Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Focus Historia - 22/11/2011

 

Andrzej Fedorowicz

Zdrada? Opłaci się!

 

Na karanie agentów, którzy przeszli na stronę wroga, mogą sobie pozwolić tylko najbardziej sprawne i bezwzględne służby wywiadowcze świata. Ale nawet im rzadko się to udaje

 

Filmowi zdrajcy z "Bondów" giną efektownie: wyrzuceni przez agenta 007 z samolotu ("W obliczu śmierci"), topieni w basenie z piraniami ("Żyje się tylko dwa razy") itp. Oglądanie scen zemsty, którą psychologowie nazywają "altruistycznym wymierzaniem kary", sprawia nam wyraźną przyjemność. A jednak karanie zdrajców, którym udało się umknąć, wcale nie jest łatwe. Dlatego większość współczesnych zdrajców-uciekinierów żyje i ma się dobrze, chociaż strach przed zemstą nie opuszcza ich ani na moment. 73-letni Oleg Gordijewski nigdy nie jada na mieście. Kiedy wychodzi z domu, zawsze zabiera ze sobą termos z kawą, trzy kanapki i butelkę wody mineralnej. Ten pułkownik i rezydent KGB w Londynie i Kopenhadze, przez 11 lat (1974-1985) był podwójnym agentem, ujawniającym brytyjskiemu kontrwywiadowi MI6 tajemnice sowieckich tajnych służb. Wyrok śmierci, który za to dostał, nie stracił ważności nawet po upadku ZSRR. Dawni koledzy nie wybaczyli mu zdrady i tego, że okazał się od nich sprytniejszy: był jedynym oficerem KGB, któremu w czasie śledztwa udało się uciec z ZSRR. Ostatnią próbę zamachu Gordijewski przeżył w 2007 r. - 22 lata po tym, jak przez Finlandię przedostał się do Londynu pod opiekę MI6...

Podwójny agent Mróz

27 października 1960 r. o godz. 20.20 jeden z mieszkańców Argenteui pod Paryżem odnalazł zwłoki mężczyzny. Denat miał nad prawym uchem ranę postrzałową od broni kalibru 7,62 mm. Śledztwo szybko przejął francuski kontrwywiad DST. Zamordowanym był bowiem 34-letni kpt. Władysław Mróz, etatowy pracownik wywiadu peerelowskiego i jednocześnie jeden z najcenniejszych podwójnych agentów DST we Francji. Mróz został wysłany z Warszawy do Paryża razem z rodziną rok wcześniej, miał prowadzić tamtejszą siatkę szpiegowską. Nie była to byle jaka agentura. Do 20-osobowej grupy należało kilku inżynierów i specjalistów technicznych, dwóch dyrektorów przedsiębiorstw, sekretarz Komitetu Centralnego Francuskiej Partii Komunistycznej i mer małego miasta na północy kraju. Jednakże już po kilku miesiącach pobytu we Francji Mróz, pracujący jako fotoreporter dla jednej z paryskich gazet, został zatrzymany przez DST i poddany wielodniowym przesłuchaniom. W ich trakcie zdradził śledczym najcenniejsze tajemnice: od składu siatki szpiegowskiej peerelowskiego wywiadu we Francji poprzez sposoby łącznikowania tajnych współpracowników aż po ulubione miejsca spotkań agentów z oficerami prowadzącymi. Ujawnił też nazwiska kilku ludzi pracujących dla wywiadu cywilnego PRL-u w Izraelu i w Wielkiej Brytanii.

Żaden ze wskazanych informatorów nie został jednak zatrzymany. DST postanowiło wykorzystać Mroza jako podwójnego agenta i pozwolić mu działać nadal - pod swoją kontrolą. Informacja o "niezidentyfikowanym przecieku we Francji" dotarła do polskiego wywiadu z sowieckiego KGB latem 1960 r. Szybko ustalono, że zdrajcą jest Mróz. Z dnia na dzień w Departamencie I MSW została powołana nieoficjalna grupa likwidacyjna. Plan zemsty opracował zastępca szefa departamentu płk Henryk Sokolak. Pierwszy scenariusz przewidywał porwanie zdrajcy i dostarczenie go do Polski w celu osądzenia. Zrezygnowano z tego wariantu ze względu na możliwość pozostawienia śladów i dekonspiracji, co groziłoby kryzysem dyplomatycznym. Pozostawało zabójstwo. Wykonawca wyroku zgłosił się sam. Był to 40-letni pracownik wywiadu, Polak urodzony we Francji, który znał Mroza osobiście. 26 października 1960 r. egzekutor zaaranżował na ulicy w Paryżu "przypadkowe" spotkanie. Powiedział Mrozowi, że przyjechał właśnie z Warszawy i ma list od jego rodziców o poważnym wypadku ojca. Na przekazanie korespondencji umówili się na następny dzień. Kiedy nazajutrz Mróz zjawił się w wyznaczonym miejscu, trzech mężczyzn wciągnęło go do samochodu i wywiozło na przedmieścia Paryża. Tam strzałem z pistoletu TT egzekutor wykonał wyrok, wydany przez kolegów z Warszawy.

"Carewicz" przeżył

Zabójstwo Mroza jest jak dotąd jedynym potwierdzonym przypadkiem zemsty na zdrajcy, wykonanej przez polskie służby specjalne - i to bez procesu sądowego. Spośród 11 oficerów peerelowskiego wywiadu, którzy przeszli na stronę wroga i zbiegli za granicę w latach 1956-1964, w ośmiu przypadkach poza degradacją nie wszczęto przeciw nim żadnego postępowania. Dwóch zostało skazanych na karę śmierci, ale udało się wyegzekwować tylko jeden wyrok (uciekinier ppłk Jerzy Bryn sam wrócił do kraju, a wyrok zamieniono mu na dożywotnie więzienie, zmarł w 1978 roku). I tylko w jeszcze jednym przypadku ucieczki - ppłk. Michała Goleniewskiego z 1961 r. - w Departamencie I MSW powstała specjalna grupa operacyjna (o kryptonimie "Teletechnik"), której zadaniem było zlokalizowanie i zlikwidowanie zdrajcy. Stało się to pod naciskiem KGB, ponieważ Goleniewski wsypał też najcenniejszych sowieckich szpiegów, ulokowanych m.in. w służbach wywiadowczych Wielkiej Brytanii, RFN i Izraela.

Wyroku na Goleniewskim nigdy nie udało się wykonać, chociaż istnieją dowody, że polski wywiad próbował tego kilkakrotnie. Tym bardziej że uciekinier w czasie pobytu w USA robił wokół siebie sporo medialnego szumu. W 1964 r. ogłosił, że nazywa się Aleksiej Nikołajewicz Romanow i jest jedynym pretendentem do rosyjskiego tronu. Nie wiadomo, czy postanowił udawać wariata, czy dobrać się do przechowywanych w zachodnich bankach milionów dolarów majątku Romanowów. Kiedy jednak w 1969 r. jeden z oficerów polskiego wywiadu trafił na ślad "carewicza" w USA i Brazylii, Goleniewski zniknął. Według informacji zdobytych przez agentów został ulokowany w specjalnym utajnionym ośrodku. Po kolejnych 10 latach nieskutecznych prób zlokalizowania zdrajcy sprawa "Teletechnik" została zamknięta. Michał Goleniewski dożył wieku 71 lat. Zmarł w roku 1993 w nowojorskim szpitalu.

Bond, czyli brytyjskie kompleksy

Niewykluczone, że postać Jamesa Bonda powstała wyłącznie po to, aby Brytyjczycy mogli odreagować upokorzenia, które zafundowali im rodzimi zdrajcy pracujący dla sowieckiego KGB. W przeciwieństwie bowiem do agenta 007 pozostali funkcjonariusze tajnych służb Jej Królewskiej Mości nie mogą pochwalić się sukcesami w karaniu własnych renegatów. 22 października 1966 r. 40-letni George Blake wyjął przepiłowaną wcześniej kratę więzienia w Wormwood Scrubs i skoczył na leżący poniżej dach. Miał przy sobie walkie-talkie; dostarczył mu je zwolniony wcześniej, a wtajemniczony w plan ucieczki współwięzień Sean Bourke. Na umówiony sygnał radiowy Bourke przerzucił przez mur więzienia lekką sznurową drabinkę i po chwili Blake siedział już w jego zaparkowanym pod murami więzienia samochodzie.

Blake nie był zwykłym więźniem. Był najgroźniejszym ze schwytanych przez brytyjski kontrwywiad sowieckich "kretów" w służbach Jej Królewskiej Mości. Człowiekiem odpowiedzialnym za aresztowanie 42 brytyjskich agentów, działających na terenie krajów komunistycznych i w samym ZSRR. Blake wydał KGB m.in. całą siatkę szpiegowską w Berlinie Wschodnim, którą sam organizował. Został za to skazany na 42 lata więzienia - po roku za każdego zdradzonego agenta. Wpadł tylko dlatego, że informację o nim przekazał zachodnim służbom wywiadowczym inny zdrajca, ppłk Michał Goleniewski z wywiadu PRL. Jednak w więzieniu Blake spędził tylko 5 lat. Uciekinier przeczekał obławę w ukrytym lokum, zaledwie 2 km od więzienia.

Sądził, że jego wspólnicy - sympatycy Irlandzkiej Armii Republikańskiej - nie kochają brytyjskiego rządu i dlatego mu pomagają. Nie wiedział, że cała akcja uwolnienia go to operacja KGB. Wkrótce Blake został wywieziony z Wielkiej Brytanii w schowku pod kanapą samochodu kempingowego i dostarczony do Berlina. Stamtąd poleciał do Moskwy, gdzie mieszka do dzisiaj. W Rosji Blake dołączył do brytyjskich zdrajców, którym udało się uciec do ZSRR jeszcze w latach 50. i 60. Byli wśród nich Donald McLean i Kim Philby z tzw. Piątki z Cambridge. Chociaż ta trójka wyrządziła potężne szkody brytyjskim służbom i ośmieszyła je przed całym światem, wywiad Jej Królewskiej Mości nie zrobił nic, by dopaść zdrajców.

Służba, która nie wybacza

Na opinię najbardziej mściwych i zawziętych Rosjanie pracują od ponad 70 lat. 20 sierpnia 1940 r. agent NKWD Ramon Mercader zabił w Meksyku Lwa Trockiego, największego konkurenta Józefa Stalina. Od tamtej pory zabójców, wysyłanych w celu likwidacji zdrajców, moskiewskie służby zaczęły nazywać "mercaderami". Ulubioną bronią "mercaderów" są trucizny. Już w roku 1921 w sowieckiej CzeKa, kierowanej wówczas przez Feliksa Dzierżyńskiego, powstało tajne laboratorium nr 12, w którym opracowywano skład zabójczej substancji, niepozostawiającej śladów we krwi ofiary. Z upływem lat w arsenale NKWD, a później KGB, pojawiły się m.in. kwas cyjanowodorowy, fluorooctany, polon i tal.

Wiele z tych substancji wywołuje objawy podobne do udaru mózgu lub ataku serca, trudno więc ocenić, ile osób rzeczywiście uśmiercono za ich pomocą. Być może nigdy byśmy się o nich nie dowiedzieli, gdyby nie nieudana próba zlikwidowania zdrajcy z KGB Nikołaja Chochłowa. Kapitan Chochłow sam był "mercaderem", szkolonym w latach 50. W 1954 r. został wysłany do Frankfurtu nad Menem w celu likwidacji Gieorgija Okołowicza, lidera antysowieckiej organizacji Narodowy Związek Pracy (NTS), założonej przez rosyjskich i ukraińskich emigrantów. Jednak zamiast poczęstować Okołowicza kulą wypełnioną cyjankiem potasu, Chochłow ostrzegł niedoszłą ofiarę przed zamachem. Po czym oddał się w ręce CIA. Decyzję o likwidacji zdrajcy podpisał sam Nikita Chruszczow. Do Frankfurtu wysłano grupę "mercaderów". 15 września 1957 r. Chochłow przebywał jako gość na zjeździe NTS we frankfurckim Palmengarten. Tam poprosił kelnera o przyniesienie filiżanki kawy. Zdążył jednak wypić tylko łyk. Chwilę później zemdlał. W szpitalu, do którego przewieziono Chochłowa, lekarze stwierdzili początkowo zatrucie pokarmowe. Jednak po pięciu dniach na ciele i twarzy chorego pojawiły się czarne i niebieskie plamy. Z oczu zaczęła wypływać lepka wydzielina, skóra stwardniała i pękała przy dotknięciu, a włosy wypadały całymi kosmykami. Krew ofiary ulegała szybkiemu rozkładowi, którego lekarze nie byli w stanie zrozumieć. Były agent został przewieziony do szpitala wojskowego armii amerykańskiej i dopiero tam, dzięki eksperymentalnym lekom i ciągłym transfuzjom krwi, zaczął wracać do zdrowia. Jednocześnie lekarzom udało się ustalić przyczynę jego choroby: zatrucie promieniotwórczym talem. Była to pierwsza wzmianka o zastosowaniu tej substancji przez sowiecki wywiad. Nikołaj Chochłow dożył upadku ZSRR. Ocalał tylko dzięki nieprawdopodobnie silnemu organizmowi i... stosowanej przez KGB zasadzie, że skazańca, który raz urwał się z szubienicy, nie wiesza się powtórnie. Tego szczęścia nie miał jednak inny człowiek, Aleksander Litwinienko, również skazany przez sowieckie służby na śmierć za zdradę.

Promieniotwórczy i zabójczy

Litwinienko, były podpułkownik rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB), w 2001 r. otrzymał azyl polityczny w Wielkiej Brytanii. Szybko stał się znany jako największy krytyk prezydenta Władimira Putina i rosyjskich służb specjalnych. W swojej książce "FSB wysadza Rosję" oskarżył je m.in. o sprowokowanie wojny na Kaukazie poprzez zamachy bombowe w Moskwie i Wołgodońsku w 1999 r. (oskarżono o nie Czeczenów). W 2006 r. Litwinienko dostał brytyjskie obywatelstwo. Poczuł się bezpiecznie. 1 listopada 2006 r. spotkał się nawet z dawnymi kolegami z FSB w restauracji hotelu Millennium. Wieczorem Litwinienko poczuł się źle. Miał skurcze żołądka i trudności z oddychaniem. Następnego dnia pojawiła się też biegunka ze śladami krwi. Lekarze stwierdzili jednak... infekcję. Kiedy trafił do szpitala, wyniki były początkowo niezłe. Załamanie nastąpiło po tygodniu: organizm przestał reagować na antybiotyki, włosy wypadły, chory schudł 15 kg. Żył jeszcze dwa tygodnie. Tuż przed jego śmiercią do szpitala dotarły wyniki badań, wskazujące na za- trucie promieniotwórczym izotopem 210 polonu...

Za każdą cenę

Są służby, dla których koszty przestają się liczyć, kiedy trzeba ukarać zdrajcę. Polon, którym uśmiercono Litwinienkę, było wart około 10 mln dolarów. Podobną kwotę kosztowała Mossad akcja ujęcia Mordechaja Vanunu, który ujawnił brytyjskiej prasie szczegóły izraelskiego programu atomowego. Opublikowany w 1986 r. wywiad i zdjęcia wywołały światową sensację. Vanunu, technik zatrudniony przy obsłudze reaktora atomowego na pustyni Negew, przez wiele miesięcy fotografował każdy szczegół procesu wzbogacania uranu. Kiedy po 12 latach pracy został zwolniony, wyjechał do Australii, gdzie nawiązał kontakt z dziennikarzami londyńskiego "Sunday Timesa". Redakcja opłaciła jego przelot do Wielkiej Brytanii. Tymczasem w Tel Awiwie dojrzewał już plan ukarania zdrajcy. Na zabójstwo lub porwanie na brytyjskim terenie nie zgadzał się ówczesny premier Izraela Szimon Peres. Do Londynu została więc wysłana młoda seksowna agentka Cheryl Hanin. Jej zadaniem było wywabienie zdrajcy z Londynu do Rzymu. W ciągu kilku dni od zawarcia znajomości agentka tak oczarowała swoją ofiarę, że Vanunu, nie bacząc na ostrzeżenia brytyjskich opiekunów, zgodził się na romantyczny weekend we Włoszech. Tam czekał już na niego Mossad. Zdrajca dostał zastrzyk usypiający, po czym agenci przewieźli go do portu La Spezia. Stamtąd łodzią motorową dostarczono go na pokład zakotwiczonego na pełnym morzu izraelskiego torpedowca. W 1988 r. Vanunu został skazany na 20 lat więzienia. Jednak niebawem wyszedł na wolność i jest dziś człowiekiem zamożnym - na londyńskim koncie czekała na niego spora suma od "Sunday Timesa"!

Nie dać się zabić i zarobić

Gordijewski też nieźle zarobił na tajemnicach, które zdradził w wydanej na całym świecie książce "Ostatni przystanek - egzekucja". Chociaż twierdzi, że próbowała go otruć ta sama ekipa, która zgładziła Litwinienkę, spokojnie mieszka niedaleko Londynu pod zmienionym nazwiskiem. Chochłow prowadzi leniwy żywot emerytowanego profesora psychologii w Kalifornii. Dla wielu obecnych i przyszłych zdrajców są oni żywym dowodem, że sprzedając tajemnice wrogom, można ustawić się na całe życie. A jednak... W 1985 r. Edward Lee Howard, funkcjonariusz CIA, zbiegł do ZSRR po zdemaskowaniu go jako agenta KGB. Po 17 latach od tej ucieczki ciało Howarda zostało znalezione przez sąsiadów w ogrodzie jego daczy, 20 km na północ od Moskwy. Czy 51-letni zdrajca zmarł z przyczyn naturalnych? Czy zginął od tajemniczej trucizny, a wyrok zapadł w centrali CIA? A może to dzieło prywatnego mściciela, który wymierzył sprawiedliwość w imieniu kolegów, wydanych przez Howarda w ręce sowieckich specsłużb? Element niepewności u zdrajcy zawsze pozostanie.




KUKLIŃSCY: OFIARY ZEMSTY?

Pułkownik Ryszard Kukliński został ewakuowany z Polski przez CIA w listopadzie 1981 r., po ponad 10 latach współpracy z amerykańskim wywiadem. "Był naszym najcenniejszym źródłem informacji w bloku wschodnim" - wspominał Robert Gates, dyrektor CIA. Kukliński spodziewał się sowieckiej zemsty i chciał ochronić przed nią także swoją rodzinę. Amerykański wywiad wywiózł więc z Polski jego żonę i dwóch synów: 26-letniego wówczas Waldemara i 23-letniego Bogdana. Młodszy był wtajemniczony w działalność ojca, m.in. pomagał mu kontaktować się z CIA i przechowywał w mieszkaniu szpiegowskie materiały.

Po ucieczce z Polski cała rodzina zamieszkała w Tampa na Florydzie, pod ścisłą opieką CIA. Minęło ponad 10 lat i nic złego się nie wydarzyło. Aż do sylwestrowej nocy 1993 r. Nowy rok 1994 Bogdan Kukliński postanowił powitać razem z przyjacielem na łodzi u wybrzeży Florydy. Kilka dni później pusty jacht został odnaleziony w Key West. Chociaż początkowo podejrzewano, że obydwu żeglarzy zmyła z pokładu morska fala, szklanki i kieliszki na jachcie były nietknięte. Płk Kukliński sądził początkowo, że syn został porwany przez kubańskich komandosów w celu wymiany na ojca. Nikt jednak nie zgłosił się z taką propozycją. Ciała nigdy nie odnaleziono i 35-letni Bogdan został uznany za zmarłego. Zaledwie kilka miesięcy później, 13 sierpnia 1994 r., rozpędzony jeep bez numerów rejestracyjnych potrącił na pustym dziedzińcu kampusu uniwersytetu Tampa 39-letniego Waldemara Kuklińskiego, a następnie dwukrotnie przejechał po jego ciele. Kierowca uciekł z miejsca wypadku i nigdy nie został schwytany. W samochodzie nie znaleziono też żadnych odcisków palców. Ryszard Kukliński nigdy nie oświadczył, że śmierć synów była zemstą służb specjalnych za jego zdradę. Nie istniał już ZSRR, PRL ani Układ Warszawski. Podejrzenia jednak pozostały.





Większa dawka top secret