prysznice w koszarach mają.

Wojna to frajda dla Andrieja

Sam Korotajew, nie martwi się specjalnie tym, że jego chłopcy trafiają do Czeczenii. Z drugiej strony wydzwaniał, żeby Andrieja, który przesiedział w Czeczenii już trzy miesiące, przeniesiono do Alfy - słynnego oddziału komandosów przy Federalnej Służbie Bezpieczeństwa (FSB). - Starczy mu tej Czeczenii; nie jest to w końcu rzecz obojętna dla psychiki - wyjaśnia. Zwykle do Alfy trafiają tylko ci, którzy mają już za sobą dwuletnią służbę, ale Andriej ma wszystko, czego tam potrzeba - i doskonałe warunki, i świetne wyszkolenie. Tymczasem Andriej, na pierwszy rzut oka - niepozorny chłopaczek, o Czeczenii opowiada z odrobiną brawury. - Podobało mi się tam. Ciepło, nie to co tutaj. Głównie jeździli sprawdzać wcześniejsze doniesienia, przeprowadzać rewizje w domach. - Na wejściu pytaliśmy gospodarzy: czy mają broń albo czy mieszka u nich taki a taki. Potem wchodziliśmy i szukaliśmy. Jeśli coś się znalazło - braliśmy wszystkich do filtracyjnego. Gospodarzy też? - Pewnie. - Ale przecież drzwi zwykle otwierają tam staruszkowie, starsi ludzie? - No tak - Andriej nie bardzo rozumie, o co mi chodzi. W Czeczenii wyraźnie mu się spodobało. - A przydało ci się to wszystko, czego uczyłeś się w "Kaskadzie"? Znów dziwi go moje pytanie: No pewnie. Nas tutaj wszystkiego nauczyli: i jak wchodzi się do domu, i jak się go przeszukuje.

Chłopcy z "Kaskady" chcieliby służyć w specnazie, w "Rusi", także dlatego, że mają pewność: tam będą się naprawdę przygotowywać do walki, a nie grabić trawniki czy zbierać kartofle w kołchozie. Gotowi są jechać do Czeczenii, uważając - nie bez racji - że jeśli ktoś umie walczyć, to właśnie oni. Gdyby zastanawiali się na tym, czy to sprawiedliwa wojna, nie sposób by ich uznać za dobrych żołnierzy. A ich właśnie tego uczono. - Żołnierska rzecz - zabić, żeby nie zostać zabitym. Można to i inaczej ująć: żołnierska rzecz to bronić Ojczyzny. Ale jak jej niby bronić, jeśli to ciebie wpierw zabiją? - wywodzi Korotajew. Nie da się zaprzeczyć.

W miejsce ojca

Jacy chłopcy trafiają do "Kaskady"? - Najczęściej z rozbitych albo wielodzietnych rodzin - stwierdza Korotajew. - Najczęściej też przyprowadzają ich matki - te, które wiedzą, że nie uzbierają tyle, żeby wykupić ich z poboru. - Fakt, nie ma u nas prymusów - dodaje. - Najwięcej jest tych, którzy mają tylko matkę - stawia kropkę nad i oficer personalny Andriej Samotoin. - Ale to nie znaczy, że trafiają do nas jakieś nieszczęśliwe, trudne dzieci. Prędzej już - zaniedbane.

W "Kaskadzie" wszystko jest bezpłatne, w tym mundur, ekwipunek i wyjazdy na obozy letnie. Ile jest jeszcze dzisiaj w Rosji organizacji, czy klubów sportowych, gdzie by tak było? Inna rzecz, że w grupie mam, przed halą sportową oczekujących synów, zauważyłam kobiety, o których nie sposób by powiedzieć, że źle im się powodzi: w nowych sukienkach, które z pewnością kosztowały swoje, w modnych pantoflach z Finlandii. Jedna z matek z punktu stwierdziła: Mogliśmy pozwolić sobie na zapisanie syna do dowolnej sekcji sportowej, ale on "wsiąkł" w towarzystwo dopiero tutaj. Ma nadzieję, że synowi uda się jakoś uniknąć służby wojskowej. Do "Kaskady" przyprowadziła go, żeby wyrobił sobie charakter, zmężniał i rozwinął się fizycznie. - Za bardzo się już u mnie rozpieścił. To zresztą jeden z częstszych powodów, dla którego chłopcy trafiają do ośrodka: matki starają się stworzyć synom jakąś namiastkę nieobecnego ojca.

Nas się kule nie imają

A tryb życia w "Kaskadzie" jest rzeczywiście surowy: żelazna dyscyplina i ćwiczenia do siódmych potów. Wielu kandydatów odpada. Podczas ćwiczeń polowych i obozów obowiązuje wojskowy porządek, regulaminy i kary: od nagany przed frontem oddziału do służby wartowniczej poza kolejnością. Wychowankom "Kaskady" zdarza się, jak w prawdziwej armii, paradować godzinami po placu, dopóki wszyscy nie nauczą się maszerować w nogę. A jednak to właśnie w "Kaskadzie" zdarzyło mi się po raz pierwszy usłyszeć na własne uszy od nastolatków, że musztra to rzecz ważna i potrzebna: wyrabia dyscyplinę. Nauczyli nas dyscypliny - wymawiane jest z taką samą dumą jak zdanie-dewiza: Nas się kule nie imają.

- A czy zdarzało się, że wasi chłopcy trafiali w złe towarzystwo? - Owszem - bez wahania odpowiada Giennadij. Chwilę pomilczawszy, dorzuca: Ale niewielu. Wychowanków "Kaskady" powinno się nakłaniać do pozostania w specnazie, w armii: jeśli ich umiejętności zostaną wykorzystane w niewłaściwy sposób, mogą stać się groźną bronią i prawdziwym zagrożeniem. Bandyta po szkole, jaką daje "Kaskada" - strach pomyśleć.

Przeżyją najwytrwalsi

Korotajew jest zdania, że żołnierz zawodowy powinien zarabiać przynajmniej dziesięć tysięcy rubli. Nie ma się co z nim spierać - on jeden wie, ile kosztuje wychowanie chłopców. A jednocześnie samo istnienie "Kaskady" stanowi dowód, że "powszechny obowiązek obrony kraju" nie jest tym fundamentem, na którym można by zbudować nowoczesną armię. Do "Kaskady" trafiają tylko ci, którzy naprawdę mają na to ochotę. Żołnierza wychować można nie podczas dwóch miesięcy szkolenia, a przez lata pracy pod kierunkiem specjalistów, z zacięciem pedagogicznym. Tylko w takim wypadku kraj otrzyma nie wagony mięsa armatniego, a znających swój fach bojowców, którzy stawiają sobie za cel wygraną. Ale też armia, której szeregi zapełniliby żołnierze z wyniesioną z "Kaskady" wiedzą, potrzebowałaby innych oficerów (takich, co potrafią pracować "w małych grupach") i innego państwa: takiego, które zna wartość każdego żołnierza.

Trudne słowo: patriotyzm

- Giennadij, sporo mówi się o "wychowaniu wojskowo-patriotycznym. Wychowanie wojskowe - prosta sprawa. A co z patriotyzmem?" Szef "Kaskady" wyraźnie posępnieje. - Często organizujemy spotkania z weteranami wojen. Zapraszamy duchownych prawosławnych. Na zajęciach teoretycznych nieraz zresztą przychodzi nam wypełniać luki, które pozostawiła szkoła: wielu chłopców nie wie, gdzie leży jaki kraj i kiedy zaczęła się Wielka Wojna Ojczyźniana. Nawet najmłodsi obowiązkowo zabierani są na wycieczkę do pobliskiego monasteru: Niech widzą, że dyscyplina i posłuszeństwo obowiązują nie tylko w armii. Puste miejsce po patriotyzmie usiłuje zająć "idea prawosławna", flirtująca nieraz z nacjonalizmem, nieraz z nurtami faszystowskimi. Giennadijowi, jak większości współczesnych Rosjan, skrajny nacjonalizm jest obcy. - Tego tylko brakuje, żebym opowiadać miał dzieciakom o tym, że Rosjanie są najmądrzejsi na świecie - zżyma się. Chwalić Boga, nikomu nie przychodzi do głowy uczyć w "Kaskadzie" nienawiści do innych ludzi i ras: lepiej niech już chłopcy idą na ochroniarzy niż do bojówek. Nie ma jednak mowy o "wychowaniu wojskowym" bez idei przewodniej: armia, której żołnierze nie mają świadomości, że za ich plecami rozpościera się ojczyzna, nie może być armią skuteczną. Przypomina mi się jeden z polityków izraelskich, który, rozważając na głos rosyjskie niepowodzenia w Czeczenii, sam sobie zadał pytanie: Ile trzeba by zapłacić żołnierzowi izraelskiemu, żeby ten przepuścił przez swój posterunek samochód wyładowany bronią? I odpowiedział sam sobie: Nie ma takich pieniędzy. Skąd jednak wziąć w Rosji podobnego ducha?

Nawet najbardziej utalentowany komendant ośrodka szkoleniowego nie jest w stanie wykoncypować "idei patriotyzmu", jeśli jest ona nieobecna w społeczeństwie. W "Kaskadzie" uczą przyszłych żołnierzy wszystkiego, co będzie im potrzebne w wojsku. Oprócz tej jednej rzeczy, której nie da się nauczyć.

 






ROSJA