Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 

Marek Ruszczyc

Zagadka Stanisława Brzozowskiego

 

Włodzimierz Burcew, jeden ze współtwórców ruchu eserowskiego i jeden z najwybitniejszych dziennikarzy Rosji przedrewolucyjnej, był człowiekiem kryształowej uczciwości, głęboko ideowym i prawym, szanowanym nie tylko przez przyjaciół, ale także przez przeciwników. Jeśli np. Wiktora Czernowa nazywano "mózgiem partii", to Burcew z powodzeniem uchodzić mógł za jej "sumienie". Żywił on niezachwiane przekonanie, że zwalczając zło trzeba przede wszystkim własnym życiem poświadczać wyższość wyznawanych przez siebie ideałów, moralnie górować nad przeciwnikiem. Uważał, że w polityce także obowiązują zasady moralne.

Z takich przekonań czerpał Burcew niezachwianą siłę i odwagę Imponderabilia, którym był wierny, zbudowały ten wielki autorytet, jakim się cieszył nie tylko w szerokich kręgach opinii publicznej Rosji, ale i w środowiskach intelektualnych Europy Sądy Burcewa miały swą wagę, liczono się z nimi i obawiano się ich. Wiedziano, że nie tylko wiele wie o ludziach, ale ma także rzadki dar przenikania ukrytych intencji ich działań.

We wczesnej młodości Burcew działał w ruchu narodnickim, za co w 1887 roku zesłano go na Syberię. Udało mu się wkrótce uciec za granicę, gdzie wstąpił w szranki dziennikarskie. W 1889 roku, wraz z działaczem narodnickim Włodzimierzem Diebogorijem-Mokrijewiczem, wydał trzy numery gazety Swobodnaja Rosija.

Po ogłoszeniu manifestu konstytucyjnego 1905 roku, korzystając z jego dobrodziejstw, postanowił po wielu latach emigracji wrócić do Rosji i zacząć wydawać legalne czasopismo Byłoje, które pod jego redakcją ukazywało się od 1900 roku w Paryżu i Londynie. Pismo Burcewa było czymś pośrednim pomiędzy kroniką ruchu rewolucyjnego i demokratycznego w Rosji a "czarną księgą" zbrodni i nieprawości reżimu carskiego. Stąd z licznego grona osób bardzo źle w Rosji widzianych, Burcew widziany był najgorzej.

I oto Burcew przyjeżdża jak gdyby nigdy nic do Petersburga, melduje się pod własnym nazwiskiem w hotelu. Stawia to na nogi całą stołeczną policję. W hotelu zjawia się urzędnik policyjny i pyta emigranta, który zdaje się nie wiedzieć, dokąd przyjechał: 

- Czy to pan jest tym Burcewem, którego poszukujemy?

- Tym samym.

- Wobec tego niech pan ucieka póki czas, gdyż mamy zamiar pana aresztować.

- Ani myślę...

Skonfudowany ochroniarz pobiegł po instrukcję do zwierzchników. Po pół godzinie wrócił.

- Panie Burcew, nie zaaresztujemy pana, jeśli zamelduje się pan pod innym nazwiskiem.

- Wykluczone, nie zgadzam się!

Burcew wiedział, że w miodowym okresie flirtu władzy z narodem władza ta nie będzie chciała zaczynać "nowej ery" od aresztowania dziennikarza i działacza nie tylko znanego, ale mającego szerokie i dyskretne znajomości wśród wysokich reprezentantów reżimu.

I rzeczywiście, nie tylko pozostawiono go w spokoju, ale dano zezwolenie na wydawanie Byłoje. W petersburskim Byłoje Burcew publikował dokładnie to samo co za granicą i władza musiała to cierpliwie znosić aż do września 1907 roku, kiedy to Stołypin oświadczył, że dalsze tolerowanie w Rosji Burcewa i jego pisma jest obrazą monarchii i skandalem politycznym! "Staraliśmy się drukować takie artykuły i dokumenty, o których publikacji nikt dotąd w Rosji nawet nie marzył", wspominał po latach Burcew.

Niekiedy pismo sięgało po broń gryzącej ironii, która doprowadzała przeciwnika do szału. Oto Burcew ogłosił spis książek skonfiskowanych w Rosji przez cenzurę. Czytelnicy dowiedzieli się ze zdumieniem, że na czele spisu figurowały "Mowy na świętach pułkowych" autorstwa... Mikołaja II! Dowcip polegał na tym, że "mowy" cesarza opublikował sam Burcew. Były to właściwie toasty na świętach pułkowych, w których Mikołaj II tak bardzo lubił uczestniczyć, powtarzając nieodmiennie parę banałów w rodzaju: "Piję za zdrowie sławnego pułku..." itp. Korpus oficerski nudził się śmiertelnie, a poczciwy monarcha był święcie przekonany, że jest bardzo "demokratyczny". "Ten Burcew miał jednak w sobie materiał na dziennikarza typu Rocheforta, Daudeta czy Nowaczyńskiego", zachwycał się Mackiewicz, który w gatunku paszkwilu politycznego był niekwestionowanym autorytetem.

Byłoje zostało zlikwidowane, a Burcew znów wyemigrował, wznawiając za granicą wydawanie swego pisma. Ukazywało się tam ono do roku 1913. Potem wybuchła wojna, jeszcze potem rewolucja lutowa 1917 roku. W okresie rządów Aleksandra Kiereńskiego zawsze ten sam pełen zapału dla dobrej sprawy i dziennikarskiej werwy Burcew wydawał w Piotrogrodzie Byłoje. Miał teraz dwóch wrogów. Ujawniał bowiem dalsze skandale upadłego reżimu carskiego i zaciekle zwalczał gotujących się do przewrotu bolszewików. Po przewrocie opuścił Rosję. Byłoje egzystowało jeszcze do 1926 roku firmowane w zakłamanej postaci przez nową władzę. Burcew zamieszkał w Paryżu i zwalczał dalej bolszewicką utopię, m.in. na łamach pisma Wspólna Sprawa.

W maju 1906 roku do redakcji Byłoje podrzucono tajemniczy list. Anonimowy autor, przedstawiający się jako wieloletni pracownik Ochrany, proponował Burcewowi ujawnienie wielu prowokatorów, działających w rosyjskim i polskim ruchu rewolucyjnym. Anonim pisał, iż nie działa z chęci zysku, ale że we wczesnej młodości był rewolucjonistą, został aresztowany i złamany podczas śledztwa. Teraz chce się zrehabilitować i porzucić obrzydliwe rzemiosło.

Po krótkim namyśle Burcew wyznaczył anonimowi spotkanie. Gość przedstawił się imieniem i nazwiskiem. Nazywał się Michał Bakaj. Jako student nawiązał kontakty z eserowcami w Jekaterynosławiu. Zaaresztowany wydał wszystkich, których znał i tajną drukarnię. Został agentem Ochrany, ale zdemaskowany wstąpił otwarcie w szeregi policji politycznej. Pracował tak dobrze, że od 1903 roku przeniesiono go na stanowisko urzędnika do zleceń specjalnych przy warszawskim Wydziale Ochrany. "W historii rewolucji rosyjskiej wciąż się spotyka takich rewolucjonistów, co są szpiclami, a potem się kajają, żałują za grzechy i zdradzają z kolei policję" (S. Mackiewicz, Klucz do Piłsudskiego).

Burcew był zbyt doświadczony, aby od razu uwierzyć w cudowną przemianę policjanta. Zażądał od Bakają informacji, które można było stosunkowo szybko sprawdzić. Nowonawrócony dostarczył cały referat, ujawniający fakty o ogromnej wadze politycznej. Odsłaniał zakulisową rolę policji w zorganizowaniu pogromu Żydów w Siedlcach. Obszernie przedstawiał makabryczne dzieje tortur i rozstrzeliwań bez sądu więźniów politycznych, praktykowanych przez warszawski Wydział Ochrany. Sporządził pokaźny rejestr agentów policyjnych działających w polskich organizacjach rewolucyjnych.

Redaktor Byłoje był głęboko poruszony. Nawet pobieżne sprawdzenie rewelacji Bakają potwierdzało ich wiarygodność. Informacje o torturach i rozstrzeliwaniach w Warszawie oraz nazwiska agentów w polskim ruchu socjalistycznym przekazał Burcew niezwłocznie kolegom z PPS. Instancje PPS-owskie wszczęły dochodzenia w kilku sprawach.

Pierwszą była sprawa wybitnego lekarza galicyjskiego, profesora Dunin-Borkowskiego. Doktor Zygmunt Szymanowski, prosząc o dyskrecję, udzielił wyjaśnień w sprawie Borkowskiego znanemu krakowskiemu działaczowi socjalistycznemu, Bolesławowi Drobnerowi. Kiedy Borkowski zjawił się nagle w Krakowie i wszczął starania o asystenturę na Wydziale Lekarskim przy katedrze fizjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, wyznał Szymanowskiemu, że gdy go aresztowano w Warszawie i bito w siedzibie Ochrany, obiecał zostać konfidentem. Po uwolnieniu uciekł zaraz do Galicji, gdzie drżał o swoje życie, gdyż policja rosyjska miała bardzo długie ręce.

PPSD przyjęła do wiadomości oświadczenie Borkowskiego i nie zastosowała wobec niego żadnych sankcji. Skreśliła go tylko z listy członków partii, nie publikując w jego sprawie oficjalnego oświadczenia. Wynurzenia Szymanowskiego w pełni potwierdzały informacje Bąkają.

W bakajowskim spisie agentów Ochrany figurowało też nazwisko niejakiej Janiny Borowskiej. Robotnik, organ PPS-Lewicy, opublikował cały ten spis dodając, że Borowska zażądała sądu partyjnego, podając na swą obronę, że "za jej paszportem jeździły różne niewiasty do Kongresówki".

Kiedy gazeta PPSD - Naprzód podtrzymała mimo to zarzuty przeciw niej, Borowska zaskarżyła imiennie do sądu państwowego w Krakowie redaktora odpowiedzialnego pisma, Emila Haeckera o obrazę czci. Haecker - utrzymywała powódka - wydał nadto broszurę "szkalującą" jej dobre imię, rozpowszechniał "oszczercze" plakaty.

Proces odbył się w kilka lat po pierwszej wizycie Bakają u Burcewa, dnia 17 lutego 1909 roku. Jako świadkowie zeznawali Burcew, Bakaj, mecenas Kułakowski, Ludwik Kulczycki i Bolesław Drobner. W obawie przed przykrościami, jakie mogły spotkać świadków oskarżenia, partia poleciła Drobnerowi odprowadzenie ich z hotelu Pollera, w którym mieszkali, do sądu.

Borowskiej bronił adwokat, doktor Lewicki. Bakaj utrzymywał, iż poznał Borowską jako agentkę Ochrany w 1905 roku, w Warszawie, gdy naczelnik Ochrany wezwał go nagle w nocy. W jego gabinecie spotkał Borowską, która była w stanie bliskim omdlenia i podał jej szklankę wody. Ponieważ był znakomitym fizjonomistą zapamiętał od razu jej twarz. Teraz, w sądzie, podał z pamięci dokładny rysopis Borowskiej, zgadzający się z "oryginałem" co do joty.

Mimo to sąd uznał, że Haecker nie przeprowadził całego dowodu prawdy i skazał go na miesiąc aresztu. Po wyroku oskarżony wstał i podtrzymał swój zarzut, że Borowska była szpiegiem Ochrany. Burcew poparł go dłuższym wywodem.

Drobner opowiada przy okazji o fenomenalnej pamięci Bakaja. Już po złożeniu swych zeznań, opisujących wygląd Borowskiej, ujrzał ją na korytarzu sądowym. "Założył się z nami - pisze Drobner - że kiedy Borowska przejdzie, on nam później zada szereg pytań dotyczących jej osoby, a my nie potrafimy na nie odpowiedzieć. Gdy Borowska przechodziła przez korytarz, przypatrywaliśmy się jej dokładnie, a potem, zapytani przez Bakają, odpowiadaliśmy fałszywie. Nie zauważyliśmy, czy suknia była z materiału w kratę, czy w kropki, patrzyliśmy na torebkę, a nie zauważyliśmy, czy miała szalik na szyi, czy nie. Tymczasem Bakaj zapamiętał wszystkie szczegóły. Zapytałem go, skąd się u niego bierze ta nadzwyczajna bystrość spojrzenia. Odpowiedział, że chodził na kursy szkoleniowe. Dawano tam wszystkim, na przykład, pudełko od zapałek do obejrzenia w przeciągu paru minut - nie wolno było notować swoich spostrzeżeń - dopiero po upływie pół roku pytano, ile mogło być zapałek niewypalonych w pudełku, a ile wypalonych, jakiej ilości wypalonych papierosów odpowiadała ilość popiołu zawarta w pudełku. Chodziło o to, że rewolucjoniści na swoich tajnych zebraniach palili wszyscy papierosy. Żeby nie pozostawiać śladu po sobie, wrzucali popiół do pudełka od zapałek i ten popiół oraz ilość spalonych zapałek świadczyła mniej więcej o długości zebrania. Przyszli agenci Ochrany musieli przypomnieć sobie, czy płytki do zapalania zapałek były bardzo starte, czy nie. Zapytał jeden z nas Bakaja, czego to miało dowodzić. Ten odpowiedział: czy zapala zapałki człowiek nerwowy, czy też spokojny? Spokojny pociera raz, a nerwowy kilka razy, zanim zapali."

Dalszy ciąg sprawy Borowskiej przyniósł tragedie. Opinia publiczna została zaalarmowana wiadomością, że w nocy z 5 na 6 czerwca 1909 roku adwokat Lewicki został zamordowany w swoim mieszkaniu. W tym czasie była u niego Borowska! Aresztowana składała bardzo dziwne zeznania. Mówiła na przykład, ze zamordowała Łowickiego z pobudek erotycznych. Była jego kochanką a cierpiący na nadmiar temperamentu adwokat notorycznie ją zdradzał. Potem nagle zmieniła ton, rozwodząc się, iż odkryła, że Lewicki jest agentem Ochrany nasłanym, żeby ją skompromitować...

W początkach stycznia 1910 roku stanęła przed sądem oskarżona o zabójstwo doktora Lewickiego. Znów nie było pełnego dowodu winy i Borowską uwolniono. Spokojnie wyjechała do Wiednia, aby ukończyć studia. Pisano i mówiono, że policja rosyjska porozumiała się ze swą austriacką "koleżanką" i połączone wysiłki obu służb uratowały Borowską przed wyrokiem. A Lewickiego zamordowała, gdyż za dużo o niej wiedział...

Prawdziwą jednak "bombą" było zdemaskowanie przez Bakaja jako agenta Ochrany znanego publicysty, filozofa, socjologa i powieściopisarza, autora Płomieni i Legendy Młodej Polski, uwielbianego przez młodzież Stanisława Brzozowskiego. Wywołało to istną burzę, która ciągnęła się latami i przypominała "polską aferę Dreyfusa".

Polskie środowiska intelektualne, młodzieżowe i polityczne podzieliły się na dwa obozy. Jedni, jak znany historyk Jan Krzesławski-Cynarski w swej książce Prawda o Brzozowskim, długo jeszcze po śmierci Brzozowskiego utrzymywali, że był agentem. Inni żarliwie odrzucali te oskarżenia. Wśród obrońców czci Brzozowskiego na czoło wysuwał się Stefan Żeromski, który rzucił na szale walki cały swój autorytet moralny. A jednak - jak pisał Jan Grabiec - "Burza, jaką w jego obronie wszczęli fanatyczni wielbiciele, niewiele mu pomogła. Opinia publiczna z zaciekłością kamienowała autora Legendy Młodej Polski, którą niedawno rozchwytywano. Smutna ta prawda dla nas, obcujących kiedyś bliżej z nieszczęsnym "Brzozą" i znających warunki życia konspiracyjnego, była niestety oczywista".

Zbierały się w tej wyjątkowo przykrej dla społeczeństwa polskiego sprawie różne "sądy obywatelskie" i socjalistyczne, zarówno za życia pisarza, jak i po jego śmierci.

Najwięcej hałasu i sporów wywołał sąd obywatelski, który zebrał się w 1909 roku. Odrzucono "eufemistyczne", jak to nazwano, oskarżenia Bakaja o współpracę Brzozowskiego z Ochraną. Pisarza jednak nie uniewinniono!

"Eufemistyczne" oskarżenia Bakaja obwiniały Brzozowskiego o to, że był czynnym i szczególnie szkodliwym agentem Ochrany w latach 1904-1906. Później pod wpływem zdemaskowania i ciężkiej choroby, roboty tej zaprzestał. Grabiec, który w okresie studiów był bliskim kolegą "Brzozy" i dla którego sprawa ta była wielkim wstrząsem osobistym, ubolewa, że tej miary człowieka pogrążył "cyniczny, spokojny, o wstrętnej, bladej, wyniszczonej twarzy szpieg", zeznający z "zabójczą dokładnością, z oczami zakrytymi czarnymi szkłami, patrząc w ziemię". Tak, jakby dla historii większe znaczenie miały dowody winy, dostarczane przez ludzi o miłej powierzchowności i dobrej reputacji towarzyskiej! Zresztą Bakaj, młody wówczas człowiek, nie miał bynajmniej twarzy "wstrętnej i bladej", a owszem, sprawiał sympatyczne wrażenie...

W tej okropnej sprawie nic nie było jasne i oczywiste. Wciąż przybywały nowe dokumenty, obciążające Brzozowskiego. Wciąż też debatowały nad nimi kolejne "sądy obywatelskie"...

Okazało się, iż Brzozowski zaprzedał się Ochranie znacznie wcześniej, bo około 1900 roku. Okoliczności tej zdrady były, z ludzkiego punktu widzenia, dramatyczne. Pod koniec ubiegłego wieku Brzozowski, syn zubożałego obywatela ziemskiego z Lubelszczyzny, wstąpił na Wydział Przyrodniczy rosyjskiego Uniwersytetu w Warszawie. Ciesząc się powszechną sympatią i autorytetem wśród kolegów, został wybrany prezesem zarządu akademickiego Bratniaka. Po jakimś czasie okazało się, iż systematycznie defraudował składki koleżeńskie. Rodzice Brzozowskiego, mieszkający w Warszawie, żyli w nędzy, ojciec umierał w mękach na raka gardła. Skradzione pieniądze wydawał Brzozowski na żywność dla rodziny i lekarzy ojca. Bliżsi koledzy, znając ten osobisty dramat Brzozowskiego, pokryli braki w kasie Bratniaka z własnej kieszeni. Brzozowski ustąpił z prezesury i został oddany pod sąd koleżeński.

I w tym momencie go aresztowano. Policja wiedziała, że jest on wschodzącą gwiazdą intelektualną Polski, ma zadatki na wybitnego działacza politycznego i pisarza europejskiej skali. Postanowiła więc go złamać, wciągnąć w bagno, upodlić, zmusić do współpracy agenturalnej, aby mieć go w ręku.

Podczas rewizji w mieszkaniu Brzozowskiego znaleziono jakąś nielegalną odezwę i hektograf. W warszawskiej Ochranie zaproponowano mu natychmiastowe uwolnienie w zamian za wydanie autorów odezwy i napisanie "ogólnego referatu" o nastrojach w organizacjach młodzieżowych. Przesłuchujący byli zdumieni, że taki człowiek zgodził się natychmiast. Jako autora odezwy wymienił Brzozowski swego kolegę, Ulanowskiego, który spędził potem rok w Cytadeli. Innych osób nie wydał, ale napisał bardzo szczegółowe sprawozdanie o stosunkach panujących wśród młodzieży polskiej różnych odcieni politycznych. O tej sprawie nie mógł wiedzieć Bakaj, który w warszawskiej Ochranie rozpoczął pracę dopiero w 1903 roku.

Wiedział natomiast o niej sporo Grabiec, który przyznaje, że "ton zeznań był nikczemny, zdrada oczywista. W Ochranie zaczęły zjawiać się wybornie opracowane referaty o prądach umysłowych w społeczeństwie polskim, o ideologii poszczególnych grup, bez żadnych zresztą denuncjacji osobistych, co tutaj mocno podkreślam".

Denuncjacje osobiste zaczęły się natomiast później, już w okresie pracy Bakaja w Warszawie, o czym mówił przed "sądem obywatelskim" posługując się dowodami. W 1900 roku warszawska organizacja PPS była alarmowana, iż Brzozowski jest częstym gościem w gmachu Ochrany. Meldunki te nieopatrznie zlekceważono, gdyż Brzozowski, choć sympatyzujący z ruchem radykalnym, do PPS i żadnego innego polskiego ugrupowania politycznego nie należał a po aferze z defraudacją pieniędzy był usunięty z życia publicznego młodzieży.

Wychodziły na światło dzienne okropne dokumenty. Jednym z nich była tzw. lista wileńska Ochrany. Figuruje na niej wśród "tajnych współpracowników" nazwisko literata Stanisława Brzozowskiego, informującego "o sprawach studenckich i różnych warstwach inteligencji". Znajduje się tam również karta ewidencyjna literata Leopolda Brzozowskiego z 1902 roku.

Pierwszy dokument załączony jest do raportu ustępującego naczelnika warszawskiej Ochrany, pułkownika Antoniego Kowalewskiego, przesłanego na ręce dyrektora Departamentu Policji w Petersburgu, księcia Aleksego Łopuchina. Obrońcy Brzozowskiego, pragnąc obalić lub pomniejszyć znaczenie notatki Kowalewskiego pisali, że obejmujący urząd naczelnika warszawskiej Ochrany rotmistrz Peterson w spisie tajnych współpracowników nie umieścił nazwiska Brzozowskiego. Podkreślali ponadto, że w karcie ewidencyjnej figuruje imię jakiegoś Leopolda a nie Stanisława Brzozowskiego, że karta jest "czysta" tj. nie podaje żadnych szczegółów agenturalnej działalności. Niestety, zapomniano, że na drugie imię Brzozowski miał właśnie Leopold...

Oskarżyciele Brzozowskiego z kolei także nie gardzili relacjami wątpliwej wartości. Naprzód w artykule "Szpieg" rozpisywało się, że jeszcze przed 1900 rokiem był Brzozowski częstym gościem szefa żandarmerii warszawskiej, pułkownika Andrzeja Markgrafskiego, speca od szantażu psychologicznego. Znaczyłoby to, że miał kontakty z Ochraną jeszcze przed swym aresztowaniem! W artykule czytamy, iż Markgrafski i Brzozowski mieszkali przez jakiś czas w Otwocku i składali sobie często sąsiedzkie, przyjacielskie wizyty.

Insynuacji tych nie potwierdza jeden z koronnych oskarżycieli Brzozowskiego, Krzesławski-Cynarski. A w sprawie Markgrafskiego był on autorytetem nie lada! Nie tylko mieszkał w Otwocku, ale jako czynny działacz PPS brał udział w 1906 roku w przygotowywaniu zamachu na znienawidzonego szefa żandarmerii warszawskiej. Prowadził regularne obserwacje otwockiej willi Markgrafskiego i nigdy nie dostrzegł kręcącego się tam Brzozowskiego. Markgrafskiego znał z widzenia każdy niemal mieszkaniec Otwocka. Codziennie po południu jeździł on ze stacji kolejowej do swojej willi otwartym powozem, zaprzężonym w białe konie, w asyście żandarmów, z żoną i dwojgiem dzieci.

Spór między obrońcami i oskarżycielami Brzozowskiego nie zakończył się właściwie do dziś. Obrońcy jego czci, nie mogąc negować ujawnionych materiałów, negują ich autentyczność, uważają je za sfabrykowane. Wedle nich, Bakaj, rozpoczynając współpracę z Burcewem, był nadal agentem Ochrany i działał na jej zlecenie. Oskarżenie Brzozowskiego było świadomie zaplanowaną akcją policji rosyjskiej, zmierzającej do skłócenia polskiej opinii publicznej i rozbicia partii rewolucyjnych. Pojawia się i drugi, nieco złagodzony wariant, według którego Bakaj tylko początkowo był agentem Ochrany i dostarczył "fałszywki", a potem szczerze się nawrócił i równie szczerze uwierzył w mistyfikację.

Postawienie sprawy na tej płaszczyźnie uniemożliwia jej rozstrzygnięcie. Strona oskarżająca dostarczyła autentyczne materiały policyjne, obciążające Brzozowskiego, podczas gdy obrońcy, przenosząc się w sferę czystej metafizyki, określają je bez dostatecznych podstaw jako "fałszywe".

Rzecz charakterystyczna, że tę metafizykę stosuje się tylko do casusu Brzozowskiego. Ci sami najzagorzalsi obrońcy polskiego pisarza bynajmniej nie kwestionują autentyczności Bakajowskich materiałów demaskujących np. Azefa! Jeden z nowszych biografów Brzozowskiego, Andrzej Mencwel, nadaje tej metafizyce podejrzane pozory wywodu logicznego: "Dowód, że Bakaj był prowokatorem, nie przesądza fałszywości jego informacji; podobnie jak dowód, że nie mylił się w innych oskarżeniach (np. Azefa), nie przesądza o prawdziwości jego wskazań względem Brzozowskiego. Twierdzenie, że sąd obywatelski postępował stronniczo, nie pociąga za sobą automatycznie obalenia oskarżeń Bakaja; obrona obiektywizmu sądu z kolei nie przesądza o wiarygodności tych oskarżeń."

Gordyjski węzeł! Należy przeprowadzić inne niż Mencwel rozumowanie. Wiadomo, że jak świat światem tajne policje podrzucały i podrzucają "sfabrykowane dowody" agenturalnej współpracy wielu Bogu ducha winnych ludzi. Ale wiadomo też, że wielu z tych niewinnie oskarżonych potrafiło przeprowadzić "dowód niewinności". Wiadomo dalej, iż zdemaskowano wielu agentów, tak jak czynił to Burcew. Wielu zdemaskowały pochwycone po upadku starego reżimu akta policyjne. Ale wiadomo też, że jeszcze liczniejsi konfidenci do końca swoich dni chodzili bezkarni.

Powstaje wreszcie pytanie, czy sam kontakt z tajną policją jest dowodem winy? Czy fakt, że ktoś utrzymywał stosunki towarzyskie z oficerem policji jest dowodem winy? Czy niektóre z tych osób nie czyniły tego na zlecenie i za zezwoleniem partii podziemnych i ruchów zwalczających znienawidzony reżim?

Sprawa Stanisława Brzozowskiego jest wyjątkowo bolesna dla społeczeństwa polskiego wychowanego w kulcie romantycznego posłannictwa pisarza i bojownika Sprawy Narodu. Oto jeden z przodowników narodu, uważany za jego proroka i nauczyciela w czasach najtrudniejszych, obciążony został piętnem zdrady!

Stanisław Brzozowski aż do swej tragicznej, samotnej śmierci na gruźlicę we Florencji, bronił się rozpaczliwie przed rosnącym huraganem oskarżeń. Bronił się piórem publicysty i literata, którym tak sprawnie władał. Niestety, nie dostarczył żadnych dowodów, że oskarżenia Bąkają i innych są nieprawdziwe...

 

Marek Ruszczyc "Z tajemnic carskiej Ochrany. Agenci i prowokatorzy", Warszawa 1993







Sprawa współpracy Stanisława Brzozowskiego z Ochraną