Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 

 

AMERYKAŃSKA MAFIA - cz. 1

 

 

 

Anthony Joseph ACCARDO (1906-1992): Boss Mafii chicagowskiej

Anthony Joseph Accardo, znany wśród mafijnych bossów z Chicago jako Tony, przez niższych rangą gangsterów określany mianem "Pan Accardo", a przez rozmaitych zwolenników Mafii - jako "ktoś, kto więcej myślał przed śniadaniem niż Al Capone przez cały dzień", doszedł na szczyty władzy pod pseudonimem "Joe Batters" [ang. bat - kij].

Fakt, że Accardo zdołał wspiąć się na tak wysokie stanowisko, należy uznać za zdumiewający, biorąc pod uwagę przyziemne początki jego kariery. Młody Accardo służył pod rozkazami Ala Capone jako zwykły żołnierz, znany z umiejętnego posługiwania się kijem baseballowym. Po jakimś czasie jego wrodzony spryt i zdolność do zachowywania dyskrecji zwróciły uwagę samego Wielkiego Ala. Udając się do więzienia na krótkotrwałą odsiadkę, Capone wyznaczył trójkę zastępców, którzy mieli sprawować władzę pod jego nieobecność. W skład triumwiratu wchodzili Jake Guzik (administracja), Frank Nitti (planowanie operacyjne) oraz Accardo (zbrojne ramię organizacji). Pod rozkazy Accardo oddano tak sławnych gangsterów jak Jack "Machine Gun" McGurn, Tough Tony Capezio. Sam "Golf Bag" Hunt, Screwy John Moore, Red Forsyth i Jimmy Belcastro, król pirotechników. Pozycja Accardo uległa dalszemu wzmocnieniu, gdy Capone skazano na długoletnie więzienie. W 1943 r. Nitti - mając w perspektywie wyrok - wybrał samobójstwo i przywództwo nad organizacją objął Accardo.

Przez wiele lat Accardo dzielił władzę ze swoim przyjacielem Paulem Rikką - było to jedno z nielicznych znanych partnerstw kryminalnych, które nie zakończyły się wzajemną zdradą. Accardo wierzył w podział odpowiedzialności na szczytach, lecz jednocześnie wymuszał bezwzględne posłuszeństwo ze strony swoich podwładnych. Wspólnie z Rikką - przywódcą błyskotliwym aż po późną starość - Accardo rozszerzył interesy Mafii chicagowskiej daleko poza samą metropolię (co nigdy nie było celem Capone). Pod rządami Accardo wpływy rodziny z Chicago sięgnęły aż po Kalifornię, Arizonę, Kolorado, Teksas i Nevadę - przy niemal zupełnej bierności gangów ze Wschodniego Wybrzeża, które wystąpiły jedynie o przyznanie im pewnych praw na terenie Nevady i Kalifornii. (W zamian Mafię chicagowską nagrodzono lukratywnymi kontraktami na Florydzie, Kubie i Bahamach.)

Niektórzy eksperci bagatelizują rolę Mafii chicagowskiej, podkreślając, że często nie była ona reprezentowana w komisji zarządzającej sprawami przestępczości zorganizowanej. Należy jednak zdawać sobie sprawę z faktu, że w USA istnieją dwa odrębne syndykaty: Chicago i cała reszta. Ów podział wpływów stanowi rezultat osiągnięć Accardo i Rikki, a także ich następców - Sama Giancany i (w szczególności) - Joeya Aiuppy. Accardo nie lubił zajmować się codziennymi sprawami administracyjnymi, dlatego w latach czterdziestych oddał tę sferę działalności w ręce ulubieńca Rikki, Sama Giancany (choć wciąż sprawował osobistą kontrolę tam, gdzie uznawał to za konieczne). W połowie lat sześćdziesiątych, gdy Giancanie zaczął palić się grunt pod nogami, Accardo i Ricca musieli ponownie przejąć stery rodziny. Po śmierci Rikki w 1972 r. Accardo awansował na jego następcę swojego starego wspólnika od mokrej roboty, Joeya Aiuppę, bossa z Cicero, sam zaś powrócił do spokojnego i dostatniego życia w swojej dwudziestodwupokojowej posiadłości z krytym basenem, dwoma kręgielniami, pełnowymiarowymi organami oraz łazienkami ze złoconą armaturą, wartą rzekomo pół miliona dolarów.

Błędem byłoby jednak sądzić, że komfortowa rola szarej eminencji zmiękczyła Accardo. Stary boss nigdy nie zapomniał swojej przeszłości i do końca sprawował żelazną ręką rządy nad brutalnym światem przestępczym Chicago. Piętno Accardo odcisnęło się - między innymi - na losie niejakiego Williama "Action" Jacksona, inkasenta haraczy, który zapomniał, dla kogo zbiera pieniądze. Nagiego Jacksona powieszono głową w dół w piwnicy jednego z domów w Cicero, po czym skatowano go przy użyciu ulubionej broni Accardo - kija baseballowego. Jackson został również pocięty brzytwą, a jego oczy wypalono palnikiem gazowym. Po wszystkich tych torturach zwłoki Jacksona poćwiartowano. (Według koronera Jackson nie umarł na skutek odniesionych obrażeń, lecz w wyniku wstrząsu.) Zdjęcia trupa obiegły później świat przestępczy w charakterze ostrzeżenia przed próbami okradania Mafii.

Gdy w 1975 r. zamordowano Sama Giancanę, wszyscy rozumieli, że na tę operację musiał wyrazić zgodę sam Accardo - o ile "zlecenie" rzeczywiście wyszło od Mafii. Wielu gangsterów wmawiało jednak przedstawicielom prasy, że Accardo nie miał nic wspólnego z tym zamachem, że "za wszystkim stało CIA" i że Giancana musiał zginąć, gdyż obawiano się, iż ujawni udział świata przestępczego w nieudanej próbie zorganizowania zamachu na Fidela Castro.

Accardo - dla którego śmierć Giancany stanowiła po prostu rozwiązanie drażliwego problemu - był jednak znany ze sprawiedliwych rządów. Owa cecha zaskarbiła mu szacunek ze strony szeregowych gangsterów. Pewnego razu Jackie the Lackey Cerone poskarżył się Accardo, że jego dawny wspólnik od mokrej roboty Johnny Whales stał się zbyt miękki i że dagos [kolokwialne określenie Włochów] będą starali się go sprzątnąć. Cerone próbował zapewnić Whalesa, że nie ma się czego obawiać ze strony Włochów i że w Mafii "jest też mnóstwo Żydów i Polaczków. Powiedziałem mu to, ale on nadal się boi". Accardo, który gorąco wierzył w stworzoną przez Ala Capone formułę wieloetnicznej Mafii, wyraził swoją przychylność wobec Cerone i spytał go, czy Whales ma zostać sprzątnięty. Cerone odpowiedział, że żywi do Whalesa zbyt wielki sentyment, ale że od tej chwili nie chce mieć z nim nic wspólnego. Accardo wielkodusznie przystał na takie rozwiązanie.

Accardo słynął jako znakomity bilardzista, lecz pewnego razu dał się naciągnąć na 1 000 dolarów pewnemu cwaniakowi, który ukradkiem przechylił stół i odpowiednio dostosował do tego oszustwa swoją technikę gry. Gdy szwindel wyszedł na jaw, Accardo wziął całą winę na siebie. "Puśćcie menela - powiedział. - Oszukał mnie uczciwie". Pod koniec lat siedemdziesiątych Accardo powrócił na spokojną quasi-emeryturę, zaś bezpośrednia kontrola nad Mafią chicagowską przeszła w ręce Joeya Aiuppy i Cerone. Nie ulegało jednak wątpliwości, że w razie problemów stary Joe Batters powróci, by wziąć sprawy w swoje ręce. I tak się w końcu stało. Upadek hazardowego imperium Mafii chicagowskiej w Las Vegas oraz fala wyroków skazujących wydanych na czołowych gangsterów zmusiła Accardo do ponownych przetasowań organizacyjnych i wyznaczenia nowych kandydatów na opuszczone stanowiska - oczywiście bez słowa sprzeciwu ze strony darzących go głębokim szacunkiem mafiosów. Accardo piastował funkcję bossa aż do swojej naturalnej śmierci w roku 1992. Przez całe swoje życie nie spędził ani jednej nocy w areszcie.

 

 

Joe ADONIS (1902-1972): Przywódca syndykatu

Joe Adonis, jeden z najpotężniejszych członków amerykańskiego syndykatu, był długoletnim współpracownikiem takich bossów jak Lucky Luciano, Frank Costello i Meyer Lansky. Adonis kierował Broadway Mob - najważniejszym gangiem przemytniczym Manhattanu w czasach prohibicji. Adonis zawsze utrzymywał, że był rodowitym Amerykaninem, jednak - jak ustalono podczas przesłuchań w sprawie o jego deportację - w rzeczywistości urodził się w Montemarano we Włoszech 22 listopada 1902 r. Do USA przybył jako nielegalny imigrant, przybierając nazwisko Adonis (naprawdę nazywał się Doto) ze względu na swoją nadzwyczajną (w jego opinii) urodę. Podobnie jak wielu jego młodzieńczych towarzyszy - Luciano, Vito Genovese i Albert Anastasia - Adonis szybko pokonywał kolejne szczeble kariery przestępczej w sprzyjających Mafii czasach prohibicji. Pod koniec lat dwudziestych przeniósł się wraz ze swoim gangiem na Brooklyn, gdzie objął funkcję de facto bossa całego kryminalnego podziemia tej dzielnicy - przejmując interesy Frankiego Yale'a, zamordowanego w 1928 r. Klucz do sukcesu Adonisa leżał w jego lojalności i braku wielkich ambicji. Po śmierci Joego Bossa Masserii (zamordowanego przez brygadę zamachowców, w skład której wchodził Adonis) od objęcia funkcji najwyższego bossa włosko-amerykańskiego syndykatu dzielił go już tylko jeden zamach. Adonis był zaufanym członkiem rady nadzorczej syndykatu; rozstrzygał konflikty i spory między rozmaitymi grupami przestępczymi oraz zlecał morderstwa. Albert Anastasia, przywódca grupy Murder, Inc., wykonywał co prawda rozkazy Louisa Lepkego, lecz to Adonis był jego bezpośrednim zwierzchnikiem i trzymał go na krótkiej smyczy (w przeciwnym razie szalony "boss od morderstw" mógłby stracić nad sobą kontrolę i zacząć zabijać przypadkowe osoby). Abe Reles, świadek w procesie Murder, Inc., zeznał: "Jeśli wejdziesz w drogę Joemu Adonisowi, to tak, jak gdybyś wszedł w drogę całemu ogólnokrajowemu porozumieniu".

Aktywność Adonisa nie ograniczała się jednak do interesów przestępczych - stał się również znaną postacią brooklyńskiej sceny politycznej. Do prowadzonej przezeń restauracji Joe's Italian Kitchen ściągały czołowe postaci świata lokalnej polityki - a także świata przestępczego. Wśród obłaskawionych przez Joego członków brooklyńskiej palestry znalazł się między innymi sędzia sądu rejonowego William O'Dwyer (późniejszy prokurator okręgowy i burmistrz Nowego Jorku). Adonisa często widywano w towarzystwie O'Dwyera i Jamesa J. Morana, jego skorumpowanego asystenta, uważanego w późniejszych czasach za powiernika O'Dwyera od wszelkich spraw związanych z obrotem trefną gotówką. Aresztowany Luciano oddał kierownictwo nad własną rodziną w ręce Franka Costello, zaś Adonisowi powierzył nominalne zwierzchnictwo nad całym porozumieniem, nakazując mu "współpracę z Meyerem". Chodziło rzecz jasna o Meyera Lansky'ego - założyciela i mózg syndykatu. Adonis rozumiał zarówno swoje własne zadania, jak i rolę Lansky'ego; okazał się więc wystarczająco bystry, by skrupulatnie wypełnić rozkazy bossa. Po uchyleniu prohibicji Adonis rozszerzył swoją działalność na przemysł portowy na Brooklynie i w New Jersey, a także na nielegalny hazard, gdzie stał się jedną ze znaczniejszych postaci świata przestępczego. Mimo iż był już multimilionerem, zaplanował cały szereg włamań do sklepów jubilerskich, co dla osoby na jego stanowisku stanowiło raczej oznakę niepotrzebnego ryzykanctwa. Wysoko postawieni współpracownicy Adonisa traktowali jego bandyckie eskapady z rozbawieniem - Adonis pozostawał w głębi duszy zwykłym złodziejem, czerpiącym wielką radość ze skoków w staroświeckim stylu.

W 1944 r. Adonis przeniósł swoją organizację do New Jersey i objął kierownictwo nad interesami syndykatu, urzędując w lokalu, który miał wkrótce zyskać sławę jako centrala operacji mafijnych: restauracji Duke's w Cliffside Park. Klimat polityczny i policyjny w New Jersey znacznie bardziej sprzyjał rozwojowi przestępczości zorganizowanej niż na Brooklynie, zaś sam Adonis szybko zerwał z demokratami i zaczął przymilać się do republikanów, stanowiących w tym czasie główną siłę polityczną na jego nowym terytorium. Pomimo długoletniej i pełnej ekscesów kariery kryminalnej Adonis unikał aresztowania aż do roku 1951, gdy - po politycznym trzęsieniu ziemi wywołanym przesłuchaniami Komisji Kefauvera - zmuszono go, by przyznał się do złamania stanowych ustaw regulujących prowadzenie gier losowych. Otrzymał wówczas wyrok dwóch lat pozbawienia wolności. W 1956 r., w obliczu grożących mu oskarżeń o złożenie fałszywych zeznań (po ujawnieniu jego włoskiego pochodzenia), zdecydował się na dobrowolną deportację i dożył końca swoich dni w komfortowych warunkach w Mediolanie. Od czasu do czasu spotykał się z Luciano, przebywającym na wygnaniu w Neapolu, lecz stosunki między obydwoma gangsterami z czasem mocno się ochłodziły. Adonis - mimo iż znajdował się w znacznie lepszej sytuacji finansowej niż Luciano - rzekomo nigdy nie zaoferował Lucky'emu żadnej pomocy; co więcej - nie wsparł wysiłków Luciano, który w owym czasie usiłował zapobiec objęciu przez Vito Genovese przywództwa nad Mafią amerykańską.

Adonis i Luciano zerwali kontakty na początku lat sześćdziesiątych, jednak po śmierci Luciano w 1962 r. Adonis uprosił włoskie władze o zezwolenie na udział w mszy żałobnej odbywającej się w Neapolu. Gdy Adonis składał na grobie Lucky'ego swój ostatni dar- wielki wieniec kwiatów z obligatoryjną mafijną inskrypcją "Żegnaj, kolego" - po jego policzkach spływały łzy.

 

 

Albert ANASTASIA (1903-1957): Płatny morderca i boss rodziny przestępczej

Albert Anastasia, główny specjalista od mokrej roboty w ramach organizacji Murder, Inc., zrobił karierę w Mafii dzięki swojej niepohamowanej brutalności. Żądza krwi nie licowała jednak z obowiązkami ojca chrzestnego, czego dowodzi fakt, iż prawdziwy rozkwit rodziny Anastasii nastąpił dopiero pod rządami jego następcy, Carlo Gambino. Anastasia - jeden z dziewięcioosobowego rodzeństwa - przyszedł na świat we włoskiej rodzinie i przybył do Stanów Zjednoczonych gdzieś między 1917 a 1920 r. Szybko stał się znaną postacią w portach Brooklynu i awansował na ważnego przedstawiciela związku zawodowego dokerów.

Właśnie w tym okresie po raz pierwszy dały o sobie znać tendencje Anastasii do wpadania w morderczy szał pod byle pretekstem: na początku lat dwudziestych Albert zabił jednego ze swoich współpracowników. Osiemnastomiesięczny pobyt w celi śmierci w więzieniu Sing-Sing bynajmniej nie ostudził jego zapędów - Anastasia wyszedł na wolność, gdy podczas ponownego procesu okazało się, że czterej najważniejsi świadkowie oskarżenia zaginęli w tajemniczych okolicznościach. Anastasia przez całe życie zostawiał za sobą trupy świadków. W połowie lat pięćdziesiątych był podejrzewany o oszustwa podatkowe, jednak proces zakończył się fiaskiem, gdyż ława przysięgłych nie była w stanie ustalić werdyktu. Powtórny proces wyznaczono na rok 1955. Głównym świadkiem oskarżenia miał być Charles Ferri, hydraulik z Fort Lee w stanie New Jersey, któremu Anastasia zapłacił 8 700 dolarów za instalację wykonaną w swojej rezydencji. W kwietniu 1955 r., na miesiąc przed rozpoczęciem procesu, Ferri razem z żoną nagle zniknął (w ich mieszkaniu na przedmieściach Miami znaleziono jedynie plamy krwi). Jakiś czas wcześniej Vincent Macri (współpracownik Anastasii) został zastrzelony, a jego ciało porzucono w bagażniku auta zaparkowanego w nowojorskiej dzielnicy Bronx. Po kilku dniach zniknął również brat Vincenta, Benedicto - jego zwłoki wrzucono podobno do rzeki Passaic. Usunięcie małżeństwa Ferri oraz dwóch braci Macri było powszechnie uważane za element spisku mającego na celu wyeliminowanie głównych świadków w procesie Anastasii. Podczas samego procesu Anastasia nieoczekiwanie przyznał się do winy i otrzymał wyrok jednego roku więzienia. Jest wątpliwe, by agenci federalni zdecydowali się pójść na układ z Anastasia, gdyby wciąż dysponowali świadkami gotowymi zeznawać przeciwko niemu. Biorąc pod uwagę przywiązanie Anastasii do morderstw, traktowanych przezeń jako panaceum na wszelkie problemy, nie dziwi fakt, że wspólnie z Louisem "Lepke" Buchalterem wszedł on w skład kierownictwa zbrojnego ramienia amerykańskiego syndykatu, tzw. Murder, Inc. W przybliżeniu szacuje się, iż całkowita liczba ofiar Murder, Inc. wahała się między 400 a 500. W przeciwieństwie do Lepkego oraz wielu innych członków Murder, Inc., Anastasia nigdy nie został oskarżony o żadne z tych zabójstw. Pewnego razu, gdy wydawało się już, że prokuratura ma go w garści, główny świadek oskarżenia nagle zniknął. Anastasia był wiernym podwładnym Lucky'ego Luciano i Franka Costello. Jego lojalność wobec Luciano nie znała granic. Luciano, który w roku 1930 finalizował swój plan przejęcia kontroli nad amerykańskim światem przestępczym poprzez wyeliminowanie przywódców jego głównych frakcji (Joego Bossa Masserii i Salvatore Maranzano), zwierzył się ze swoich zamiarów Anastasii; wiedział bowiem, że Szalony Kapelusznik (jak nazywano Anastasię) chętnie wcieli w życie jego zamiary. Reakcją Anastasii było wyściskanie Luciano i wycałowanie go z dubeltówki w oba policzki. "Charlie - wyznał - czekałem na ten dzień przez osiem lat. Nawet gdybym miał zabić dla ciebie wszystkich, obiecuję, że staniesz na szczycie. Musisz tam stanąć, to jedyny sposób, byśmy mogli zaprowadzić pokój i zarobić prawdziwą forsę". Anastasia wszedł później w skład czteroosobowej brygady zamachowców, którzy zastrzelili Masserię w restauracji na Coney Island w 1931 r. 

Podczas II wojny światowej Anastasia obmyślił plan uwolnienia Luciano z więzienia poprzez uzyskanie dlań statusu "osoby ważnej dla wysiłku wojennego". Plan Anastasii zakładał "wywołanie kłopotów" w nowojorskich dzielnicach portowych, by marynarka wojenna zgodziła się na proponowany przezeń układ, mający położyć kres próbom sabotażu. Niedługo potem luksusowy francuski liniowiec S/s Normandie, będący w trakcie przebudowy na okręt transportowy, spłonął i zatonął w nowojorskim doku. Katastrofę przypisano działaniom Anastasii, który miał rzekomo zlecić podpalenie jednostki swojemu bratu, Tony'emu Anastasio (zwraca uwagę odmienna pisownia nazwiska). Po tym wydarzeniu osiągnięto kompromis, na mocy którego Luciano miał być lepiej traktowany w więzieniu, a Anastasia miał powstrzymać się od dalszych aktów sabotażu. Wiele lat później Lansky zwierzył się swoim izraelskim biografom: "Powiedziałem mu w cztery oczy, że nie ma prawa podpalać kolejnych statków. Było mu przykro - nie dlatego, że spalił Normandie, ale dlatego, że nie mógł się już odegrać na marynarce wojennej. Podobno swoją nienawiść do marynarki wyniósł z czasów służby w armii. Nazywał ich »nadętymi s...synami«".

Brutalne instynkty Anastasii pozostawały pod kontrolą Luciano i Costello. W 1951 r. Costello najprawdopodobniej wymusił nominację Anastasii na bossa rodziny Mangano, w której teoretycznie powinien był on zajmować niższą pozycję. Przez wiele lat boss Vince Mangano patrzył krzywym okiem na bliskie związki Anastasii z Luciano, Costello i Adonisem, oraz na fakt, że wszyscy oni wysługiwali się Anastasia bez zgody samego Mangano. Między Anastasią a Mangano często dochodziło niemal do rękoczynów i powszechnie uważano, że śmierć jednego z nich jest tylko kwestią czasu. W 1951 r. brat Vince'a, Phil Mangano, dołączył do rzeszy znajomych Anastasii, którzy w tajemniczy sposób zaginęli. Wkrótce potem Anastasia - przy aktywnym poparciu Costello - przejął kontrolę nad całą rodziną Mangano. Podczas zebrania bossów nowojorskich rodzin mafijnych Costello otwarcie poparł Anastasię; ten zaś oświadczył, że Mangano chciał jego śmierci oraz że działania wymierzone w Vince'a były jedynie aktem samoobrony. Bossowie pozostałych rodzin, postawieni wobec faktów dokonanych, mogli jedynie przytaknąć nominacji Anastasii na nowego bossa. Wydaje się jednak, że Costello miał prywatne powody, by popierać Anastasię. W omawianym okresie Costello musiał borykać się z atakami ze strony Vito Genovese. który dążył do przejęcia kontroli nad rodziną Luciano pod nieobecność jej deportowanego bossa. Aż do roku 1951 Costello korzystał ze wsparcia Williego Moretti, bossa rodziny przestępczej ze stanu New Jersey - jednak Moretti powoli tracił zmysły i Mafia miała wkrótce "położyć kres jego cierpieniom". W tej sytuacji Costello pilnie potrzebował nowego sojusznika i najprawdopodobniej uważał, że Anastasia - wraz ze swoim gangiem - mógłby dać skuteczny odpór Genovese.

Wkrótce jednak okazało się, że awans na bossa nie ucywilizował Anastasii. W 1952 r. nakazał on nawet zgładzenie brooklyńskiego sprzedawcy sklepowego, Arnolda Schustera, gdy zobaczył w telewizji, jak Schuster chwali się swoją rolą głównego świadka oskarżenia w procesie sławnego kasiarza Williego Suttona. "Nie znoszę kapusiów! - warknął Anastasia. - Macie go sprzątnąć!" Zlecając zabójstwo Schustera, Anastasia złamał jedną z głównych zasad syndykatu, ujętą w proste słowa przez Bugsy'ego Siegela: "zabijamy tylko siebie nawzajem". Ludzie z zewnątrz - prokuratorzy, reporterzy, przypadkowi świadkowie - nie mogli padać ofiarą zamachów zlecanych przez bossów świata przestępczego. Do zabójstwa "cywila" mogło dojść tylko w zupełnie wyjątkowych sytuacjach - gdy zagrożone było istnienie samej organizacji lub życie jej naczelnych przywódców. Warunek ten z pewnością nie został spełniony w przypadku Schustera: jego usunięcie wywołało falę akcji odwetowych ze strony organów ścigania. Podobnie jak większość członków syndykatu, również Costello (a nawet przebywający we Włoszech Luciano) byli zbulwersowani; nie mogli jednak publicznie odciąć się od Anastasii, gdyż był im on potrzebny do przeciwstawienia się rosnącym wpływom Vito Genovese. Sam Genovese w sprytny sposób wykorzystał mordercze zapędy Anastasii przeciwko niemu samemu, organizując kampanię odstraszania jego potencjalnych zwolenników. W ciągu kilku kolejnych lat Genovese nawiązał potajemną współpracę z zastępcą Anastasii, Carlo Gambino; ten zaś zwerbował do rodzącego się sojuszu bossa Joego Profaciego. Pomimo korzystnego obrotu wydarzeń, Genovese wciąż bał się otwarcie wystąpić przeciwko Anastasii oraz przeciwko jego protektorowi, Frankowi Costello. Przyczyną był Meyer Lansky, najwyższy rangą i najpotężniejszy członek amerykańskiego syndykatu. Teoretycznie Lansky nigdy nie udzieliłby wsparcia Genovese (obaj gangsterzy nie przepadali za sobą już od lat dwudziestych); do głosu doszedł jednak rachunek zysków i strat. W latach pięćdziesiątych Lansky stał się nieomal bohaterem świata przestępczego dzięki olbrzymim zyskom czerpanym z ulokowanych na Kubie kasyn. Aby zadowolić pozostałych bossów, Lansky przydzielał im niewielkie udziały w kontrolowanym przez siebie interesie. Gdy Anastasia poprosił Lansky'ego o nadanie, ów odmówił. W odpowiedzi Anastasia postanowił otworzyć własną sieć kasyn na Kubie. Lansky nie mógł przyglądać się temu bezczynnie - każdy, kto zagrażał jego hazardowemu imperium, podpisywał na siebie wyrok. Tak stało się z dobrym znajomym Lansky'ego, Bugsym Siegelem i nie ulegało wątpliwości, że identyczny los czeka też Anastasię. Lansky pierwotnie pragnął bezczynnie przyglądać się wyniszczającemu konfliktowi między Anastasia a Genovese; w zaistniałej sytuacji musiał jednak nakazać zlikwidowanie Anastasii.

"Zlecenie" na Anastasię wykonano z profesjonalizmem, który z pewnością przypadłby do gustu byłemu przywódcy Murder, Inc. Rankiem 25 października 1957 r. Anastasia wybrał się na krótką wizytę do salonu fryzjerskiego w nowojorskim hotelu Park Sheraton. Jego ochroniarz zaparkował samochód na podziemnym parkingu, a następnie - co nie powinno dziwić - postanowił pójść na spacer. Zrelaksowany Anastasia rozsiadł się na fotelu fryzjerskim i przymknął oczy. Nagle do salonu wmaszerowali dwaj mężczyźni z chustami na twarzach. Jeden z nich zwrócił się ku właścicielowi zakładu Arthurowi Grasso i spokojnie oznajmił: "Siedź cicho albo rozwalimy ci łeb". Następnie obaj gangsterzy skierowali się ku fotelowi Anastasii, odpychając stojącego obok fryzjera. Anastasia wciąż nie otwierał oczu. Dopiero po usłyszeniu pierwszych wystrzałów skoczył na równe nogi i rzucił się z gołymi rękami na swoich zabójców - a przynajmniej tak mu się wydawało. W rzeczywistości zaatakował odbicie w lustrze. Po kilku kolejnych salwach padł martwy na podłogę. Podobnie jak niemal wszystkie zamachy mafijne, również zabójstwo Anastasii nie doczekało się finału w sądzie. Wiadomo, że zlecenie otrzymał Joe Profaci, który następnie wynajął do przeprowadzenia zamachu trzech braci Gallo - znanych morderców z Brooklynu. Nie udało się ustalić, czy bracia Gallo osobiście zgładzili Anastasię, czy też przekazali zadanie podwykonawcom. Śmierć Anastasii nie położyła kresu machinacjom w łonie syndykatu. Gambino potajemnie zdradził Genovese i zawarł sojusz z Lanskym, Luciano i Costello. Narodził się spisek, w wyniku którego Genovese został skazany przez sąd federalny za handel narkotykami i spędził w więzieniu resztę swojego życia. W pewnym sensie Anastasia został pomszczony - jednak zemsta nie miała posmaku brutalności i zapewne nie zyskałaby aprobaty krwiożerczego Alberta.

 

 

Wojna BANANOWA: Walka o dominację w świecie przestępczym

W latach 1964-1969 w świecie przestępczym doszło do ostatniej wielkiej wojny spowodowanej dążeniem jednej z rodzin mafijnych do przejęcia ogółu nielegalnych interesów w USA. Gdyby agresorzy odnieśli sukces, niewykluczone, że udałoby im się przekształcić amerykańską przestępczość zorganizowaną niemal w takim samym stopniu, jak czystka wśród tzw. Wąsatych Piotrków, dokonana przez Lucky'ego Luciano w latach trzydziestych. Do wybuchu konfliktu doprowadził starzejący się, lecz niezwykle pewny siebie don Joseph C. Bonanno, przywódca stosunkowo niewielkiej, lecz sprawnej nowojorskiej rodziny mafijnej określanej humorystycznie jako "Bananas" [ang. bananas - banany]. Nic dziwnego, że konflikt ochrzczono mianem Wojny Bananowej. Należy zauważyć, że w 1964 r. wojna wisiała już na włosku - i gdyby Bonanno nie wyprowadził pierwszego ciosu, uczyniliby to za niego (i przeciwko niemu) pozostali bossowie, zirytowani jego "zatykaniem flag na całym świecie". Bonanno prowadził interesy na zachodzie, w Kanadzie i we Włoszech, gdzie - o czym mówi znany policyjny informator Tommaso Buscetta - udało mu się skłonić sycylijskich mafiosów do założenia typowo amerykańskiej komisji, mającej rozstrzygać spory między prawie trzydziestoma włoskimi [sycylijskimi] rodzinami przestępczymi. Gdyby Bonanno wszedł w ścisłe związki z ową komisją, mógłby zmonopolizować wszystkie kanały przerzutu narkotyków między Europą a Stanami Zjednoczonymi. Z socjologicznego punktu widzenia operacje Bonanno dowodziły, że włoscy mafiosi stanowią mniejszy problem w Stanach Zjednoczonych niż amerykańscy przestępcy we Włoszech.

Obserwując kres karier wielu starych amerykańskich donów, Bonanno stopniowo doszedł do wniosku, że najwyższy czas sięgnąć po większą władzę i większe wpływy. Opracował plan wielkiej ofensywy, która zakładała jednoczesne wyeliminowanie ugruntowanych potęg amerykańskiej przestępczości zorganizowanej, takich jak Carlo Gambino i Tommy Lucchese w Nowym Jorku, Stefano Magaddino w Buffalo oraz Frank DeSimone w Los Angeles. Bonanno wtajemniczył w swoje plany sprzymierzeńca, Joego Magliocco - następcę byłego przyjaciela Bonanno, Joego Profaci, na stanowisku bossa rodziny przestępczej z Brooklynu. Lojalność Magliocco względem Bonanno nie ulegała kwestii; pomimo pewnych wątpliwości i szwankującego zdrowia Magliocco przystał na złożoną mu propozycję. Plany Bonanno zaczęły się jednak sypać, gdy Magliocco przekazał zlecenie zamordowania Gambino i Lucchese swojemu ambitnemu zastępcy, Joemu Colombo (swego czasu zaufanemu człowiekowi Joego Profaci). Colombo - nieświadomy udziału Bonanno w spisku - uznał, że Gambino i Lucchese będą w tym starciu górą; aby więc ratować własną skórę, postanowił zdradzić im wszystkie posiadane informacje. Gambino i Lucchese szybko ustalili, że za wszystkim stoi Bonanno. Komisja potraktowała całą sprawę z dużą dozą ostrożności: wszyscy wiedzieli, że Bonanno jest w stanie wyprowadzić na ulice Nowego Jorku setkę uzbrojonych zbirów i urządzić krwawą łaźnię, jakiej Stany Zjednoczone nie widziały od czasów Ala Capone. W końcu postanowiono wezwać Bonanno i Magliocco do złożenia wyjaśnień przed komisją. Bonanno w arogancki sposób odmówił, natomiast Magliocco przyjechał, przyznał się do winy i zaczął błagać o przebaczenie. Przywódcy syndykatu darowali mu życie, wychodząc z założenia, że jest zbyt zastraszony, by kontynuować walkę i najprawdopodobniej wkrótce umrze z przyczyn naturalnych (Magliocco został ukarany grzywną w wysokości 50 000 dolarów i pozbawieniem stanowiska, które przejął Colombo). Wyjątkowa (jak na standardy mafijne) pobłażliwość względem Magliocco miała na celu skłonienie Bonanno do dobrowolnej kapitulacji. Magliocco zmarł kilka miesięcy później na zawał serca. Tymczasem Bonanno zbiegł do swoich posiadłości na zachodzie USA i w Kanadzie, zdecydowany ignorować dalsze postanowienia komisji. W październiku 1964 r. powrócił do Nowego Jorku, aby wziąć udział w przesłuchaniu przed wielką ławą przysięgłych. Wieczorem 21 października zjadł kolację ze swoimi prawnikami, a następnie - gdy wysiadał z samochodu przy Park Avenue - został obezwładniony przez dwójkę bandytów i wepchnięty do drugiego auta, które ruszyło z piskiem opon. Prasa natychmiast stwierdziła, że Bonanno został sprzątnięty.

Pod nieobecność Bonanno w jego organizacji doszło do konfliktu. Komisja zadekretowała, iż Bonanno stracił swoją pozycję i wyznaczyła na jego miejsce Gaspara DiGregorio. Nominacja DiGregorio doprowadziła do rozłamu - wielu członków rodziny opowiedziało się bowiem po stronie syna Bonanno, Billa, inni zaś wciąż liczyli na powrót samego Joego Bonanno. Po długim okresie krwawych starć DiGregorio zwołał konferencję pojednawczą z udziałem Billa Bonanno. Do spotkania miało dojść w jednym z domów przy Troutman Street na Brooklynie. Gdy na miejsce zajechał Bili, kilku gangsterów uzbrojonych w strzelby i karabiny otwarło ogień w kierunku jego delegacji. Ludzie Bonanno odpowiedzieli ogniem, ale strzelanina miała miejsce w ciemnym zaułku, co wykluczało dokładne celowanie. Nie było żadnych ofiar śmiertelnych.

Tymczasem Joe Bonanno był zakładnikiem swojego starszego kuzyna, Magaddino, kierującego przestępczością zorganizowaną w mieście Buffalo. Magaddino podobno pełnił rolę pośrednika pomiędzy Bonanno a pozostałymi członkami komisji. Bonanno szybko zrozumiał, że komisja nie chce jego śmierci, gdyż doprowadziłoby to jedynie do dalszego rozlewu krwi. Podczas gdy wrogowie Bonanno usiłowali rozprawić się z Billem i jego poplecznikami, Joe potajemnie negocjował z komisją. Zaproponował rezygnację z działalności przestępczej i osiedlenie się w Arizonie, zażądał jednak, by kontrolę nad rodziną przekazano w ręce Billa Bonanno oraz jego szwagra, Franka Labruzzo. Komisja nie wyraziła zgody, wiedząc, że układ proponowany przez Bonanno umożliwiłby mu zachowanie faktycznej kontroli nad jego organizacją. Członkowie komisji twardo domagali się prawa do wyznaczenia nowego bossa. Bonanno nie mógł się dłużej opierać i w końcu wyraził zgodę. Uwolniony przez Magaddino natychmiast ponownie zaskoczył komisję: zamiast powrócić do Nowego Jorku, zniknął. Pozostawał nieuchwytny, gdy DiGregorio odbierał nominację na bossa oraz podczas nieudanej zasadzki na Troutman Street. W maju 1966 r. - 19 miesięcy po swoim porwaniu - Bonanno nagle powrócił. Wkrótce stało się jasne, że rodzina Bonanno nie zamierza dotrzymać obietnic złożonych komisji. DiGregorio, obwiniany o niepowodzenia wojenne, został obalony, a jego miejsce zajął Paul Sciacca uważany za znacznie twardszego przywódcę. Nawet Sciacca nie był jednak w stanie poradzić sobie z opozycją pod wodzą Joego Bonanno. Kilku jego ludzi odniosło poważne rany w strzelaninach, a najbardziej spektakularny incydent tego okresu miał miejsce w pewnej restauracji w dzielnicy Queens, gdzie trzej podwładni Sciakki zostali naszpikowani kulami karabinowymi. Niedługo później śmierć poniosło pięciu kolejnych gangsterów po obu stronach konfliktu.

W 1968 r. Bonanno przeszedł poważny zawał serca, po którym zaszył się w swojej rezydencji w Tucson w stanie Arizona, ogłaszając, że przechodzi na emeryturę. Komisja nie dała wiary tym zapewnieniom. Wojna Bananowa na Brooklynie trwała w najlepsze; doszło też do kilku zamachów wymierzonych przeciwko Bonanno i jego poplecznikom na terenie Arizony. W jednym z dziwaczniejszych incydentów tej fazy konfliktu pod domem samego Bonanno oraz w kilku innych mieszkaniach eksplodowały bomby, które - jak się później okazało - podłożył niezrównoważony agent FBI. W końcu konflikt wygasł i doszło do porozumienia. Rodzina Bonanno zachowała kontrolę nad interesami na zachodzie, lecz Sciacca (a później Natale Evola) utrzymał swoją pozycję bossa Nowego Jorku. Koniec wojny położył też kres nadziejom Bonanno na ostateczny triumf. Wojna Bananowa stanowiła cenną lekcję dla pozostałych przywódców Mafii. W latach siedemdziesiątych, gdy zastępca Bonanno, Carmine Galante, wyszedł z więzienia po długiej odsiadce, ponownie objął kontrolę nad rodziną i rozpoczął krwawą kampanię mającą na celu poszerzenie swoich wpływów, szybko spotkała go śmierć. Galante nie poproszono nawet o złożenie wyjaśnień przed komisją.

 

 

Fulgencio BATISTA (1901-1973): Dyktator Kuby i wspólnik Meyera Lansky'ego

Gdy o 2:30 w nocy 1 stycznia 1959 r. Fulgencio Batista, dyktator Kuby, zajechał do położonego pod Hawaną Camp Columbia w eskorcie siedmiu ciężarówek wypełnionych uzbrojonymi strażnikami, jego kariera dobiegła końca - a wraz z nią runęło kubańskie imperium amerykańskiej Mafii. Nie wiadomo dokładnie, ile milionów dolarów wywiózł ze sobą Batista (oraz grupa jego doradców); nie ulega jednak wątpliwości, że za czasu swoich rządów przelewali oni olbrzymie kwoty na prywatne konta w bankach szwajcarskich. Przed udaniem się na lotnisko Batista wykonał kilka telefonów do zaufanych osób, informując ich o zwycięstwie Castro i rychłym przejęciu stolicy przez buntowników. Najważniejszy z tych telefonów nie był jednak skierowany do Kubańczyka, lecz do polskiego Żyda nazwiskiem Majer Suchowliński (szerzej znanego jako Meyer Lansky), w owych czasach najpotężniejszego gangstera na terytorium USA i Kuby.

Lansky opuścił Kubę kilka godzin po Batiście, choć pozostawił w kontrolowanych przez siebie kasynach kilku przedstawicieli, którzy mieli wybadać możliwość zawarcia z Castro potencjalnej umowy o współpracy. Odpowiedź Castro była jednoznaczna: ludzie Lansky'ego trafili do więzienia, a następnie zostali wydaleni z kraju. Rozradowana zwycięstwem rewolucjonistów ludność Kuby zaczęła włamywać się do kasyn i rozbijać stojące w nich automaty do gier. Trudno porównać te wydarzenia ze szturmem Bastylii czy Pałacu Zimowego, ale dla Lansky'ego i amerykańskiej Mafii rezultat był równie opłakany. Lansky'ego łączyły z Batistą ścisłe kontakty, zanim jeszcze Lansky postanowił rozpocząć wielkie inwestycje na Kubie. Pewnego dnia kubański dyktator otrzymał zaproszenie do pokoju hotelowego Lansky'ego, gdzie pokazano mu kilka walizek wyładowanych gotówką (podobno 6 milionów dolarów) i wytłumaczono, jak łatwo byłoby rozkręcić na Kubie hazardowe imperium, które uczyniłoby z Batisty i Lansky'ego krezusów. Batista wierzył w solidność Lansky'ego - w przeszłości niejednokrotnie korzystał z dochodów pochodzących z mafijnego przemysłu bimbrowniczego, rewanżując się stałymi dostawami melasy. W opinii Batisty Lansky był "geniuszem". Swoje przywiązanie Batistą demonstrował, zbywając śmiechem wysiłki innych gangsterów, którzy próbowali wkroczyć na terytorium Lansky'ego. Gdy Santo Trafficante, boss rodziny z Tampy na Florydzie, usiłował założyć na Kubie sieć własnych kasyn, Batista chłodno oświadczył: "Zanim dostaniesz tu licencję, musisz najpierw uzyskać zgodę »Małego« [Lansky'ego]".

Lansky wspaniałomyślnie wydzielił Trafficante mały skrawek swojego hazardowego imperium - nie po to, by zadowolić konkurenta, lecz by zademonstrować swój wpływ na Batistę. Kontakty między Lanskym a Batistą przetrwały nawet triumf rewolucji kubańskiej: Batista nie wyobrażał sobie życia bez Lansky'ego i miał nadzieję, że reżim Castro wkrótce upadnie, a on sam - wspólnie z Lanskym - powróci na Kubę. Doradca Lansky'ego, Doc Stacher, dowodził siatką kurierów odpowiedzialnych za transport dochodów z kasyn oraz lokowanie ich (wspólnie z łapówkami dla Batisty) bezpośrednio w bankach szwajcarskich. Stacher korzystał z prawa deponowania funduszy na kontach Batisty, jednak tylko sam dyktator mógł dokonywać wypłat z tych rachunków. Batista przeżył ostatnie dwanaście lat swojego życia w komforcie i dostatku. Niewątpliwie musiał przy tym dojść do wniosku, że gdyby wszyscy jego podwładni byli tak solidni jak Lansky, żaden Fidel Castro nie dałby rady go obalić.

 

 

Joseph BONANNO (1905-2002): Boss rodziny przestępczej

Choć rodzina Josepha "Joe Bananas" Bonanno była w 1931 r. najmniejszą spośród tzw. Wielkiej Piątki nowojorskich rodzin mafijnych, Bonanno już wówczas snuł plany zdominowania amerykańskiego świata zbrodni.

Bonanno przybył do Stanów Zjednoczonych w wieku trzech lat, z Sycylii, wspólnie z rodzicami. Po pewnym czasie jego rodzina powróciła do ojczystego miasteczka Castellammare del Golfo. Tam Bonanno spędził swoje młodzieńcze lata, chłonąc lokalne tradycje mafijne. Po przejęciu władzy przez Mussoliniego w 1922 r. Bonanno (studiujący wówczas w Palermo) objawił się jako antyfaszystowski radykał, przez co musiał opuścić kraj. W 1925 r., po krótkim pobycie na Kubie, powrócił do Ameryki. Choć niektórzy badacze przestępczości zorganizowanej twierdzą, że udał się bezpośrednio do Chicago i dołączył do gangu Ala Capone, w rzeczywistości Bonanno zamieszkał w brooklyńskiej dzielnicy Williamsburg, gdzie przez pewien czas obracał się w gronie hermetycznej społeczności imigrantów pochodzących głównie z Castellammare. Wkrótce zyskał famę jako gangster wymuszający na brooklyńskich melinach zakup whisky z "odpowiednich" źródeł. (W biografii rodziny Bonanno zatytułowanej Honor Thy Father Gay Talese pisze, że Joe "nie uciekał się przy tym do pogróżek czy nacisku" - jeśli to prawda, Joe stanowił absolutny wyjątek wśród dystrybutorów nielegalnego alkoholu w czasach prohibicji.) Jako młody człowiek zdecydowany wykorzystać każdą nadarzającą się okazję, Bonanno zajął się organizacją włoskiej loterii na dziewiczych dotąd terenach Brooklynu. Około 1927 r. do Stanów Zjednoczonych przybył Salvatore Maranzano, który szybko przejął kontrolę nad rodziną Castellammarese, po czym wydał wojnę Joemu Bossowi Masserii (konflikt ten nazwano tzw. Wojną Castellammarese). Bonanno odznaczył się wówczas jako solidny i lojalny żołnierz.

Wojna dobiegła końca wraz ze śmiercią Masserii - choć nie zginął on z rąk ludzi Maranzano. Za zamach na Masserię odpowiadał konglomerat gangsterów żydowskich i włoskich, którzy snuli własne wizje nowych porządków w świecie przestępczym. Lucky Luciano, pierwotnie służący pod rozkazami Masserii, wszedł w potajemną współpracę z jego przeciwnikami, a zwłaszcza z żydowskim gangsterem Meyerem Lanskym. Lansky i Luciano wspólnie stworzyli podwaliny pod nadchodzący okres mafijnego pokoju i dobrobytu, dokonując "syndykalizacji" (czy też "scalenia") poszczególnych rodzin przestępczych w pojedynczą, ogólnokrajową siatkę określaną mianem syndykatu. Ani Masseria, ani Maranzano - gangsterzy starej daty - nie mieli zamiaru nawiązywać jakiejkolwiek współpracy z innymi gangami, a już zwłaszcza z organizacjami o innym podłożu etnicznym. Po zwycięstwie nad Masserią Maranzano mianował Luciano swoim zastępcą, sam zaś obwołał się najwyższym bossem amerykańskiej Mafii. Jednak ani Luciano, ani też jego poplecznicy (w tym wielu tzw. Young Turks [młodzi mafiosi skonfliktowani ze starszym pokoleniem mafijnych bossów, tzw. Wąsatymi Piotrkami.] w organizacji Maranzano, których Luciano potajemnie starał się zwerbować) nie wierzyli w koncepcję "bossa nad bossami". Luciano wkrótce zadbał o wakat na tym nielubianym stanowisku, zlecając czterem ludziom Lansky'ego zastrzelenie Maranzano niespełna pięć miesięcy po objęciu przezeń władzy. Luciano postanowił zachować wprowadzony przez Maranzano podział nowojorskiej Mafii na pięć rodzin; mianował więc Bonanno przywódcą nowej organizacji wyodrębnionej z rodziny Castellammarese. Bonanno okazał się zdolnym bossem i pod jego rządami rodzina szybko zaczęła przynosić duże dochody. Sam Bonanno - teraz już jako milioner - zaczął rozszerzać działalność swojej rodziny, jednocześnie skrzętnie ukrywając swoją prywatną fortunę przed okiem urzędu skarbowego. Bonanno wykupywał fabryki włókiennicze, zakłady serowarskie, a nawet domy pogrzebowe. Wielu policyjnych ekspertów uważa, że to Bonanno pierwszy wynalazł "trumnę piętrową", w której pod fałszywym dnem można było umieścić "nadprogramowe" zwłoki. Do dziś nie wiadomo, ile ofiar Mafii pogrzebano w tego rodzaju trumnach. Charakterystyczne, że Bonanno - jeden z najmłodszych przywódców rodzin przestępczych w USA - był jednocześnie niezwykle przywiązany do tradycji. Swój status dona (choć wolał, gdy mówiono do niego "Ojcze") brał całkowicie na serio. W wydanej w roku 1983 autobiografii A Man of Honor Bonanno w zabawny dla niektórych sposób kontrastuje siebie i Luciano. Według niego Luciano był tak zamerykanizowany, że "liczył się dla niego tylko najbardziej prozaiczny cel: zarabianie pieniędzy". Później pisze: "(...) z kolei ludzie hołdujący mojej Tradycji zawsze uważali bogactwo za produkt uboczny władzy". Bonanno wyjaśnia też, że przedstawiciele owej tradycji nieodmiennie "parali się zajęciami o charakterze społecznym".

Niezależnie od opinii Bonanno na temat samego siebie, jego plany były z pewnością bardzo dalekosiężne. Bossowie pozostałych rodzin, zirytowani ciągłą ekspansją rodziny Bonanno, zaczęli oskarżać go o "zatykanie flag na całym świecie". Na początku lat sześćdziesiątych ambicje Bonanno były już dla wszystkich oczywiste. Kontrolowana przezeń rodzina przejęła interesy przestępcze na terytorium Arizony i planowała dalszą ekspansję na teren Kalifornii, gdzie lokalne struktury mafijne nie stanowiły dla potężnego Bonanno godnej konkurencji. Wspólnie z Meyerem Lanskym Bonanno zajmował się też hazardem na Kubie i próbował (już na własną rękę) rozkręcić podobny interes na Haiti. Miał wreszcie udziały w interesach prowadzonych w Kanadzie - co doprowadzało do wściekłości Stefano Magaddino z Buffalo, traktującego większość terytorium Kanady jako swoje prywatne lenno.

Lata sześćdziesiąte były też okresem, w którym Bonanno po raz pierwszy musiał stawić czoło wewnętrznej opozycji. Niektórzy jego żołnierze narzekali, że ustawiczna ekspansja terytorialna Bonanno prowadzi do zaniedbania interesów w Nowym Jorku. Co gorsza - pozostali nowojorscy bossowie postanowili dać twardy odpór zakusom Bonanno, szczególnie po śmierci Joe Profaciego (długoletniego bossa rodziny przestępczej z Brooklynu, który zmarł na raka w 1962 r.). Profaci - uważany za najwierniejszego sojusznika Bonanno - skutecznie hamował jego wybujałe ambicje w interesie zachowania pokoju w świecie przestępczym. Pozbawiony hamulca w osobie Profaciego Bonanno zdecydował, że czas na wielki gambit. Schedę po Profacim przejął Joe Magliocco, człowiek o słabym charakterze, żywiący obawy wobec pozostałych bossów rodzin nowojorskich. Bonanno udał się do Magliocco i zaproponował mu udział w spisku mającym na celu zgładzenie kilku konkurencyjnych bossów, w tym Carlo Gambino i Tommy'ego Lucchese z Nowego Jorku, Magaddino z Buffalo oraz Franka DeSimone z Los Angeles. Magliocco przystał na propozycję i przekazał zlecenie zabicia nowojorskich bossów swojemu wiernemu (jak dotąd) człowiekowi od mokrej roboty, Joemu Colombo. Plan Bonanno spalił jednak na panewce, gdy Colombo postanowił zdradzić swojego szefa i opowiedział o wszystkim swoim niedoszłym ofiarom. Bonanno i Magliocco nakazano złożyć zeznania przed mafijną komisją (w skład której sami wchodzili). Bonanno odmówił, natomiast Magliocco przyznał się do wszystkiego. W zamian (co uważano za niezwykłą pobłażliwość) nakazano mu ustąpić ze stanowiska bossa na rzecz Colombo. Przyczyną, dla której komisja wymierzyła Magliocco tak łagodną karę, było po części jego szwankujące zdrowie (Magliocco zmarł pół roku później), lecz również chęć zwabienia przed oblicze komisji samego Bonanno. Plan się nie powiódł: Bonanno nadal odmawiał wzięcia udziału w przesłuchaniu. W odpowiedzi komisja pozbawiła go władzy i mianowała na jego miejsce Gaspara DiGregorio, doprowadzając tym samym do rozłamu w rodzinie Bonanno - niektórzy członkowie pozostali wierni Joemu Bonanno, inni oddali się pod rozkazy DiGregorio. W październiku 1964 r. Joe Bonanno został uprowadzony z Park Avenue, gdzie przebywał w towarzystwie swojego prawnika. Zniknął na 19 miesięcy, a tymczasem między siłami DiGregorio a odłamem dowodzonym przez syna Bonanno, Billa, wybuchła otwarta wojna (nazwana Wojną Bananową). Długotrwały konflikt spowodował olbrzymią liczbę ofiar śmiertelnych po obu stronach, ale nie przyniósł trwałego rozwiązania. Tymczasem Bonanno był więźniem urzędującego w Buffalo Magaddino (swojego kuzyna). Magaddino działał na zlecenie komisji; jego celem było przekonanie Bonanno, by ten porzucił karierę przestępczą i udał się na emeryturę. Stale zagrożony śmiercią Bonanno rozumiał, że komisja stąpa po grząskim gruncie, choć jednocześnie obawiał się krwawej wojny na wielką skalę. Z drugiej strony - nie chciał uznać oficjalnej detronizacji mafijnego bossa przez komisję, gdyż uważał to za niebezpieczny precedens.

Bonanno przedstawił rozwiązanie kompromisowe: udałby się na emeryturę w Arizonie, ale władzę przejąłby jego syn. Komisja nie mogła jednak wyrazić zgody na taką propozycję, gdyż było jasne, że Bonanno zachowałby faktyczną kontrolę nad rodziną. Pat w negocjacjach trwał, aż w końcu Bonanno dał za wygraną - zgodził się ustąpić i zezwolić komisji na mianowanie jego następcy. Magaddino zwolnił swojego jeńca, ale wkrótce okazało się, że wyegzekwowanie postanowień zawartej ugody będzie niemożliwe: Bonanno ponownie rzucił się w wir Wojny Bananowej. Komisja zastąpiła nieskutecznego DiGregorio twardym Paulem Sciakką, lecz nawet on nie mógł równać się z cwanym Joe Bonanno. Krwawa jatka trwała, a siły Bonanno zaczynały wyraźnie brać górę. Jest mało prawdopodobne, by komisja była w stanie wygrać Wojnę Bananową, lecz w 1968 r. Bonanno doznał zawału serca i był zmuszony przejść na emeryturę - tym razem rzeczywistą.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu udało się wypracować rozsądny kompromis. Bonanno wyjechał do Arizony, a komisja pozwoliła mu zachować wpływy na zachodzie, lecz pod warunkiem zrzeczenia się roszczeń do interesów nowojorskich. Był to koniec pewnej ery. Bonanno odszedł jako ostatni z pięciu pierwszych bossów powstałej w 1931 r. Mafii amerykańskiej. Choć wciąż żył, nie sprawował już realnej władzy - z pewnymi wyjątkami. W 1979 r. bossowie rodzin nowojorskich postanowili pozbyć się brutalnego Carmine Galante, byłego zastępcy Bonanno, który z czasem przejął kontrolę nad jego rodziną. Przed dokonaniem zamachu postanowiono zasięgnąć opinii samego Bonanno, obawiano się bowiem, że Bonanno może dążyć do wypromowania jednego ze swoich synów na stanowisko bossa. Galante zginął, lecz na jego miejsce nie mianowano żadnego z potomków Bonanno, co z pewnością sfrustrowało starego Joe.

Bonanno nie dane było cieszyć się spokojną emeryturą. Po pewnym czasie został oskarżony i skazany za przestępstwa kryminalne, a w połowie lat osiemdziesiątych rząd federalny postanowił posłużyć się jego autobiografią, by udowodnić istnienie mafijnej komisji i na tej podstawie posłać jej członków za kratki (pod zarzutem członkostwa w organizacji przestępczej). Gdy starzejący się i podupadający na zdrowiu Bonanno odmówił złożenia zeznań przed wielką ławą przysięgłych, został na jakiś czas aresztowany. Bonanno wiedział już, że jego czas przeminął. W wieku 94 lat - zgodnie ze słowami jego syna Billa - "odwiedza grób mojej matki kilka razy w tygodniu, kładzie na nim kwiaty, czasem zamieni z nią kilka słów, a potem wraca do domu, gdzie - oprócz rozmów - zajmuje się czytaniem klasyki: Dantego i Homera, a także oglądaniem starych czarno-białych filmów telewizyjnych przypominających mu lata młodości". Bonanno zmarł na niewydolność serca 11 maja 2002 r. w szpitalu w Tacoma w stanie Arizona. Miał 97 lat.

 

 

rodzina przestępcza BONANNO

Choć Joe Bonanno przeszedł na emeryturę w połowie lat sześćdziesiątych, rodzina, którą kierował przez prawie 35 lat, wciąż nosi jego imię - nie tyle ze względu na przywileje sukcesyjne klanu Bonanno, ile raczej na skutek niekompetencji następców Joego.

Bonanno został mianowany przywódcą brooklyńskiej rodziny mafijnej po śmierci Salvatore Maranzano w 1931 r. Liczył wówczas zaledwie 26 lat i był najmłodszym bossem w całych Stanach Zjednoczonych. Jego rodzina zaliczała się do niewielkich (jak na standardy nowojorskie), ale przez wiele lat - pod rządami Bonanno - pozostawała niezwykle zgrana i bardzo skuteczna. Ze względu na ograniczoną liczbę rąk do pracy Bonanno przez wiele lat starał się pozyskiwać sojuszników wśród bossów innych rodzin celem ugruntowania własnej pozycji. Przez długi czas mógł liczyć na wsparcie ze strony swojego kuzyna Stefano Magaddino, bossa rodziny z Buffalo (choć w końcu między Bonanno i Magaddino doszło do waśni), natomiast na Brooklynie jego sojusznikiem był Joe Profaci, z którym Bonanno utrzymywał bliskie kontakty aż do jego śmierci w 1962 r. Za główne źródła dochodów rodziny Bonanno uznaje się hazard, włoską loterię, bukmacherstwo, lichwę oraz - choć Bonanno wielokrotnie temu zaprzeczał - handel narkotykami. (Warto tu zauważyć, że Carmine Galante, zastępca Josepha Bonanno, trafił na początku lat sześćdziesiątych do więzienia właśnie pod zarzutem organizowania przemytu narkotyków, zaś rodzina Bonanno po dziś dzień pozostaje jednym z głównych dystrybutorów narkotyków w Nowym Jorku.)

Bezpośrednio po śmierci Profaciego w 1962 r. Bonanno nabrał podejrzeń, że niektórzy konkurencyjni bossowie - zwłaszcza Carlo Gambino, Tony Lucchese, a nawet jego kuzyn Magaddino - pragną się go pozbyć. Bonanno czuł się izolowany i zapewne dlatego opracował kontrposunięcie, które zakładało sprzątnięcie wymienionej trójki oraz kilku innych bossów z różnych regionów kraju. Plan ten postrzegano jako próbę zdobycia przez Bonanno tytułu "bossa nad bossami". Bonanno zamierzał przy tym skorzystać z pomocy swojego sojusznika - podupadającego na zdrowiu Josepha Magliocco, następcy Profaciego i wuja żony najstarszego syna Bonanno. Spisek spalił na panewce: Magliocco przekazał polecenie zgładzenia Gambino i Lucchese swojemu najskuteczniejszemu mordercy, Joe Colombo, lecz ten w obawie przed ewentualnymi konsekwencjami zamachu postanowił zdradzić swojego przełożonego i opowiedział o wszystkim swoim niedoszłym ofiarom.

Wezwany przed oblicze komisji Magliocco przyznał się do winy i został za karę pozbawiony przywództwa nad swoją rodziną (był zresztą poważnie chory i nikt nie wróżył mu drugiego życia). Sam Bonanno ani myślał składać zeznań przed komisją: wyjechał z Nowego Jorku i zabrał się za konsolidację swoich interesów w Arizonie, Kanadzie oraz w innych regionach USA.

Ze względu na swój dość podeszły wiek Bonanno już wówczas zainicjował plany przekazania władzy swojemu synowi, Billowi. Zamiar ten wywołał sprzeciw ze strony wielu członków rodziny, uważających Billa za osobę niekompetentną. Nepotyzm Joego Bonanno w połączeniu z zaniedbaniem przezeń interesów nowojorskich spowodował znaczne pogorszenie się jego reputacji w oczach szeregowych gangsterów. Komisja wyznaczyła (choć lepiej pasuje tu określenie "wepchnęła") na stanowisko bossa rodziny Bonanno Gaspara DiGregorio, dekretując jednocześnie, że Joe Bonanno dopuścił się zdrady i stracił wszystkie przysługujące mu prawa. W rodzinie Bonanno doszło do rozłamu: mniej więcej połowa jej członków stanęła po stronie DiGregorio, reszta zaś sprzymierzyła się z Billem Bonanno. W październiku 1964 r. Joe Bonanno został uprowadzony sprzed luksusowego apartamentowca na Park Avenue. Nie wiadomo, czy incydent ten został ukartowany przez samego Bonanno (który musiał wkrótce złożyć zeznania przed federalną ławą przysięgłych), czy też stanowił efekt działań konkurencyjnych bossów. Tak czy inaczej Bili Bonanno był teraz zdany tylko na siebie. Między obydwoma konkurencyjnymi frakcjami wybuchła krwawa wojna, nazywana Wojną Bananową ("Banany" to popularne wśród dziennikarzy określenie członków rodziny Bonanno, wywodzące się z aliteracji nazwiska jej bossa).

W styczniu 1966 r. ludzie DiGregorio zwabili Billa Bonanno i kilku jego doradców na rzekomą konferencję pokojową, która w rzeczywistości stanowiła zasadzkę. Próba zgładzenia Billa zakończyła się niepowodzeniem: oddano ponad 100 strzałów, lecz żaden z uczestniczących w zajściu gangsterów nie został nawet draśnięty. Komisja - rozczarowana nieudolnością DiGregorio, który nie potrafił skutecznie prowadzić wojny - pozbawiła go przywództwa i mianowała na jego miejsce Paula Sciakkę, twardego gangstera i bliskiego przyjaciela Gambino.

W maju tego samego roku Joe Bonanno nagle powrócił; odmówił jednak wyjaśnień związanych ze swoją dziewiętnastomiesięczną nieobecnością. W rzeczywistości był przetrzymywany przez komisję i zwolniono go dopiero po uzyskaniu obietnicy, że zrzeknie się roszczeń do stanowiska bossa i przejdzie na emeryturę w Arizonie. Bonanno nie zamierzał jednak wypełniać swoich przyrzeczeń i ponownie rzucił się w wir Wojny Bananowej. Wkrótce siły Sciakki poniosły szereg dotkliwych klęsk, a liczba ofiar śmiertelnych w ich szeregach znacznie przewyższała liczbę trupów po stronie Bonanno. Wreszcie w 1968 r. Bonanno przeszedł zawał serca i musiał wyjechać do Arizony celem podratowania zdrowia. Pod jego nieobecność Wojna Bananowa wygasła. Bonanno zachował swoje interesy na zachodzie, natomiast kontrola nad Brooklynem przeszła w ręce Sciakki (a później Natale Evoli i Phila Rastellego). Marzenia komisji (a przynajmniej Carlo Gambino) o posłusznej rodzinie Bonanno prysły wraz z powrotem Carmine Galante, który postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. O ile komisja nigdy nie przepadała za Bonanno, o tyle Galante był przez nią wręcz znienawidzony, nawet po śmierci Gambino w 1976 r. Gazety ochoczo podjęły temat potencjalnego awansu Galante na stanowisko bossa nad bossami - jednak po pewnym czasie został on zastrzelony, za przyzwoleniem wszystkich pozostałych rodzin nowojorskich oraz wielu kluczowych donów z całego kraju. Podobno przed usunięciem Galante skonsultowano się nawet ze starym Joe Bonanno.

Upadek Galante otworzył drogę do awansu dla Philipa "Rusty" Rastellego. Pod jego kierownictwem rodzina Bonanno zajęła się przede wszystkim dystrybucją filmów pornograficznych, prowadzeniem pizzerii, kawiarni i restauracji (uznawanych za idealne miejsca do ukrywania nielegalnych imigrantów) oraz - przede wszystkim - przemytem narkotyków na wielką skalę. W połowie lat osiemdziesiątych wyszło na jaw, że Rastelli nie sprawuje całkowitej władzy nad rodziną: część niechętnych mu gangsterów zaczęła coraz silniej przeć w kierunku handlu narkotykami. W 1986 r. Rastelli (któremu groziła długoletnia odsiadka) wyznaczył na swojego następcę Josepha Massino. Pod dowództwem Massino rodzina Bonanno przeżyła swoisty renesans. O ile sumaryczne wpływy pięciu rodzin nowojorskich słabną, nie ulega wątpliwości, że - ku wielkiej irytacji wymiaru sprawiedliwości - rodzina Bonanno ma się coraz lepiej. Pomimo niesławnej przeszłości i usunięcia z komisji (w wyniku działań Carmine Galante) organizacja wciąż rośnie w siłę. Obecnie zrzesza około 100 członków i jest uważana za drugą pod względem wpływów frakcję w amerykańskiej Mafii, ustępującą tylko rodzinie Gambino.

 

 

BOSS nad bossami: Mityczny przywódca Mafii

Capo di tutti capi, boss nad bossami - ostatnią osobą, która sięgnęła po ten tytuł, był Salvatore Maranzano w 1931 r. Pięć miesięcy później już nie żył. Mafia amerykańska jest zbyt różnorodna, zbyt chciwa i zbyt rozproszona, by uznać zwierzchnictwo pojedynczej osoby.

Fakt ten nie stanowi - rzecz jasna - przeszkody dla mediów, które przez wiele lat same starały się upatrywać w niektórych mafiosach najwyższych bossów (bywało, że dwie różne gazety "mianowały" na stanowisko najwyższego bossa dwóch różnych ludzi). Przez pewien czas (w latach siedemdziesiątych) niektórzy obserwatorzy twierdzili, że mityczna korona należy do Carmine Galante z rodziny Bonanno, a inni - że do Franka "Funzi" Tieriego z rodziny Genovese.

Pierwszym mafioso, który rościł sobie pretensje do tytułu bossa nad bossami, był Joe Masseria, przywódca Mafii nowojorskiej w latach dwudziestych. Pulchny, krępy i niezwykle krwiożerczy Masseria nie żartował - sam zaczął tytułować się mianem Joe Boss oraz rozpoczął kampanię eliminowania osób mających na ten temat inne zdanie. Nigdy jednak nie udało mu się zjednoczyć amerykańskiej przestępczości zorganizowanej. Według Masserii wszyscy pozostali wielcy gangsterzy jego ery - Luciano, Rothstein, Dwyer, Lansky, Costello, Adonis, Capone, Schultz, Diamond, Genovese, Anastasia, Profaci, Gagliano oraz Maranzano - powinni byli uznać jego przywództwo. Jedynym osiągnięciem Masserii na tym polu było rozpętanie krwawych konfliktów z niektórymi ze swoich konkurentów; inni zaś - jak Luciano - pod pozorem lojalności zaczęli knuć spiski mające doprowadzić do upadku Joego Bossa. Wielka wojna gangów nosząca nazwę Wojny Castellammarese (lata 1930-1931) doprowadziła do zwycięstwa Maranzano w wyniku zamordowania Masserii przez ludzi Luciano. Maranzano pragnął zostać bossem całej Ameryki, i o ile większość szanujących się ekspertów od spraw przestępczości zorganizowanej wyśmiewa koncepcję bossa nad bossami, rządzącego Mafią amerykańską z Sycylii, o tyle nie ulega wątpliwości, że rzeczywiście podejmowano próby stworzenia takiej struktury. Maranzano został wysłany do Ameryki przez naczelnego przywódcę Mafii sycylijskiej, Don Vito Cascio Ferro, z rozkazem zjednoczenia amerykańskiego świata przestępczego pod rozkazami Don Vito. Wkrótce po przybyciu Maranzano do USA Don Vito - za sprawą Mussoliniego - trafił do włoskiego więzienia, w którym zmarł. Z punktu widzenia Maranzano taki obrót spraw oznaczał, że mógł on teraz samodzielnie przejąć stanowisko najwyższego bossa. Informator Joe Valachi zeznał, że podczas sławnej konferencji, która miała miejsce wkrótce po upadku Joego Bossa, Maranzano nakreślił plany nowej struktury Mafii. W Nowym Jorku miało powstać pięć rodzin dowodzonych przez pięciu capo (wielki sentymentalista Mafii amerykańskiej, Joe Bonanno, nazwał ich "Pięcioma Ojcami"): Luciano, Toma Gagliano, Joego Profaciego, Vince'a Mangano oraz samego Maranzano. Co więcej, Maranzano zarezerwował dla siebie nowe stanowisko: bossa nad bossami. Owa deklaracja wywołała wśród zgromadzonych gangsterów pomruki zdumienia: Maranzano, który przez długi czas dążył do obalenia rządów najwyższego bossa, teraz sam chciał zająć jego miejsce.

Niewykluczone, że gdyby nie megalomania Maranzano, Luciano i inni pozwoliliby mu cieszyć się życiem nieco dłużej - jednak 10 września 1931 r. Maranzano zginął, a wraz z jego śmiercią przepadł również tytuł bossa nad bossami. Pierwszym posunięciem Luciano po objęciu władzy było zniesienie nielubianego stanowiska. Luciano wiedział, że plany Maranzano obejmowały przejęcie władzy nad pozostałymi rodzinami Mafii amerykańskiej i że oprócz niego samego na liście osób przeznaczonych do odstrzału znajdowali się Al Capone, Frank Costello, Joey Adonis, Vito Genovese, Dutch Schultz, Willie Moretti i inni. Luciano zdawał sobie też sprawę z faktu, że nowe amerykańskie podziemie przestępcze nie może być - wbrew wizji Maranzano - wyłącznie włoskie; co więcej - nie miał najmniejszego zamiaru wchodzić w konflikt z Alem Capone (zwłaszcza że Capone nie przejawiał żadnych dalekosiężnych ambicji terytorialnych; z trudem przychodziło mu nawet zdominowanie pomocnych dzielnic Chicago). W latach trzydziestych Luciano i Meyer Lansky urośli do rangi najważniejszych członków syndykatu. Włoski segment ich wieloetnicznej, ogólnonarodowej organizacji - siła, na której bazował Luciano - zachował niektóre z innowacji wprowadzonych przez Maranzano, w tym koncepcję podziału interesów przestępczych w Nowym Jorku przez pięć rodzin. Kluczowe interesy rodziny Maranzano zostały przejęte przez Joego Bonanno. W pewnym sensie Luciano przez długi czas pełnił de facto funkcję bossa nad bossami - i to właśnie dlatego, że odmówił przyznania sobie tego tytułu. Gdy wreszcie trafił do więzienia (oskarżony o sutenerstwo i skazany na 30 do 50 lat pozbawienia wolności), przekazał kontrolę nad swoją rodziną Frankowi Costello, delegując jednocześnie Joego Adonisa na strażnika interesów syndykatu, zdominowanego wówczas przez komisję bossów pięciu rodzin nowojorskich oraz kilku czołowych mafiosów z innych miast. Luciano nakazał Adonisowi "słuchać Meyera" i w ten oto sposób faktycznym przywódcą amerykańskiej przestępczości zorganizowanej został Żyd, Meyer Lansky. Warto jednak nadmienić, że autorytet Lansky'ego nie wynikał z niczyjego nadania, lecz z powszechnego w świecie przestępczym szacunku dla jego "łebskości".

Niejako wbrew faktom prasowa krucjata mająca na celu odszukanie bossa nad bossami wciąż koncentrowała się na rodowitych Włochach. Najczęściej wymieniano tu nazwisko Costello, a później Genovese (po jego powrocie z Włoch). Genovese istotnie był człowiekiem niezwykle ambitnym i od około 1950 r. prowadził aktywne działania mające na celu poszerzenie swoich wpływów. Zaczął od przekonania wszystkich, że Willie Moretti, sojusznik duetu Luciano-Costello, musi zginąć, gdyż - w słowach Genovese - "wykoleił się". W 1957 r. Genovese zaplanował nieudany zamach na Costello, a następnie zlecił (skuteczny) zamach na Alberta Anastasię. Niektórzy badacze uważają, że głównym celem konferencji w Apalachin w 1957 r. była koronacja Genovese na bossa nad bossami. Fakty wydają się jednak przeczyć tej tezie, a tak czy inaczej konferencję udaremnił pamiętny nalot nowojorskiej policji stanowej. Jest więcej niż prawdopodobne, że za sabotaż konferencji odpowiadali Lansky, Luciano (przebywający na wygnaniu we Włoszech) oraz Frank Costello - z których żaden nie wziął udziału w spotkaniu - a także Carlo Gambino, nowy boss rodziny Anastasia. Luciano twierdził, że Gambino miał wziąć udział w konferencji (gdyby ta mimo wszystko doszła do skutku), publicznie przeciwstawić się ambicjom Genovese i odmówić wręczenia mu koperty z pieniędzmi (symbolu wiernopoddaństwa). Prasa, rzecz jasna, nadal tytułowała Genovese bossem nad bossami, lecz nawet jeśli nim był (co wątpliwe), jego rządy miały okazać się jeszcze krótsze niż okres panowania Maranzano. Genovese został aresztowany i oskarżony o handel narkotykami. Uważa się dziś, że za wrobienie Genovese odpowiadał ten sam kwartet, który dokonał sabotażu konferencji w Apalachin. Po zniknięciu Genovese media zwróciły swoją uwagę ku Carlo Gambino, który istotnie wkrótce został najpotężniejszym z mafijnych bossów nie tylko na terenie Nowego Jorku, lecz również w innych rejonach kraju. Gambino potrafił wywierać wpływ na konkurencyjne rodziny przestępcze - zdominował m.in. rodzinę Profaci za pośrednictwem Joego Colombo; udało mu się też doprowadzić do wyboru Franka "Funzi" Tieriego na przywódcę rodziny Genovese, gdy jej poprzedni boss Tommy Eboli (następca samego Genovese) zginął w tajemniczych okolicznościach. Władze federalne chętnie przyjmują na wiarę istnienie bossa nad bossami - zwłaszcza jeśli sądzą, że są w stanie go przyskrzynić i tym samym zadać przestępczości zorganizowanej potężny cios. Aresztowanie i skazanie Genovese było z punktu widzenia policji oraz agentów federalnych wielkim triumfem. Przez pewien czas wydawało się, że Gambino podzieli los Genovese; zmarł on jednak w 1976 r., zanim zdołano postawić go przed sądem. Po krótkim okresie prasowych spekulacji kolejnym bossem nad bossami obwołano Carmine Galante, zastępcę Joego Bonanno - mianem tym określił go nawet "New York Times". Galante trafił wkrótce do więzienia za przemyt narkotyków (a później za naruszenie zasad zwolnienia warunkowego). Agenci federalni znów mieli powód do dumy: wsadzili za kratki jeszcze jednego capo di tutti capi. Następnym w kolejce do mitycznej korony był Tieri - i tym razem wszyscy wiedzieli już, że oznacza to jego rychłe aresztowanie. Tieri otrzymał wyrok 10 lat pozbawienia wolności za naruszenie przepisów Ustawy o Przestępczości Zorganizowanej z 1970 r. (zmarł w 1981 r., nie odzyskawszy wolności). Podejrzenia prasy padły teraz na Paula Castellano, bossa rodziny Gambino. Sam fakt przywództwa nad wpływową rodziną przestępczą nie wystarczał jednak, by obwołać go naczelnym bossem - zwłaszcza że Castellano w dość naiwny sposób padł ofiarą porachunków wewnątrz własnej organizacji (za jego usunięcie odpowiadała frakcja kierowana przez Johna Gottiego). Gotti awansował na kolejnego ulubieńca mediów, choć jego wizerunek wyraźnie psuł fakt, że za rządów Gottiego rodzina Gambino przeszła poważny kryzys i straciła dominującą pozycję na rzecz rodziny Genovese. Mimo wszystko jednak prasa uparcie odmawiała przyznania korony bossowi rodziny Genovese, Chinowi Gigante. Gdy zarówno Gotti, jak i Gigante trafili do więzienia, na legendarnym już stanowisku wreszcie zapanował wakat.

 

 

Donnie BRASCO (1939-): Agent FBI w strukturach Mafii

Był najważniejszym informatorem w całej historii Mafii, o wiele ważniejszym niż Sammy "the Bull" Gravano, Joe Valachi czy Abe Reles (który wsypał organizatorów Murder, Inc.). Donnie Brasco naprawdę nazywał się Joe Pistone, a jego dossier miało imponujące rozmiary: dzięki przekazanym przezeń informacjom do więzienia trafiło ponad stu gangsterów.

Aby prowadzić swoją niebezpieczną maskaradę, Pistone musiał wczuć się w rolę Brasco - gangstera-twardziela. Z czasem zyskał zaufanie wysoko postawionych mafiosów i był w stanie przekazywać agentom federalnym wiedzę, której nie zdobył wcześniej żaden inny informator. Brasco brał udział w kontaktach między rodzinami mafijnymi z różnych regionów kraju - Bonanno w Nowym Jorku, Trafficante na Florydzie oraz Balistrieri w Milwaukee (grupą ściśle związaną z Mafią chicagowską).

Brasco został też wspólnikiem takich gangsterów jak Tony Mirra czy Lefty Ruggiero. Żaden z nich nie był geniuszem, lecz obu cechowała wyjątkowa brutalność i skłonność do rozlewu krwi. W filmie Donnie Brasco (1997) Al Pacino zamiast wykwintnego, wykształconego Michaela Corleone z Ojca chrzestnego (1972) grał rolę chaotycznego, nieokrzesanego i krwiożerczego Ruggiero - typowego żołnierza rodziny mafijnej. Choć Brasco okazywał pewną słabość dla Ruggiero oraz dla jego przełożonego, Sonny'ego Blacka, później scharakteryzował różnice między Ojcem chrzestnym a prawdziwą Mafią w następujących słowach: "Film traktuje gangsterów zbyt pochlebnie. Realia mafijnego życia są pełne niskich pobudek, małostkowości i głupoty; pełne konfliktów wewnętrznych, wzajemnego okłamywania się, spisków mających na celu zdobycie władzy..." Donnie Brasco nie odkrył w Mafii żadnego "Czcigodnego Stowarzyszenia". Zgodnie ze słowami Sonny'ego Blacka (zamordowanego później przez wspólników): "Każdy dzień to pieprzona walka; nigdy nie wiesz, kto chce cię utrącić, zwłaszcza gdy jesteś już kapitanem albo bossem. Każdego dnia ktoś chce się ciebie pozbyć i zająć twoje miejsce. Trzeba mieć oczy dookoła głowy. Każdy pieprzony dzień to wojna o utrzymanie władzy i pozycji".

Brasco szybko zdał sobie sprawę z praw dżungli panujących w Mafii: im silniejszy jest dany gangster, im większe osiągnie wpływy i im większą wykaże się brutalnością, tym wyżej jest w stanie awansować w mafijnej hierarchii. Przez sześć lat (od 1976 r.) Donnie Brasco stopniowo wspinał się po szczeblach drabiny przestępczej, jednak po pewnym czasie wewnętrzne konflikty w jego organizacji przybrały na sile i FBI zaczęło obawiać się, że Brasco albo zostanie wykryty i zamordowany, albo padnie ofiarą wewnętrznych porachunków. Operacja Brasco musiała zostać zakończona, gdy Donnie, któremu oferowano już pełnoprawne członkostwo w rodzinie mafijnej, otrzymał zlecenie zamordowania jednego z wrogów Sonny'ego Blacka. Agenci federalni nie mogli wyrazić na to zgody i odrzucili też propozycję Brasco, który chciał grać na zwłokę aż do chwili odnalezienia przez FBI jego potencjalnej ofiary i aresztowania jej - dla jej własnego bezpieczeństwa. Kolejne pięć lat Brasco - teraz już jako Joe Pistone - spędził uczestnicząc w rozmaitych procesach gangsterów na terenie całego kraju. Niektóre z osób skazanych w wyniku jego zeznań zmarły w więzieniu, inne w końcu wyszły na wolność; większość jednak wciąż przebywa za kratkami. W ramach zemsty mafijni bossowie wydali otwarte zlecenie na Pistone: osoba, której udałoby się go zabić, miała otrzymać nagrodę w wysokości 500 000 dolarów. Mafia zazwyczaj trzyma się niepisanej zasady zakazującej mordowania przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości - ale dla Pistone uczyniono wyjątek. Lefty Ruggiero przeżył tylko dlatego, że FBI odnalazło go, zanim uczyniła to Mafia. Po kilkuletniej odsiadce wyszedł na wolność i zmarł na raka w 1989 r. mając 67 lat. Pistone przeszedł na emeryturę w 1997 r. po 27 latach pracy w charakterze agenta. Przez jakiś czas wspólnie z rodziną korzystał z programu ochrony świadków, lecz ostatnio przestał się ukrywać. Do dziś nie pozwala, by go fotografowano, ale nie towarzyszą mu już ochroniarze. Mimo wszystko jednak pozostaje ostrożny: "Podejmuję odpowiednie środki ochronne. Obawiam się głównie jakiegoś kowboja, który mnie rozpozna i postanowi zyskać sławę".

Joe Pistone z pewnością rozsławił postać Donniego Brasco - nazwisko to po dziś dzień nie przechodzi przez usta wielu odsiadującym wyroki mafiosom.

 

 

BUCKWHEATS: Bolesne metody wymierzania kary śmierci

Steve'a Franse'a czekało buckwheats: Vito Genovese skazał swojego byłego zaufanego doradcę na śmierć w męczarniach. Morderstwa mafijne zazwyczaj pozbawione są zbędnego sadyzmu, ale czasami dokonuje się wyjątków - zwłaszcza gdy ofiarą jest zdemaskowany informator policyjny, gangster podejrzewany o kradzież mafijnych pieniędzy lub - czasami - dłużnik, którego śmierć ma stanowić przestrogę dla pozostałych kontrahentów Mafii. Grzech Franse'a miał związek ze sprawami sercowymi. Zaczęło się od ucieczki Vito Genovese do Włoch (Genovese pragnął uniknąć procesu o morderstwo). Pod nieobecność bossa kontrolę nad częścią funduszy organizacji oraz nad jego żoną miał sprawować Franse. Steve dobrze spisał się jeśli chodzi o pieniądze, ale żona Genovese zeszła na złą drogę, zadając się z przedstawicielami obojga płci. Genovese był wściekły i postanowił, że Franse musi zapłacić wysoką cenę za nieupilnowanie jego żony.

O dalszym przebiegu spraw opowiada Joe Valachi. Franse został pochwycony przez dwóch mężczyzn w kuchni pewnej restauracji. Jeden z nich obezwładnił Franse'a, drugi zaś zaczął go okładać po twarzy i po brzuchu. "Wali z całej siły. To jest coś, co nazywamy buckwheats: pełna nienawiść". Gdy Franse osunął się na ziemię, zamachowcy zacisnęli mu wokół szyi łańcuch. Franse zaczął się szamotać, ale jeden z mężczyzn nadepnął mu na kark, drugi zaś szarpnął za luźny koniec łańcucha, kończąc krwawe dzieło.

Stary Joe Profaci, boss rodziny brooklyńskiej, był znany ze swojej mściwości i często skazywał ofiary na bolesną śmierć. Jeden z cyngli rodziny Profaci stwierdził w rozmowie ze swoją potencjalną ofiarą: "Czasem naprawdę cierpią, wiesz? Kiedyś widziałem faceta, któremu strzelili prosto w d... Chryste, ale on cierpiał!"

Gdy mordercy z Murder, Inc. naprawdę chcieli się wyżyć na swojej ofierze, zaczynali od skłucia jej szpikulcem do lodu, następnie oddawali w jej kierunku kilka strzałów, a w końcu zakopywali żyjącego jeszcze człowieka na plaży lub w bagnie. Zdecydowanie najwięcej przypadków buckwheats należy przypisać Mafii chicagowskiej. Pewnego razu na niejaką Estelle Carey - dziewczynę z agencji towarzyskiej - padł zarzut wydania policji jednego z członków organizacji. Mafiosi szybko doszli do wniosku, że kobiety często wiedzą więcej o gangsterach niż powinny i postanowili, że najwyższy czas dać im stosowne ostrzeżenie. Estelle doświadczyła wszystkich wypróbowanych metod Mafii: złamano jej nos i okaleczono twarz, na zwłokach widniały zaś liczne ślady po ranach kłutych i oparzeniach. Mordercy posłużyli się - między innymi - wałkiem do ciasta, żelazkiem oraz oprawionym w skórę kijem. Magazyn "Life" zamieścił reportaż, w którym opisywano śmierć ważącego 140 kilogramów lichwiarza nazwiskiem William Jackson podejrzewanego przez Mafię chicagowską o kradzież mafijnych pieniędzy oraz o współpracę z policją. Aby skłonić Jacksona do wyznania win, zabrano go do rzeźni, gdzie został związany i zawieszony na metalowym haku. Następnie naszpikowano go kulami i skatowano kijami baseballowymi, a do odbytu wetknięto mu elektryczny poganiacz bydła. Jackson konał przez dwa dni. FBI podsłuchało później dyskusję wśród jego morderców, którzy z nostalgią wspominali śmierć Jacksona, ubolewając - wśród salw śmiechu - że zmarł tak szybko. Niejaki Albert Agueci, jeden z żołnierzy rodziny Magaddino z miasta Buffalo, został pewnego razu aresztowany wspólnie z bratem pod zarzutem handlu narkotykami (w sprawie maczał palce sławny informator Joe Valachi). Agueci zdenerwował się, gdy jego rodzina odmówiła zapłacenia kaucji, i ogłosił, że jest gotów "sypać", jeżeli sam boss Steve Magaddino nie przyjdzie mu z pomocą. Magaddino jednak milczał, a Agueci został w końcu zwolniony, gdy jego żona sprzedała rodzinny dom i wpłaciła kaucję.

Agueci postępował bardzo nieodpowiedzialnie, a pogróżki pod adresem Magaddino pogorszyły tylko jego sytuację. Krótko mówiąc - stał się kandydatem do buckwheats. Dzięki podsłuchowi FBI dowiedziało się, że dwóch capo rodziny Magaddino planowało zabrać Agueciego do miejsca określanego mianem "farmy Marii", gdzie miał "zostać pokrojony". FBI rozpoczęło poszukiwania farmy Marii w okolicach Buffalo, lecz w końcu ustalono, że znajduje się ona pod Rochester. Kilka tygodni później odnaleziono porzucone w polu ciało Agueciego. Ręce denata były związane drutem za plecami, a śmierć nastąpiła w wyniku uduszenia sznurem do bielizny. Zwłoki oblano benzyną i podpalono - identyfikację umożliwił pojedynczy palec, który uniknął zwęglenia. Prawdziwa brutalność morderców wyszła jednak na jaw dopiero podczas sekcji zwłok, gdy okazało się, że jeszcze za życia z ciała Agueciego wykrojono około 14 kilogramów mięsa.

Buckwheats to nieodłączny atrybut przestępczości zorganizowanej, umożliwiający selekcję najtwardszych i najsprytniejszych gangsterów. Niewykluczone, że to właśnie z powodu buckwheats amerykańscy przedstawiciele Mafii zatriumfowali nad swoimi konkurentami z neapolitańskiej Camorry. Jak zauważył redaktor "New York Timesa" Nicholas Gage: "(...) karą Camorry dla »szczura« było jedynie poderżnięcie języka przed egzekucją, natomiast Mafia najpierw obcinała delikwentowi genitalia i wpychała mu je do gardła". To właśnie dzięki takim niuansom powstają potężne imperia zbrodni.

 

 

Alphonse CAPONE "Scarface Al" (1889-1947): Boss Mafii chicagowskiej

Nazwisko Alphonse Capone jest znane na całym świecie i wszędzie kojarzy się je z miastem Chicago. Capone nie był co prawda tym, który położył największe zasługi dla przestępczości zorganizowanej na terenie USA, lecz w oczach społeczeństwa amerykańskiego to właśnie on pozostaje Wrogiem Publicznym Numer Jeden. Aby wspiąć się na szczyt, Capone musiał najpierw przejść metamorfozę charakteru i osobowości, co zresztą stanowi naturalny warunek awansu w hierarchii przestępczej. Każdy gangster, któremu nie uda się przeobrazić w skutecznego bossa, jest skazany na klęskę (i zazwyczaj na śmierć) - Mafia wymaga bowiem więcej od bossów niż od zwykłych żołnierzy.

Capone zaczynał jako pozbawiony skrupułów i inteligencji morderca: wierzył, że za pomocą pistoletu można rozwiązać wszelkie problemy. Pomimo to, już w wieku 26 lat udało mu się przeistoczyć w sprytnego menedżera, dysponującego ogromnymi wpływami i odpowiedzialnego za sprawny rozdział dochodów z przestępczych interesów. Młody Capone szybko stał się najpotężniejszym bossem przestępczym swoich czasów i miał pełne prawo (z którego zresztą korzystał) do tytułowania się "panem Chicago".

W apogeum swojej potęgi organizacja Capone liczyła ponad 1000 członków, z których większość biegle posługiwała się bronią. A jednak podwładni Capone stanowili tylko cząstkę jego siły. "Policja należy do mnie" - twierdził Capone, i nie mijał się z prawdą: co najmniej połowa chicagowskich policjantów była na jego usługach. Capone opłacał też polityków, a wysokość łapówek zależała od przydatności danego przedstawiciela władz dla Mafii. Capone miał w kieszeni radnych, prokuratorów stanowych, burmistrzów, lokalną legislaturę, gubernatorów, a nawet kongresmenów.

O ile dominację Capone w Chicago można określić jako niemal stuprocentową, o tyle na przedmieściach metropolii - na przykład w Cicero - była ona całkowita. Gdy Capone chciał wysokiej frekwencji w wyborach - ludzie szli do urn; gdy wolał, by społeczeństwo pozostało w domach - wysyłał swoich gangsterów, by szerzyli postrach wśród wyborców. Politycy, którzy zawdzięczali swoje stanowiska Capone, byli przezeń później rozliczani. Pewnego razu burmistrz Cicero poważył się na zdumiewający akt niezawisłości i podjął pewną decyzję, nie konsultując jej wcześniej z Capone. Wielki Al osobiście złapał Jego Ekscelencję na schodach ratusza, po czym zaczął go okładać i kopać. Stojący obok funkcjonariusz policji odwrócił wzrok i udawał, że niczego nie widzi. 

Capone urodził się w 1899 r. w dzielnicy Williamsburg na Brooklynie jako czwarte z dziewięciorga dzieci pary imigrantów przybyłych do Ameryki z Neapolu. Przez sześć lat uczęszczał do szkoły, lecz pewnego dnia zaatakował i poturbował nauczyciela, po czym sam został pobity przez dyrektora i wydalony. Jego dalsza edukacja odbywała się na ulicach Brooklynu, gdzie dołączył do grupy brutalnych nastolatków zwanej James Street Gang. Organizacją dowodził starszy wiekiem Johnny Torrio. James Street Gang stanowił podgrupę osławionego Five Points Gang, w którego szeregi Capone został później przyjęty. Jednym z kolegów Capone - najpierw w szkole, a później w gangu - był Lucky Luciano, ważna postać w historii amerykańskiej Mafii. Capone i Luciano do końca życia utrzymywali przyjacielskie kontakty. U progu dojrzałości Capone został zatrudniony przez Torrio oraz jego wspólnika Frankiego Yale'a jako bramkarz w należącym do nich brooklyńskim barze, połączonym z domem publicznym. Tam właśnie Capone dorobił się swojego pseudonimu "Scarface" [ang. scar - szrama; face - twarz.]: bandzior nazwiskiem Frank Galluccio rozciął mu lewy policzek podczas awantury o dziewczynę. Capone tłumaczył później znajomym i reporterom, że blizna pochodzi z okresu służby w "Straconym Batalionie" we Francji, w latach Wielkiej Wojny (w rzeczywistości nigdy nawet nie wcielono go do armii). W 1919 r. Capone popadł w kłopoty w związku z kilkoma morderstwami, o które podejrzewała go policja. Zdecydował się przenieść do Chicago i podjąć nową pracę dla Torrio, którego tymczasem wezwał na pomoc jego wuj, Big Jim Colosimo (właściciel chicagowskiego imperium prostytucji). Gdy Capone przybył do Chicago, zastał tam Torrio głęboko skłóconego z Big Jimem. Torrio zdawał sobie sprawę z olbrzymich możliwości, jakie oferowała prohibicja, i chciał, by organizacja Colosimo zajęła się przede wszystkim przemytem i dystrybucją alkoholu. Big Jim nie był jednak zainteresowany planami Torrio: prostytucja przynosiła mu znaczne dochody i nie widział potrzeby dalszej ekspansji. Colosimo osobiście zakazał Torrio brania udziału w nowym interesie. Torrio zrozumiał, że realizacja jego planów będzie wymagała wyeliminowania Colosimo i przejęcia jego organizacji. Wspólnie z Capone obmyślił plan zamachu na swojego wuja, po czym posłał do Nowego Jorku po odpowiednio utalentowanego mordercę. W oczekiwaniu na zamach, zarówno Torrio, jak i Capone zadbali o wyrobienie sobie niepodważalnego alibi.

Po usunięciu Colosimo duet Torrio-Capone rozpoczął gwałtowną ekspansję. Ich organizacja zaczęła wchłaniać lokalne gangi, które zgodziły się na współpracę lub uległy groźbom, oraz wytaczać wojny tym gangom, które nie zamierzały się poddać. Ich najsłynniejszą operacją z tego okresu było zamordowanie w 1924 r. Diona O'Baniona, bossa irlandzkiego North Side Gang. Za śmierć O'Baniona odpowiadał Frankie Yale z Brooklynu - ten sam, który wcześniej zabił Colosimo. Zlikwidowanie bossa konkurencyjnego gangu nie złamało jednak oporu Irlandczyków, którzy jeszcze przez kilka kolejnych lat toczyli zaciętą wojnę z Torrio i Capone. Sam Torrio został pewnego dnia poważnie ranny w zasadzce i przez kilka dni znajdował się w stanie krytycznym; w końcu jednak wyzdrowiał. Gdy opuścił szpital (w lutym 1925 r.), dokonał długiego rachunku sumienia, po czym powiedział do Capone: "Al, to wszystko jest teraz twoje". Torrio podjął należne mu 30 milionów dolarów i powrócił na Brooklyn, gdzie przeszedł na emeryturę jako swego rodzaju "mafijny mąż stanu" oraz późniejszy doradca bossów organizacji przestępczych.

W pewnym sensie Torrio wystawił młodego Capone do wiatru: 26-letni Al nagle znalazł się w położeniu wymagającym nie muskułów - z których był znany - lecz inteligencji. Kierował teraz wielkim przedsiębiorstwem, zatrudniającym ponad 1000 osób i osiągającym tygodniowe obroty rzędu 300 000 dolarów; musiał też udowodnić, że potrafi współpracować z rozmaitymi grupami etnicznymi - w tym Żydami, Irlandczykami, Polakami i Murzynami. Na tym polu Capone spisał się doskonale: przyjmował z otwartymi ramionami każdego utalentowanego sutenera, oszusta czy mordercę, a w jego organizacji nigdy nikogo nie dyskryminowano na tle religijnym, rasowym lub etnicznym. Capone był prawdopodobnie pierwszym mafijnym bossem wierzącym w równouprawnienie. Owszem, prowadził wojny z grupami etnicznymi sprzeciwiającymi się jego władzy (np. z Irlandczykami z North Side Gang), ale z tych samym przyczyn zwalczał też rodowitych Włochów - w tym braci Genna i gang Aiello. Capone oczyścił Mafię chicagowską z szowinistów, na długo zanim Luciano uczynił to samo w Nowym Jorku. Capone pozostawał brutalnym mordercą i maczał palce w organizowaniu krwawych jatek, ale prowadził też aktywne życie publiczne: widywano go w towarzystwie polityków, ludzi biznesu, a nawet znanych społeczników. Starał się upozorować swoją organizację na "instytucję użyteczności publicznej", ograniczając jej działalność tylko do tych procederów, które cieszyły się szerokim poparciem społecznym: handlu alkoholem, hazardu i prostytucji. Nic dziwnego, że z czasem zdobył szacunek i popularność. Capone - w przeciwieństwie do prezydenta Hoovera (po roku 1929) - był owacyjnie witany na stadionach baseballowych. Capone otaczał się gangsterami, którym mógł zaufać, ci zaś odwzajemniali jego zaufanie. Każdy członek organizacji - o ile nie próbował oszukać bossa - mógł liczyć na jego bezwarunkowe poparcie. Capone przyjął w szeregi organizacji nawet Franka Galluccio - zbira, który skaleczył go w twarz - demonstrując tym samym swoją wspaniałomyślność. Dzięki temu posunięciu kilka opozycyjnych gangów postanowiło dołączyć do jego organizacji, upatrując w nim perspektywicznego przywódcę. W ten sposób Capone zaskarbił sobie lojalność Valley Gang (pod przywództwem Frankiego Lake'a oraz Terry'ego Druggana), a także znanego z zamiłowania do karabinów maszynowych gangu Saltisa-McErlane'a. Mimo wszystko Capone nie mógł czuć się swobodnie: na każdym kroku groził mu zamach ze strony konkurentów. Kilka razy został postrzelony; raz wyszedł też cało z próby otrucia. W roku 1926 gang O'Baniona wysłał do Cicero całą kawalkadę samochodów wypełnionych zamachowcami, którzy ostrzelali z karabinów maszynowych kwaterę główną Capone, gospodę Hawthorne Inn. Pomimo około tysiąca oddanych strzałów Capone uniknął śmierci: życie uratował mu ochroniarz, który powalił go na podłogę i przykrył własnym ciałem. Capone eliminował swoich wrogów jednego po drugim, koncentrując się zwłaszcza na irlandzkim North Side Gang. Jego najsłynniejsze morderstwo miało jednak związek z porachunkami wewnątrz własnej organizacji. Niejaki Hop Toad Giunta oraz para znakomitych płatnych morderców - John Scalise i Albert Anselmi - próbowali nie tylko działać na własną rękę, lecz nawet zawiązać spisek z przeciwnikami Capone i doprowadzić do jego wyeliminowania. Capone zaprosił całą trójkę na przyjęcie (wydane rzekomo na ich cześć), po czym - w kluczowym momencie bankietu - wyciągnął zapakowany w formie prezentu kij, którym zakatował ich na śmierć.

Powyższe wydarzenie miało miejsce w fatalnym dla Capone roku 1929. Początkowo wydawało się, że Wielkiemu Alowi nic nie grozi, jednak na krótko przed zamordowaniem Giunty, Scalise i Anselmiego Capone popełnił olbrzymi błąd, zlecając słynną masakrę w dniu św. Walentego - zamach na Bugsa Morana (ostatniego liczącego się przywódcę North Side Gang). Ludzie Capone - przebrani za policjantów - nakazali siedmiu członkom konkurencyjnego gangu ustawić się wzdłuż ściany garażu, po czym skosili ich ogniem z karabinów maszynowych. Napadnięci nie stawiali oporu, sądząc, że padli ofiarą nalotu policyjnego. Na nieszczęście dla Capone wśród zamordowanych nie było Morana, a co gorsza, masakra wywołała burzę medialną i sprawą zainteresował się Waszyngton. Capone nie można było co prawda postawić zarzutu morderstwa, ale w końcu skazano go za oszustwa podatkowe. Otrzymał wyrok 11 lat pozbawienia wolności i trafił do federalnego zakładu karnego w Atlancie. W 1934 r. Capone został przeniesiony do więzienia Alcatraz, a po kilku kolejnych latach zaczął podupadać na zdrowiu. Gdy w końcu wyszedł na wolność (w 1939 r.), był bezradnym, schorowanym tabetykiem, ofiarą nieleczonego syfilisu, którym zaraził się w latach młodości. Podczas odsiadki w Alcatraz Capone zaczął też zdradzać pierwsze oznaki szaleństwa, charakterystycznego dla osób odsiadujących wyrok w tym sławnym więzieniu. Po przewiezieniu przez rodzinę do swojej rezydencji na Florydzie Capone przeżył jeszcze osiem lat, popadając to w euforię, to w zupełną bierność. Od czasu do czasu odwiedzali go jego dawni koledzy z Chicago, ale nie był już w stanie uczestniczyć w działalności Mafii chicagowskiej. Zmarł 25 stycznia 1947 r.

 

 

Wojna CASTELLAMMARESE: Walka o przywództwo nad Mafią

W latach dwudziestych XX w. stery nowojorskiej Mafii objął krępy, dobrze zbudowany gangster nazwiskiem Giuseppe Masseria (sam wolał, by tytułowano go "Joe Boss"). Masseria nie przewyższał swoich poprzedników ani bezwzględnością, ani sprytem, ale okres jego rządów przypadł na lata prohibicji i związany z nim renesans organizacji przestępczych. Dzięki wielkim pieniądzom pochodzącym z przemytu alkoholu oraz armii podległych mu cyngli Masseria był w stanie wyeliminować większość swoich konkurentów w ramach włoskiego podziemia przestępczego - zarówno w strukturach Mafii, jak i Camorry. Pomimo sukcesów Masserii, niektórzy młodzi nowojorscy mafiosi (urodzeni - z pewnymi wyjątkami - już na terenie USA) uważali go za krótkowzrocznego prostaka: nienawidzili okazywanej przezeń pazerności na władzę; nie odpowiadały im też staromodne koncepcje "szacunku" czy "godności", które - w ich opinii - uniemożliwiały szybkie bogacenie się na przestępczym rzemiośle. Masseria starał się zapobiegać współpracy tzw. Young Turks [młodzi mafiosi skonfliktowani ze starszym pokoleniem mafijnych bossów, tzw. Wąsatymi Piotrkami.] z potężnymi, lecz nieposiadającymi włoskich korzeni gangami na terenie USA. Young Turks zazdrościli jednak gangsterom żydowskim i irlandzkim zbijanych przez nich fortun, zaś wykłady o "honorze" i "tradycji" kwitowali wzruszeniem ramion.

Należy też zauważyć, że większość młodych opozycjonistów nie aprobowała ciągłych walk o władzę nad Mafią. Oprócz nieuchronnych konfliktów etnicznych zmuszano ich też do brania udziału w starciach bratobójczych - między Sycylijczykami a neapolitańczykami, a nawet - o zgrozo - między Sycylijczykami a innymi Sycylijczykami (owe wendety stanowiły w prostej linii kontynuację konfliktów między mieszkańcami zwalczających się miejscowości na Sycylii). Pod koniec lat dwudziestych Masseria nabrał fiksacji na punkcie emigrantów z zachodniosycylijskiego miasteczka Castellammare del Golfo. Mafiosi wywodzący się z Castellammare zdobyli znaczne wpływy w kilku amerykańskich miastach - zwłaszcza Detroit, Cleveland i Buffalo; centrum ich organizacji znajdowało się jednak na Brooklynie, gdzie rządy sprawował świeżo upieczony boss Salvatore Maranzano, Sycylijczyk pragnący pewnego dnia zostać bossem nad bossami. Doszło do wojny (nazywanej dziś tzw. Wojną Castellammarese). W skład organizacji Masserii wchodziły takie wschodzące gwiazdy podziemia przestępczego, jak: Lucky Luciano, Vito Genovese, Joe Adonis, Frank Costello, Willie Moretti, Albert Anastasia oraz Carlo Gambino; po stronie Maranzano stali zaś przyszli przywódcy amerykańskich rodzin mafijnych: Joe Profaci, Joe Bonanno, Joe Magliocco oraz podwójni agenci w szeregach organizacji Masserii: Tommy Gagliano i Tommy Lucchese.

Podczas gdy ludzie Masserii strzelali do ludzi Maranzano (i vice versa), stopniowo rodziła się tajna frakcja, spajająca obydwa zwaśnione obozy i stanowiąca trzecią stronę w konflikcie. Przywódcą tej trzeciej siły był Luciano, który sprzymierzył się zarówno z Young Turks Masserii, jak i z poplecznikami Maranzano - zwłaszcza z Tommym Lucchese, który na bieżąco informował go o planach swojego bossa.

W obozie Luciano doszło do burzliwych dyskusji na temat kolejności eliminowania wrogich przywódców. Przez wiele miesięcy Luciano liczył, że wojna doprowadzi do wykrwawienia obydwu stron; w końcu jednak podjęto decyzję o usunięciu w pierwszej kolejności Joego Bossa (zadanie to wydawało się łatwiejsze ze względu na zaufanie, jakim Masseria darzył Luciano). Do zamachu doszło w restauracji na Coney Island. Luciano zjadł lunch z Joe Bossem, a następnie zabawiał go grą w karty aż do późnego popołudnia, gdy wszyscy goście opuścili już lokal. W pewnym momencie Luciano wstał od stolika i udał się do toalety. Gdy tylko zniknął z pola widzenia, do restauracji wtargnęło czterech jego ludzi - Joe Adonis, Bugsy Siegel, Vito Genovese oraz Albert Anastasia - którzy szybko nafaszerowali Masserię ołowiem. Przybyła na miejsce policja zastała w lokalu jedynie zwłoki Joe Bossa. Obok stał Luciano, który - według relacji prasowych - twierdził, że przebywając w toalecie usłyszał strzelaninę i "kiedy tylko skończyłem myć ręce, wróciłem na salę, aby zorientować się w sytuacji". W rzeczywistości słowa Luciano brzmiały: "Byłem w kiblu, bo musiałem się odlać. Zawsze długo leję". Po śmierci Joe Bossa Luciano wspólnie ze swoimi sprzymierzeńcami zawarł pokój z Maranzano i zgodził się uznać go za swojego przywódcę. Z formalnego punktu widzenia był to koniec wojny Castellammarese: Salvatore Maranzano sięgnął po koronę bossa nad bossami. Pokój trwał jednak bardzo krótko - już po upływie kilku miesięcy Luciano zorganizował zamach na swojego nowego bossa. Można zatem powiedzieć, że obydwie strony przegrały rozpętaną przez siebie wojnę. Prawdziwym zwycięzcą był Luciano oraz założony przez niego amerykański syndykat przestępczy: konglomerat wszelkiej maści gangów, stanowiący podbudowę współczesnej przestępczości zorganizowanej na terenie USA.

 

 

Paul CASTELLANO (1915-1985): Zamordowany boss rodziny przestępczej

Gdy Paul Castellano, wraz ze swoim szoferem Thomasem Bilottim, został zastrzelony przed wejściem do restauracji w nowojorskiej dzielnicy East Side 16 grudnia 1985 r., wiadomości o tym wydarzeniu obiegły całą Amerykę na pierwszych stronach gazet. Prasa uważała Castellano (niesłusznie) za "bossa nad bossami" Mafii i twierdziła (również niesłusznie), że budził on wśród gangsterów największą grozę spośród wszystkich przywódców przestępczości zorganizowanej w całym kraju. Niemal nikt nie zwrócił uwagi na fakt, że zabójstwo, do którego doszło w chwili, gdy obaj mężczyźni wysiadali z limuzyny marki Lincoln, było jednym z najłatwiejszych zamachów na mafijnego bossa i jego ochroniarza w całej historii Mafii. Ani Castellano, ani Bilotti nie mieli przy sobie broni; żaden z nich nie zadbał też o standardową asekurację w postaci drugiego samochodu wypełnionego uzbrojonymi gangsterami, podążającego za limuzyną bossa.

Castellano był umówiony na obiad z trzema partnerami od interesów, zarezerwował więc stolik dla swoich gości, siebie samego oraz swojego szofera w restauracji Sparks Steak House przy ruchliwej 46 Ulicy na Manhattanie (miejsce pobytu "Big Paula" o 5:30 wieczorem w dniu zamachu nie było żadną tajemnicą dla co najmniej połowy nowojorskich mafiosów). Dlaczego Castellano w ostatniej chwili - dla bezpieczeństwa - nie zmienił miejsca spotkania? Bardzo możliwe, że gdyby Castellano i Bilottiemu udało się dotrzeć do restauracji, nie zażądaliby oni nawet zmiany zarezerwowanego stolika. Są to jednak tylko domysły, gdyż natychmiast po wyjściu z samochodu podeszło do nich trzech zamachowców ubranych w płaszcze i futrzane kapelusze. Mordercy wyciągnęli spod płaszczy pistolety maszynowe i zaczęli strzelać obydwu ofiarom w twarz. Po krótkiej przerwie jeden z mężczyzn dla pewności strzelił Castellano jeszcze raz w głowę, następnie zaś cała trójka uciekła pieszo na róg Drugiej Alei (jeden z zamachowców w biegu rozmawiał z kimś przez krótkofalówkę). Wspólnie wsiedli do czekającego na nich samochodu, który ruszył z piskiem opon i odjechał w kierunku wschodnim. Zamach nie sprawił mordercom najmniejszych trudności. Dla porównania warto dodać, że w przeciwieństwie do Castellano, Carmine Galante (zamordowany w 1979 r.) zachowywał właściwe środki bezpieczeństwa: jeździł po całym mieście i nigdy nie informował, gdzie się zatrzyma. Pewnego razu, przejeżdżając przez Brooklyn, nagle "pod wpływem chwili" nakazał szoferowi zatrzymać samochód przy małej restauracji, w której zamierzał zjeść posiłek. I mimo wszystko zamachowcom udało się go tam dopaść.

Śmierć Paula Castellano nastąpiła w wyniku niezrozumienia przezeń niuansów wewnętrznej polityki Mafii. Gdyby był nieco mądrzejszy, zapewne zdałby sobie sprawę z grożącego mu niebezpieczeństwa. Los Castellano dokonał się dwa tygodnie wcześniej, gdy jego zastępca Aniello Dellacroce zmarł na raka płuc. Castellano nie lubił Dellacroce (zresztą z wzajemnością) i nie rozumiał, że to właśnie Dellacroce stanowił dlań polisę ubezpieczeniową.

Od czasu swojego awansu na stanowisko bossa (w 1976 r.) Paul Castellano traktował siebie jako dona nowej ery: pełnego ogłady i przypominającego bardziej biznesmena niż bandytę. Pod jego przewodnictwem rodzina Gambino podjęła aktywną działalność w takich gałęziach gospodarki jak handel odzieżą, transport drogowy oraz przemysł budowlany. Castellano nie wyrzekł się morderstwa jako kluczowego mechanizmu sprawowania władzy: podlegający mu gang złodziei samochodów, odpowiedzialny za ekspediowanie pojazdów nawet do Kuwejtu, sprzątnął rzekomo aż 25 kłopotliwych świadków i konkurentów. Należy jednak zauważyć, że wiele zamachów nie zyskiwało aprobaty Castellano, a on sam zaczął powoli zapominać o własnych korzeniach: nie rozumiał, że władza w Mafii należy w znacznym stopniu właśnie do morderców. W przeciwieństwie do Castellano, Meyer Lansky, choć sam był biznesmenem - zresztą znacznie lepszym niż Castellano - wiedział, że jego władza opiera się na brutalnej sile i dlatego regularnie korzystał z usług Bugsy'ego Siegela oraz innych cyngli. Big Paul nie pałał szczególną miłością do specjalistów od mokrej roboty. Nie znosił swojego zastępcy, Aniello Dellacroce - człowieka gotowego patrzeć swojej ofierze głęboko w oczy, pociągając jednocześnie za spust wycelowanego w nią pistoletu. Niewykluczone, że Big Paul obawiał się Dellacroce, gdyż wiedział, że jako byłemu zastępcy Carlo Gambino to właśnie jemu należała się scheda po zmarłym w 1976 r. bossie. Castellano miał nad Dellacroce jedną przewagę: był mężem siostry Gambino. Don Carlo przywiązywał dużą wagę do więzów rodzinnych i dlatego postanowił namaścić na swojego następcę właśnie Castellano; rozumiał jednak, że objęcie przez Castellano stanowiska bossa będzie niemożliwe w przypadku sprzeciwu Dellacroce. Z drugiej strony - nie mógł też zlecić zabójstwa swojego własnego zastępcy. W skład rodziny Gambino wchodziło wielu bardzo ambitnych ludzi, którzy chętnie wypełniliby powstałą próżnię i rzucili wyzwanie samemu Castellano (wiedząc o jego zahamowaniach). Gambino doszedł do wniosku, że musi zawrzeć układ z Dellacroce. W zamian za zaakceptowanie zwierzchnictwa Castellano zaoferował mu kontrolę nad wszystkimi lukratywnymi interesami rodziny na Manhattanie. Dellacroce nie chciał prowokować wojny, która z pewnością doprowadziłaby do gwałtownych represji ze strony władz, przystał więc na złożoną mu ofertę. Castellano nie przywiązywał dużej wagi do poszerzania wpływów swojej rodziny i klan Gambino zaczął stopniowo tracić wpływy na rzecz rodziny Genovese, która - pod przywództwem Funzi Tieriego - ponownie objęła palmę pierwszeństwa, tak jak za dawnych lat, przed erą Carlo Gambino. Dopiero po śmierci Tieriego w 1981 r. i kilku kadencjach mniej skutecznych bossów rodzina Gambino ponownie prześcignęła rodzinę Genovese. Tymczasem Castellano kontynuował działalność w najlepszy znany sobie sposób: zadając się z biznesmenami i marginalizując twardych gangsterów. Frank Perdue, król wyrobów drobiarskich, znany z reklam telewizyjnych pod hasłem "twardy facet, miękki kurczak", stwierdził pewnego razu, że strategia marketingowa jednej z dużych nowojorskich sieci supermarketów nie jest dla niego korzystna: jego kurczaki często nie były nawet wymieniane w cotygodniowych gazetkach promocyjnych, szeroko reklamujących drób dostarczany przez konkurencję. Perdue postanowił zmienić dystrybutora i podpisał umowę z firmą Dial Poultry, przypadkowo zarządzaną przez dwóch synów Castellano. Od tego czasu nie mógł już narzekać na niewłaściwy marketing swoich kurczaków. Na głowę nowego bossa wkrótce posypały się gromy za zbyt bliskie kontakty z biznesmenami. Castellano konsekwentnie wetował jednak propozycje Johna Gottiego, który proponował przejęcie przez rodzinę Gambino lukratywnego obszaru przestępstw lotniskowych (zwłaszcza kradzieży frachtu oraz rozmaitych procederów związanych z kontrolą związków zawodowych pracowników lotnisk). Gotti był jednym z wielu młodych capo narzekających na rządy Castellano - czuł, że przez nieudolność bossa przechodzą mu pod nosem kokosowe interesy. Przed otwartą rebelią powstrzymywał Gottiego jedynie strach i lojalność wobec Dellacroce. Gotti był zausznikiem Dellacroce i Castellano słusznie obawiał się jego ambicji; wolał więc ograniczać jego działalność do porwań pojazdów i innych drobnych przestępstw.

2 grudnia 1985 r. Dellacroce zmarł na raka. Castellano najwyraźniej nie wykazywał dużego strachu przed Gottim, gdyż nie podjął kroków mających na celu wyeliminowanie kłopotliwego capo. Zamiast tego postanowił mianować swoim następcą Bilottiego, w którym upatrywał przeciwwagę dla Gottiego. Był to olbrzymi błąd. Castallano zachowywał się tak, jak gdyby brał udział w walce o wpływy nad jakąś korporacją. Inteligentny boss natychmiast przystąpiłby do krwawej rozprawy z opozycją, tymczasem Castellano snuł długofalowe wizje, nie wiedząc, że siedzi na tykającej bombie zegarowej.

Gotti - lub też któryś z pozostałych przedstawicieli wewnętrznej opozycji wobec Castellano - zaczął od skonsultowania swoich zamiarów z pozostałymi bossami nowojorskich rodzin przestępczych. Żaden boss nie sprzeciwił się planom wyeliminowania Big Paula - większość z nich miała na pieńku z Castellano, ten bowiem nie zauważył podsłuchu założonego przez FBI w jego luksusowej 17-pokojowej rezydencji na Staten Island. Gdy konkurencyjni bossowie otrzymali transkrypty nagranych przez FBI rozmów (jako współoskarżeni w licznych sprawach o działalność przestępczą), wyszło na jaw, że Big Paul obrzucał ich wyzwiskami, a co gorsza - opowiadał o interesach mafijnych niemal każdemu, kto przyszedł do niego w odwiedziny: nawet ludziom nienależącym do żadnej rodziny przestępczej. Castellano mówił też Bilottiemu o sprawach, o których ten ostatni wcale nie musiał wiedzieć. Gadatliwość Castellano stanowiła palący problem, tym bardziej że 70-letni już wówczas boss prawdopodobnie nie przeżyłby ewentualnej odsiadki. Gdyby został skazany, czekałby go wyrok aż 170 lat więzienia - w takiej sytuacji człowiek słabego charakteru (a takim był niewątpliwie Castellano) mógł pójść na współpracę z władzami. Po wydarzeniach przed restauracją Sparks prasa zaczęła snuć rozmaite spekulacje. Zastanawiano się, czy to początek kolejnej wojny gangów, czy też wynik wewnętrznych porachunków w rodzinie Gambino. Jedynym bezspornym faktem - poza obecnością dwóch trupów na 42 Ulicy - było ustalenie (za pośrednictwem podsłuchów i zeznań informatorów, potwierdzonych później przez rozmaite agencje śledcze) personaliów następcy Paula Castellano. Był nim John Gotti.

 

 

CIA a Mafia

Więź między amerykańskimi służbami wywiadowczymi a Mafią sięga czasów Lucky'ego Luciano. Uważa się obecnie, że siedzący w więzieniu Luciano pomagał amerykańskiej marynarce wojennej w utrzymywaniu porządku w dzielnicach portowych Nowego Jorku w trakcie II wojny światowej - po uprzednim spaleniu liniowca S/s Normandie zakotwiczonego w doku przy East River i przebudowywanego na transportowiec wojskowy. Luciano wspierał później aliancką inwazję na Sycylię, przekazując wojsku dane wywiadowcze oraz umożliwiając agentom nawiązywanie kontaktów z przedstawicielami Mafii na wyspie. Według tajnego, nieformalnego studium przeprowadzonego przez pracowników Departamentu Sprawiedliwości mniej więcej 15 lat po zakończeniu II wojny światowej, Luciano odegrał też kluczową rolę w zwerbowaniu przebywającego we Włoszech Vito Genovese, który w 1944 r. podjął współpracę z Biurem Służb Strategicznych (poprzednikiem CIA). Warto wspomnieć, że Genovese zbiegł do Włoch (z wielką ilością gotówki) w celu uniknięcia procesu o morderstwo na terenie USA, utrzymywał bliskie kontakty z Mussolinim i przyczyniał się do faszystowskiego wysiłku wojennego - gdy jednak dotarły do niego komunikaty Luciano, posłusznie zmienił front (zapewne znaczną rolę odegrały także bieżące doniesienia o zwycięstwach aliantów).

W późniejszych latach CIA często próbowała korzystać z usług oferowanych przez podziemie przestępcze. Niesławna Operacja Mangusta (próba zamachu na Fidela Castro) była realizowana przy aktywnym współudziale Mafii - wymienia się tu nazwiska Sama Giancany, Meyera Lansky'ego, Johnny'ego Rosellego, Sama Trafficante (bossa rodziny z Tampy), a także Howarda Hughesa i jego zausznika Roberta Maheu. Z perspektywy lat wydaje się oczywiste, że tylko CIA i Hughes mieli za cel zgładzenie Castro - większość zaangażowanych w operację mafiosów (a także Maheu) bardziej interesowały wyłudzenia pieniędzy od agentów CIA oraz wykorzystywanie ich przeciwko innym agencjom odpowiedzialnym za zwalczenie Mafii (np. FBI). Budzące grozę opowieści o zatopieniu przez Kubańczyków łodzi wiozących potencjalnych zamachowców fabrykowano specjalnie na użytek agentów rządowych. Specjalna trucizna przygotowana przez chemików CIA została przez gangsterów po prostu wylana do toalety. Nie ma też żadnych dowodów na to, by jakiekolwiek fundusze przeznaczone dla kubańskiej opozycji kiedykolwiek opuściły terytorium USA. Agenci CIA w końcu odkryli, że wyprowadzono ich w pole i wielu obserwatorów (zarówno wywodzących się ze świata przestępczego, jak i z zewnątrz) do dziś nie ma pewności, czy zamordowanie Giancany w 1975 r. oraz Rosellego w 1976 r. było sprawką Mafii czy też agencji, dążącej do zatuszowania doznanej kompromitacji. Po nieudanym zamachu na Castro na światło dzienne wyszły kolejne skandale związane ze współpracą CIA i Mafii: przykładowo twierdzono, że agencja aktywnie utrudniała śledztwa w sprawie przemytu narkotyków oraz że korzystała z pomocy przemytników, chroniąc ich jednocześnie przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości. August Bequai, adiunkt na wydziale prawa karnego American University, twierdzi w swojej pracy Organized Crime: "Agencja była też powiązana z handlem narkotykami oraz prostytucją na terenie całego kraju. Federalni pracownicy śledczy podejrzewają, że niektórzy przedstawiciele CIA mogli osobiście prowadzić dystrybucję narkotyków w celu gromadzenia funduszy na tajne operacje agencji lub nawet dla prywatnych korzyści".

 

 

CMENTARZE mafijne

Pewnego sierpniowego poranka w 1985 r. cichym osiedlem Bensonhurst położonym w nowojorskiej dzielnicy Brooklyn na skrzyżowaniu ulic 87 i Bay 7 (przy stacji benzynowej Mobil) wstrząsnął nagle hałas ciężkiego sprzętu drogowego. Pod baczną kontrolą agentów FBI trzy koparki wykonały głęboki na trzy metry wykop. Z początku dziennikarzy nie poinformowano o przyczynie prowadzonych prac; wkrótce jednak stało się jasne, że agenci szukają pod należącymi do stacji zbiornikami paliwa zwłok przynajmniej trzech ofiar gangsterskich porachunków. Jeden z właścicieli stacji powiedział reporterom, że agenci FBI "przyszli do mnie tydzień temu i powiedzieli: »Musimy rozkopać stację«. Zapytałem »dlaczego?«, a oni stwierdzili »Bez konkretnego powodu«. No trudno, musimy sobie jakoś radzić. Oni myślą, że znajdą tam jakieś ciała. Moim zdaniem nic tam nie ma".

Właściciele, którzy zakupili stację osiem lat wcześniej, zawarli z FBI umowę, na mocy której agencja miała wymienić wielkie zbiorniki paliwa, doprowadzić stację do stanu sprzed rozpoczęcia wykopalisk oraz wypłacić stosowne odszkodowanie. Rzecznik FBI powiedział, że decyzję o rozkopaniu stacji podjęto po otrzymaniu z dwóch różnych źródeł informacji, iż stanowiła ona miejsce pochówków gangsterskich. Ostateczny rezultat akcji: żadnych zwłok. Koparki zasypały wykonany wcześniej wykop, a remont stacji potrwał trzy kolejne tygodnie.

Polowanie na cmentarze mafijne zawsze fascynowało przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości, wiadomo bowiem, że gangsterzy wykazują swego rodzaju sentymentalne przywiązanie do pewnych konkretnych miejsc. Przykładowo, ojcowsko-synowski duet w osobach Charlesa i Joego Dippolito (żołnierzy rodziny z Los Angeles) "zasadził" w żyznej glebie należącej do nich posiadłości w Cucamooga znaczną liczbę trupów, stanowiących rzekomo znakomity nawóz dla prywatnej plantacji limonek.

Podobne sytuacje mają jednak miejsce bardzo rzadko i większość opowieści o miejscach pochówku ofiar Mafii można przypisać wybujałej wyobraźni dziennikarzy. Jednym z przykładów - i to z ostatnich lat - jest kazus cmentarza odnalezionego w nowojorskiej dzielnicy Queens. W 1981 r. na niezagospodarowanej działce znaleziono zwłoki niejakiego Alphonse Indelicato, zaś w 2004 r. FBI powróciło w to samo miejsce i odkopało dwa kolejne ciała, należące do Philipa i Dominicka Trinchery (podobnie jak Indelicato pełnili oni funkcję capo rodziny Bonanno). Jak się okazało, cała trójka poniosła śmierć mniej więcej w tym samym okresie, podczas walk o przywództwo nad rodziną, w wyniku których do władzy miał dojść Joe Massino. Czyżby cmentarz mafijny? Nie - po prostu trzy zabite jednocześnie ofiary zostały pogrzebane w tym samym miejscu. Jednym z humorystycznych aspektów mitu cmentarzy mafijnych jest historia poszukiwania przez władze ciała zaginionego sąsiada Johna Gottiego, który przypadkowo zabił syna bossa w wypadku samochodowym. Teoria, zgodnie z którą zwłok należało poszukiwać w miejscu pochówku innych ofiar Mafii, jest nonsensowna: gangsterzy nie zakopują w tych samych grobach niezwiązanych ze sobą ofiar - odkrycie pojedynczego grobu umożliwiłoby przecież policji zgromadzenie dowodów w kilku różnych sprawach o morderstwo. Do najsłynniejszych epizodów w życiu Ala Capone należało własnoręczne zamordowanie trzech gangsterów podczas bankietu wydanego rzekomo na ich cześć. W trakcie uroczystości Al otworzył "prezent-niespodziankę", wydobył z opakowania długi kij i zakatował na śmierć całą trójkę. Problem pozbycia się zwłok pozostawiono ulubionemu specjaliście od mokrej roboty w organizacji Capone, Jackowi McGurnowi. Capone pragnął, by fama o śmierci trójki jego konkurentów poszła w świat, więc nakazał porzucić zwłoki w miejscu, gdzie mogły zostać łatwo odnalezione. McGurn dysponował jednak również własnym, prywatnym cmentarzem na pewnej farmie w pomocnej Indianie. Nawet po upływie kilkudziesięciu lat gangsterzy chicagowscy wciąż odbywali wycieczki w tamte okolice i otwarcie dyskutowali o konieczności zakopania na ziemi McGurna dodatkowych ciał.

Organizacja Murder, Inc. posiadała własny cmentarz w Lyndhurst w stanie New Jersey - był nim kurnik położony niedaleko domu szwagra jednego z głównych członków gangu. Informator Abe Reles zdradził władzom lokalizację miejsca pochówku i policja - poszukując ciała Petera Panto (młodego dokera sprzeciwiającego się wybrykom mafiosów w dzielnicach portowych) - rozkopała cały teren za pomocą koparek. Po kilku tygodniach bezskutecznych poszukiwań wreszcie natrafiono na to, czego szukano: trzystukilogramową bryłę ziemi, gliny, kamieni i piaskowca. Bryła była zbyt delikatna, by próbować ją rozkruszyć, lecz jej prześwietlenie ujawniło niemal kompletny szkielet jednej osoby oraz fragmenty szkieletu drugiej. Podejrzewano, że jeden ze szkieletów należał do Panto, lecz nigdy nie udało się dokonać jednoznacznej identyfikacji zwłok. W tym wypadku nie miało to zresztą większego znaczenia, gdyż obowiązujące na terenie stanu Nowy Jork prawo umożliwiało wydanie wyroku śmierci na porywacza, o ile porwana osoba nie została uwolniona przed rozpoczęciem procesu. Dowód rzeczowy w postaci zwłok ofiary nie był wymagany. Do pogrzebania zwłok w specjalnie wyznaczonym miejscu pochówku dochodzi zazwyczaj wtedy, gdy Mafia chce ukryć sam fakt popełnienia morderstwa. W przypadku Panto wiadomo było, że jedynymi osobami pragnącymi jego śmierci byli mafiosi kontrolujący dzielnice portowe i ewentualne porzucenie zwłok w rynsztoku ściągnęłoby gangsterom na kark policję. O wiele lepszym - z punktu widzenia Mafii - rozwiązaniem było "zniknięcie" Panto.

Cmentarze mafijne są w użyciu po dziś dzień, gdyż uważa się je za bezpieczniejsze od topienia zwłok w wodzie. Trupy - niezależnie od dodatkowego obciążenia - mają nieprzyjemną skłonność do wypływania na powierzchnię. W niektórych rodzinach mafijnych, prowadzących interesy na rynku budowlanym, coraz większą popularność zyskuje wmurowywanie martwych ofiar w fundamenty rozmaitych budynków. Niektórzy mafiosi czerpią swoistą inspirację z grzebania zwłok pod wieżowcami. "To jakby prawdziwy nagrobek" - wyznał pewien gangster podczas przesłuchania.

 

 

Joseph COLOMBO, senior (1914-1978): Boss rodziny przestępczej

"Jakie on ma doświadczenie? Całe życie był drobnym hazardzistą. (...) Co on w ogóle wie?" - w takie słowa odezwał się boss Mafii ze stanu New Jersey, Simone Rizzo DeCavalcante, podczas rozmowy podsłuchanej przez FBI. DeCavalcante mówił o Josephie Colombo, który w owym czasie był najmłodszym bossem rodziny przestępczej w USA i jednocześnie najmłodszym bossem, którego miała spotkać śmierć z rąk konkurentów. Opinię DeCavalcante podzielali liczni mafiosi: Colombo miał reputację karierowicza, który wspiął się na wysokie stanowisko wyłącznie dzięki oportunizmowi i lizusostwu.

Powszechna opinia na temat Joego Colombo nie była jednak do końca zgodna z prawdą. Nie ulega wątpliwości, że Colombo sprawdził się w roli płatnego mordercy: wchodził w skład elitarnej pięcioosobowej brygady śmierci realizującej zlecenia dla bossa Joego Profaci. Do brygady należeli również Lany oraz Crazy Joe Gallo - a gdy zabijało się wspólnie z braćmi Gallo, można było mieć powody do dumy. Według szacunków policji zespół Gallo odpowiadał za przynajmniej 15 morderstw. Pod wieloma względami Joe Colombo był też jednym z najbardziej postępowo nastawionych członków Mafii. Rozumiał rolę, jaką odgrywał publiczny wizerunek jego własnej organizacji i starał się wprowadzać daleko posunięte reformy. Swoją wizję miał przypłacić życiem - każdy boss, który zrazi do siebie FBI, innych ojców chrzestnych oraz swoją własną rodzinę, jest automatycznie skazany na zagładę.

Gdy na początku lat sześćdziesiątych Joe Bonanno planował przejęcie kontroli nad całą Mafią nowojorską, postanowił zacząć od zamordowania członków komisji rządzącej syndykatem. Bonanno zawarł na tę okoliczność umowę z Joe Magliocco, szefem brooklyńskiej rodziny mafijnej i spadkobiercą Joe Profaciego, ten zaś wynajął do realizacji zadania swojego ambitnego zastępcę, Joego Colombo.

Nie było to mądre posunięcie. Joe Colombo zawsze dbał w pierwszej kolejności o ratowanie własnej skóry. W 1938 r. przeżył zamach na swojego ojca, Anthony'ego Colombo, którego zwłoki znaleziono w samochodzie obok ciała jego martwej konkubiny (obydwoje zostali uduszeni garotą). Policja ustaliła - na podstawie zeznań informatorów - że przyczyną śmierci starego Colombo było zbyt liberalne traktowanie przezeń niektórych praw rządzących Mafią. Gdy pewien dziennikarz spytał Joego Colombo, czy podjął próbę odnalezienia morderców swego ojca, Colombo prychnął: "A od czego jest policja?"

Joe Colombo okazał się znacznie lepszym podwładnym bossa Profaciego niż jego ojciec. Zaczął jako osiłek strzegący interesów rodziny w dzielnicach portowych; później rozpoczął organizowanie trefnych gier w kości oraz poważniejszych operacji hazardowych na Brooklynie i w hrabstwie Nassau; maczał też palce w wymuszeniach i porwaniach na terenie portu lotniczego Kennedy'ego. W końcu zaczął zabijać na zlecenie, lecz nigdy nie zatracił swojego instynktu przetrwania - instynkt ten ponownie dał o sobie znać, gdy Magliocco przekazał Colombo zlecenie realizacji zamachów zaplanowanych przez Bonanno. Colombo przemyślał sprawę i doszedł do wniosku, że szansę zwycięstwa Magliocco i Bonanno w tym konflikcie są niewielkie; spadną zaś do zera, jeśli on sam powiadomi o całej sprawie swoje niedoszłe ofiary, tzn. Carlo Gambino i Tommy'ego Lucchese. Nie mylił się: jego nowi sojusznicy wygrali rozpętaną przez Bonanno wojnę (nazywaną później Wojną Bananową). Bonanno został zmuszony do przejścia na emeryturę, natomiast Colombo nagrodzono przywództwem nad rodziną Profaci. Wkrótce potem Colombo musiał stawić czoło buntowi wznieconemu przez braci Gallo, lecz nawet walcząc ze swoimi dawnymi wspólnikami, miał czas na wprowadzanie reform we własnej organizacji. Postanowił, że każdy członek rodziny Profaci musi posiadać legalne zatrudnienie - jego ludzie podejmowali więc pracę jako rzeźnicy, piekarze, śmieciarze itp. Każdy zawód był dobry, byle stwarzał pozory legalności. "To było dla niego jak fetysz" - stwierdził pewien agent FBI. Sam Colombo pracował jako akwizytor brooklyńskiej agencji obrotu nieruchomościami Cantalupo Realty Company. Wadą programu Colombo była jego wyjątkowa niepopularność w szeregach żołnierzy. Jedną z głównych zalet życia mafioso jest fakt, że nie trzeba spędzać długich godzin w jakimś biurze czy sklepie. Colombo zmuszał swoich ludzi, by robili dokładnie to, przed czym starali się uciec, wybierając kariery przestępcze.

Następnie Colombo wcielił w życie kolejny ze swoich chybionych programów (przynajmniej jeśli chodzi o perspektywy utrzymania się na stanowisku bossa): wymyślił tak zwaną Włosko-Amerykańską Ligę Praw Obywatelskich (ang. Italian-American Civil Rights League; IACRL). W opinii Colombo Liga miała jednoczyć Amerykanów włoskiego pochodzenia i umożliwiać im walkę z rzekomą dyskryminacją ze strony władz. Celem ubocznym Ligi była też zmiana negatywnego stereotypu włoskiego gangstera pokutującego w społeczeństwie amerykańskim. Bossowie pozostałych rodzin mafijnych spoglądali na wysiłki Colombo z niesmakiem i dezaprobatą - doskonale bowiem zdawali sobie sprawę z faktu, że zaprzeczanie obecności Mafii na terenie USA prowadzi tylko do rozdrażnienia władz. Pomimo sprzeciwu ze strony Mafii Colombo postanowił przeprowadzić 29 czerwca 1970 r. wielki wiec IACRL na nowojorskim placu Columbus Circle. W wydarzeniu - powszechnie uważanym za wielki sukces - wzięło udział 50 000 osób. O prawo do zabrania głosu zabiegali liczni politycy, a sam gubernator Nelson Rockefeller wystąpił o honorowe członkostwo w Lidze, ignorując niejasne związki między Ligą a rodziną Colombo. Colombo stał się więc - we własnej opinii - bohaterem i przystąpił do rozszerzania zakresu działalności IACRL. W tym samym czasie niektórzy z jego podwładnych zaczęli jednak z niepokojem spoglądać na stan finansów rodziny: boss zajmował się wszystkim, tylko nie pilnowaniem przestępczych interesów. Capo rodziny Colombo nawiązali kontakty z przedstawicielami innych rodzin, zirytowanych działalnością Josepha. Uzgodniono, że Colombo posunął się za daleko i że trzeba wziąć go w karby.

Wewnętrzna opozycja względem Colombo znalazła sojusznika w osobie najpotężniejszego dona w kraju, Carlo Gambino - który zresztą zawdzięczał życie Josephowi i zdradzie, jakiej dopuścił się on względem Joego Bonanno. Pomimo niewątpliwego długu wdzięczności wobec Colombo, Gambino był o wiele bardziej zainteresowany jego bieżącą działalnością, a w szczególności pikietami organizowanymi przezeń przed nowojorską siedzibą FBI. Carlo twierdził, że Colombo drażni jedynie gniazdo szerszeni - i miał rację. W połowie 1971 r. agencje federalne i stanowe doprowadziły do postawienia formalnych zarzutów mniej więcej co piątemu członkowi rodziny Colombo. Gambino martwił się, że podobny los może spotkać pozostałe rodziny przestępcze.

Zgodnie z najczęściej cytowaną teorią, Gambino postanowił zlecić sprzątnięcie Colombo ludziom Gallo. Kolejny "Dzień Jedności" IACRL i związany z nim wiec zaplanowano na 28 czerwca 1971 r. Gallo wiedział, że ani on sam, ani jego ludzie nie będą w stanie przedostać się wystarczająco blisko Colombo, by go zastrzelić; miał jednak w zanadrzu plan zapasowy. Jako jeden z nielicznych włoskich mafiosów Gallo utrzymywał przyjazne kontakty z czarnoskórymi gangsterami z Harlemu. Colombo przyjechał na wiec rankiem 28 czerwca, gdy manifestanci dopiero zaczynali się zbierać. Właśnie wtedy Murzyn Jerome A. Johnson, ucharakteryzowany na dziennikarza, podszedł do Colombo - i gdy znajdował się o niecały krok od bossa, wyciągnął pistolet i wpakował trzy kule w głowę swojej ofiary. Ochroniarze Colombo błyskawicznie zastrzelili napastnika. Sam Colombo nie zginął na miejscu, lecz doznał ciężkiego uszkodzenia mózgu i popadł w śpiączkę (zmarł po siedmiu latach wegetacji).

Wokół zamachu na Colombo narosło wiele podejrzeń i spekulacji. Dlaczego Johnson zdecydował się wziąć udział w spisku, skoro wiedział, że nie będzie w stanie ujść z życiem? Wielu sądziło, że Johnson był po prostu niezrównoważonym furiatem i że Mafia wcale nie podpisała wyroku na Colombo. Carlo Gambino niewątpliwie popierał taką linię rozumowania; śledztwo policyjne ujawniło jednak, że Johnson liczył na swoich rzekomych wspólników, którzy mieli wywołać sztuczne zamieszanie i tym samym umożliwić mu ucieczkę z miejsca zbrodni. Innymi słowy - Johnson został wystawiony do wiatru.

Dlaczego jednak Colombo musiał zginąć w miejscu publicznym, skoro Mafia woli załatwiać swoje porachunki po kryjomu, bez świadków? Można tu wymienić dwie teorie, obydwie związane z osobą Carlo Gambino: po pierwsze, Gambino chciał w ten sposób skompromitować całą Ligę; po drugie zaś - miał osobisty powód, by wywrzeć okrutną zemstę na Colombo. Powód ten został odkryty przez agentów federalnych dopiero w 1974 r., trzy lata po strzelaninie. Według dziennikarza Davida Chandlera (laureata Nagrody Pulitzera), Gambino osobiście udał się do Colombo i nakazał mu zaprzestanie bezsensownych wieców i pikiet. Colombo - któremu sukcesy na arenie politycznej podobno mocno uderzyły do głowy - w odpowiedzi splunął Gambino w twarz. Pięć tygodni później spotkała go za to sroga kara, a Gambino z pewnością musiał ucieszyć fakt, że osoba, która w ten sposób obraziła ojca chrzestnego, nie zginęła na miejscu, lecz spędziła ostatnie lata swojego życia w stanie wegetacji.

 

 

rodzina przestępcza COLOMBO

Pierwszy boss organizacji, która miała później otrzymać nazwę rodziny Colombo - Joe Profaci - doszedł do władzy po zakończeniu Wojny Castellammarese. Profaci stanął u boku Lucky'ego Luciano, Vince'a Mangano, Joego Bonanno oraz Toma Gagliano jako przywódca jednej z pięciu nowojorskich rodzin mafijnych, stanowiących jądro potęgi Mafii w ramach ogólnokrajowego syndykatu.

Profaci utrzymał się u steru przez ponad trzydzieści lat, co musi zdumiewać, zwłaszcza że wielu mafiosów (również w szeregach jego własnej organizacji) uważało go za najgorszego dona w Nowym Jorku. Jego głównym grzechem była chciwość. Profaci jako jedyny z nowojorskich bossów pobierał od każdego członka swojej rodziny miesięczny podatek w wysokości 25 dolarów, rzekomo przeznaczony na specjalny fundusz wsparcia dla aresztowanych gangsterów (rzecz jasna pieniądze trafiały bezpośrednio do kieszeni Profaciego). Co gorsza - Profaci ciągle domagał się większych udziałów w zyskach z prowadzonych przez jego rodzinę interesów. Joe Valachi cytuje narzekania Carmine "the Snake" Persico: "Nawet jeśli porwiemy parę ciężarówek, on i tak zedrze z nas podatek. Sam ostatnio zapłaciłem 1800 dolarów". W końcu Profaci musiał stawić czoło rewolcie. Grupa zbuntowanych żołnierzy, w skład której wchodzili psychopatyczni bracia Gallo, Persico i Jiggs Forlano (capo i prawdopodobnie najlepszy specjalista od ściągania długów w Nowym Jorku), domagała się zakończenia rządów chciwego bossa. Profaci wykazał się jednak dużym sprytem i zamiast ustąpić przed żądaniami buntowników, postanowił ich skłócić. Dzięki zaoferowanym przezeń nagrodom, Persico, Forlano i kilku innych gangsterów przeszło z powrotem na jego stronę, zostawiając braci Gallo na lodzie (Persico i Forlano dali się później poznać jako najzagorzalsi zwolennicy Profaciego w wojnie ze swoimi byłymi sprzymierzeńcami).

Profaci zmarł w 1962 r., a władza nad rodziną przeszła w ręce jego zastępcy, Joego Magliocco. Podobnie jak Profaci, również Magliocco wykazywał dezaprobatę dla maczania palców w sprawach jego rodziny przez dwóch innych nowojorskich bossów: Carlo Gambino i Tommy'ego Lucchese. Było jasne, że Gambino i Lucchese usiłują podkopać pozycję Magliocco i przejąć kontrolę nad jego interesami. Jedynym sojusznikiem Profaciego (a później Magliocco) w tym konflikcie był Joe Bonanno. (Piąty boss, Vito Genovese, przebywał wówczas w więzieniu.) Właśnie w tym okresie Bonanno, snując własne plany zdominowania świata przestępczego, postanowił zamordować Gambino i Lucchese, a także kilku innych bossów z różnych regionów USA. Niektórzy twierdzą, że Bonanno nie miał wyboru: gdyby Magliocco skapitulował, kolejnym celem Gambino stałaby się jego własna rodzina. Magliocco zgodził się wziąć udział w spisku Gambino i przekazał zlecenie zabicia Bonanno oraz Lucchese swojemu zaufanemu capo, Joemu Colombo. Colombo obawiał się jednak o własną skórę i zamiast wykonać zlecenie, opowiedział o wszystkim swoim niedoszłym ofiarom. Zdrada Colombo doprowadziła do tzw. Wojny Bananowej, której głównym celem była detronizacja Bonanno - jednak to Magliocco skapitulował jako pierwszy. Wezwany przed komisję (której był członkiem), Magliocco - śmiertelnie chory i zmęczony walką - przyznał się do winy. Puszczono go żywcem (zmarł kilka miesięcy później na niewydolność serca), lecz został pozbawiony przywództwa nad swoją rodziną. Wdzięczny Gambino dopilnował, by Joe Colombo zajął miejsce opuszczone przez Magliocco, zyskując w ten sposób kolejnego sprzymierzeńca w komisji. Z czasem jednak Gambino pożałował swojego wyboru. Colombo był człowiekiem ambitnym i pomysłowym. Jedna z jego koncepcji (do której Gambino pierwotnie się przychylił) polegała na sformowaniu organizacji zajmującej się obroną praw Amerykanów włoskiego pochodzenia, rzekomo zniesławianych pomówieniami o przynależność do Mafii (rzecz jasna prawdziwym celem Colombo było odwrócenie uwagi od nielegalnej działalności mafiosów - w przeciwieństwie do jego organizacji Żydowska Liga przeciw Zniesławieniom nigdy nie zaprzeczała, że ludzie tacy jak Meyer Lansky, Bugsy Siegel, Gurrah Shapiro, Louis Lepke, Mickey Cohen, Mendy Weiss, Arnold Rothstein czy Jake Guzik byli gangsterami). Po roku akcji protestacyjnych oraz pikietowania przez Ligę nowojorskiej siedziby FBI, Carlo Gambino miał dość i nakazał Colombo zaprzestanie tej działalności. Colombo nie posłuchał i wkrótce potem został zamordowany.

Niniejsza książka nie zawiera żadnych diagramów obrazujących struktury rozmaitych rodzin przestępczych, wraz z nazwiskami ich przywódców. Jedną z przyczyn ich pominięcia jest fakt, że każda taka struktura podlega - siłą rzeczy - gwałtownym zmianom, a co gorsza - opisywane diagramy są zazwyczaj niekompletne. Spisy znanych gangsterów prowadzone przez agencje stanowe i federalne często różnią się między sobą, przypisując poszczególnym osobom rozmaite (czasem sprzeczne) funkcje w hierarchii rodzin mafijnych. Szczególnie trudny orzech do zgryzienia dla agencji zajmujących się zwalczaniem przestępczości zorganizowanej stanowiła kwestia sukcesji po Colombo. Pomimo iż FBI przykładało szczególną wagę do śledzenia tej rodziny (ze względu na specyficzną działalność Colombo), dopiero po trzech latach udało się ustalić, że kolejnym bossem został Thomas DiBella. (Należy tu dodać, że przez cały ten okres cztery agencje federalne i trzy agencje lokalne prowadziły nieprzerwane operacje monitorowania i podsłuchu rodzin Colombo oraz Gambino.) W 1971 r., gdy postrzelono Colombo (przeżył jeszcze siedem lat w stanie wegetacji), DiBella był uważany jedynie za nisko postawionego żołnierza. W rzeczywistości DiBella (były doker) należał do Mafii już od 1932 r., lecz aż do 1974 r. nikt nie sądził, że odgrywa jakąkolwiek istotną rolę - miał na swoim koncie tylko jeden wyrok skazujący, za nielegalny handel alkoholem (z 1932 r.). Ze względu na podeszły wiek DiBella po pewnym czasie ustąpił z zajmowanego stanowiska, otwierając drogę do kariery młodszym od siebie gangsterom (choć pozostał szanowanym doradcą). Przywództwo nad rodziną Colombo przeszło w ręce byłego buntownika, Carmine Persico. Jego rządy mogły oznaczać okres wewnętrznego pokoju w ramach Mafii (konflikt z braćmi Gallo wygasł wraz ze śmiercią Larry'ego Gallo oraz zamordowaniem Crazy Joego Gallo); na przeszkodzie stanęły jednak ciągłe problemy Persico z wymiarem sprawiedliwości. Carmine spędził w rozmaitych więzieniach aż 10 z 13 lat pomiędzy swoją nominacją a rokiem 1985. Rodzina Colombo stopniowo pogrążała się w chaosie, aż w końcu Jerry Langella zdecydował się wystąpić przeciwko Persico i przejąć władzę (Persico kwestionował później jego prawo do sukcesji). Pod koniec roku 1986 r., gdy zarówno Persico jak i Langella trafili na wiele lat do więzienia, władzom udało się ustalić, że p.o. bossa został Victor Orena - daleki krewny Persico. Obecnie rodzina Colombo liczy około 115 członków i kilkuset sympatyków, co czyni ją - obok rodziny Lucchese - jedną z dwóch najmniejszych nowojorskich rodzin mafijnych. Mimo to zakres działalności prowadzonej przez ludzi Colombo jest imponujący: obejmuje między innymi handel narkotykami, hazard, lichwę, przemyt papierosów, dystrybucję pornografii, fałszerstwa, kradzieże pojazdów oraz oszustwa finansowe związane z prawem upadłościowym. Nie wolno też zapominać o morderstwach - choć akurat pod tym względem rodzina Colombo nie cieszy się szczególnie złą reputacją. Według policji jedna z niedoszłych ofiar Colombo poprosiła swoich oprawców, by nie zamurowano jej w bloku cementu i nie wrzucono do kanału Gowanus (co stanowiło zwyczajowy sposób postępowania z ofiarami morderstw na zlecenie) - zamiast tego mężczyzna chciał, by jego zwłoki porzucono na ulicy, aby "moja rodzina nie miała problemu ze spieniężeniem mojej polisy na życie". Chłopcy wyrazili zgodę (choć z niezależnych przyczyn do morderstwa nie doszło). Jak widać - ludzie Colombo potrafią czasem zachowywać się "po przyjacielsku".

 

 

COSA Nostra

Aż do czasu ujawnienia roli Joego Valachiego w rozpracowywaniu struktur Mafii (w 1963 r.) opinia publiczna nigdy nie zetknęła się z pojęciem Cosa Nostra. Słowa te nie padły nawet podczas długotrwałych i drobiazgowych przesłuchań Komisji Kefauvera dziesięć lat wcześniej; co więcej - choć pojęcie to jest w dzisiejszych czasach powszechnie znane, jeszcze niedawno korzystano z niego wyłącznie na terenie Nowego Jorku. W Buffalo przestępczość zorganizowaną nazywano "Ramieniem" (ang. The Arm), w Chicago nosiła ona nazwę "Ekipa" (ang. The Outfit), zaś w Nowej Anglii stosowano zwrot "Biuro" (ang. The Office).

Skąd zatem wynika zawrotna kariera Cosa Nostry? Określenia tego nie wymyślił Valachi; zostało ono natomiast wypromowane przez władze federalne badające jego zeznania. W dosłownym tłumaczeniu Cosa Nostra oznacza po prostu "nasza sprawa", jednak dla szefa FBI, J. Edgara Hoovera, który przez dziesięciolecia utrzymywał, że przestępczość zorganizowana ani Mafia nie istnieją, słowa te brzmiały niczym "zachować twarz". Historyk przestępczości Richard Hammer mówi: "Hoover musiał wymyślić jakąś nową nazwę, by uratować swoją reputację - stąd Cosa Nostra". Dzięki temu prostemu trikowi Hoover mógł spokojnie stwierdzić: "O tak, oczywiście, od dawna o tym wiemy".

W rzeczywistości FBI zetknęło się z pojęciem Cosa Nostra dopiero na rok lub dwa przed jego ujawnieniem, gdy agencja wreszcie zaczęła przejawiać zainteresowanie działalnością Mafii. Z początku materiał zgromadzony przez FBI ograniczał się do strzępków informacji i podsłuchanych rozmów, w których rozmaici mafiosi odwoływali się (po włosku) do "cosa nostry", czyli - w ich rozumieniu - do "naszych interesów". FBI postanowiła wówczas posunąć swój program ratowania Hoovera o krok dalej, dodając do całej nazwy rodzajnik la i tworząc zgrabny akronim "LCN". Sceptyczni dziennikarze woleli jednak w dalszym ciągu stosować zwrot Cosa Nostra, a nawet - ku nieustannej frustracji Hoovera - pojęcie Mafia. Zlepek la cosa nostra był zresztą dodatkowo niedorzeczny, w dosłownym tłumaczeniu oznacza on bowiem "ta nasza sprawa".

Nawet Peter Maas, autor książki The Valachi Papers, wydaje się odrzucać zainspirowaną przez FBI formalizację pojęcia Cosa Nostra, komentując (w formie przypisu): "Można postawić tezę, że Cosa Nostra jest określeniem pospolitym, nie zaś nazwą własną". Maas dodaje następnie: "Kwestia ta ma zresztą charakter czysto akademicki, jako że niezależnie od stosowanego pojęcia mamy na myśli tę samą organizację".

Nie ulega wątpliwości, że znaczenie Cosa Nostry zostało niesłusznie wyolbrzymione w oczach opinii publicznej, a przypisywane tej strukturze rytuały są w znacznej mierze ignorowane przez prawdziwych mafiosów. Trudno byłoby - przykładowo - podejrzewać Mafię chicagowską (bezpośrednią spadkobierczynię organizacji Ala Capone i prawdopodobnie najlepiej etnicznie zintegrowaną ze wszystkich amerykańskich rodzin przestępczych) o bezsensowne ceremonie krwi oraz dogmatyczne więzi z Sycylią. Gdy parę lat temu bossowie rodziny przestępczej z Los Angeles zadecydowali o wprowadzeniu w szeregi swojej organizacji nowego członka, ze zdumieniem odkryli, że aktualni członkowie rodziny nie pamiętają już słów dawnej przysięgi bądź też nie potrafią posługiwać się sycylijskim dialektem.

Obecnie jest już, rzecz jasna, zbyt późno, by podejmować próby wyrugowania pojęcia Cosa Nostra z leksykonu przestępczości zorganizowanej; należy jednak pamiętać, że stanowi ono zasadniczo synonim Mafii. Współczesna Cosa Nostra jest organizacją z gruntu amerykańską i niewiele łączy jaz dawną Mafią sycylijską - w tym sensie Cosa Nostrę można traktować jako nową Mafię, oczyszczoną z szowinistów i jednostek nierozumiejących istoty funkcjonowania tygla narodów, któremu na imię Ameryka.

Błędem byłoby nawet rozpatrywanie Cosa Nostry wyłącznie w kategoriach wytworu włosko-amerykańskiego. Zarówno na samą organizację, jak i na jej nazwę znaczący wpływ wywarli gangsterzy żydowscy. To Meyer Lansky przekonywał Lucky'ego Luciano o konieczności nadania odrębnej nazwy frakcji włoskiej w ramach amerykańskiego syndykatu. Lansky stwierdził: "Wielu facetów nie będzie w stanie ot tak porzucić starych tradycji. Trzeba ich czymś nakarmić, stworzyć dla nich nową strukturę, nową nazwę; zresztą co to k... za firma, która nie ma nazwy? Klient wchodzący do salonu samochodowego nie powie: poproszę tamten wóz, o właśnie tamten bez nazwy". Lansky i Luciano wspólnie uzgodnili nazwę Unione Siciliano (stanowiła ona nieco tylko zmodyfikowaną wersję nazwy jednego z sycylijskich stowarzyszeń samopomocy). Podczas gdy Luciano i Lansky używali w dyskusjach z przywódcami świata przestępczego określeń ekipa lub syndykat, niżsi rangą gangsterzy mówili o "Unione", "ramieniu", "biurze", "Mafii" - a także o "naszej sprawie".

Tak przedstawia się geneza legendy Cosa Nostry. Owszem, Cosa Nostra - czy też Mafia - naprawdę istnieje i nie jest ona (wbrew opinii niektórych obserwatorów) jedynie "stanem umysłu".

 

 

Frank COSTELLO (1891-1973): Premier świata przestępczego

Geniusz zbrodni i wytrawny strateg - lecz również modniś, hazardzista, były bimbrownik oraz ogólnie rzecz biorąc równy chłop: oto szkicowy opis postaci Franka Costello.

Na temat Costello krąży w świecie przestępczym mnóstwo legend. Sam Frank chwalił się często, że w latach młodości znał Joego Kennedy'ego oraz że wspólnie z nim prowadził pokątny handel alkoholem. Costello zawsze epatował elegancją. Pewnego razu jego prawnik zasugerował mu, by przestał występować na sali sądowej w garniturach wartych 350 dolarów za sztukę (co mogło nie podobać się ławie przysięgłych). Costello odmówił: "Przepraszam pana - stwierdził - ale wolę już przegrać tę cholerną sprawę".

Psychiatrzy z pewnością byliby w stanie wiele powiedzieć na temat psychiki gangstera, który bardziej troszczył się o swój nienaganny wygląd niż o uniknięcie wyroku skazującego w procesie kryminalnym. I rzeczywiście, Costello korzystał z pomocy psychiatry, dra Richarda H. Hoffmana, eksperta świadczącego usługi klienteli z Park Avenue [aleja, przy której ulokowano najbardziej ekskluzywne apartamentowce Manhattanu.]. Po kilku latach potajemnych wizyt o sprawie dowiedziała się prasa, a sam Hoffman przyznał, że leczył Costello i że doradził mu utrzymywać kontakty towarzyskie z przedstawicielami wyższych kast społecznych. Rozsierdzony Costello zwolnił lekarza, twierdząc, że sam wprowadził Hoffmana do lepszej kasty niż Hoffman jego. Rzecz jasna dla Costello pojęcie "wyższa kasta" oznaczało osobistości świata polityki. Costello cieszył się większymi wpływami w tej sferze niż jakikolwiek inny przywódca syndykatu. Jego nazwisko było równoznaczne z "wielką korupcją". Costello kupował względy polityków na lewo i na prawo, przeznaczając na ten cel znaczną część dochodów swojej organizacji. Miał w kieszeni licznych przywódców partyjnych, sędziów oraz większą kolekcję przywódców Tammany Hall [nazwa nowojorskich struktur Partii Demokratycznej.] niż którykolwiek burmistrz, gubernator czy prezydent. Prasa pisała, że jest "w posiadaniu" wszystkich ważnych przedstawicieli Tammany Hall, od Christy'ego Sullivana po Mike'a Kennedy'ego; od Franka Rosettiego po Berta Standa; od Hugo Rogersa po Carmine DeSapio. Costello wyświadczał im rozmaite przysługi, gwarantował stałe dochody i - gdy trzeba było - zapewniał zwycięstwa wyborcze za pośrednictwem sieci kontrolowanych przez siebie klubów partyjnych. Gdy zaś chodziło o nominacje polityczne, Costello cieszył się niemal takimi samymi uprawnieniami jak Senat USA: miał głos doradczy i mógł aprobować kandydatów na rozmaite stanowiska. Jeden z liderów Tammany, Rogers, przedstawił całą sytuację w odpowiednim świetle, mówiąc: "Gdyby Costello mnie potrzebował, posłałby po mnie". Costello często określał sędziów rozmaitych, instancji mianem "moich chłopców". W 1943 r. prokurator okręgowy Manhattanu uzyskał zgodę na założenie podsłuchu w aparacie telefonicznym Costello i niedługo później (23 sierpnia) jego ludzie podsłuchali niezwykle interesującą konwersację pomiędzy Costello a Thomasem Aurelio, świeżo upieczonym nominatem Partii Demokratycznej na stanowisko sędziego Sądu Najwyższego stanu Nowy Jork:

"Jak się miewasz; dzięki za wszystko" - powiedział Aurelio.

"Gratuluję - odpowiedział Costello - wszystko poszło po naszej myśli. Mówiłem, że sprawa jest załatwiona".

"Poszło znakomicie - powiedział Aurelio - po prostu wspaniale".

"Myślę, że wszyscy powinniśmy się teraz spotkać i wspólnie zjeść kolację". "Byłbym bardzo zobowiązany - zareplikował przyszły sędzia - ale już teraz chciałbym cię zapewnić o mojej lojalności za wszystko, co dla mnie zrobiłeś. Jestem na wieki twoim dłużnikiem".

Pomimo ujawnienia nagrania, Aurelio obronił się przed wnioskiem o pozbawienie go licencji na wykonywanie zawodu i wkrótce potem otrzymał upragnioną nominację na sędziego. Nie ulega wątpliwości, że gdy Costello uważał jakąś sprawę za załatwioną, to istotnie była ona załatwiona. Choć jednak cieszył się reputacją "równego chłopa", pozostawał przede wszystkim kryminalistą: to on zaproponował ustawianie przed automatami do gier wysokich stołków, by małe dzieci mogły wrzucać do nich swoje pięciocentówki. Costello był bezdusznym zbrodniarzem, mordującym nie za pomocą garoty czy pistoletu, lecz gestem dłoni - podnoszonej podczas głosowania nad losem wybranej ofiary lub wręczającej gotówkę płatnemu mordercy.

Costello urodził się jako Francesco Castiglia w kalabryjskiej miejscowości Lauropoli na południu Włoch. Gdy miał cztery lata, jego rodzina wyemigrowała do Nowego Jorku i osiadła we wschodniej części Harlemu, już wówczas powoli zamieniającego się w dzielnicę slumsów. W wieku 14 lat Frank obrabował właścicielkę kamienicy czynszowej, w której zamieszkiwali jego rodzice. Mimo iż zasłonił twarz czarną chustą, ofiara napadu rozpoznała go i powiadomiła o całym zajściu policję. Frank naprędce wymyślił alibi, które przekonało policjantów - w ten sposób uniknął kary. W latach 1908 i 1912 oskarżano go o rozbój, ale w obydwu przypadkach został zwolniony. Jego brat Eddie, starszy o 10 lat, był członkiem gangu i to on wprowadził Franka w struktury nowojorskiego świata przestępczego. Mając 24 lata, Costello został skazany na rok pozbawienia wolności za noszenie ukrytej broni. Była to jego ostatnia wizyta w więzieniu w ciągu kolejnych 37 lat. We wczesnych dniach prohibicji do najbliższych przyjaciół Costello zaliczali się Sycylijczyk Lucky Luciano oraz polski Żyd, Meyer Lansky. Costello nigdy nie przejawiał szczególnej bigoterii - nienawiść do ojca skutecznie zniweczyła jego przywiązanie do wartości wyznawanych przez "starych" Włochów. Costello, Luciano i Lansky mieli wspólnie odegrać kluczową rolę w narodzinach krajowego syndykatu. Luciano i Lansky zadbali o zjednoczenie rodzin mafijnych, natomiast Costello odpowiadał za kontakty i wpływy w policji oraz na scenie politycznej. Jako najstarszy członek wielkiej trójki, Costello był wystarczająco dojrzały, by zdobyć zaufanie przekupywanych przezeń osób. W połowie lat dwudziestych działalność przestępcza prowadzona przez Costello, Luciano i Lansky'ego uczyniła z nich bardzo bogatych ludzi. Aby chronić swoje interesy, wspólnie przekazywali (zgodnie z zeznaniami przypisywanymi Luciano) kwotę 10 000 dolarów tygodniowo bezpośrednio do biura komisarza policji. Później, za kadencji komisarzy Josepha A. Warrena oraz Grovera A. Whalena, kwota ta została rzekomo podwojona. W 1929 r., tuż po wielkim krachu giełdowym, Costello powiadomił Luciano, że musiał poratować Whalena kwotą 30 000 dolarów, umożliwiającą pokrycie jego nieudanych transakcji giełdowych. "Co miałem zrobić? - spytał Costello. - Musiałem mu dać tę forsę. Facet jest przecież naszą własnością". Partnerzy Costello - a później inni członkowie syndykatu - nigdy nie kwestionowali sposobu wydawania przez Costello pieniędzy Mafii: Costello cieszył się reputacją człowieka honoru, a zresztą rezultaty jego działań były dla wszystkich oczywiste: sprawy sądowe nie trafiały na wokandę, pozwy przeciwko członkom organizacji oddalano, zaś wyroki - gdy już zapadały - były bardzo niskie.

Costello stał się kluczową postacią syndykatu. Jego wpływy zabezpieczały współpracujące gangi przed policją i sądami. W ramach wynagrodzenia Costello otrzymał lukratywne prawa do kontroli hazardu na terenie stanu Luizjana, gdzie działał gang Hueya Longa. Był też uznawany przez wszystkich bossów rodzin przestępczych za "premiera świata przestępczego", odpowiedzialnego za kontakty z "cudzoziemskimi dygnitarzami": policją, sędziami i politykami. Osobie Costello powszechnie przypisuje się neutralizację Edgara Hoovera oraz FBI. Przez wiele lat Hoover utrzymywał, że w Stanach Zjednoczonych nie istnieje ani Mafia, ani przestępczość zorganizowana. Costello aktywnie wspierał te poglądy - nie za pomocą łapówek, lecz przez tzw. "głaskanie" Hoovera. Szef FBI był znany z zamiłowania do wyścigów konnych. Choć - rzekomo - sam nigdy nie obstawiał gonitw za więcej niż 2 dolary, często korzystał z pomocy agentów FBI, którzy w jego imieniu stawiali setki dolarów na wskazane przezeń konie. Frank Erickson, główny bukmacher syndykatu, informował Costello, kiedy w wyścigu ma wystartować "gorący koń" (w terminologii mafijnej pojęciem tym określa się konia, który na pewno wygra), Costello zaś przekazywał te informacje Walterowi Winchellowi (felietoniście prasowemu, z którym przyjacielskie kontakty utrzymywał zarówno Costello, jak i Hoover). Winchell - rzecz jasna - szeptał co trzeba na ucho Hooverowi, a agenci FBI opisywali później wyjątkowo dobre samopoczucie Hoovera po udanym dniu na wyścigach. (Ludzie Hoovera i znajomi Winchella po latach przedstawili bardzo przekonujące dowody zaangażowania szefa FBI w hazard na wyścigach konnych oraz korzystania przezeń ze wskazówek otrzymywanych za pośrednictwem Ericksona, Costello i Winchella.) Jeśli chodzi o opinię Hoovera na temat bukmacherstwa i hazardu (które po zniesieniu prohibicji urosły do rangi najpoważniejszego źródła dochodów syndykatu), należy tu przytoczyć jego własną wypowiedź. "FBI - zadeklarował Hoover - ma o wiele ważniejsze sprawy na głowie niż gonienie hazardzistów po całym kraju". Symbioza pomiędzy Costello a Hooverem kwitła, a Mafia i przestępczość zorganizowana rosły w siłę. Prasowi fani i adoratorzy Costello wielokrotnie usiłowali go wybielać, twierdząc, że nie był on mordercą. Należy jednak pamiętać, że Costello brał udział w licznych posiedzeniach przywódców syndykatu dotyczących potencjalnych zamachów, i o ile czasami starał się tonować emocje (rozlew krwi utrudniał prowadzoną przezeń działalność korupcyjną), to jednak wiele morderstw spotkało się z jego aprobatą. Costello posądzano między innymi o uciszenie Abe "Kid Twist" Relesa, sławnego "kanarka" w szeregach Murder, Inc. (zarówno Luciano, Lansky, jak i inny znany gangster, Doc Stacher, twierdzili, że to właśnie za sprawą Costello Reles "przestał ćwierkać"). Oto słowa Stachera zaczerpnięte z wywiadu udzielonego przezeń prasie w latach siedemdziesiątych:

(...) zabrał się do pracy i dowiedział się, który pokój zajmował Reles w Half Moon [hotel na Coney Island, w którym Reles był przetrzymywany pod nadzorem policji] - co nie było zresztą trudne, gdyż pod drzwiami przez całą dobę kręcili się strażnicy. Tu jednak Frank naprawdę pokazał co potrafi: znał tak wiele wysokich rangą glin, że bez problemu ustalił nazwiska strzegących Relesa detektywów. Nigdy nie pytaliśmy Costello, jak to zrobił, ale pewnego wieczoru przyszedł do nas z uśmiechem na twarzy i powiedział: "Kosztowało nas to sto tysięcy, ale Kid Twist Reles będzie miał wypadek".

Olbrzymie wpływy Costello na wielu poziomach administracji państwowej wyszły na jaw podczas przesłuchań Komisji Kefauvera na początku lat pięćdziesiątych. Choć Costello zażądał, by zamiast twarzy telewizja pokazywała jedynie jego dłonie, widoczne w ujęciach nerwowe przebieranie palcami nie uszło niczyjej uwagi. Costello wiedział, że jego kadencja "premiera" dobiega końca: stał się po prostu zbyt widoczny.

W następstwie przesłuchań Komisji Kefauvera Luciano został deportowany do Włoch, a jego nadzieje na powrót do USA szybko uległy rozwianiu. Podobny los miał spotkać nękanego przez policję Joego Adonisa, zaś Costello popadł w kłopoty podatkowe, w wyniku których ponownie trafił do więzienia. Mniej więcej w tym samym okresie ambitny Vito Genovese postanowił przejąć zajmowaną dotychczas przez Costello pozycję bossa rodziny Luciano. Costello początkowo zdał się na wsparcie Williego Morettiego, mającego pod sobą armię około 50 uzbrojonych gangsterów - lecz Moretti powoli tracił zmysły na skutek syfilisu i Genovese zarekomendował sprzątnięcie go w celu ochrony tajemnic syndykatu. Costello wiedział, że musi znaleźć nowych sojuszników. Postanowił udzielić wsparcia Albertowi Anastasii, który w owym czasie był podwładnym bossa brooklyńskiej rodziny mafijnej, Vince'a Mangano. Anastasia nienawidził Mangano, ale nie był wystarczająco sprytny, by samodzielnie go obalić. W końcu, za namową i przy wsparciu Costello, Anastasia zamordował swojego przełożonego i przejął kontrolę nad jego rodziną. Costello miał teraz na swoje rozkazy pokaźne siły, dzięki którym odpierał ataki Genovese przez całe sześć lat. Dopiero w 1957 r. Genovese wreszcie zdecydował się na próbę zamordowania swojego wroga; jego plan spalił jednak na panewce (kule wystrzelone przez zamachowca jedynie drasnęły głowę Costello). Niezrażony Genovese jeszcze tego samego roku pozbył się Anastasii i wyglądało na to, że wreszcie wygrał: Costello stwierdził, że zamierza przejść na emeryturę, porzucić aktywną działalność przestępczą i zająć się walką z oskarżeniami o oszustwa podatkowe oraz z grożącą mu deportacją.

Costello nie zapomniał jednak o Genovese. Wspólnie z Lanskym, Luciano i Carlo Gambino uknuł spisek, którego celem było wyeliminowanie Genovese przy pomocy policji. (Gambino początkowo współpracował z Genovese podczas wojny z Anastasia, lecz później zmienił front, gdyż nie widział się w roli podwładnego Genovese.) Czwórka gangsterów wspólnie wrobiła Genovese w handel narkotykami i gdy Genovese połknął haczyk - powiadomiła o wszystkim policję. W 1959 r. Genovese otrzymał wyrok 15 lat więzienia, choć okoliczności całej sprawy musiały wydawać się przedstawicielom władz co najmniej dziwne. W trakcie pobytu Genovese w więzieniu w Atlancie (gdzie zmarł 10 lat później) Costello na jakiś czas trafił do tego samego zakładu karnego. Mimo iż między obydwoma mafiosami doszło podobno do "sentymentalnego pojednania", opuszczający więzienie Costello z pewnością cieszył się, że jego wróg pozostaje za kratkami.

Podczas ostatniej dekady swojego życia Costello krążył pomiędzy swoją posiadłością na Long Island a apartamentem na Manhattanie, wiodąc spokojny żywot właściciela ziemskiego i emerytowanego dona - pomimo pojawiających się czasami spekulacji prasowych, według których miał wciąż sprawować aktywne przywództwo nad syndykatem. Po śmierci Costello (w 1973 r.) wdowa Bobbie zakazała jego mafijnym wspólnikom przyjeżdżać na pogrzeb lub przysyłać wieńce żałobne. Jednym z gangsterów, którzy mimo wszystko wzięli udział w ceremonii pogrzebowej, był pewien daleki kuzyn Costello. Gdy Bobbie zbierała się już do opuszczenia cmentarza, człowiek ten nachylił się nad nią i szepnął jej do ucha: "Co zamierza pani zrobić z ubraniami Franka?" Wdowa co prawda zignorowała to pytanie, lecz elegancki Frank z pewnością doceniłby troskę o swój ubiór.

 

 

CZARNA Mafia

Jeden z popularnych w ostatnich czasach mitów głosi, iż włosko-żydowski konglomerat przez ponad pięćdziesiąt lat rządzący amerykańską przestępczością zorganizowaną stopniowo ustępuje miejsca innym grupom etnicznym. Trzeba tu jednak zauważyć, że rozwój amerykańskiej przestępczości zorganizowanej (czy raczej zsyndykalizowanej - jako że każdy gang liczący dwóch lub więcej ludzi jest siłą rzeczy "zorganizowany") stanowił swoisty ewenement, rezultat charakterystycznego splotu uwarunkowań socjologicznych i gospodarczych, który najprawdopodobniej nieprędko się powtórzy.

Zgodnie z teorią "wymiany kadr", prowadzącej - zdaniem Ralpha Salerno, byłego dyrektora nowojorskiego wydziału do spraw przestępczości zorganizowanej - do rozwoju Czarnej Mafii, członkowie zorganizowanych grup przestępczych z czasem awansują w hierarchii społecznej i są zastępowani ludźmi o niższym statusie. Teorię tę łatwo sformułować, lecz trudno udowodnić.

Przestępczość rodzi się w gettach, a wiadomo, że współcześni mieszkańcy amerykańskich gett to w znacznej mierze Murzyni i Latynosi - stąd spekulacje o Czarnej Mafii oraz o Mafii kubańskiej (lub latynoskiej). Nie ulega wątpliwości, że obydwie wymienione grupy etniczne wiodą obecnie prym, jeśli chodzi o przestępstwa pospolite (podobnie jak niegdyś Żydzi i Włosi, a jeszcze wcześniej - Irlandczycy). Istnieją jednak fundamentalne różnice między poszczególnymi "generacjami" amerykańskich przestępców. W dziewiętnastowiecznym podziemiu przestępczym dominowali imigranci pochodzenia irlandzkiego. Była to przestępczość zorganizowana (Irlandczycy tworzyli olbrzymie gangi), ale nie zsyndykalizowana. Gang Dead Rabbits w Nowym Jorku nie miał żadnych specjalnych ustaleń z gangiem Bloody Tubs w Filadelfii - nie funkcjonował żaden podział terytoriów i działalności przestępczej. Przywódcy gangów nie zasiadali w żadnej wielkiej radzie, nie dochodziło też do pertraktacji, takich jak między Angelo Bruno z Filadelfii a Joe Bonanno z Nowego Jorku czy Joe Zerillim z Detroit. Gangi irlandzkie były zorganizowane, ale nie istniały żadne zasady mówiące, że Dead Rabbits muszą wystąpić do Tubs o zgodę na zabicie kogoś w Filadelfii lub Baltimore (kontrolowanym przez Tubs). Jak już wspomnieliśmy, syndykat żydowsko-włoski powstał na skutek charakterystycznego splotu uwarunkowań społecznych i ekonomicznych. Należy do nich zaliczyć prohibicję oraz okres Wielkiego Kryzysu: to w ich wyniku skala i wpływy przestępczości zsyndykalizowanej w USA stanowią dziś ewenement w skali światowej (nawet jeśli uwzględnić tradycyjną ojczyznę Mafii - Sycylię). Dlaczego taka anomalia mogła zaistnieć tylko w Stanach Zjednoczonych? Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na prohibicję - największy (jeśli pominąć rewolucje) eksperyment społeczny dwudziestego wieku. Gdyby nie doszło do prohibicji, awans społeczny żydowskich i włoskich gangsterów postępowałby zgodnie z utartymi standardami: grupa etniczna zamieszkująca getto zaczyna parać się działalnością przestępczą, stopniowo gromadzi dobra materialne i wspina się po szczeblach drabiny społecznej, aż wreszcie ceduje pospolitą działalność przestępczą na kolejną mniejszość etniczną. Ścieżką tą podążyli Irlandczycy, a następnie Żydzi i Włosi (oraz - w mniejszym stopniu - Polacy i Rosjanie).

Z logicznego punktu widzenia Żydzi i Włosi powinni byli po jakimś czasie zerwać z przestępczością. I rzeczywiście, jeszcze przed wybuchem I wojny światowej rozpadł się liczący 1500 członków żydowski gang Monka Eastmana, a także włoski gang Five Points (o podobnej liczebności), dowodzony przez Paula Kelly'ego (Paolo Vaccarellego). Obydwie grupy straciły wsparcie ze strony polityków, którzy zrozumieli, że postępujące reformy utrudniają posługiwanie się gangami do realizacji celów politycznych. W Stanach Zjednoczonych po prostu nie było już miejsca dla tak wielkich grup przestępczych. Przystąpienie USA do wojny pogłębiło jeszcze kryzys gangów. Bezpośrednio po zakończeniu konfliktu należało spodziewać się sporadycznych, zdezorganizowanych wybuchów przemocy powodowanych przez powracających do kraju żołnierzy. Tu jednak do głosu doszła prohibicja, otwierająca przed amerykańskimi gangsterami niewyobrażalne wręcz perspektywy. Amerykanie nie zamierzali - rzecz jasna - rezygnować z konsumpcji alkoholu. W konsekwencji doszło do wielkiego renesansu gangów żydowskich i włoskich (a nawet irlandzkich). Teoretycznie działalność przestępcza Żydów i Włochów powinna była zaniknąć w latach dwudziestych, jednak na skutek prohibicji doszło do czegoś zupełnie odwrotnego: interesy przestępcze kwitły w najlepsze. Gangsterzy, dysponując niemal niewyczerpanym źródłem gotówki, nie musieli już wkupywać się w łaski polityków: teraz to politycy byli na utrzymaniu gangsterów (co również stanowiło ewenement na skalę światową). Włosi i Żydzi dokonali konsolidacji działalności przestępczej na niespotykanym dotychczas poziomie, a po serii brutalnych wojen udało im się wyeliminować wszystkich przeciwników syndykalizacji. Wsparcie dla rodzących się struktur zapewniał stały dopływ świeżej krwi: Wielki Kryzys lat trzydziestych "zamroził" szereg grup etnicznych w ich gettach. Był to jeden z najgorszych okresów w całej historii USA; w jego wyniku rzesze młodych ludzi - osoby pozbawione wybitnych talentów czy umiejętności - zostały niemal zmuszone do wkroczenia na ścieżkę zbrodni. Kariera przestępcza jawiła się w owych czasach jako bardzo perspektywiczny wybór.

Do dwóch wymienionych czynników należy jeszcze dołączyć brak oporu ze strony policji. W wielu dużych miastach USA syndykat bez problemu przekupił policję - podobnie jak polityków. Jedyną nadzieją państwa prawa pozostawał rząd federalny, ten jednak zachowywał zaskakującą bierność. Przez cały okres lat trzydziestych, a także przez kolejne dwie dekady agencje federalne nie robiły nic, by stawić czoło syndykatowi. Brak zainteresowania problemem ze strony FBI można tłumaczyć postawą dyrektora tej agencji, J. Edgara Hoovera, który uparcie zaprzeczał, jakoby na terenie USA funkcjonowała Mafia lub jakakolwiek inna forma przestępczości zorganizowanej. W trakcie tych straconych lat doszło do okrzepnięcia struktur przestępczych w stopniu, który uniezależniał funkcjonowanie organizacji od śmierci któregokolwiek z jej członków. Ów system istnieje po dziś dzień.

Niektórzy analitycy nie są w stanie docenić wyjątkowości klimatu społecznego, w którym narodziła się i dorastała amerykańska Mafia (a także amerykański syndykat). Ludzie ci upatrują we współczesnych gettach - zamieszkanych głównie przez Murzynów i Latynosów - kolebkę nowej generacji przywódców przestępczości zorganizowanej. Tego rodzaju awans społeczny wymaga jednak doświadczenia, którego żadna grupa etniczna nie nabywa w trakcie jednej tylko generacji. Należy pamiętać, że włoscy gangsterzy lat dwudziestych byli zasadniczo analfabetami, brutalnymi osiłkami o ograniczonym horyzoncie myślowym, wyspecjalizowanymi w ściąganiu haraczy (proceder Czarnej Ręki), a ich koncepcja działalności przestępczej sprowadzała się do wymuszeń i morderstw. Dopiero szkoła prohibicji umożliwiła syndykatowi włosko-żydowskiemu podjęcie procederów o znacznie wyższym stopniu skomplikowania: hazardu (zarówno nielegalnego, jak i oficjalnego), prania pieniędzy, oszustw bankowych i gospodarczych, grabienia funduszy emerytalnych za pośrednictwem sfingowanych transakcji itp. Na początku lat siedemdziesiątych zwolennicy teorii Czarnej Mafii twierdzili, że w trakcie nadchodzącej dekady nowe struktury mafijne - zdominowane przez Afroamerykanów - zdobędą władzę w świecie przestępczym USA. Nic takiego jednak nie nastąpiło, a nawet gdyby miało nastąpić (co jest praktycznie wykluczone z uwagi na brak sprzyjających czynników społeczno-gospodarczych), prawdziwa Czarna Mafia mogłaby powstać dopiero około roku 2050. Za "Biblię" teorii Czarnej Mafii uważa się książkę Black Mafia: Ethnic Succession in Organized Crime autorstwa Francisa A.J. lanniego. W pracy tej znajdujemy niezwykle wciągający i barwny opis współczesnego świata przestępczego, jednak autor nie jest w stanie przytoczyć wiarygodnych faktów na potwierdzenie swojej tytułowej tezy. To, co Ianni określa mianem Czarnej Mafii, gus Tyler - wybitny autorytet w zakresie przestępczości zorganizowanej - opisuje jako "sutenera z siedmioma prostytutkami, dilera heroiny, mięśniaka zajmującego się drobną lichwą i hazardem, oszusta preparującego lipne polisy ubezpieczeniowe dla cygańskich taksówkarzy oraz speca od ustawiania wyników w lokalnym totalizatorze". Tyler przyznaje, że działalność ta jest w pewnym sensie "zorganizowana", ale "nie sposób porównywać jej ani ilościowo, ani jakościowo ze sferami przestępczości zdominowanymi przez białych" i z pewnością nie stanowi ona dowodu na potwierdzenie teorii "sukcesji etnicznej".

Rzecz jasna spekulacje dotyczące Czarnej Mafii (czy też Mafii kubańskiej) stanowią doskonały parawan dla prawdziwej Mafii, której członkowie utrzymują, że ich działalność pozostaje całkowicie legalna.

lanni jest pod wrażeniem wyznań przywódcy jednej z włoskich rodzin przestępczych, twierdzącego: "(...) a co do cholery, ci ludzie też chcą się dorobić. My się wycofujemy, oni wchodzą. Widocznie teraz kolej na nich". Ta wybitnie filozoficzna postawa kontrastuje z realiami świata przestępczego, gdzie mafiosi brodzą po kolana we krwi, by zyskać pieniądze i wpływy. Przyjmowanie na wiarę szczerości słów przytaczanych przez lanniego byłoby przejawem cynizmu. Czy Mafia rzeczywiście wkracza na ścieżkę praworządności? W ramach odpowiedzi warto przypomnieć o wizytówce Ala Capone, która głosiła: "Alphonse Capone, komis meblowy, 2220 South Wabash Avenue".

 

 

Moe DALITZ (1899-1989): Przywódca syndykatu z Cleveland i właściciel Desert Inn

W nagranej przez FBI rozmowie boss Mafii ze stanu New Jersey, Angelo "Gyp" De Carlo, wypowiada się o żydowskich gangsterach w następujący sposób: "Dzisiaj w całym kraju ważni są tylko dwaj Żydzi: Meyer [Lansky] i (...) Moe Dalitz". Już od lat dwudziestych XX w. Moe Dalitz był uważany za jednego z najważniejszych członków syndykatu. Nauki pobierał u niego sam Lansky, który przeszczepił podpatrzone obyczaje na grunt nowojorski, a później udoskonalił je i wprowadził w życie na całym terenie USA. Dalitz zaczynał swoją karierę przestępczą w Detroit jako członek znanej żydowskiej organizacji przestępczej, tzw. Purple Gang, później zaś przeniósł się do Cleveland. Tam, wspólnie z trzema wspólnikami - Morrisem Kleinmanem, Samem Tuckerem oraz Louisem Rothkopfem - sformował tzw. syndykat z Cleveland, kontrolujący przemyt alkoholu od Ohio aż po Kanadę. Organizacja Dalitza wkrótce zdominowała scenę przestępczą Cleveland, posługując się głównie korupcją i stroniąc od zbytecznej przemocy. Dalitz nawiązał przyjacielskie kontakty z "młodymi Amerykanami" w szeregach Mafii: Alem i Chuckiem Polizzi, Tonym i Frankiem Milano, a także trójką braci Angersola. Wszyscy jego protegowani - dzięki wydatnej pomocy Dalitza - zajęli później kluczowe stanowiska w Mafii na terenie Cleveland, zaś obydwie organizacje wiodły pokojową koegzystencję przez wiele dziesięcioleci. Tak jak Lansky wypromował Lucky'ego Luciano w Nowym Jorku, tak Dalitz wsparł tzw. Young Turks [młodzi mafiosi skonfliktowani ze starszym pokoleniem mafijnych bossów, tzw. Wąsatymi Piotrkami], założycieli sławnego Mayfield Road Mob. Lansky i Luciano zatriumfowali później nad siłami Masserii i Maranzano w Nowym Jorku, zaś duet Polizzi-Dalitz odniósł zwycięstwo nad konkurencją ze strony braci Porello oraz rodziny Lonardo w Cleveland. Wraz z końcem prohibicji syndykat z Cleveland - wspólnie ze swoimi mafijnymi wspólnikami - zajął się organizacją nielegalnego hazardu na terenie miasta, a później w okolicznych stanach Kentucky, Wirginia Zachodnia i Indiana. Po pewnym czasie przywództwo syndykatu zadecydowało o opuszczeniu Cleveland i przeniesieniu się do Las Vegas, założywszy swoją nową kwaterę w hotelu Desert Inn. Wkrótce zaczęto nazywać ich organizację "syndykatem z Desert Inn". Wszystkie zyski z działalności przestępczej były dzielone po równo między czterech wspólników (określanych mianem Wielkiej Czwórki). Syndykat z Desert Inn wykupił liczne kasyna na terenie Las Vegas i przez wiele lat stanowił dominującą siłę przestępczą w amerykańskiej stolicy hazardu. Dalitz cementował swoje kontakty z przywódcami rozmaitych amerykańskich gangów o różnych korzeniach etnicznych, lecz, jak zauważa Virgil Peterson, długoletni przewodniczący Chicagowskiej Komisji do spraw Przestępczości: "Jego organizacja pozostawała zdominowana przez gangsterów pochodzenia żydowskiego i nic nie wskazuje, by kiedykolwiek popadła w zależność od Cosa Nostry". Dalitz miał reputację człowieka, którego nic nie było w stanie wyprowadzić z równowagi. Zgodnie z popularną opowieścią pewnego razu przebywał w restauracji hotelu Beverly Rodeo w Hollywood, gdy nagle podszedł doń pijany i rozdrażniony mistrz bokserski wagi ciężkiej, Sonny Liston. Po krótkiej i gwałtownej wymianie zdań Liston zamierzył się na Dalitza; ten jednak zamiast wykonać unik, spokojnie stwierdził: "Jeśli mnie uderzysz, czarnuchu, to lepiej, żebyś mnie zabił, bo jeśli tego nie zrobisz, wykonam jeden telefon i w ciągu dwudziestu czterech godzin będziesz martwy". Obelga rasowa pod adresem Listona jednoznacznie świadczyła, że Dalitz zupełnie nie obawia się sprowokowania człowieka uważanego za najlepszego pięściarza na świecie. Na całej sali zaległa głucha cisza - nawet siedzący nieopodal nieumundurowani policjanci, którzy podsłuchali całą wymianę zdań, tkwili bez ruchu w swoich fotelach. Liston świdrował wzrokiem 64-letniego hazardzistę, wciąż trzymając w powietrzu wymierzoną w niego pięść. Dalitz, człowiek dumny ze swego (jak sam twierdził) wyszukanego gustu i zamiłowania do sztuki oraz filantropii, ukazał drugie, gangsterskie oblicze. Mijały sekundy. Wreszcie Liston opuścił dłoń, odwrócił się i bez słowa wyszedł z restauracji, zaś chwilę później uregulował swój rachunek i opuścił hotel. Pod koniec lat sześćdziesiątych Dalitz sprzedał Desert Inn Howardowi Hughesowi. Urząd podatkowy deptał mu już wówczas po piętach i wydawało się, że lata swobodnego skimmingu w kasynach mają się ku końcowi. Trudno powiedzieć, czy Dalitz wyzbył się udziałów w innych nielegalnych interesach; tak czy inaczej po jakimś czasie zainteresowanie oszustwami kasynowymi wróciło, a wraz z nim na scenę powrócił Dalitz. Moe w dalszym ciągu wykorzystywał swoje koneksje polityczne, udzielając darowizn na rzecz obu głównych amerykańskich partii i prowadząc superluksusowy ośrodek rekreacyjny w stanie Kalifornia dla jemu podobnych bogaczy. Pod koniec życia Dalitz zapewnił dziesiątkom potomków swoich dawnych wspólników legalne zatrudnienie, zabezpieczając tym samym ich przyszłość. Śmierć Dalitza (a także odejście Meyera Lansky'ego) wyznaczała zmierzch wpływów organizacji żydowskich w ramach amerykańskiego syndykatu. Podobnie jak Lansky, również Dalitz doczekał się po śmierci wielu ciepłych słów ze strony członków Mafii.

 

 

Aniello DELLACROCE "Mr. Neil" (1914-1985): Zastępca bossa rodziny Gambino

Pod wieloma względami Aniello "Mr. Neil" Dellacroce mógł być uznawany za modelowego bossa. Jego imię i nazwisko tłumaczy się w języku włoskim jako "baranek krzyża", zaś po świecie przestępczym do dziś krążą opowieści o jego zamiłowaniu do mordowania ludzi. Pewien agent federalny powiedział kiedyś: "Lubił patrzeć w twarz umierającej ofierze, niczym czarny anioł śmierci". Dellacroce jeździł po kraju w interesach przebrany za ojca O'Neila (nazwisko utworzone poprzez aliterację jego prawdziwego imienia), czasem nawet sam podawał się za Timothy'ego O'Neila. Lubił też wyprowadzać w pole swoich wrogów (zarówno w szeregach Mafii, jak i w organach ścigania) za pomocą dublerów.

Dellacroce był długoletnim członkiem Mafii i lojalnym podwładnym brutalnego Alberta Anastasii, a później Carlo Gambino. Gambino brał udział w zamachu na Anastasię (w 1957 r.), lecz nie wydaje się, by w operację tę był zaangażowany Dellacroce. Gdy Gambino przejął kontrolę nad rodziną Anastasii, Dellacroce otrzymał nominację na jego zastępcę i wielu sądziło, że w końcu zostanie bossem (posiadał zresztą po temu wszelkie predyspozycje: był opanowany, twardy i pozbawiony skrupułów).

A jednak w 1976 r. umierający Gambino wyznaczył na swojego następcę szwagra, Paula Castellano. Gambino zdawał sobie sprawę, że gdyby Dellacroce nie uznał jego decyzji, mógłby obalić stroniącego od konfliktów Castellano - aby zatem usatysfakcjonować Dellacroce, zaoferował mu objęcie wyłącznej kontroli nad lukratywnymi interesami rodziny na Manhattanie. Dla Dellacroce była to oferta nie do odrzucenia - i między frakcjami Dellacroce a Castellano na pewien czas zapanował pokój.

W świecie Mafii kompromisy nigdy nie trwają wiecznie. Prędzej czy później równowaga władzy w rodzinie Gambino musiała przechylić się na stronę silniejszego stronnictwa. Gdyby nie fakt, że Dellacroce podupadał na zdrowiu, jego ludzie zapewne szybko przejęliby kontrolę nad całą organizacją. Dellacroce hołubił tzw. Young Turks [młodzi mafiosi skonfliktowani ze starszym pokoleniem mafijnych bossów.], którzy opowiadali się za rozszerzeniem działalności rodziny na bardziej brutalne rodzaje przestępstw - np. porwania samochodów z bronią w ręku, a także handel narkotykami. Castello z kolei przywiązywał większe znaczenie do lichwy, procederów związanych z kontrolą związków zawodowych oraz przestępstw pospolitych (np. kradzieży samochodów na wielką skalę). Eksperci policyjni byli zdania, że tylko Dellacroce jest w stanie postawić tamę żądaniom Young Turks - a zwłaszcza Johna Gottiego, szykownego, lecz niezmiernie groźnego capo, który starał się iść w ślady swojego idola, Alberta Anastasii. Mówiono, że jedyną siłą powstrzymującą Gottiego przed otwartym buntem wobec Castellano był strach i szacunek dla Dellacroce. 2 grudnia 1985 r. cierpiący na raka Dellacroce zmarł w nowojorskim szpitalu. Dokładnie dwa tygodnie później Paul Castellano i jeden z jego zaufanych capo, Thomas Bilotti, padli ofiarą strzelaniny przed bramą pewnej restauracji w centrum Manhattanu.

Wielu twierdziło, że śmierć Dellacroce była gwoździem do trumny Castellano. Sam Castellano - na którym ciążyły już zarzuty o przestępstwa federalne - planował namaścić na swojego następcę Bilottiego. Pewien przedstawiciel policji stwierdził: "Gdy umarł Dellacroce, Gottiemu zabrakło rabina". Gotti wiedział, że musi działać szybko, inaczej prawdopodobnie sam padłby ofiarą zamachu zleconego przez Castellano. W numerze magazynu "Time" opatrzonym datą śmierci Castellano (lecz wydrukowanym wcześniej) pojawił się interesujący artykuł sugerujący, że Dellacroce przez prawie dwadzieścia lat był informatorem FBI. Autorzy artykułu twierdzili, że to Dellacroce powiadomił władze federalne o wydaniu wyroku śmierci na Carmine Galante (samozwańczego nowojorskiego bossa nad bossami), że przekazał FBI informacje w sprawie tajemniczego zniknięcia przewodniczącego związku Teamsters, Jimmy'ego Hoffy oraz że przyczynił się do rozwiązania kilku ważnych spraw związanych z przemytem narkotyków. Najbardziej zdumiewającym elementem całej opowieści było stwierdzenie, że Dellacroce nigdy nie zażądał za swoje usługi żadnej rekompensaty - gdy tymczasem większość informatorów w strukturach Mafii domaga się od władz federalnych pieniędzy lub zwolnienia z odpowiedzialności karnej.

Nic więc dziwnego, że nowojorskie media podeszły sceptycznie do rewelacji "Time'a", ignorując je z braku konkretnych dowodów. Można się zastanawiać, czy artykuł zostałby opublikowany, gdyby wcześniej doszło do śmierci Castellano. Niektórzy obserwatorzy potraktowali całą sprawę jako operację dezinformacyjną przeprowadzoną przez FBI (nie ulega wątpliwości, że to właśnie FBI było źródłem informacji "Time'a") i nakierowaną na wprowadzenie zamętu w szeregach Mafii lub na ochronę prawdziwych informatorów. W świecie przestępczym przez wiele tygodni spekulowano na temat możliwej zdrady Castellano - uważano go bowiem za człowieka słabego charakteru, który nie byłby w stanie znieść odsiadki w więzieniu u schyłku swojego życia. Czyżby FBI prowadziło kampanię rzucania podejrzeń na wszystkich starszych wiekiem bossów zasiadających na ławach oskarżonych, w nadziei, że stracą oni zaufanie we własnych organizacjach i być może staną się dzięki temu bardziej chętni do pertraktacji z władzami? Tak czy inaczej, Aniello Dellacroce alias ojciec O'Neil był postacią enigmatyczną za życia i pozostał nią po śmierci - jak przystało na prawdziwego dona Mafii.

 

 

Thomas E. DEWEY (1902-1971): Pogromca Mafii i niedoszła ofiara zamachu

Thomas E. Dewey był prawdziwym rycerzem w lśniącej zbroi: nieustraszonym pogromcą Mafii, który omal nie trafił do Białego Domu. Podziemie przestępcze miało jednak na jego temat zupełnie odmienną opinię.

W książce The Last Testament of Lucky Luciano Luciano przedstawia Deweya jako człowieka sprzedajnego, który zażądał i otrzymał - pokaźną "dotację wyborczą", obiecując w zamian ułaskawienie Luciano skazanego na 30-50 lat pozbawienia wolności. (Współautor dzieła, Richard Hammer, zauważa we wstępie, że znaczną część wyznań Luciano należy odbierać w kategoriach "wywnętrzeń, złośliwości, a nawet potwarzy".) Choć podobne zarzuty stawiali Deweyowi również jego konkurenci z Partii Demokratycznej, nie udało się odnaleźć żadnych dowodów na potwierdzenie tez Luciano. (Należy tu jednak zauważyć, że do dziś nie przeprowadzono całościowej analizy stosunku Deweya do przestępczości zorganizowanej, a jego biografowie nie poświęcili tej sprawie należytej uwagi. Niektóre posunięcia Deweya można istotnie uznać za zastanawiające.) Umiejętności prawnicze Deweya legły u podstaw jego kariery politycznej: został gubernatorem stanu Nowy Jork, a później kandydatem Partii Republikańskiej na prezydenta USA w latach 1944 i 1948. Dewey rozpoczynał karierę jako prawnik na Wall Street, lecz jego udział w sprawach o przestępstwa gospodarcze popełniane przez przemysłowców, biznesmenów i finansistów nie był godny uwagi. Prawdziwą klasę Dewey pokazał dopiero stawiając czoło gangsterom. Sprawował funkcje prokuratora okręgowego, specjalnego i federalnego, posyłając do więzienia lub na krzesło elektryczne tak znanych przedstawicieli świata przestępczego, jak Luciano, Waxey Gordon, Gurrah Shapiro czy Louis Lepke.

Nim udało mu się przygwoździć Luciano, Dewey zajmował się sprawą Dutcha Schultza, króla interesów przestępczych z Harlemu. Dutch łączył w sobie błyskotliwość umysłu z całkowitą nieprzewidywalnością; słynął też z rozwiązywania problemów przy użyciu pistoletu. Gdy ludzie Deweya zaczęli deptać mu po piętach, rozgniewany Schultz zwołał posiedzenie komisji syndykatu i zażądał śmierci swojego prześladowcy. Jego żądanie było jednak sprzeczne z podstawową zasadą organizacji, streszczoną przez Luciano w następujących słowach: "Nie atakujemy pismaków, glin i prokuratorów. Nie chcemy dużych kłopotów". Pod presją Luciano i Lansky'ego komisja odrzuciła wniosek Schultza. "Mimo wszystko twierdzę, że trzeba go sprzątnąć - zżymał się uparty Schultz. - A jeśli nikt nie będzie chciał tego zrobić, zrobię to sam".

Bossowie syndykatu początkowo sądzili, że Schultz pragnie jedynie dać upust swojej wściekłości. W październiku 1935 r. wyszło jednak na jaw, że Schultz naprawdę zamierza zamordować Deweya. Apartament przy Piątej Alei, w którym mieszkał Dewey, był codziennie obserwowany przez człowieka upozorowanego na ojca dziecka jeżdżącego po okolicy na rowerze. Człowiek ten przyglądał się Deweyowi, codziennie rano wychodzącemu w towarzystwie dwóch ochroniarzy do lokalnego sklepu, skąd dzwonił do swojego biura (bał się bowiem, że jego domowy telefon może być na podsłuchu Mafii).

Zgodnie z planem Schultza, mężczyzna obserwujący Deweya miał pewnego dnia zaczaić się na niego w budce telefonicznej z pistoletem wyposażonym w tłumik. Po zastrzeleniu swojej ofiary zamachowiec spokojnie wyszedłby ze sklepu i wyminął niczego niepodejrzewających ochroniarzy. Komisja syndykatu pośpiesznie przegłosowała wyrok śmierci na Schultza i wkrótce potem Schultz został zamordowany w jednym z lokali w mieście Newark, nim zdążył wydać rozkaz sprzątnięcia Deweya.

Dewey dowiedział się o całej sprawie dopiero w 1940 r., gdy opowiedział mu o niej prokurator odpowiedzialny za sprawę Murder, Inc., Burton Turkus. Wspomnienie dumnego "taty" i jego "pociechy" jeżdżącej na rowerze było dla Deweya wstrząsem - po pięciu latach wciąż ich pamiętał. W owym czasie Luciano znajdował się już w więzieniu, odsiadując - za sprawą Deweya - wyrok 30-50 lat pozbawienia wolności za przymuszanie kobiet do prostytucji (był to najwyższy wyrok kiedykolwiek wydany w Stanach Zjednoczonych za tego rodzaju przestępstwo). Po zakończeniu II wojny światowej Dewey poparł wniosek komisji do spraw zwolnień warunkowych, rekomendującej zwolnienie Luciano (za co zresztą spotkała go ostra krytyka ze strony jego politycznych przeciwników). Dewey utrzymywał, że przyczyną decyzji o zwolnieniu Luciano był jego wkład w wysiłek wojenny, ale niewykluczone, że pewną rolę odegrało tu też udaremnienie przez Luciano planów Schultza. Sam Luciano aż do swojej śmierci przedstawiał zupełnie inną wersję wydarzeń: twierdził, że po długich negocjacjach Mafia przekazała na konto kampanii wyborczej Deweya kwotę 90 000 dolarów.

Trudno dawać wiarę ludziom pokroju Luciano bez niezależnego potwierdzenia formułowanych przez nich zarzutów; nie sposób jednak przeoczyć faktu, że niektóre decyzje podejmowane przez Deweya w późniejszych latach jego kariery były mocno kontrowersyjne. O ile jednak - przykładowo oskarżenia Luciano pod adresem komisarza policji nowojorskiej można potwierdzić na podstawie analizy podjętych przezeń działań, wykazując, że były one na rękę Mafii, o tyle sprawa Deweya nie jest tak oczywista (choć niektórzy przedstawiciele świata przestępczego utrzymywali później, że wysłanie przez Deweya Louisa Lepkego na krzesło elektryczne miało związek z rzekomą wpłatą na rzecz kampanii wyborczej Deweya). W owym czasie prasa prawicowa, a zwłaszcza "New York Daily Mirror" Hearsta, twierdziła, że Lepke - jeden z głównych bossów krajowego syndykatu - próbował ocalić własne życie, oferując Deweyowi "materiały (...), które umożliwiłyby mu zwycięstwo w wyborach prezydenckich". Była to lekko zawoalowana sugestia, iż Lepke mógł wydać w ręce Deweya Sidneya Hillmana, przewodniczącego związku zawodowego pracowników przemysłu odzieżowego, jednego z głównych doradców prezydenta Franklina Roosevelta do spraw rynku pracy i - jak sądzono - osobę zamieszaną w kilka poważnych przestępstw (w tym przynajmniej w jedno morderstwo). Dewey początkowo wstrzymał egzekucję Lepkego na 48 godzin, lecz w końcu zadecydował, że nie ma zamiaru dobijać z nim targu i wysłał go na śmierć. Zwolennicy Deweya chwalili go później za ten wybór. Prokurator Turkus stwierdził: "Należy docenić fakt, że odmówił. Nie miał zamiaru prowadzić interesów z Lepkem, choć gra toczyła się o najwyższą stawkę na ziemi - prezydenturę Stanów Zjednoczonych". Zauważmy jednak, że ewentualne ułaskawienie Lepkego byłoby niemal równoznaczne z porażką Deweya w wyborach. Nawet gdyby informacje od Lepkego (o ile ten rzeczywiście nimi dysponował) umożliwiły przygwożdżenie Hillmana, ceną, jaką przyszłoby zapłacić za ten sukces, byłaby rezygnacja z możliwości oskarżenia takich grubych ryb jak Luciano, Shapiro, Adonis, Costello, Lansky i Anastasia o morderstwa. Lepke sam zresztą zaznaczył, że nie zamierza zdradzać żadnych tajemnic Mafii. Przehandlowanie Lepkego za Hillmana (choć nazwisko Hillmana nigdy oficjalnie nie padło) zostałoby niewątpliwie odebrane jako cyniczna próba pogrążenia Roosevelta poprzez atak na jego zaufanego doradcę. Cały incydent można też traktować w nieco innych kategoriach: niewykluczone, że Lepke nie byłby w stanie obciążyć Hillmana, gdyż nie dysponował żadnymi konkretnymi dowodami popełnionych przezeń przestępstw. Gdy Lepke zasiadł w końcu na krześle elektrycznym, największe westchnienie ulgi wydali zapewne nie przedstawiciele Białego Domu, lecz bossowie syndykatu: odziedziczyli imperium przestępcze Lepkego, pozbywając się jednocześnie wszelkich problemów związanych z jego osobą.

Na początku lat pięćdziesiątych Dewey, rozczarowany porażką w walce o Biały Dom, zaczął wykazywać brak zainteresowania dalszą walką z przestępczością zorganizowaną. Jego zachowanie podczas przesłuchań Komisji Kefauvera w 1950 i 1951 r. zdziwiło nawet jej republikańskich członków i spotkało się z dezaprobatą deputowanych w Kongresie. Dewey odmówił uczestnictwa w pracach Komisji na terenie Nowego Jorku, choć oznajmił, że jeśli senatorowie wystosują do niego odpowiednią prośbę, poświęci im parę chwil w swoim prywatnym biurze w Albany. Oferta Deweya nie wspominała jednak o pokryciu kosztów podróży przedstawicieli Komisji, ich doradców, stenografów sądowych itp. - w tej sytuacji przeniesienie obrad do Albany było wykluczone. Odmowa złożenia zeznań - zadziwiająca w przypadku człowieka, który zasłynął ściąganiem opornych świadków na przesłuchania i oświadczeniem, że każdy niewinny człowiek powinien ze wszystkich sił wspierać wymiar sprawiedliwości - nie różniła się zbytnio od działań rozlicznych mafiosów, otwarcie szydzących z Komisji Kefauvera w trakcie jej obrad.

Komisja zamierzała przesłuchać Deweya w sprawie ułaskawienia Luciano (Dewey nigdy wcześniej nie wytłumaczył się z tej decyzji), a także w sprawie plagi nielegalnego hazardu w mieście Saratoga na północy stanu Nowy Jork, kontrolowanym rzekomo przez Meyera Lansky'ego. Ze zgromadzonych przez Komisję dowodów wynikało, że gubernator Dewey musiał być najbardziej niedoinformowanym pod tym względem człowiekiem w całym stanie. Podległy mu komisarz policji stanowej John A. Gaffney stwierdził, że zajmowanie się problemem hazardu lub przekazywanie na ten temat informacji Dewey owi nie należało do jego obowiązków - jednak nawet w przypadku braku informacji ze strony policji Dewey musiał być świadom problemu: Saratoga stanowiła mekkę elity społecznej, do której sam się zaliczał. Ignorancja Deweya nie rozciągała się jednak poza terytorium jego własnego stanu. Ekspert od spraw hazardu John Scarne zeznał, że pewnego razu podczas mityngu Partii Republikańskiej w nowojorskim hotelu Waldorf Astoria zapytał Deweya, dlaczego ten zdecydował się zignorować obrady Komisji Kefauvera. Dewey odparł: "Scarne, oczywiście kiedy pisałem zaproszenie dla Kefauvera i jego czterech zauszników z senatu, wiedziałem, że nigdy nie przyjadą do Albany; oni zaś wiedzieli, że ja wiedziałem, że w pięciu stanach, z których pochodzą członkowie Komisji, panoszy się taka korupcja, hazard i prostytucja, jakiej próżno szukać w jakichkolwiek pięciu innych stanach USA". Wynika stąd, że gubernator Nowego Jorku wiedział więcej o korupcji i przestępczości w Tennessee, Maryland, Wisconsin, Wyoming i New Hampshire niż we własnym stanie. Gdyby Dewey poprzestał na kłótni z Komisją, jego ekscesy zostałyby najprawdopodobniej odebrane w kategoriach zwykłego współzawodnictwa politycznego (choć wielu innych gubernatorów reprezentujących obydwie partie - np. Stevenson z Illinois, Lausche z Ohio i Youngdahl z Minnesoty - aktywnie wspierało prace Komisji). Stało się jednak inaczej. Na początku lat sześćdziesiątych Dewey zaczął niemal otwarcie sprzyjać gangsterom i ich nowym przedsięwzięciom. Były pogromca Mafii został ważnym udziałowcem firmy Mary Center Paints, zupełnie przypadkowo wykazującej duże zainteresowanie hazardem na wyspach Bahama. Za sznurki Mary Center Paints (nazwanej później Resorts International) pociągał zaś nie kto inny, jak Meyer Lansky, człowiek, który wiele lat wcześniej odkrył korzyści płynące z potajemnych inwestycji w legalne przedsięwzięcia za pomocą anonimowych kont w bankach szwajcarskich. Ów dziwny splot okoliczności najwyraźniej nie przeszkadzał Deweyowi, lecz przyciągnął uwagę reporterów "Wall Street Journal", którzy otrzymali Nagrodę Pulitzera za serię felietonów poświęconych korupcji na Bahamach. Pomimo burzy medialnej firma Mary Carter nie zmieniła swoich planów. Nowo powstałe kasyna wkrótce zapełniły się znajomymi twarzami gangsterów - zarówno przy stołach do gry, jak i w biurach dyrektorów. Menedżerem jednej z takich placówek został człowiek Lansky'ego, Eddie Cellini (brat Dino Celliniego, odpowiedzialnego za prowadzenie interesów Lansky'ego w Anglii). Dla Toma Deweya był to raczej przygnębiający finał. "Od pogromcy gangów do gangstera" - mówiono. Być może krytykę tę należy uznać za zbyt dosadną, ale w zawodzie, w którym trzeba - niczym żona Cezara - pozostawać poza wszelkim podejrzeniem, Dewey zdecydowanie nie sprostał stawianym mu wymogom.

 

 

Carmine GALANTE (1910-1979): Niedoszły "boss nad bossami"

Bali się go wszyscy. Pod koniec lat siedemdziesiątych Carmine Galante, boss rodziny Bonanno, siał postrach w strukturach Mafii, mimo iż przebywał w więzieniu. Wszyscy wiedzieli, że gdy tylko wyjdzie na wolność, wybuchnie kolejna krwawa wojna. Po śmierci Carlo Gambino w 1976 r. Galante zyskał reputację najtwardszego gangstera w całym Nowym Jorku. Żaden inny boss nie był wystarczająco brutalny, chytry ani bezduszny, by rzucić wyzwanie Cygaru (ów nieodłączny atrybut Galante stał się jego pseudonimem). Nie udało się ustalić dokładnie liczby morderstw popełnionych przez Galante, ani tym bardziej liczby zamachów, które zlecił w trakcie swojej kariery (rozpoczętej w wieku 11 lat). Wiadomo, że był cynglem odpowiedzialnym za wykonywanie zleceń dla Vito Genovese - w tym za "przycięcie" radykalnego nowojorskiego dziennikarza Carlo Treski w 1943 r. W owym czasie Genovese przebywał we Włoszech i usiłował wkraść się w łaski Benito Mussoliniego, którego irytowały antyfaszystowskie artykuły Treski, Galante zaś należał już do rodziny Bonanno i po pewnym czasie miał awansować na stanowisko osobistego szofera bossa, a później jego zastępcy. Galante był też współrealizatorem uknutego przez Bonanno planu rozszerzenia strefy wpływów jego rodziny od Florydy i Morza Karaibskiego aż po Kanadę. Nic dziwnego, że szybko zyskał wśród gangsterów reputację człowieka "chciwego jak sam Joe Bananas". Na początku lat sześćdziesiątych Galante trafił do więzienia na 20 lat za udział w przestępstwach narkotykowych. Jego aresztowanie stanowiło cios dla Bonanno, ale pozostali bossowie odetchnęli z ulgą. W 1964 r. Bonanno postanowił wyeliminować przywódców kilku rodzin mafijnych z całych Stanów Zjednoczonych, co doprowadziło do wybuchu tzw. Wojny Bananowej. Krwawy konflikt zakończył się całkowitym fiaskiem dalekosiężnej strategii Bonanno oraz położył kres planom przekazania przezeń władzy nad przestępczym imperium w ręce syna. Tymczasem przebywający w więzieniu Galante planował własne posunięcia. Doszedł do wniosku, że przewyższa sprytem wszystkich pozostałych członków swojej rodziny i postanowił, że sam obejmie przywództwo nad nowojorską Mafią. Swoim współwięźniom w zakładzie karnym w Lewisburgu (stan Pensylwania) oznajmił, że za jego sprawą "Carlo Gambino osobiście zesra się na środku Times Square". Galante został zwolniony przedterminowo w 1974 r. odsiedziawszy 12 lat. W owym czasie przestał udzielać publicznych wypowiedzi, gdyż uważał, że w trakcie wojny nie należy mówić, lecz mordować. Musiał jednak działać ostrożnie - chytry Carlo Gambino co prawda podupadał na zdrowiu, ale wciąż był niebezpiecznym przeciwnikiem. Nagle w 1978 r. Galante został aresztowany przez agentów federalnych i ponownie osadzony w więzieniu pod zarzutem złamania zasad zwolnienia warunkowego (przez utrzymywanie kontaktów ze znanymi przestępcami). Władze usiłowały zapobiec jego zwolnieniu, twierdząc, że szykuje się zamach na jego życie, lecz wynajęty przez Galante prawnik Roy Cohn określił całą sprawę mianem rządowego spisku i po pewnym czasie udało mu się wywalczyć wolność dla swojego klienta. W ciągu kilku kolejnych miesięcy ludzie Galante zabili przynajmniej ośmiu członków rodziny Genovese w brutalnej wojnie o kontrolę nad wielomilionowymi dochodami z interesów narkotykowych. Gambino już nie żył, a Galante żądał, by pozostałe rodziny mafijne uznały jego zwierzchnictwo. Jego przesłanie brzmiało: "Kto z was ma dość siły, by mi się przeciwstawić?" Wyzwanie rzucone przez Galante nie spotkało się z otwartym odzewem. Doszło jednak - zgodnie z plotkami przekazywanymi mafijną pocztą pantoflową - do tajnego spotkania w mieście Boca Raton (stan Floryda), podczas którego radzono, co zrobić w sprawie Cygara. Bezpośrednio po spotkaniu rozesłano kurierów do bossów ważnych rodzin mafijnych z pytaniem, czy wyrażą oni zgodę na sprzątnięcie Galante. W plan wtajemniczono między innymi Jerry'ego Catenę, Santo Trafficante, Franka Tieriego oraz Paula Castellano. Skonsultowano się również z przebywającym w więzieniu Philem Rastellim, a nawet z emerytowanym Joe Bonanno, którego podejrzewano o przychylność względem Galante (Carmine był bowiem jego protegowanym w latach młodości). Bonanno podobno wyraził zgodę na zamach.

12 lipca 1979 r. Galante postanowił (rzekomo "pod wpływem chwili") zjeść posiłek w restauracji Joe and Mary's w części Brooklynu zwanej Bushwick. Właściciel lokalu, Joseph Turano (kuzyn Galante), wybierał się właśnie na wakacje do Włoch, można się więc było spodziewać, że Carmine prędzej czy później odwiedzi jego restaurację. Galante był z natury nieufny, lecz darzył zaufaniem ludzi towarzyszących mu tego feralnego dnia. Był to błąd. Podczas posiłku jeden z towarzyszy Galante wymówił się bólem brzucha i opuścił lokal, zaś kilku innych przeprowadziło szereg rozmów telefonicznych. Gdy Galante (siedzący przy stole w ogródku znajdującym się na zapleczu restauracji) skończył główne danie i włożył do ust kolejne cygaro, z budynku nagle wypadło trzech zamaskowanych mężczyzn. Jeden z nich krzyknął: "Bierz go, Sal!" Na te słowa drugi mężczyzna podszedł do Galante i wypalił do niego z dubeltówki. Galante zginął z cygarem w ustach. "Problem Cygara" został rozwiązany.

 

 

Crazy Joe GALLO (1929-1972): Rebeliant z Mafii brooklyńskiej

Crazy Joe Gallo - obok Joe Colombo - był uważany za jednego z najbardziej kłopotliwych bossów nowojorskiej Mafii. Wielu konkurentów miało go za "niepewnego" i narzekało na jego szorstką powierzchowność. Gallo dbał o podtrzymywanie tej reputacji - był znanym specjalistą od wymuszeń i twierdził, że w celu skutecznego zastraszenia ofiar należy sprawiać wrażenie osoby szalonej. Podobnie jak Meyer Lansky w latach trzydziestych, Crazy Joe rozumiał zmiany zachodzące w przestępczości zorganizowanej w latach sześćdziesiątych i wiedział, że ewolucja struktury etnicznej amerykańskich gett wywrze znaczny wpływ na interesy przestępcze. Gallo zdawał sobie sprawę z nieuchronnego przejęcia działalności ulicznej przez czarnoskórych i rozumiał, że mafiosi, którzy dostosują swoje metody działania do nowych realiów, wygrają w konkurencji z gangsterami włoskimi i żydowskimi starej daty, wciąż narzekającymi na rosnące wpływy "czarnuchów". Ponad wszystko Crazy Joe wiedział jednak, że w świecie przestępczym nie ma prawd absolutnych, a okoliczności prowadzenia interesów i struktury władzy ulegają ciągłym zmianom. Już w latach młodości kwestionował żelazną kontrolę pojedynczych przywódców świata przestępczego nad rozmaitymi interesami. "Kto dał Luizjanę Frankowi Costello?" - spytał kiedyś podczas rozmowy nagranej przez agentów rządowych za pomocą aparatury podsłuchowej. W latach sześćdziesiątych Crazy Joe przebywał w więzieniu za wymuszenia i tam nawiązał pierwsze bliższe kontakty z czarnoskórymi przestępcami. Konsekwentnie dążył do przełamania etnicznego tabu - przykładowo, na swojego osobistego fryzjera wybrał Murzyna, zaprzyjaźnił się też z Leroyem "Nicky" Bamesem, którego przysposobił do przejęcia handlu narkotykami w Harlemie i innych dzielnicach Nowego Jorku. Wychodzących z więzienia czarnoskórych kryminalistów kierował do pracy w operacjach kontrolowanych przez swoją rodzinę. Crazy Joe po raz pierwszy trafił do aresztu w wieku 17 lat. W latach młodości był oskarżany o włamania, napady oraz porwania. Szybko zdobył w Mafii brooklyńskiej reputację skutecznego faceta od mokrej roboty i zaczął awansować. Gdy w 1957 r. Carlo Gambino planował zamach na Alberta Anastasię, przekazał zlecenie swojemu wspólnikowi, bossowi Joemu Profaciemu, który z kolei zatrudnił do wykonania zadania Gallo wspólnie z jego braćmi - Larrym i Albertem. Niektórzy twierdzą, że to sam Crazy Joe osobiście pociągnął za spust, inni jednak uważają, że udział Joego ograniczył się jedynie do zaplanowania zamachu. Świeże dane (zdobyte dzięki policyjnym informatorom) wskazują, że zamachowcem mógł być Carmine "the Snake" Persico.

Gallo po pewnym czasie popadł w konflikt z rodziną Profaci, uważał bowiem, że jego bracia nie otrzymują należnych im udziałów w interesach na terenie Brooklynu. W wyniku starć między siłami obydwu frakcji śmierć poniosło kilkanaście osób. Profaci zmarł w 1962 r. (z przyczyn naturalnych), a jego miejsce zajął Joe Colombo senior; wojna trwała jednak nadal. Po pewnym czasie Colombo został postrzelony i "zwarzywiał" (by posłużyć się szyderczymi słowami Gallo); sprawcą tego zamachu był czarnoskóry mężczyzna - niejaki Jerome A. Johnson. Gallo został natychmiast aresztowany i zabrany na przesłuchanie, wiadomo było bowiem, że w razie potrzeby potrafi szybko rekrutować czarnoskórych najemników do trudnych zadań. Policja nie była jednak w stanie zdobyć jakichkolwiek dowodów jego zaangażowania w sprawę i musiała go zwolnić. Tymczasem Gallo przeszedł niemal magiczną metamorfozę. Podczas pobytu za kratkami (zwolniono go w 1971 r.) całkowicie zerwał ze stereotypem mafioso: po pierwsze utrzymywał przyjazne kontakty z czarnoskórymi więźniami, po drugie zaś - regularnie czytał prasę. Kilka razy w tygodniu dostarczano mu też książki, i nie była to literatura brukowa: Gallo był w stanie prowadzić inteligentny dyskurs na temat prac Hemingwaya, Camusa, Flauberta, Kafki, Balzaka, Sartre'a oraz Celine'a. Przebywając w zakładzie karnym Green Haven, zajął się też malarstwem; administracja więzienia zainstalowała nawet w jego celi jaśniejszą żarówkę, by był w stanie skuteczniej mieszać barwy na palecie. Obrazy Gallo po dziś dzień wiszą w biurach strażników i dyrektorów więzienia Green Haven.

Po wyjściu z więzienia Gallo zaczął obracać się w wyższych sferach. Film nakręcony na podstawie powieści Jimmy'ego Breslina Gang, który nie umiał strzelać mocno go zirytował (Gallo został w nim przedstawiony jako postać z gruntu komiczna), lecz Crazy Joe mimo wszystko zaprosił odtwórcę jego roli, Jerry'ego Orbacha, wspólnie z żoną Martą na kolację. Państwo Orbachowie byli zdumieni jego erudycją i oczytaniem, Marta zaproponowała mu nawet wspólne napisanie książki o pobycie w więzieniu.

Gallo stał się też bywalcem teatrów. Wiele znanych osobistości świata show-biznesu podejmowało go we własnych domach i darzyło swoistą rewerencją jako "zaprzyjaźnionego gangstera". Teoretycznie rzecz biorąc, centrala organizacji Gallo wciąż znajdowała się w jego starych pieleszach przy President Street na Brooklynie, w rzeczywistości jednak Gallo zamieszkał w luksusowym apartamencie przy 12 Ulicy na Manhattanie (w Greenwich Village), niedaleko mieszkań swoich nowych przyjaciół. Metamorfoza Gallo najwyraźniej uszła uwagi jego wrogów z rodziny Colombo.

7 kwietnia 1972 r. Gallo przebywał w klubie nocnym Copacabana, gdzie obchodził swoje 43. urodziny w towarzystwie państwa Orbachów, komika Davida Steinberga (z dziewczyną) oraz felietonisty Earla Wilsona (z sekretarką). Około 4 rano przyjęcie dobiegło końca i Gallo wspólnie z ochroniarzem "Pete the Greek" Diapoulasem oraz czterema przyjaciółkami (oraz ich krewnymi) postanowił udać się do dzielnicy włoskiej, by coś zjeść. Cała grupa trafiła w końcu do restauracji Umberto's Clam House, gdzie zajęła wspólny stolik. Zarówno Gallo, jak i Diapoulas usiedli plecami do wejścia.

Gallo zapewne czuł się bezpiecznie - istnieje bowiem niepisana zasada, zgodnie z którą Mafia nie organizuje zamachów w barach i restauracjach dzielnicy włoskiej Nowego Jorku. Jednak w jego przypadku uczyniono wyjątek. Do restauracji wszedł mężczyzna trzymający w dłoni pistolet kalibru .38 i - przy akompaniamencie krzyku kobiet i gości padających na podłogę - bezceremonialnie otworzył ogień do Gallo i jego ochroniarza. Gdy padły pierwsze strzały, Gallo poderwał się na równe nogi i pobiegł wzdłuż kontuaru baru do wyjścia. Prawdopodobnie ocalił w ten sposób życie swoim współbiesiadnikom. Zamachowiec wciąż strzelał do Gallo, który wypadł na ulicę i padł martwy dopiero na chodniku, kilka kroków od swojego cadillaca.

Siostra Crazy Joego Gallo wykrzyczała jego epitafium: "Był dobrym, uprzejmym człowiekiem. On potrafił się zmienić, a oto co dostał w zamian!"

 

 

Carlo GAMBINO (1902-1976): Przywódca rodziny przestępczej

Gdy Lucky Luciano opuścił amerykańską scenę przestępczą - najpierw na skutek aresztowania, a później deportacji do Włoch - tylko jeden gangster był dość chytry i bezwzględny, by zająć miejsce de facto "bossa nad bossami" Mafii. Nie był to Vito Genovese, Joe Bonanno ani Carmine Galante (choć wszyscy oni z pewnością uważali siebie za godnych takiego stanowiska). Mowa o podstarzałym już Carlo Gambino.

Gambino był postacią pełną kontrastów. Charakteryzował się krępą posturą i kulfoniastym nosem; wielu uważało go za tchórza. Joe Bonanno pewnego razu powiedział o nim: "Wiewiórka - służalcze i pretensjonalne indywiduum. Anastasia, gdy żył, traktował go jako osobistego gońca. Raz widziałem, jak Albert tak bardzo wkurzył się na Carlo za spapranie jakiejś prostej sprawy, że podniósł dłoń i omal go nie spoliczkował (...). Nikt inny nie zniósłby takiego publicznego upokorzenia. A Carlo tylko przepraszająco się uśmiechnął". Gambino lubił otaczającą go aurę tajemniczości. Podczas wycieczek do swojej starej dzielnicy (w późniejszych latach mieszkał w rezydencji na Long Island) lubił odgrywać rolę zwykłego przechodnia, robiącego zakupy w lokalnych sklepach (to właśnie na jego postaci Mario Puzo oparł wizerunek bohatera powieści Ojciec chrzestny). Wydawało się, że zawsze jest gotów nadstawić drugi policzek. "Gambino był jak ta żaba, która pada na plecy i udaje martwą, aż minie zagrożenie" - powiedział Albert Seedman, główny detektyw nowojorskiej policji. Jednak w zamkniętych kręgach świata przestępczego Gambino uchodził za bezwzględnego tradycjonalistę, egzekwującego od swoich podwładnych szacunek należny ojcom chrzestnym. Przykładał duże znaczenie do niuansów etyki mafijnej - przykładowo, gdy wymieniał z kimś uścisk dłoni, kierował własną dłoń ku górze, by zasygnalizować, że uważa ów uścisk za zwykłą formalność, jeśli jednak żywił prawdziwe uznanie dla swojego partnera, kierował dłoń ku dołowi na znak akceptacji.

Gambino zaczynał jako ambitny sprzymierzeniec Luciano i Meyera Lansky'ego, dwóch architektów amerykańskiej przestępczości zorganizowanej. Dzięki kolejnym awansom udało mu się w latach pięćdziesiątych objąć stanowisko zastępcy brutalnego Alberta Anastasii, którego wspomógł w zamachu na pierwszego bossa ich rodziny, Vince'a Mangano (zwłok nigdy nie odnaleziono). Pod koniec lat pięćdziesiątych Vito Genovese rozpoczął starania o uzyskanie dominującej pozycji w amerykańskiej Mafii i zwrócił się do Carlo Gambino z propozycją usunięcia Anastasii. Zgodnie z planem Genovese, Gambino stałby się formalnym przywódcą swojej rodziny - i oczywiście wasalem Genovese. Gambino miał jednak inne zamiary i choć wziął udział w spisku przeciwko Anastasii, wkrótce potem zaczął planować wyeliminowanie swojego nowego protektora. Anastasia został zamordowany w nowojorskim zakładzie fryzjerskim w 1957 r., wkrótce po nieudanym zamachu na Franka Costello. Genovese uzyskał upragnioną dominację nad nowojorską Mafią, lecz jego radość nie trwała długo. Pomimo oczywistej gry na dwa fronty w sprawie Anastasii, Gambino zawarł rozejm z Costello oraz z przebywającym na wygnaniu Luciano (dwoma bliskimi sprzymierzeńcami Anastasii). Wspólnie z Meyerem Lanskym cała trójka zaczęła snuć plany usunięcia Genovese przy pomocy rządu federalnego. Kilka miesięcy po objęciu władzy Genovese został wrobiony w przemyt narkotyków i skazany na 15 lat więzienia (co ciekawe, operacja ta przyniosła oczekiwany rezultat dopiero przy drugim podejściu: pierwszy plan spalił na panewce, gdyż agenci federalni wykazali się nieudolnością i nie potrafili wykorzystać podrzuconych im przez Gambino "dowodów"). Genovese zmarł nie odzyskawszy wolności i w ten sposób Carlo Gambino wyrósł na najpotężniejszego bossa Mafii w Nowym Jorku.

Po uzyskaniu przywództwa Gambino postanowił ugruntować swoją pozycję, nawiązując kolejne sojusze i zlecając liczne zamachy. Po pewnym czasie nikt - z wyjątkiem Joego Bonanno - nie był już w stanie rzucić mu wyzwania. Gdy zmarł na zawał serca (w 1976 r.), jego pogrzeb odbył się w niemal filmowym stylu. Reporterzy i gapie musieli trzymać się z daleka od kilkuset żałobników - wystarczyło jedno słowo z ust pilnujących ceremonii osiłków, by odstraszyć jakichkolwiek intruzów. Wszystko odbyło się zgodnie z najlepszą tradycją mafijną, z czego sam Carlo Gambino z pewnością byłby dumny.

 

 

rodzina przestępcza GAMBINO

Choć szacowanie bilansu zysków z nielegalnych interesów zazwyczaj przysparza analitykom dużych kłopotów, nie ulega wątpliwości, że rodzina Gambino jest obecnie najbogatszą i najpotężniejszą organizacją przestępczą w Stanach Zjednoczonych. Rodzina zarządza aktywami wartymi setki milionów dolarów i zrzesza przynajmniej 800 przestępców; jej imperium rozciąga się od Nowego Jorku, przez kasyna Atlantic City i Las Yegas oraz fabryki heroiny na Sycylii i w Azji, aż po sieci dystrybucji kradzionych samochodów w Kuwejcie. Nie dziwi zatem, że jedna z gazet przypisała jej miano "Gambino, Inc." W trakcie swoich niespełna dwudziestoletnich rządów (lata 1957-1976) Carlo Gambino przekształcił drugorzędną rodzinę przestępczą w prawdziwą perłę w koronie amerykańskiej Mafii - znacznie bardziej wartościową niż organizacja kierowana przez sławnego Lucky'ego Luciano i potężniejszą niż słynna Mafia chicagowska pod wodzą Ala Capone. Początki rodziny Gambino sięgają okresu sprzed powstania syndykatu - a konkretnie czasów Alfreda Mineo i Steve'a Ferrigno w latach dwudziestych, gdy amerykańską Mafią rządził Joe Boss Masseria. Obaj gangsterzy zostali zamordowani w 1930 r. w krwawej zasadzce zorganizowanej przez Joego Profaciego, Nicka Capuzzi, Joego Valachiego oraz zamachowca znanego obecnie tylko jako Buster z Chicago. Schedę po zmarłych gangsterach przejęli Vince i Phil Mangano, którzy weszli w skład nowoczesnej amerykańskiej Mafii, zorganizowanej zgodnie z koncepcjami Luciano. Działalność ich organizacji ograniczała się do interesów na terenie Brooklynu (zwłaszcza przestępstw w dzielnicy portowej oraz nielegalnego hazardu - totalizatorów oraz włoskiej loterii). Bracia Mangano utrzymali władzę aż do 1951 r., gdy Phil Mangano (mniej liczący się członek tego duetu) został zamordowany na rozkaz swojego ambitnego podwładnego, Alberta Anastasii, który już wówczas był przywódcą Murder, Inc. Niedługo później w niejasnych okolicznościach zaginął Vince Mangano i kontrolę nad rodziną przejął Anastasia. Nikt nie był na tyle odważny, by przeciwstawić się krwawemu Albertowi. Anastasia, którego nieoficjalnym doradcą został Frank Costello (członek innej rodziny mafijnej), rozszerzył zakres działalności swojej organizacji, przejmując udziały w nielegalnym hazardzie, lichwie oraz handlu narkotykami za pośrednictwem kontrolowanych przez siebie agentów w dzielnicach portowych. Nie potrafił jednak snuć prawdziwie długofalowych wizji - był w gruncie rzeczy szaleńcem i psychopatą często podejmującym niepotrzebne ryzyko: przykładowo, nakazał zastrzelić świadka, który rozpoznał twarz znanego bandyty, Williego Suttona (niepowiązanego z Mafią) jedynie dlatego, że "nie lubił kapusiów". Anastasia był też zamieszany w intrygę rozgrywającą się między jego przyjacielem Costello a Vito Genovese wokół kontroli nad największą w owych czasach rodziną przestępczą, należącą do Lucky'ego Luciano. W 1957 r. Genovese zdetronizował Costello, a niedługo potem udało mu się doprowadzić do śmierci Anastasii (wykorzystał przy tym usługi jego doradcy, Carlo Gambino). Gdy tylko Gambino przejął stery rodziny Anastasii, stwierdził, że nie potrzebuje już Genovese (któremu w owych czasach śniła się już funkcja bossa nad bossami amerykańskiej Mafii). Wspólnie z deportowanym Luciano, Meyerem Lanskym i prawdopodobnie kilkoma innymi gangsterami, Gambino uknuł spisek, dzięki któremu udało mu się wrobić Genovese w przemyt narkotyków i doprowadzić do skazania go przez sąd federalny na długoletnią odsiadkę.

W ciągu kolejnych lat Gambino konsekwentnie rozbudowywał swoje imperium. Jego rodzina - pomimo skromnych początków - wkrótce stała się największą organizacją przestępczą w Nowym Jorku i całych Stanach Zjednoczonych. Po zejściu ze sceny Costello Gambino stał się najważniejszym partnerem Meyera Lansky'ego i stopniowo zaczęto postrzegać go jako głównego bossa amerykańskiej Mafii (podobnie jak Luciano w latach trzydziestych). Gambino udało się też udaremnić plan Joego Bonanno, który zakładał zamordowanie kilku ważnych przywódców Mafii (w tym samego Gambino) i przejęcie władzy nad amerykańską przestępczością zorganizowaną. W latach siedemdziesiątych podupadający na zdrowiu Gambino stopniowo wycofał się z życia publicznego, lecz zachował swoje stanowisko aż do śmierci w 1976 r. Przed śmiercią postanowił rozwiązać problem sukcesji. Teoretycznie rzecz biorąc, schedę po Gambino powinien był przejąć jego zastępca, Aniello Dellacroce, bezlitosny zabójca, który mógłby skutecznie przeciwstawić się wszelkiej konkurencji (Dellacroce odegrał m.in. kluczową rolę w zamordowaniu Carmine Galante w 1979 r., gdy ten usiłował przejąć interesy pozostałych nowojorskich rodzin przestępczych). Gambino wierzył jednak mocno w więzy rodzinne i postanowił wyznaczyć na sukcesora swojego szwagra Paula Castellano. Castellano był człowiekiem słabym i Gambino wiedział, że jeśli Dellacroce będzie chciał walczyć o swoje prawa, z pewnością pokona konkurenta; rozumiał również, że ewentualne zamordowanie Dellacroce nie rozwiąże problemu. Najprostszym rozwiązaniem byłoby zastąpienie Dellacroce bardziej usłużnym zastępcą, Gambino chciał jednak, by Dellacroce stał się dla Castellano swego rodzaju polisą na życie - i dlatego zaproponował przejęcie przez Dellacroce wszystkich lukratywnych interesów rodziny na Manhattanie, tworząc coś na kształt państwa w państwie. Dla Dellacroce była to propozycja nie do odrzucenia.

Gambino liczył też na pomoc ze strony Franka "Funzi" Tieriego, który za jego sprawą przejął władzę nad starą rodziną Genovese (po "wypadku" poprzedniego bossa Tommy'ego Eboli). Tieri był człowiekiem pokroju Dellacroce i Gambino wiedział, że będzie mógł liczyć na jego lojalność nawet po swojej śmierci. Tieri wypełnił dane Gambino słowo i stanął po stronie Castellano - ale szybko przyćmił go swoimi umiejętnościami i po pewnym czasie to właśnie on urósł do rangi najważniejszego dona w Nowym Jorku. Lata rządów Castellano wyglądały na okres schyłkowy rodziny Gambino - lecz w 1981 r. zmarł Tieri, a pod jego nieobecność rodzina Genovese szybko straciła na znaczeniu i duet Castellano-Dellacroce ponownie zajął należne mu miejsce na szczycie nowojorskiej hierarchii przestępczej. Dellacroce (cierpiący na raka) nie podjął żadnej próby obalenia swojego przełożonego, mimo że frakcja młodych gangsterów, do których zaliczał się ambitny capo John Gotti (traktujący Alberta Anastasię jako swojego idola), coraz głośniej krytykowała Castellano. Dopóki żył Dellacroce, frakcja Gottiego nie odważyła się wszcząć otwartego buntu, po części ze strachu, a po części w wyniku autentycznego szacunku dla starego bossa. Sam Dellacroce uważał zresztą, że rodzina Gambino powinna zaangażować się w lukratywne napady na konwoje z gotówką, porwania oraz przemysł narkotykowy, Castellano był zaś o wiele bardziej przywiązany do działalności lichwiarskiej, przekrętów budowlanych oraz prozaicznych kradzieży samochodów. Pod jego rządami frakcja tzw. Young Turks [młodzi mafiosi skonfliktowani ze starszym pokoleniem mafijnych bossów.] była konsekwentnie marginalizowana.

2 grudnia 1985 r. zmarł Dellacroce. Paul Castellano przeżył go zaledwie o dwa tygodnie - został zamordowany w towarzystwie swojego doradcy, którego kreował na rywala Johna Gottiego. W kilka dni po śmierci Castellano policja ustaliła, że nowym bossem najpotężniejszej rodziny przestępczej w Stanach Zjednoczonych został John Gotti.

 

 

Vito GENOVESE (1897-1969): Boss Mafii

Pomimo powszechnego przekonania, iż amerykańską Mafią rządzi "boss nad bossami", ostatnim człowiekiem faktycznie piastującym to stanowisko był Salvatore Maranzano - jego kariera capo di tutti capi trwała jednak jedynie kilka miesięcy (w 1931 r.) i zakończył ją brutalny zamach. Od tamtego czasu prasa często przypisywała mityczny tytuł rozmaitym mafiosom, z których mało który zasługiwał na takie wyróżnienie. Nawet Carlo Gambino, który w latach swojej wielkości zdominował całą nowojorską Mafię, był człowiekiem skromnym i nigdy nie domagał się oficjalnego uznania go za najwyższego bossa. W 1957 r. prawo do korony rościł sobie Vito Genovese. Jego strategia zakończyła się jednak fiaskiem porównywalnym z klęską Maranzano (choć w przeciwieństwie do Maranzano Genovese nie zginął od kuł zamachowców).

Vito Genovese - czy też "Don Vito", jak kazał się tytułować - posiadał szereg predyspozycji do zostania bossem nad bossami. Budził powszechny strach (był równie skory do przemocy jak Albert Anastasia), lecz jednocześnie cechowała go zdolność prowadzenia chłodnej, logicznej kalkulacji, której brakowało krwiożerczemu Anastasii. To właśnie jemu przypisywano odpowiedzialność za zaangażowanie Mafii w handel narkotykami, czemu ostro sprzeciwiali się zarówno Frank Costello, jak i - wbrew opinii niektórych agencji antynarkotykowych - Lucky Luciano. Genovese rozpoczynał swoją karierę przestępczą w cieniu Luciano, w latach dwudziestych. Wspólnie z Luckym wspinał się po szczeblach hierarchii mafijnej, eliminując przy tym kolejnych rywali. Po zakończeniu II wojny światowej, gdy Luciano udał się na wygnanie do Włoch, Genovese rozpoczął kampanię morderstw mającą na celu dalszy awans w strukturach przestępczych. Wiadomo, że nakazał zamordowanie Williego Morettiego w 1951 r., Steve'a Franse'a w 1953 oraz Alberta Anastasii w 1957 r.; nie ulega też wątpliwości, że stał za nieudanym zamachem na Franka Costello, w wyniku którego Costello postanowił przejść na przestępczą emeryturę.

W 1937 r., stojąc w obliczu oskarżenia o morderstwo, Genovese zbiegł do Włoch, gdzie wkradł się w łaski Benito Mussoliniego - pomimo zainicjowanej przez faszystowskiego dyktatora brutalnej kampanii mającej na celu zdławienie Mafii. Genovese stał się głównym dostawcą narkotyków dla ministra spraw zagranicznych i zięcia Mussoliniego, hrabiego Ciano. W trakcie wojny Genovese - pragnąc jeszcze bardziej przypodobać się Mussoliniemu - nakazał zamordowanie przebywającego w Nowym Jorku arcywroga II Duce, dziennikarza Carlo Treski (za realizację zamachu odpowiadała wschodząca gwiazda amerykańskiego świata przestępczego, Carmine Galante). W 1944 r., gdy reżim Mussoliniego trzeszczał już w szwach, Genovese niespodziewanie zmienił front i znalazł zajęcie jako tłumacz na usługach wywiadu armii USA. Dzięki jego wysiłkom aliantom udało się ująć licznych działających na południu Włoch handlarzy czarnorynkowych, jednak uznanie Amerykanów dla jego osiągnięć szybko zbladło, gdy okazało się, że Genovese sam przejmował przestępcze interesy prowadzone przez aresztowanych paserów. Po zakończeniu wojny Genovese został przetransportowany do Stanów Zjednoczonych, lecz grożący mu proces o morderstwo nie mógł dojść do skutku, gdyż wszyscy świadkowie oskarżenia zostali skutecznie uciszeni. Genovese wyszedł na wolność i natychmiast podjął kroki mające na celu przejęcie kontroli nad rodziną Luciano oraz zdominowanie amerykańskiej Mafii. W tym celu musiał najpierw wyeliminować p.o. bossa swojej rodziny, Franka Costello, a także ograniczyć wpływy Meyera Lansky'ego, nie zrywając przy tym z pozostającym na wygnaniu Luciano. Costello i Luciano nie mieli jednak zamiaru ustępować i przez długi czas skutecznie opierali się zakusom Genovese. Minęło aż dziesięć lat nim Genovese - dzięki potajemnym interesom narkotykowym - zebrał niezbędne środki do wypowiedzenia otwartej wojny swoim wrogom.

Pierwszym celem Genovese był Costello, jednak plan zamachu spalił na panewce - Costello został tylko lekko ranny. Kilka miesięcy później Genovese udało się zamordować Anastasię, co było z jego punktu widzenia dużym sukcesem: Anastasia stanowił filar, na którym wspierała się władza Costello. Bez oddanego wspólnika Costello - "premier świata przestępczego" - był bezbronny. Genovese zajął się teraz zacieśnianiem kontroli nad rodziną Luciano. To właśnie on grał pierwsze skrzypce podczas sławnej konferencji w Apalachin na północy stanu Nowy Jork. Genovese zapewne spodziewał się, że podczas tego zebrania zostanie namaszczony na bossa nad bossami; konferencja zakończyła się jednak zupełnym fiaskiem na skutek nalotu policji stanowej i aresztowania kilkudziesięciu uczestniczących w niej donów. Genovese padł ofiarą spisku uknutego przez Costello, Luciano i Lansky'ego przy wsparciu Carlo Gambino, który osobiście wziął udział w feralnym zebraniu. (Gambino i Lansky współpracowali wcześniej z Genovese w sprawie zamachu na Anastasię, lecz mieli po temu własne powody: Gambino pragnął przejąć kontrolę nad rodziną Anastasii, zaś Lansky nie mógł przejść do porządku dziennego nad podejmowanymi przez Anastasię próbami wkroczenia na rynek kubańskich interesów hazardowych, które Lansky uważał za swoją prywatną domenę.) Wspólnie z Costello i Luciano, Gambino i Lansky poinformowali władze o planowanym w Apalachin zebraniu i zamiast przywdziać koronę najwyższego bossa, Genovese ściągnął na siebie furię mafiosów z całych Stanów Zjednoczonych, obwiniających go za katastrofalny finał konferencji.

Genovese wiedział, że prędzej czy później będzie musiał wyeliminować Costello, Lansky'ego, a nawet Luciano (prawdopodobnie nie zdawał sobie jeszcze sprawy z udziału Gambino w spisku).

Jego błąd polegał jednak na założeniu, że ma czas, by zebrać siły, gdyż jego wrogowie nie zaryzykują otwartej wojny. Żadna wojna nie była jednak konieczna. Po udaremnieniu konferencji w Apalachin konkurenci Genovese mieli zamiar definitywnie położyć kres jego rządom. Costello, Lansky i Luciano obmyślili wielką, trefną transakcję narkotykową i najprawdopodobniej wtajemniczyli w swój plan chicagowskiego bossa Sama Giancanę (wystarczyło, by Lansky zaproponował Mafii chicagowskiej większy udział w interesach na Kubie). Po zarzuceniu przynęty cała czwórka konspiratorów złożyła się na nagrodę w wysokości 100 000 dolarów dla drobnego portorykańskiego dilera nazwiskiem Nelson Cantellops, w zamian za złożenie przezeń zeznań obciążających Genovese. Choć wydaje się niemożliwe, by osoba pokroju Cantellopsa posiadała informacje mogące pogrążyć samego Vito Genovese, rząd federalny postanowił nie wnikać głębiej w sprawę i w 1959 r. Genovese - wraz z 24 wspólnikami - został uznany winnym przemytu narkotyków. Otrzymał wyrok 15 lat więzienia.

W opinii informatora Joego Valachiego uwięziony Genovese wciąż sprawował władzę nad swoją rodziną. Ogarnięty paranoją zaczął podejrzewać wszystkich o udział w wymierzonym przeciwko niemu spisku. Nakazał zamordowanie swojego głównego doradcy, Tony'ego Bendera, później zaś posądził Valachiego o współpracę z policją i zlecił jego zabójstwo (mimo iż Valachi sam przebywał w więzieniu). Zdesperowany Valachi musiał udać się pod ochronę agentów rządowych i po pewnym czasie został jednym z najsłynniejszych informatorów w historii Mafii - dzięki jego zeznaniom na światło dzienne wyszło wiele tajemnic "Cosa Nostry" (jak sam nazywał swoją organizację). Genovese zmarł w 1969 r. nie odzyskawszy wolności. W latach siedemdziesiątych w prasie pojawiły się zeznania przypisywane Luciano (później zaś potwierdzone przez Meyera Lansky'ego i innych), w których założyciel syndykatu opisuje szczegóły spisku przeciwko Don Vito oraz rolę, jaką odegrały w nim władze federalne.

 

 

rodzina przestępcza GENOVESE

Lucky Luciano, triumfator serii wojen mafijnych z początku lat trzydziestych, wkrótce po swoim zwycięstwie dokonał rekonstrukcji pięciu rodzin mafijnych utworzonych decyzją nieżyjącego już Salvatore Maranzano. Luciano zachował też osobistą kontrolę nad rodziną odziedziczoną po zamordowanym na jego zlecenie Joe Bossie Masserii. Rodzina ta przez kilka kolejnych dziesięcioleci wiodła prym wśród nowojorskich organizacji przestępczych, zarówno pod względem rozmiarów, jak i wpływów.

To właśnie do rodziny Luciano należał słynny informator Joe Valachi, służący pod rozkazami kilku kolejnych bossów: najpierw Luciano, następnie Costello, a wreszcie Vito Genovese. Costello objął stery organizacji, gdy Luciano trafił do więzienia pod zarzutem sutenerstwa w 1936 r. Zgodnie z mafijną tradycją schedę po Luciano powinien był przejąć jego zastępca, Vito Genovese, lecz również on miał w owym czasie poważne problemy z wymiarem sprawiedliwości: obawiając się oskarżenia o morderstwo, Genovese zbiegł do Włoch, gdzie wkupił się w łaski dyktatora Benito Mussoliniego. Costello nie był typowym ojcem chrzestnym: poświęcał niewiele czasu na kierowanie własną rodziną, oddawał się natomiast bez reszty interesom prowadzonym wspólnie z Meyerem Lanskym i innymi bossami syndykatu. Jego wpływy rozciągały się od Nowego Jorku aż po Nowy Orlean, Las Vegas, a nawet Hawanę. Costello pozwalał swoim capo na daleko idącą niezależność w kierowaniu działalnością przestępczą. Być może właśnie z tego powodu w jego rodzinie fortunę zbiło więcej gangsterów niż w jakiejkolwiek innej organizacji przestępczej na terenie USA. Joe Valachi stwierdził, że osobiście znał 40 lub 50 należących do rodziny Costello gangsterów-milionerów. Nieprzerwany strumień pieniędzy w połączeniu z politycznymi talentami Costello (nazywanego "premierem świata przestępczego") przysporzył mu licznych zwolenników wśród capo i szeregowych żołnierzy.

Po zakończeniu II wojny światowej Genovese trafił na powrót do Stanów Zjednoczonych i został oskarżony o morderstwo, jego proces zakończył się jednak fiaskiem na skutek wyeliminowania przez Mafię głównych świadków oskarżenia. Wkrótce potem między Costello a Genovese doszło do krwawego konfliktu, w którym górę zaczął brać Don Vito. Genovese powoli punktował swojego przeciwnika: zaczął od usunięcia Williego Morettiego, uważanego za sojusznika Costello. Śmierć Morettiego spowodowała, że Costello stracił znaczną część sił, na które mógłby liczyć w wypadku otwartej wojny, lecz pomimo tej straty wciąż zachował duże wpływy. Za namową Costello Albert Anastasia zdecydował się zabić własnych bossów w rodzinie przestępczej Mangano (Vince'a i Phila Mangano) i przejąć kontrolę nad ich organizacją. Anastasia - mający teraz na swoje rozkazy więcej gangsterów niż kiedykolwiek wcześniej - pozostawał całkowicie lojalny względem Costello. Jego awans pokrzyżował plany Genovese. Dopiero po sześciu kolejnych latach Genovese poczuł się wystarczająco pewnie, by ponownie rzucić wyzwanie Costello. W 1957 r. doszło do nieudanej próby zamachu na Costello, zaś kilka miesięcy później Genovese odniósł poważny sukces, eliminując Alberta Anastasię (zastrzelonego w zakładzie fryzjerskim). Wspólnikiem Genovese w tej operacji był Carlo Gambino, który przejął kontrolę nad rodziną Anastasii, lecz później zaczął działać na własną rękę. Gambino zawarł pakt z Costello, Meyerem Lanskym i przebywającym na wygnaniu Luciano. Całą czwórkę gangsterów łączył strach przed ambicjami Genovese, który już wówczas zamierzał sięgnąć po tytuł "bossa nad bossami".

Zanim jednak doszło do wcielenia w życie wspomnianych planów, Costello uzyskał zgodę pozostałych rodzin przestępczych na przejście na mafijną emeryturę z jednoczesnym zachowaniem należnych mu przychodów. W ramach rekompensaty Genovese objął przywództwo nad rodziną Luciano. Jego rządy nie trwały jednak długo. Fiasko konferencji w Apalachin było dla Genovese potężnym ciosem, zaś gwóźdź do trumny niedoszłego bossa nad bossami wbił sojusz Gambino-Costello-Luciano-Lansky, wrabiając go w trefną transakcję narkotykową. Genovese trafił do więzienia na 15 lat i zmarł nie odzyskawszy wolności w 1969 r. Choć Genovese nawet zza krat starał się kierować swoim przestępczym imperium - wykorzystując w tym celu łączników, Jeny'ego Catenę i Tony'ego Bendera - jego wpływy słabły. Genovese posłużył się Benderem do zorganizowania szeregu zamachów, lecz po pewnym czasie zaczął podejrzewać go o zdradę i zlecił jego morderstwo. Gdy cierpiący na chorobę wieńcową Catena przeszedł na emeryturę i osiadł na Florydzie, Genovese wyznaczył na swojego kolejnego łącznika Tommy'ego Ebolego. Eboli był człowiekiem czynu, słabo predestynowanym do niezależnych działań. Rodzina Genovese stopniowo traciła członków, zaś chytry Carlo Gambino - boss stosunkowo niewielkiej jak na owe czasy rodziny Anastasia - rósł w siłę i rozbudowywał swoją organizację, aż stała się jedną z najpotężniejszych rodzin przestępczych w Stanach Zjednoczonych.

Genovese mógł jedynie złorzeczyć na taki obrót spraw. Kolejny cios zadały mu zeznania Joego Valachiego - mafiosi zaczęli otwarcie krytykować Genovese za przekształcenie Valachiego w "szczura" oraz za niezdolność do uciszenia znienawidzonego zdrajcy.

Gambino, który - podobnie jak Luciano w latach trzydziestych - został de facto bossem nad bossami amerykańskiej Mafii, zdecydował, że trzeba podjąć jakieś działania w sprawie rodziny Genovese. Potężna niegdyś organizacja stopniowo podupadała pod katastrofalnymi rządami Ebolego, który - w opinii pewnego mafioso - "nie dbał o to, czy jego chłopcy ganiają za panienkami, czy też umierają z głodu".

Gambino zlecił więc w 1972 r. zamach na Ebolego i zastąpił go cieszącym się niezwykłą popularnością wśród szeregowych gangsterów Frankiem "Funzi" Tierim (uważanym za bliskiego przyjaciela Gambino). Tieri odbudował wpływy rodziny Genovese, zachowując jednocześnie lojalność względem Gambino. Po śmierci Gambino w 1976 r. Tieri na krótko zdominował amerykański świat przestępczy. Jego nazwisko budziło strach wśród mafiosów ze wszystkich rejonów USA. Tieri nie mógł narzekać na nadmiar problemów. Jedynym kłopotem była dlań sytuacja w Atlantic City. W 1976 r. doszło do legalizacji hazardu w tym mieście, zaś Angelo Bruno, boss rodziny przestępczej z Filadelfii i formalny zwierzchnik Atlantic City, odmówił podzielenia się wpływami z hazardu. W odpowiedzi Tieri wyznaczył rzekomo nagrodę 250 000 dolarów za głowę Bruno. W 1980 r. nagrodę tę ktoś zapewne zainkasował, gdyż Bruno został zamordowany, a rodzina Tieriego (wspólnie z klanem Gambino) przejęła kontrolę nad hazardem w Atlantic City. Po śmierci Tieriego w 1981 r. jego rodzina ponownie zaczęła podupadać. Przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości nie mogli dociec, kto został kolejnym bossem Genovese: niektórzy twierdzili, że był nim Philip "Cockeyed Phil" Lombardo, inni wskazywali na Fat Tony'ego Salerno. Podczas tzw. procesu komisji w połowie lat osiemdziesiątych rząd federalny skupił szczególną uwagę właśnie na działalności Salerno. Pomimo regresu rodzina Genovese pozostała jedną z najpotężniejszych grup przestępczych w USA, czerpiąc dochody z hazardu, przemytu narkotyków, lichwy oraz wymuszania haraczy. Organizacja kontrolowała też lukratywne interesy w portach Brooklynu i w stanie New Jersey, biznes pornograficzny skoncentrowany wokół nowojorskiego Times Square, związki zawodowe, firmy spedycyjne, restauracje, rynek owoców morza oraz sieci automatów do sprzedaży detalicznej. W latach osiemdziesiątych całkowitą liczbę członków rodziny Genovese szacowano na około 200; organizację aktywnie wspierało też około 600 osób, które liczyły na formalne wejście w jej skład. W 1987 r. Salerno został skazany na 100 lat więzienia i władza przeszła w ręce Vinniego "the Chin" Gigante, który lubił przechadzać się po ulicy w szlafroku i mruczeć coś pod nosem, by sprawiać wrażenie osoby niepoczytalnej. Strategia Gigante nie przyniosła oczekiwanych rezultatów, gdyż w 1997 r. również on trafił do więzienia, a kolejnym bossem organizacji został Dominick "Quiet Dom" Cirillo. Cirillo nie porządził długo - problemy zdrowotne zmusiły go do zaniechania aktywnej działalności i przejścia na emeryturę. Po jego odejściu sytuacja personalna na najwyższych szczeblach rodziny Genovese stała się niejasna, lecz liczba gangsterów wciąż identyfikujących się z tą organizacją przekonała licznych obserwatorów, że rodzina ta wciąż cieszy się znaczącymi wpływami w ramach tzw. nowej Mafii. Gdy prokuratura odtrąbiła wielki sukces w walce z rodziną Genovese (aresztowano 73 "przywódców i ich popleczników"), rodzina szybko uzupełniła straty przyjmując kilkudziesięciu nowych członków. Mimo wszystko zatrzymanie tak dużej liczby osób (około jednej trzeciej całkowitego składu osobowego organizacji) należy uznać za istotny sukces, zwłaszcza że mniej więcej pół roku później w ręce policji wpadło kolejnych 45 członków rodziny. Aresztowanych gangsterów oskarżano o liczne przestępstwa, z których czerpali wielomilionowe dochody - wśród zarzutów wymieniano np. defraudację około 1 miliona dolarów pochodzących z kasy związku zawodowego stolarzy w Tuckahoe (stan Nowy Jork), manipulacje na rynku pracy, lichwę, nielegalny hazard, handel bronią oraz dystrybucję fałszywej gotówki. Za najbardziej spektakularny zarzut postawiony aresztowanym mafiosom należy uznać plan kradzieży 6 milionów dolarów z wypłat przeznaczonych dla pracowników drukarni należącej do gazety "New York Times". Spisek udaremniono dzięki wysiłkom pewnego anonimowego detektywa, który "niemal codziennie nadstawiał karku" w trakcie śledztwa trwającego z górą trzy lata. (Detektyw wyprowadził się później z Nowego Jorku, by uniknąć rozpoznania przez ludzi Genovese.) W wyniku jego pracy plan spalił na panewce, a inicjatorów aresztowała policja. Zgodnie z informacjami ujawnionymi przez prokuratorów (oraz niektórych dziennikarzy) jeden z członków gangu zatrudnił się w drukarni po to, by zdobyć informacje o planowanych transportach gotówki. Wśród organizatorów spisku wymieniano Anthony'ego Capanellego, pracującego dorywczo w charakterze drukarza dla gazety "New York Post", oraz jego bliskiego znajomego, byłego policjanta nazwiskiem Joe Dingha. Jeden z członków komisji odpowiedzialnej za zbadanie sprawy stwierdził: "Nie dopuścimy, by przestępczość zorganizowana i element kryminalny odzyskał swoje dawne wpływy na terenie Nowego Jorku". Afera drukarska udowodniła, że doniesienia o "zadaniu śmiertelnego ciosu" Mafii przez agencje rządowe były mocno przesadzone.

 

 

Vincent GIGANTE "the Chin" (1926-): Gangster

W oczach opinii publicznej przyczynkiem do sławy Vincenta "the Chin" Gigante była nieudana próba zamachu na Franka Costello, podjęta w 1957 r. Policja aresztowała Gigante pod zarzutem udziału w zamachu i choć później oczyszczono go z zarzutów, większość obserwatorów uważała, że z pewnością uczestniczył w spisku. Zgodnie z popularną wersją wydarzeń Vito Genovese nakazał zamordowanie Costello po to, by samodzielnie przejąć władzę nad nowojorskim światem przestępczym. Ważący ponad 130 kilogramów Gigante przygotowywał się rzekomo do wykonania zlecenia codziennie ćwicząc strzelanie w piwnicy domu położonego w Greenwich Village na Manhattanie. 2 maja 1957 r. Costello wracał do swojego mieszkania w apartamentowcu przy Central Park West, gdy nagle tuż obok zatrzymał się czarny cadillac. Z auta wysiadł potężnie zbudowany mężczyzna, który pośpiesznie minął Costello i wszedł do budynku. Gdy Costello minął bramę i wkroczył do lobby, mężczyzna - skryty za jednym z filarów - ukazał się nagle za jego plecami i krzyknął: "To dla ciebie, Frank!" Costello odwrócił się, co prawdopodobnie ocaliło mu życie: kula drasnęła go jedynie w głowę, tuż nad uchem. Zamachowiec wybiegł z lobby w przekonaniu, że jego ofiara nie żyje.

Costello nie był jednak poważnie ranny (choć wymagał leczenia szpitalnego). Zgodnie z zasadami omerty stwierdził, że nie wie nic na temat napastnika. Zamachowcy zdążył się jednak przyjrzeć portier i w oparciu o jego zeznania prokuratura wydała nakaz aresztowania Gigante. Chin zapadł się pod ziemię. Informator Joe Valachi oznajmił później: "Chin wyjechał na wieś, żeby nieco stracić na wadze". Po pewnym czasie Gigante powrócił do Nowego Jorku i dobrowolnie oddał się w ręce policji, twierdząc, że dopiero co usłyszał, iż jest poszukiwany.

Na ławie oskarżonych zasiadł już szczupły, odmieniony Gigante. Prokuratura nie była w stanie przedstawić przekonującego materiału dowodowego. Portier nie potrafił - lub nie chciał - rozpoznać w głównym oskarżonym osoby, która strzelała do Costello. Gdy na świadka wezwano samego Costello, adwokat Gigante, Maurice Edelbaum (znany i bardzo kosztowny prawnik) postanowił zagrać va banque, licząc, że Costello odmówi zidentyfikowania Gigante jako napastnika. Edelbaum szorstko obszedł się z Costello, wyliczając wszystkie dotyczące go ustalenia Komisji Kefauvera i sugerując, że osoba pragnąca wyeliminować Costello działała "w interesie publicznym". Adwokat poprosił następnie Costello o włożenie okularów i dokładne przyjrzenie się Gigante. Costello spełnił żądanie, po czym stwierdził, że nigdy wcześniej nie widział oskarżonego. Edelbaum pochylił się wtedy nad świadkiem i huknął: "Wiesz, kto cię postrzelił. Wiesz, kto pociągnął za spust tamtej nocy. Dlaczego nie chcesz o tym powiedzieć przysięgłym?"

Costello zachował milczenie. Edelbaum wyznał później przyjacielowi: "Padłbym martwy, gdyby odpowiedział". Ława przysięgłych uniewinniła Gigante.

Gigante ponownie dołączył do sił Genovese w czasach, gdy Mafia nowojorska podzieliła się na dwa obozy. Po jednej stronie stał Genovese, dążący - wspólnie ze swoimi poplecznikami - do przejęcia kontroli nad najpotężniejszą nowojorską rodziną mafijną, po drugiej zaś - podstarzały Costello (wciąż nękany przez władze federalne), deportowany Lucky Luciano oraz chytry Meyer Lansky. Początkowo wydawało się, że między obiema frakcjami dojdzie do kompromisu: Genovese zgodził się, by Costello przeszedł na emeryturę, zachowując jednocześnie dochody z koordynowanej przez siebie działalności przestępczej. Costello przystał na takie rozwiązanie i - rzekomo w celu okazania swojej dobrej woli - zaprosił Gigante na kilka zorganizowanych przez siebie przyjęć. Za kulisami trwała jednak zacięta walka. Carlo Gambino, który wcześniej połączył siły z Genovese, by zgładzić Alberta Anastasię (zwolennika Costello), zdradził swojego sojusznika wkrótce po objęciu upragnionego przywództwa nad rodziną Anastasii. Kwartet Costello-Luciano-Lansky-Gambino uknuł plan wrobienia Genovese w trefną transakcję narkotykową. Każdy z czterech mafiosów wyłożył kwotę 25 000 dolarów na nagrodę dla pewnego dilera narkotykowego nazwiskiem Nelson Cantellops, by ten złożył w sądzie zeznania obciążające Genovese. Costello postawił jednak warunek: w zamian za dorzucenie 25 000 dolarów do wspólnej puli zażądał, by w sieć zastawioną na Genovese wpadł również Gigante. Pozostali bossowie zgodzili się wyświadczyć Costello tę przysługę. Plan sprawdził się w stu procentach i w 1959 r. Genovese trafił do więzienia na 15 lat (długoletnie wyroki otrzymało też 24 jego bliskich współpracowników). Gigante skazano na 7 lat pozbawienia wolności.

Chin powrócił do aktywnego życia w latach siedemdziesiątych. Autorzy niektórych późniejszych publikacji twierdzili, że cierpiał na schorzenie psychiczne i często powracał myślami do okresu swojego dzieciństwa. Zdaniem innych Gigante otrzymał stanowisko consigliere w rodzinie Gambino pod rządami Franka Tieriego (co nie najlepiej świadczy o jakości dostępnego materiału faktograficznego poświęconego Mafii). Tak czy inaczej w 1987 r., po skazaniu Fat Tony'ego Salerno, Gigante został p.o. bossa rodziny Genovese - mimo iż lubił przechadzać się po uliczkach dzielnicy włoskiej w szlafroku, mamrocząc coś pod nosem. Zarówno podlegli mu żołnierze, jak i policjanci traktowali to zachowanie jako wybieg mający na celu zmylenie policji i FBI. Pod kierownictwem Gigante rodzina Genovese urosła do rangi najważniejszej organizacji przestępczej w Nowym Jorku, wyprzedzając rodzinę Gambino (kontrolowaną wówczas przez Johna Gottiego, z którym Gigante toczył nieustanne boje o prymat). Pozorowana choroba nie uchroniła jednak Gigante przed kolejnym aresztowaniem - w 1997 r. został skazany na 12 lat więzienia. Nawet gdyby udało mu się przeżyć tę odsiadkę, jest mało prawdopodobne, by po wyjściu na wolność ponownie przejął stery swojej rodziny.

W 2003 r. Gigante przyznał wreszcie, że symulował objawy niepoczytalności. Prokuratorzy przeprowadzili wcześniej długoletnią kampanię mającą na celu wykazanie, że jego mamrotanie i włóczenie się po Manhattanie w szlafroku stanowiło jedynie wybieg. Gigante nabrał jednak na swoje aktorstwo wielu szanowanych ekspertów od psychiatrii oraz neuropsychologii - w tym znanego psychiatrę z Harvardu, pięciu byłych przewodniczących Amerykańskiej Akademii Psychiatrii i Prawa oraz człowieka, który opracował standardowy test na symulanctwo. Przyczyną tego wątpliwego sukcesu stał się - w opinii jednego z fachowców - fakt, iż Gigante, niezależnie od symulowanych objawów, mógł cierpieć na prawdziwą chorobę psychiczną. Aż 34 powołanych do zbadania sprawy ekspertów żywiło przekonanie, że Gigante nie udawał i że rzeczywiście nie mógł brać udziału w rozprawach sądowych. Nie będąc w stanie przyłapać China na symulowaniu, lekarze musieli - siłą rzeczy - uznać go za niepoczytalnego. Oprócz demencji przypisywano mu rozmaite formy schizofrenii i inne poważne schorzenia psychiczne.

Gigante wreszcie porzucił swoją grę, gdy prokuratura zagroziła, że postawi w stan oskarżenia członków jego rodziny. Przez wiele lat prokuratorzy utrzymywali, że są w stanie dowieść, iż jego brat - Louis Gigante, kapłan i znany filantrop, przez wiele lat publicznie podtrzymujący tezę o niepoczytalności Vincenta - sam był członkiem Mafii. Rząd wolał jednak zostawić Louisa w spokoju, wiedząc, że jego proces zraziłby do agencji federalnych znaczną część opinii publicznej. Chin był podobno zdecydowany chronić brata przed oskarżeniami, lecz nie była to jedyna przyczyna, dla której w końcu dał za wygraną. Biorąc pod uwagę fakt, że tak czy inaczej groził mu pobyt w więzieniu aż do 2007 r., postanowił pogodzić się z jeszcze jednym, niewielkim wyrokiem, by w zamian zyskać czyste konto. Za przyzwoleniem sędziego Gigante zawarł układ z prokuraturą i przyznał się do utrudniania pracy wymiaru sprawiedliwości, za co skazano go na trzy dodatkowe lata więzienia. Obecnie kwalifikuje się do zwolnienia warunkowego w 2010 r.

Większość obserwatorów Mafii uważa, że nadzieje Gigante na ponowne przejęcie sterów rodziny Genovese są złudne: jeśli nawet dożyje do końca wyroku, będzie już dobrze po osiemdziesiątce i wątpliwe, by pozostający na wolności przywódcy organizacji dobrowolnie oddali mu władzę. Warto przy okazji zwrócić uwagę na komiczną zamianę ról: obecnie to nie agenci federalni, lecz mafiosi powołują się na ustalenia naukowe i twierdzą, że Vincentowi "brak piątej klepki", więc nie można powierzać mu mafijnych sekretów. Podobna sytuacja miała miejsce kilkadziesiąt lat temu, gdy Al Capone - cierpiący na dolegliwości psychiczne - wyszedł z więzienia, lecz nie był już w stanie ponownie objąć przywództwa nad swoją rodziną. Greasy Thumb Guzik stwierdził wówczas z pewnym zażenowaniem: "Al ma nierówno pod sufitem".

 

 

John GOTTI (1940-2002): Kultowy ojciec chrzestny

Zarówno Mafia, jak i wymiar sprawiedliwości zgadzali się co do jednego: najważniejszym "ojcem chrzestnym" amerykańskiej przestępczości zorganizowanej w latach dziewięćdziesiątych XX wieku miał zostać John Gotti - o ile oczywiście wcześniej nie zginąłby z ręki swoich konkurentów lub nie trafił do więzienia. Jeden z obserwatorów stwierdził: "Jestem absolutnie przekonany, że prasa ochrzci go mianem >>bossa nad bossami<< - jeśli dożyje tego zaszczytu".

Gotti był gangsterem starej daty i reprezentował typ osobowości, który - w opinii agentów rządowych - nie pojawiał się na nowojorskiej arenie przestępczej od czasów Alberta Anastasii, przywódcy Murder, Inc. i - rzekomo - idola Gottiego. W 1985 r. Gottiego uważano za najważniejszego capo rodziny Gambino, najpotężniejszej organizacji przestępczej w kraju. W owym czasie prowadził interesy przestępcze na obszarze lotniska im. J. Kennedy'ego, a także w innych rejonach Nowego Jorku. Był ulubieńcem zastępcy bossa rodziny Gambino, Aniello Dellacroce - podstarzałego, lecz niezwykle brutalnego mafioso. O ile jednak Dellacroce wykazywał słabość do Gottiego, o tyle boss Paul Castellano szczerze go nienawidził - a raczej bał się go (w strukturach Mafii strach nieodmiennie prowadzi do nienawiści). Zarówno Castellano, jak i Dellacroce zostali w 1985 r. postawieni w stan oskarżenia pod licznymi zarzutami, które dla mających już na karku siódmy krzyżyk gangsterów mogły oznaczać jedynie kres ich karier przestępczych. Wydawało się, że awans Gottiego na najwyższe stanowisko w rodzinie jest tylko kwestią czasu. Gotti istotnie czekał - ale jednocześnie postanowił zadbać o swój wizerunek. Kreował się na gangstera zarazem brutalnego i dystyngowanego. "Gotti wygląda jak gwiazda filmowa - stwierdził pewien detektyw, który go znał. - Ubiera się w szyte na miarę garnitury, jeździ wielkim czarnym lincolnem i jada w dobrych restauracjach". Gotti pochodził z wielodzietnej rodziny (miał czterech braci). W latach młodości cierpliwie pokonywał kolejne szczeble kariery przestępczej, aż został mianowany capo za "dobrą robotę" na rzecz byłego bossa, Carlo Gambino. W 1972 r. bratanek Carlo, Manny Gambino, został porwany przez gangsterów żądających za jego zwolnienie kwoty 350 000 dolarów. Po zapłaceniu części okupu kidnaperzy zamordowali Manny'ego i pogrzebali jego zwłoki na wysypisku śmieci w stanie New Jersey. FBI aresztowało dwóch sprawców, zaś Carlo Gambino wydał zlecenie na trzeciego, Jamesa McBratneya. Niedługo potem McBratney został przyłapany i zamordowany w restauracji na Staten Island przez trzyosobową ekipę zamachowców. Gottiego skazano za udział w tym zamachu na siedem lat pozbawienia wolności i osadzono w zakładzie karnym Green Haven. Nie był to jego pierwszy pobyt w więzieniu: już wcześniej odsiadywał wyrok za porwanie.

Po pewnym czasie Gotti został przedterminowo zwolniony, a wdzięczny Carlo Gambino postanowił awansować go za poświęcenie na rzecz rodziny. W 1978 lub 1979 r. Gotti został mianowany capo i objął funkcję głównego asystenta Dellacroce. Podobnie jak wielu innych mafiosów, Gotti uważał, że to Dellacroce, a nie Castellano powinien był zostać następcą Carlo Gambino; Dellacroce utrzymywał jednak swojego ambitnego podwładnego w ryzach.

W końcu Dellacroce zachorował na raka. Czując zbliżającą się śmierć, nakazał Gottiemu czekać. Cierpliwość nie była jednak jego mocną stroną (podobnie jak wyrozumiałość): Gotti stawiał na twardość. Pewnego razu podsłuchano go, jak mówił do innego mafioso: "Wyobraź sobie - powiedzieli mi, że jestem zbyt twardy na to stanowisko. Co się dzieje z [Cosa Nostrą]?" Innym razem Gotti urządził swojemu podwładnemu pogadankę za zaniedbywanie kontaktów telefonicznych. "Masz słuchać rozkazów - warknął - albo wysadzę w powietrze twój dom". Podwładny rzecz jasna stulił uszy i pokornie obiecał poprawę. "Lepiej, żeby to się więcej nie zdarzyło - stwierdził podobno Gotti. - Muszę zrobić z kogoś przykład. Lepiej żebyś to nie był ty". Doświadczeni mafiosi stwierdzili, że gdyby tylko zamknęli oczy, mogliby przysiąc, iż słowa te pochodziły z ust nieżyjącego już Alberta Anastasii. Wymiar sprawiedliwości mógł tylko bezradnie obserwować, jak wokół Gottiego dochodzi do niewytłumaczalnych zdarzeń. Pewnego razu "coś" przytrafiło się 51-letniemu Johnowi Favarze, znajomemu i sąsiadowi Gottiego z części dzielnicy Queens o nazwie Howard Beach. W 1980 r. Favara potrącił 12-letniego syna Gottiego, Franka, który zginął na miejscu. Badający sprawę policjanci uznali, że był to nieszczęśliwy wypadek, jednak cztery miesiące później Favara - wychodząc z pracy w fabryce mebli - został wepchnięty przez kilku nieznanych mężczyzn do oczekującego samochodu i zaginął. Według policji po śmierci młodego Franka rodzina Favary została zarzucona anonimowymi pogróżkami, a na samochodzie Johna ktoś wypisał sprayem słowo "morderca". Informatorzy zeznali później, że Favara został pokrojony na kawałki za pomocą piły łańcuchowej, a jego zwłoki załadowano do samochodu, który następnie umieszczono w specjalnej zgniatarce na wysypisku śmieci i przekształcono w metalowy blok o wymiarach 30 na 30 centymetrów. Sprawa zaginięcia Favaro nigdy nie doczekała się oficjalnego rozwiązania. Policja miała jednak na głowie większe zmartwienia niż pojedyncze morderstwo. W rodzinie Gambino narastał konflikt. Dellacroce był zbyt schorowany, by wziąć udział w swojej rozprawie, lecz wielu mafiosów obawiało się o Paula Castellano, zagrożonego dożywotnią odsiadką. Panowało przekonanie, że Castellano może podjąć próbę wykupienia własnej wolności w zamian za zdradzenie tajemnic Mafii.

Gotti początkowo nie wydawał się przejmować całą sprawą, lecz po pewnym czasie Castellano mianował bliskiego mu gangstera, Thomasa Bilottiego, na stanowisko capo - równoważne pozycji Gottiego. Zgodnie z obiegową wersją wydarzeń, w wypadku śmierci Dellacroce Bilotti miał zostać nowym zastępcą Castellano, gdyby zaś Castellano poszedł do więzienia, Bilotti miał przejąć kontrolę nad rodziną. Tak czy inaczej Gotti trafiłby na boczny tor.

Dellacroce zmarł 2 grudnia 1985 r. Dwa dni później Paul Castellano i jego protegowany, Bilotti, zostali zastrzeleni na Manhattanie, przed bramą restauracji, w której jedli posiłek. Za zamach odpowiadał Gotti.

Po kolejnych ośmiu dniach nie ulegało już wątpliwości, że nowym bossem rodziny Gambino jest właśnie John Gotti. Jego osoba była w centrum uwagi podczas przyjęcia wydanego w tradycyjnym miejscu spotkań rodziny, lokalu Ravenite Social Club (pod adresem 247 Mulberry Street w dzielnicy włoskiej).

"Na imprezę przyjechały wszystkie tuzy rodziny Gambino - komentował pewien detektyw - a Gotti wmaszerował do lokalu, jak gdyby był jego właścicielem. Było jasne, że nikogo się nie obawia". W 1986 r. Gotti został oskarżony o przestępstwa federalne, które groziły długoletnią odsiadką. Gotti był jednak prekursorem "nowej Mafii" i reprezentował powrót do tradycji młodych bossów (wywodzącej się z lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku). Ofensywa agencji federalnych przeciwko przestępczości zorganizowanej sprawiła, że mafiosi zaczęli obawiać się o zdolność starych donów do stawienia czoła ewentualnym wyrokom więzienia - gdyby choć jeden z nich poszedł na współpracę z rządem, straty byłyby ogromne. Młodzi bossowie mieli o wiele lepsze perspektywy: nawet dwudziestoletni wyrok oznaczał dla nich odzyskanie wolności (za dobre sprawowanie) po sześciu lub siedmiu latach i powrót do aktywnej działalności przestępczej. Podobnie rozumował twardy John Gotti.

Gotti stał się też nonszalancki. Gdy wchodził do budynku sądu federalnego (gdzie miała odbyć się jego rozprawa), ustąpił miejsca w drzwiach jednej z dziennikarek i stwierdził: "Wezwali mnie, żebym otwierał drzwi paniom". Taką samą metamorfozę przeszedł wcześniej Al Capone, który po odejściu Johnny'ego Torrio w 1925 r. przeistoczył się z brutalnego mordercy w pełnego ogłady bossa. Pod koniec lat osiemdziesiątych Gotti stał się obiektem intensywnych ataków ze strony agencji rządowych. Powszechnie sądzono, że młody boss w końcu trafi do więzienia i będzie musiał zostać zastąpiony - choćby tymczasowo - przez innego mafioso. Wkrótce jednak okazało się, że nawet za kratami Gotti nie ma zamiaru ustępować. Biorąc pod uwagę jego skłonność do przemocy, nikt nie oczekiwał, że którakolwiek z pozostałych nowojorskich rodzin mafijnych zechce maczać palce w wewnętrznych sprawach rodziny Gambino. Pewien gangster stwierdził: "Jeśli Gambino zechcą splunąć, pozostałe rodziny utoną". Fakt ten oznaczał, że jakakolwiek opozycja względem Gottiego musiała wywodzić się z szeregów jego własnej rodziny. Na scenie nie pojawiał się jednak nikt, kto zechciałby rzucić wyzwanie samemu Gottiemu lub któremukolwiek z jego zaufanych namiestników (jego bratu Peterowi oraz koledze z lat dzieciństwa Angelo Ruggiero). Wreszcie w 1987 r. Gotti - ku wielkiemu zaskoczeniu agentów federalnych - wygrał swój proces i wyszedł na wolność.

Rząd podjął następnie próbę skazania Gottiego na mocy ustawy RICO (Ustawa o Organizacjach Przestępczych i Skorumpowanych z 1970 r. - ang. Racketeer Influenced and Corrupt Organizations Act). Sprawę prowadziła prokurator Dianę Giacalone, lecz akt oskarżenia opierał się na chwiejnych podstawach. Przyczyną takiego stanu rzeczy była wewnętrzna rywalizacja pomiędzy prokuraturą a zespołem FBI odpowiedzialnym za rozpracowywanie rodziny Gambino (agenci FBI twierdzili, że zgromadzony przez nich materiał dowodowy rokuje większe szansę na uzyskanie wyroku skazującego). Gotti i wszyscy jego ludzie zostali uniewinnieni, co stanowiło kolejny przyczynek do legendy o "Teflonowym Donie", którego nie imają się żadne zarzuty. Gotti ponownie pławił się w blasku jupiterów, nie wiedząc, że jego dni są już policzone. Na podstawie prowadzonych przez FBI podsłuchów (nagrano ponad 100 godzin inkryminujących rozmów) agencji wreszcie udało się złożyć przekonujący akt oskarżenia przeciwko Gottiemu. Agenci federalni przekonali też zastępcę Gottiego, Sammy'ego "the Bull" Gravano, do złożenia zeznań obciążających jego szefa. Gravano - który wcześniej przyznał się do popełnienia 19 morderstw - pragnął ocalić własną skórę. Niektórzy obserwatorzy krytykowali rząd za zagwarantowanie mu niemal całkowitej nietykalności, gdyż ich zdaniem do skazania Gottiego wystarczyła sama zawartość taśm. Było jednak oczywiste, że tym razem prokuratura nie mogła pozwolić sobie na porażkę. Ewentualne fiasko oznaczałoby, że Gotti już nigdy nie mógłby zostać postawiony w stan oskarżenia na mocy ustawy RICO. Zeznania Gravano miały więc kluczowe znaczenie dla powodzenia sprawy.

Gotti został skazany w 1992 r. i otrzymał wyrok dożywotniego więzienia bez prawa do zwolnienia warunkowego. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych nie było jasne, czy Gotti nadal stara się kierować działalnością swojej rodziny. Jego syn, John Gotti junior, wciąż formalnie był p.o. bossa rodziny Gambino, lecz równowaga władzy stopniowo przechylała się na stronę Johna J. D'Amico, jednego z głównych capo i osobistego przyjaciela Gottiego.

Wnikliwa analiza działalności Gottiego każe nam wyciągnąć dość zaskakujące wnioski na temat efektywności jego rządów. Za czasów Gottiego liczba członków rodziny spadła z 250 do około 150. Gotti z pewnością otoczył rodzinę Gambino aurą elegancji i wyrafinowania, ale jego niemal codzienna obecność na ekranach telewizorów skupiła uwagę organów ścigania na podległych mu capo i żołnierzach. Gotti nakazywał swoim ludziom uczestnictwo w zebraniach przeprowadzanych w kwaterze głównej organizacji (klubie Ravenite przy Mulberry Street), choć cała okolica była dokładnie monitorowana przez kamery FBI. Podwładni Gottiego tęsknili za utraconą dyskrecją, lecz nie ośmielali się otwarcie krytykować bossa, nie mogli też odmówić udziału w posiedzeniach, gdyż karą za nieusprawiedliwioną nieobecność była śmierć. O ile wszyscy członkowie rodziny nienawidzili Sammy'ego Gravano za zdradę, wielu prywatnie przyznawało mu rację, twierdząc, że arogancja Gottiego doprowadziła jego rodzinę do kryzysu i stała się główną przyczyną jego upadku. W kręgach rządowych panowało przekonanie, że wpływy Gottiego i jego syna będą z czasem zanikać, a rodzina Gambino najprawdopodobniej dobrze na tym wyjdzie. I tak się też stało. Gotti trafił do więzienia federalnego o zaostrzonym rygorze (odwiedzali go tylko bliscy krewni i prawnicy). W zakładzie karnym Marion wydzielono dla niego specjalną celę o rozmiarach 2,40 na 2,10 metra, w której spędzał 22-23 godziny na dobę. Gotti zapewne rozpoznałby wielu swoich współwięźniów - w tym samym zakładzie przebywali bowiem "Nicky" Scarfo, krwiożerczy boss rodziny z Filadelfii oraz Jimmy Coonan, równie brutalny przywódca nowojorskiego gangu Westies, złożonego z irlandzkich imigrantów i blisko powiązanego z Mafią - należy jednak pamiętać, że reguły całkowitej izolacji wykluczają jakikolwiek kontakt między osadzonymi w zakładzie Marion baronami przestępczości zorganizowanej. Nie ulega wątpliwości, że twardy rygor panujący w Marion wywarł na Gottiego duży wpływ. Przez jakiś czas Gotti starał się sprawować dalszą kontrolę nad rodziną Gambino, przekazując rozkazy swojemu synowi Johnowi juniorowi, a następnie bratu Peterowi (gdy John junior również trafił za kratki). Z czasem jednak zaczął zdawać sobie sprawę z beznadziejności swojej sytuacji. Nagrania z zainstalowanych w więzieniu kamer wideo udostępnione reporterom "New York Daily News" Jerry'emu Capeciemu oraz Gene'owi Mustainowi zdradzają kryzys psychiczny Gottiego. Niegdyś potężny boss sprawia wrażenie osoby zrezygnowanej i zapomnianej nawet przez własnych krewnych. Na jednym z nagrań słyszymy, jak mówi: "Jestem przeklęty. Siedzę w tej pace i to już koniec. To moje królestwo. To już koniec". Gdy odwiedzali go członkowie jego bliskiej rodziny (co nie zdarzało się zbyt często), narzekał w ich obecności na ich własną obojętność, a także na swoje malejące wpływy w świecie przestępczym.

 

 

Sammy GRAVANO "the Bull" (1945-): Zastępca Johna Gottiego i informator policyjny

Na pierwszej stronie "New York Post" widniał olbrzymi nagłówek: "KRÓL SZCZURÓW!". "Daily News" - drugi z wielkich nowojorskich tabloidów - wymyślił nieco inteligentniejszy tytuł: "ZASTĘPCA DONA OPOWIE O ZAMACHACH".

Chodziło, rzecz jasna, o Sammy'ego "the Bull" Gravano, zastępcę Johna Gottiego, bossa rodziny przestępczej Gambino. Gravano postanowił "sypnąć" i był to pierwszy w historii przypadek zastępcy bossa, który nie dochował lojalności względem swojego przełożonego podczas ich wspólnego procesu. "W historii nowojorskiej przestępczości zorganizowanej jest to zdarzenie bez precedensu" - stwierdził Edward McDonald, były przewodniczący Wschodniego Zespołu do spraw Przestępczości Zorganizowanej.

W listopadzie 1991 r. prokuratorzy byli już pewni, że są wreszcie w stanie pokonać "Teflonowego Dona" - najpopularniejszego mafioso w USA od czasów Ala Capone, który, na skutek poprzednich zwycięstw w salach sądowych, wytworzył wokół siebie aurę nietykalności, doprowadzając przy tym władze federalne do furii.

Tym razem prokuratura miała do dyspozycji ponad 100 godzin nagrań uzyskanych za pośrednictwem aparatury podsłuchowej i zawierających inkryminujące wyznania samego Gottiego. The Bull [ang. bull - byk.] - nazwany tak ze względu na swoją krępą, muskularną sylwetkę i gruby kark - był świadkiem wielu podsłuchanych konwersacji i mógł osobiście potwierdzić ich autentyczność.

Jedną z przyczyn zafascynowania władz, prasy i opinii publicznej osobą Gravano były jego prywatne "osiągnięcia": Gravano przyznał się do popełnienia aż 19 morderstw. Jedna z gazet opublikowała na pierwszej stronie wizerunek nagrobka z napisem "R.I.P." [ang. rest in peace - spoczywaj w pokoju.] i nazwiskami wszystkich dziewiętnastu ofiar Gravano - od Josepha Colucci (zamordowanego w 1970 r.) do Louie DiBono i Edwarda Garafalo (zabitych dwadzieścia lat później).

Pomimo krwawego życiorysu Gravano prokuratura była gotowa udzielić mu gwarancji nietykalności w zamian za informacje na temat Gottiego - w tym za dowody łączące go z zamachem na Paula Castellano, zamordowanego na chodniku przed wejściem do popularnej nowojorskiej restauracji. Zdrada Gravano miała dla rodziny Gambino katastrofalne konsekwencje: dzięki jego zeznaniom do więzienia trafił nie tylko Gotti, lecz również kilkudziesięciu innych członków rodziny. Gravano pogrążył między innymi głównego doradcę Gottiego, Franka Locascio (Frankiego Loca), wraz z siedmioma innymi capo, skazanymi za morderstwa i członkostwo w organizacji przestępczej. Do grupy tej zaliczał się również Tommy Gambino, syn Carlo Gambino i główny nadzorca interesów rodziny w przemyśle odzieżowym. Wspólnie z przywódcami rodziny Gambino do więzienia trafili wysoko postawieni przedstawiciele rodzin Colombo oraz DeCavalcante (z New Jersey), zastępca bossa rodziny Genovese oraz consigliere i trzej capo z pozostałych rodzin nowojorskich. Zeznania Gravano wymusiły przyznanie się ośmiu przywódców związkowych do udziału w działalności przestępczej na rynku pracy i zakończyły karierę policjanta z wydziału kryminalnego (oskarżonego o przekazywanie tajnych informacji Gottiemu), a także skorumpowanego ławnika, który brał udział w jednym z wcześniejszych procesów bossa rodziny Gambino.

Wielu obserwatorów nie mogło uwierzyć w zdradę Gravano; było jednak oczywiste, że Bull nie miał innego wyjścia - wspólnie ze swoim prawnikiem doszedł do wniosku, że grozi mu wyrok od 50 lat do dożywocia. Przyczyną upadku Gravano były nagrania FBI. Gravano żywił wielki żal do Gottiego za jego "skłonność do paplania" (na taśmach słychać, jak Gotti osobiście opowiada o dwóch lub trzech morderstwach popełnionych przez Gravano).

Niektórzy eksperci zauważają, że o ile zarzuty stawiane Gravano były oparte na solidnych podstawach, o tyle akt oskarżenia przeciwko Gottiemu był praktycznie "nieprzemakalny". Dlaczego więc - pytano - władze postanowiły pójść na układ z Gravano? Jedynym możliwym wyjaśnieniem tego faktu był "syndrom Teflonowego Dona" - prokuratura obawiała się, że jeśli Gotti jakimś cudem uniknie wyroku skazującego, już nigdy nie będzie można postawić go w stan oskarżenia. Pod tym względem zeznania Gravano stanowiły dla prokuratorów dar niebios.

W 1995 r., w zamian za złożenie zeznań w sprawie Gottiego (i w kilku innych sprawach) prokuratura zgodziła się zażądać dla Gravano wyroku nie wyższego niż 5 lat pozbawienia wolności. Ponieważ Gravano siedział w więzieniu już od 1990 r., został natychmiast zwolniony - i rozpłynął się w powietrzu. Mówiono, że podjął uczciwą pracę i planował rozpocząć nowe życie. Stało się jednak inaczej. Sammy nie był w stanie przyzwyczaić się do realiów życia szarego obywatela, zwłaszcza po pełnej sukcesów karierze złoczyńcy, złodzieja i mordercy. Początkowo postępował zgodnie ze standardowymi wytycznymi programu ochrony świadków: poddał się operacji plastycznej, otrzymał nową tożsamość i starał się nie zwracać na siebie uwagi. Jednak już po dziewięciu miesiącach nie wytrzymał i postanowił powrócić do starych zwyczajów. Jak sam stwierdził - "Nie można żyć 20 lat w leśniczówce i w ciągłym strachu". Opuścił program ochrony świadków. Jego żona rozwiodła się z nim, sprzedała ich wspólny dom oraz kilka zarejestrowanych na nią nieruchomości, po czym opuściła Nowy Jork wspólnie z dziećmi. Problemy Gravano stanowią typowy przykład kłopotów, z jakimi muszą borykać się mafiosi objęci programem ochrony świadków. Pragnienie powrotu do dawnego życia bywa nie do odparcia. Dominick Costa, kasiarz powiązany z Mafią, przez pewien czas wiódł bezpieczne i spokojne życie w małym miasteczku w stanie Minnesota, lecz czuł się osaczony przez swoich opiekunów. W końcu znalazł ujście dla swoich przestępczych zapędów: postanowił obrabować niewielki bank ulokowany naprzeciwko jego rezydencji. Costa włamał się do bankowego sejfu i zgarnął z niego 40 000 dolarów, lecz policja szybko wpadła na jego trop i sławny kasiarz trafił na powrót do więzienia. Sammy Gravano był postacią znacznie większego formatu niż Costa. Po opuszczeniu programu ochrony świadków przestał się ukrywać i opublikował książkę opisującą jego przestępczą karierę, a następnie zajął się na powrót znanym sobie procederem: handlem narkotykami. Ze swojej nowej kwatery w stanie Arizona kontrolował przynoszącą wielomilionowe dochody siatkę dystrybucji ecstasy, do której (zdaniem policji) należała jego żona, córka, syn oraz 32 inne osoby. Policja rozpracowała jego narkotykowe imperium i w maju 2001 r. Gravano przyznał się do udziału w działalności przestępczej. Skazano go na 20 lat pozbawienia wolności i 100 000 dolarów grzywny. Jeszcze przed ogłoszeniem wyroku Gravano musiał stawić czoło kolejnym problemom. Obserwatorzy zwrócili szczególną uwagę na wysokość zasądzonej grzywny - wiadomo bowiem, że Gravano podróżował na Brooklyn (uznawany za terytorium rodziny Gambino), by organizować tam interesy. W świecie przestępczym krążyły pogłoski, że Sammy zawarł ugodę z Johnem Gottim i zgodził się wypłacać mu regularny haracz w zamian za puszczenie przezeń w niepamięć dawnych grzechów. (Wiadomo, że Mafia jest skłonna wybaczyć niemal każdą zdradę, o ile dzięki temu zyskuje dodatkowe źródło dochodów.) Zgodnie z przedstawioną teorią zyski z handlu ecstasy stały się dla Gravano podstawowym źródłem utrzymania, gdy wyschły jego pozostałe źródła gotówki (legalna działalność gospodarcza oraz wpływy ze sprzedaży książki). Mówiono, że Gravano stale zalegał z płatnościami na rzecz Mafii. Jeszcze zanim FBI nakryło Gravano na handlu narkotykami, rodzina Gambino ponownie uznała, że nie jest on godny zaufania. W opinii agentów federalnych brat Johna Gottiego, Peter, p.o. bossa rodziny Gambino, zawarł ze szwagrem Gravano, Edwardem Garafalą oraz z jednym z jego żołnierzy, Thomasem Carbonaro, układ mający na celu wyeliminowanie Gravano na terenie jego posiadłości w stanie Arizona. Carbonaro - wspólnie z niejakim Fat Salem Mangiavillano - stwierdzili jednak, że przeprowadzenie zamachu w Phoenix nie będzie proste. Dom Gravano był otoczony drucianą siatką, która mogła powodować rykoszety podczas ostrzału, a chodnik po przeciwnej stronie ulicy stanowił kiepskie miejsce na zorganizowanie zasadzki - Gravano najprawdopodobniej zauważyłby oczekujących na niego morderców. Co więcej, FBI organizowało właśnie w Phoenix dużą konferencję, przez co spiskowcy musieli nosić ostentacyjne kolczyki i skórzane czapki kolarskie, aby uniknąć rozpoznania. W końcu obaj gangsterzy postanowili, że próba przeczekania konferencji nie miałaby sensu, gdyż wielu uczestniczących w niej agentów planowało udać się na urlop zaraz po jej zakończeniu. Gdy Carbonaro i Fat Sal wrócili do Nowego Jorku, dotarły do nich wiadomości o rozbiciu narkotykowej szajki Gravano. Fat Sal wpadł wówczas na kolejny pomysł: postanowił wysłać Gravano bombę w paczce. Carbonaro (który później sam został aresztowany) powiedział prokuratorom, że uznał ten plan za niedorzeczny - Fat Sal zapomniał, że służby więzienne prześwietlają całą korespondencję przed dostarczeniem jej do rąk adresatów.

Plan Fat Sala mógłby stanowić komiczną puentę całej akcji; warto jednak zastanowić się, jaką rolę w niepowodzeniu spisku odegrał sam Gravano. W 2003 r. Sammy ogłosił, że pragnie zeznawać na korzyść Carbonaro, który - jego zdaniem - nigdy nie nastawał na jego życie. Gravano miał opowiedzieć, że Carbonaro był jego zaufanym człowiekiem jeszcze przed sprawą Gottiego i że gdy Bull został objęty programem ochrony świadków, utrzymywał (wspólnie z małżonką) kontakty z rodziną Carbonaro. Pomimo aktywnej współpracy z wymiarem sprawiedliwości Gravano nigdy nie zeznawał przeciwko swoim własnym ludziom - co zapewne stanowiło jedną z przyczyn tymczasowego rozejmu między nim a rodziną Gambino. Jak widać, Gravano zawsze lubił trzymać asa w rękawie. Układy, układy, układy - wokół nich obracał się cały świat Gravano. Zgodnie z raportem opublikowanym przez sąd stanu Arizona zarówno podczas udziału w programie ochrony świadków, jak i później, Gravano stale planował kolejne przestępstwa, zemsty itp. Znany adwokat Ron Kuby, protegowany nieżyjącego już sławnego działacza na rzecz praw obywatelskich, adwokata Williama Kunstlera, stał się jednym z celów Gravano, gdy zgodził się reprezentować rodziny 12 spośród 19 ofiar morderstw, do których Gravano przyznał się podczas procesu bossów rodziny Gambino. Zgodnie z aktami sprawy plan Gravano polegał na zwabieniu Kuby'ego do Teksasu (pod pretekstem możliwości zgromadzenia materiałów dowodowych). Gravano miał następnie osobiście zamordować Kuby'ego lub zlecić to zadanie swoim wspólnikom od transakcji narkotykowych. Kuby nie dał się usidlić, co zresztą nie było jedynym problemem Gravano: sąd federalny skazał go na 20 lat pozbawienia wolności, a w kolejce czekał jeszcze proces w sądzie stanowym. Co więcej, prokuratura stanowa z New Jersey szykowała przeciwko niemu akt oskarżenia za wynajęcie płatnego mordercy w celu zgładzenia nowojorskiego detektywa Petera Calabro (Calabro zginął przed własnym domem w New Jersey w 1980 r.). Była to zbrodnia, do której Gravano nigdy się nie przyznał, co zresztą nie powinno dziwić, gdyż zgodnie z niepisaną zasadą amerykańskiej policji żaden morderca policjanta nie może liczyć na jakikolwiek układ z siłami prawa. (Z drugiej jednak strony przekonujące powiązanie Gravano z tą zadawnioną już sprawą nastręczałoby prokuraturze poważnych trudności.) Wielu obserwatorów było zdania, że Gravano jest skończony i że resztę życia spędzi w więzieniu; inni sugerowali, że podejmie kolejną próbę dogadania się z rządem. Rozprawa przed sądem stanowym w Arizonie była bez znaczenia, gdyż ewentualny wyrok byłby odsiadywany równolegle w stosunku do odsiadki w więzieniu federalnym. Dziennikarze z południowego zachodu sugerowali wręcz, że cała sprawa pachnie ugodą. Sammy wiedział bardzo wiele na temat handlu narkotykami w Arizonie, Teksasie i innych stanach, mógł więc - w opinii komentatorów - przekazać policji wystarczająco wartościowe informacje, by ponownie zasłużyć na nadzwyczajne złagodzenie wyroku. Niewykluczone, że wszystkie powyższe spekulacje są fałszywe, lecz nie ulega wątpliwości, że Sammy będzie podejmował kolejne próby znalezienia wyjścia z sytuacji. Kariera przestępcza Gravano - niepoprawnego kryminalisty i notorycznego zdrajcy - może jeszcze trochę potrwać.

 

 

James R. HOFFA (1913-1975): Działacz związkowy i niewątpliwa ofiara zamachu

Jimmy Hoffa, długoletni przewodniczący związku Teamsters, miał wielu wrogów, co zapewne tłumaczy jego tajemnicze zniknięcie w 1975 r. Podczas dekady lat pięćdziesiątych i na początku lat sześćdziesiątych jedną z najpotężniejszych osób w USA był Robert F. Kennedy, brat prezydenta i prokurator generalny (w latach 1961-1964): udało mu się wówczas wtrącić Hoffę do więzienia na kilka lat. Kiedy jednak później przeciwko Hoffie zwróciła się Mafia - po wielu latach współpracy - jego los był przesądzony. Hoffa po prostu zniknął. Nie ulega wątpliwości, że Hoffa został zamordowany. FBI przedstawiło nawet prawdopodobny scenariusz zamachu i choć nie wiadomo, czy jest on całkowicie zgodny z rzeczywistością, jego konkluzja nie podlega dyskusji: Jimmy Hoffa nie żyje.

Hoffa przez dziesięciolecia pełnił funkcję przewodniczącego związku Teamsters, znanego z silnych powiązań z przestępczością zorganizowaną. Pomimo częstych kontaktów z czołowymi gangsterami oraz długiej listy niejasnych interesów Hoffa nigdy nie trafił pod sąd - aż w końcu zajął się nim Robert F. Kennedy, główny ekspert Komisji Senackiej do spraw Nieprawidłowości na Rynku Pracy (częściej nazywanej Komisją McClellana), a w późniejszych latach prokurator generalny USA.

Po objęciu funkcji prokuratora generalnego Kennedy wpisał hasło "dopaść Hoffę" na listę priorytetów swojego sztabu. Wysiłki Kennedy'ego zaowocowały w 1962 r. procesem, w którym Hoffa występował w roli oskarżonego o wymuszanie haraczy od firmy zatrudniającej członków jego związku. Proces zakończył się fiaskiem, gdyż ława przysięgłych nie była w stanie uzgodnić werdyktu, jednak niedługo potem Hoffa został przyłapany na próbie przekupienia jednego z przysięgłych i otrzymał wyrok ośmiu lat pozbawienia wolności. W 1964 r. Hoffę skazano za defraudację 1,7 miliona dolarów pochodzących ze związkowego funduszu emerytalnego. Po trzech latach apelacji, w 1967 r. Hoffa trafił w końcu do więzienia i spędził tam 58 miesięcy - w 1971 r. został ułaskawiony przez prezydenta Nixona z zastrzeżeniem, że przez 10 lat nie może prowadzić działalności związkowej. Hoffa nie wziął sobie do serca prezydenckiej admonicji i postanowił dochodzić swoich praw w sądzie. Jednocześnie zapoczątkował kampanię, której celem było przejęcie władzy nad związkiem Teamsters z rąk swojego byłego protegowanego, Franka Fitzsimmonsa. Mafii dobrze układała się współpraca z Fitzsimmonsem, który był człowiekiem słabego charakteru i znacznie łatwiej poddawał się naciskom niż twardy Hoffa. Owszem, w 1961 r. Komisja McClellana wysłuchała nagrania, w którym Hoffa udzielał Tony'emu "Ducks" Corallo zezwolenia na kradzież pieniędzy z funduszy związkowych, "o ile nie zostanie na tym przyłapany", jednak w rzeczywistości Hoffa był trudnym partnerem do rozmów, a jego przychylność dużo kosztowała. W przeciwieństwie do Hoffy Fitzsimmons miał w kręgach przestępczych opinię osoby, która zawsze odwraca wzrok, gdy wokół niej dzieje się coś podejrzanego; liczył się też fakt, że Fitzsimmons utrzymywał dobre kontakty z Białym Domem, podczas gdy Hoffa miał z administracją prezydencką na pieńku. Powrót Hoffy do władzy oznaczałby wznowienie śledztw FBI w sprawie interesów związku Teamsters, co oczywiście pokrzyżowałoby plany Mafii. Gangsterzy wielokrotnie sugerowali Hoffie, by dał za wygraną, lecz Hoffa - jak mówiono - "nie chciał słuchać i ciągle sobie grabił".

30 lipca 1975 r. 62-letni Hoffa wybrał się do restauracji Manchus Red Fox, położonej na przedmieściach Detroit, podobno na spotkanie z trzema osobami: przywódcą związkowym z Detroit, ważną osobistością lokalnego świata przestępczego oraz przedstawicielem regionalnej organizacji związku Teamsters w stanie New Jersey. Hoffa przybył na miejsce pierwszy, około drugiej po południu. Pół godziny później Hoffa wciąż był w lokalu sam, zadzwonił więc do żony i powiadomił ją, że spotkanie się opóźnia. Była to ostatnia udokumentowana rozmowa Hoffy. O 2:45 zaobserwowano, jak wsiada do samochodu zaparkowanego przed restauracją w towarzystwie kilku mężczyzn. Detektywi policyjni ustalili później, że Hoffa został zamordowany przy użyciu garoty, a jego zwłoki porzucono w kontrolowanych przez Mafię zakładach przetwarzania tłuszczu zwierzęcego, strawionych później przez pożar. Lista podejrzanych była długa. Po intensywnym śledztwie, w którym wykorzystano doniesienia informatorów policyjnych oraz zeznania aresztowanych gangsterów liczących na złagodzenie wyroków, za głównych podejrzanych uznano Russella Bufalino, Anthony'ego "Tony Pro" Provenzano oraz dwóch zauszników Hoffy, Thomasa Andrettę i Gabriela Briguglio. Kolejny podejrzany, brat Gabriela, Salvatore Briguglio, został przez Mafię posądzony o współpracę z FBI i zginął w marcu 1978 r. na terenie Nowego Jorku. Zgodnie ze scenariuszem przedstawionym przez FBI Tony Pro zwołał rzekomą "konferencję pokojową" z udziałem Hoffy, a następnie nakazał jego sprzątnięcie. Provenzano zaprzeczył, by w dniu morderstwa przebywał w Detroit - i rzeczywiście wyglądało na to, że zadbał o zapewnienie sobie żelaznego alibi: w dniu zniknięcia Hoffy wizytował siedziby związkowe Teamsters w okolicach miasta Hoboken w New Jersey.

Ze śmiercią Hoffy wciąż wiąże się wiele niewyjaśnionych tajemnic. Przykładowo - jeśli Tony Pro rzeczywiście wydał wyrok na Hoffę, to dlaczego nie zatroszczył się o alibi? Musiał przecież wiedzieć, że Hoffa powie komuś, iż wybiera się na spotkanie z Tonym. Kolejną zagadką jest niezwykłe, 45-minutowe spóźnienie morderców Hoffy. (Punktualność stanowi dla mafijnych zamachowców nie tylko wyraz grzeczności, lecz wręcz warunek przeżycia.) Niewykluczone, że decyzja o zamordowaniu Hoffy zapadła w ostatniej chwili i wymagała szybkich konsultacji telefonicznych między bossami z całego kraju. Tak czy inaczej, ślady włosów i krwi znalezione w samochodzie, którym uprowadzono Hoffę, wydają się potwierdzać wersję FBI.

Formułowano też inne teorie. Pewien przedstawiciel związku Teamsters, pomimo długotrwałego przesłuchania przez FBI, twardo twierdził, że Hoffa "uciekł do Brazylii z czarnoskórą tancerką go-go". Kilka lat po opisanych wyżej wydarzeniach Hoffa został uznany za prawnie nieżyjącego, a większość osób podejrzanych o udział w jego morderstwie trafiła do więzienia pod innymi zarzutami (choć część zgromadzonego przeciwko nim materiału dowodowego stanowiła pokłosie śledztwa w sprawie Hoffy). Dochodzenie oficjalnie zawieszono, a jego wznowienie wymagałoby prawdopodobnie złożenia zeznań przez któregoś z uwięzionych mafiosów, w nadziei na skrócenie wyroku. Jeden z wiceprzewodniczących związku Teamsters powiedział podobno: "Wszyscy wiemy, kto to zrobił. To był Tony i ci jego ludzie z New Jersey. Wszyscy o tym wiedzą. Ale glinom potrzebny jest wiarygodny świadek, a nie zanosi się na to, by kogoś takiego znaleźli".

Jimmy "the Weasel" Fratianno przedstawia w książce The Last Mafioso inną teorię: twierdzi, że według pewnego wysokiego rangą gangstera z Cleveland, powiązanego z rodziną z Detroit, oskarżenia formułowane pod adresem Tony'ego Pro i Bufalino są niedorzeczne, a rodzina z Detroit nie wymagała żadnej pomocy z zewnątrz. Według źródła Fratianno morderstwo zaaranżowały lokalne władze Mafii: "Tony Giacalone był bliskim kumplem Hoffy i to właśnie on go wystawił. Rozkaz wydali Tony Zerilli i Mike Polizzi". Nie ulega wątpliwości, że Detroit musiało wydać zgodę na zamordowanie Hoffy na swoim terenie, lecz debaty na ten temat mają charakter czysto akademicki. Podstawowym wnioskiem płynącym z całej sprawy jest fakt, że Mafia przeprowadza własne wybory przewodniczących związków zawodowych, a kandydatura Hoffy najwyraźniej nie była jej w smak. W 2001 r. nastąpił przełom w sprawie. Testy DNA wykazały, że jeden z włosów znalezionych w samochodzie, który feralnego dnia prowadził długoletni przyjaciel Hoffy, Charles (Chuckie) O'Brien, należał do przewodniczącego związku Teamsters. O'Brien, wydalony ze związku w 1990 r. za kontakty z przestępczością zorganizowaną, był od początku uważany za podejrzanego, lecz zaprzeczał, by Hoffa kiedykolwiek wsiadał do jego auta, a policji nie udało się znaleźć dowodów świadczących przeciwko niemu. Samochód prowadzony przez O'Briena należał do syna żołnierza Mafii, Anthony'ego Giacalone. To kolejna istotna poszlaka - lecz w opinii większości ekspertów sprawa nigdy nie zakończy się jakimkolwiek wyrokiem skazującym. Niezależnie od wyników analizy DNA, morderstwo Hoffy pozostaje zbrodnią niemal doskonałą.

 

 

J. Edgar HOOVER (1895-1972): Dyrektor FBI

Amerykańska przestępczość zorganizowana, Mafia oraz krajowy syndykat zostały założone w latach dwudziestych, równolegle z powstaniem Federalnego Biura Śledczego, którego pomysłodawcą i pierwszym dyrektorem został J. Edgar Hoover. Według byłego agenta FBI Neila J. Welcha oraz byłego prokuratora federalnego Davida W. Marstona, autorów książki Inside Hoover's FBI, dekada lat trzydziestych była dla obydwu stron okresem dojrzewania. "Choć uznawane za wrogów - piszą autorzy dzieła - przez pierwsze cztery dekady obydwie organizacje walczyły głównie o miejsce na pierwszych stronach gazet". J. Edgar Hoover był z punktu widzenia przestępczości zorganizowanej najlepszym możliwym dyrektorem FBI - trudno, by gangsterzy nie żywili sentymentu do przedstawiciela aparatu państwowego, który twierdził, że na terenie USA nie istnieje ani podziemie przestępcze, ani Mafia. Gdyby nie ignorancja Hoovera, amerykańska Mafia nigdy nie doszłaby do władzy i bogactw. Prohibicja tchnęła nowe życie w podupadające gangi uliczne z czasów poprzedzających wybuch I wojny światowej. Handel alkoholem doprowadził do rekonstrukcji organizacji przestępczych i przyniósł im tak wielkie dochody, że zamiast wciąż pełnić rolę marionetek w rękach polityków, same zaczęły pociągać za sznurki. Gangsterzy-analfabeci ulegli zadziwiającej metamorfozie, przeistaczając się w baronów zbrodni XX wieku: to właśnie za ich sprawą doszło do sformowania i okrzepnięcia obecnej struktury przestępczości zorganizowanej w USA (rozumianej jako luźna sieć rodzin przestępczych z całego kraju, utrzymujących z sobą wzajemne kontakty).

Utworzenie krajowego syndykatu wymagało nawiązania kontaktów z aparatem państwowym na rozmaitych poziomach - od policji przez wymiar sprawiedliwości aż po organizacje polityczne. Zadanie to ułatwił J. Edgar Hoover, który odmawiał zajęcia się problemem przestępczości zorganizowanej, twierdząc, że nic takiego nie istnieje. Powstało wiele teorii usiłujących tłumaczyć dziwaczne zachowanie Hoovera i w wielu z nich kryje się zapewne ziarno prawdy. Hoover mógł się obawiać, że podobnie jak inne agencje rządowe, które weszły w bezpośredni kontakt z przestępczością zorganizowaną i Mafią, jego FBI ulegnie w końcu bakcylowi korupcji - gangsterzy należący do syndykatu dysponowali przecież olbrzymimi funduszami i nie oszczędzali na łapówkach. Hoover wolał, by jego agenci zajmowali się takimi "wrogami porządku publicznego" jak nastoletni złodzieje samochodów, których o wiele łatwiej było złapać. Hoover mógł później dumnie prezentować przed Senacką Komisją do spraw Finansów liczne (choć nieistotne) statystyki uzasadniające dalsze powiększanie budżetu FBI: "W roku XXX odzyskano XXX skradzionych samochodów wartych łącznie XXX dolarów..." Były człowiek numer 3 w strukturach FBI, William C. Sullivan, napisał w swojej książce The Bureau: My Thirty Years in Hoover's FBI (wydanej wkrótce po jego przypadkowej śmierci): "(...) Mafia jest potężna, tak potężna, że cała miejska policja, a nawet ratusz, może znajdować się pod jej kontrolą. Dlatego właśnie Hoover nie chciał, byśmy z nią walczyli. Bał się, że nie sprostamy zadaniu. Nie chciał podejmować ryzyka - przynajmniej do chwili, gdy na światło dzienne wyszły nasze niedociągnięcia". Sullivan był uważany za człowieka Nixona i najbardziej prawdopodobnego kandydata na stanowisko szefa FBI, gdyby tylko Nixon wcielił w życie swój zamiar odsunięcia Hoovera - do czego jednak nigdy nie doszło ("Jezu miłościwy - użalał się przed Sullivanem zastępca prokuratora generalnego Robert Mardian - Nixon stchórzył").

Zamiast stawić czoło przestępczości zorganizowanej, Hoover kładł nacisk na zwalczanie - oczywiście w blasku jupiterów - mniej istotnych zagrożeń, takich jak Dillinger, Ma Barker (której zresztą nigdy nie oskarżono o jakiekolwiek przestępstwo), Pretty Boy Floyd, Machine Gun Kelly (który - wbrew swojemu pseudonimowi - nigdy nie otworzył do nikogo ognia) oraz innych celów, łatwiejszych do zniszczenia niż Mafia. "Cała energia FBI - mówił Sullivan - szła nie na prowadzenie śledztw, lecz na PR i propagandę gloryfikującą osobę dyrektora".

Historyk Albert Fried pisze: "Hoover poświęcał tak mało uwagi przestępczości zorganizowanej, że można oskarżyć go o zaniedbanie obowiązków służbowych". W pracy The Rise and Fall of the Jewish Gangster in America Fried stwierdza, iż według Hoovera przestępczość zorganizowana "nie stanowiła bezpośredniego zagrożenia dla porządku publicznego; czy też - jak argumentują niektórzy - Hoover założył, że gangsterzy i członkowie syndykatu (...) stanowią w istocie podporę status quo. Mieli przecież interes w utrzymywaniu amerykańskiej gospodarki wolnorynkowej w dobrej kondycji i liczyli na triumf Ameryki nad komunizmem - a przy okazji nad systemem socjalnym i liberalizmem, nad wszystkim, co w jakikolwiek sposób zagrażało ich partykularnym interesom". Fried konkluduje, że niektórzy co bardziej inteligentni gangsterzy, tacy jak Al Capone, Moe Dalitz czy Meyer Lansky, byli cennymi obrońcami kapitalizmu i tym samym - do pewnego stopnia - "można ich uważać za ideologicznych sprzymierzeńców J. Edgara Hoovera". Jeden z biografów Hoovera, dziennikarz Hank Messick, idzie jeszcze o krok dalej i pisze: "John Edgar Hoover mógł liczyć na poparcie - a także na inne bardziej namacalne korzyści - ze strony prawicowych przedsiębiorców, którzy z kolei prowadzili bezpośrednie i pośrednie interesy z ważnymi przedstawicielami świata przestępczego, nie niepokojonymi przez Hoovera".

Niewykluczone jednak, że Fried i Messick przykładają zbyt wielką wagę do strategicznego wymiaru decyzji Hoovera. Istnieją przesłanki pozwalające sądzić, że rzeczywiste motywacje dyrektora FBI były znacznie bardziej prozaiczne. Zgodnie z najbardziej popularnym poglądem Hoover po prostu bał się starcia z przestępczością zorganizowaną i racjonalizował swój strach, twierdząc, że 1) problem nie istnieje oraz 2) zajmowanie się nim tak czy inaczej nie leży w kompetencjach jego organizacji (co było sprzeczne z prawdą). W powszechnym przekonaniu mechanizm ten przekonująco tłumaczy bierność Hoovera wobec Mafii i syndykatu.

Hoover mógł też uważać niektórych gangsterów za swoich "ideologicznych sprzymierzeńców" z przyczyn innych niż te wymienione przez Frieda. Pewnego razu Hoover powiedział do Franka Costello w klubie Stork: "Trzymaj się z dala od moich interesów". (W domyśle sugerując, że również on będzie trzymał się z dala od interesów Costello.) Interesy Costello obejmowały hazard. Hoover uwielbiał zakłady na wyścigach konnych i z dużą tolerancją podchodził do rozmaitych totalizatorów: "FBI ma znacznie ważniejsze sprawy na głowie niż wyłapywanie hazardzistów" - mówił. Najwyraźniej nie rozumiał, że wraz z końcem prohibicji hazard urósł do rangi głównego źródła dochodów przestępczości zorganizowanej, smaru, który oliwił tryby machiny przestępczej, od korumpowania organów publicznych przez finansowanie olbrzymich transakcji narkotykowych aż po morderstwa.

Opowieści o legendarnym wręcz poświęceniu Hoovera jego obowiązkom są również nieco przesadzone. Agenci FBI powszechnie wiedzieli, że w niektóre popołudnia dyrektor po prostu "znikał". Wspólnie ze swoim wiernym asystentem Clyde'em Tolsonem Hoover wsiadał do opancerzonego samochodu oczekującego na dziedzińcu Departamentu Sprawiedliwości, oznajmiwszy wcześniej, że jedzie zająć się pewnym śledztwem. W rzeczywistości Hoover i Tolson spieszyli na pierwszą gonitwę w Bowie, Pimlico, Charleston, Laurel lub Havre de Grace - gdziekolwiek organizowano wyścigi konne. Uwielbienie Hoovera dla wyścigów było tak wielkie, że wielokrotnie fotografowano go przy okienku, w którym przyjmowano zakłady w wysokości 2 dolarów, a rozzłoszczeni obywatele podpisywali petycje, by skłonić go do porzucenia hazardu. (Sam Hoover twierdził, że interesował go wyłącznie sportowy wymiar wyścigów, a drobnych zakładów dokonywał z grzeczności dla swoich gospodarzy.)

Co ciekawe, Hoover ustawiał się w kolejce do okienka dwudolarowego jedynie na wabia. Sullivan pisze (a inni potwierdzają jego informacje): "[Hoover] miał agentów, którzy wspólnie z nim jechali na wyścigi i potajemnie obstawiali w jego imieniu gonitwy przy okienku studolarowym. Gdy wygrał, był w dobrym humorze przez wiele dni". Nikomu bardziej nie zależało na dobrym humorze Hoovera niż gangsterom. Zadowolony Hoover nie miał powodów, by występować przeciwko hazardowi i innym interesom przestępczości zorganizowanej - syndykat opracował więc tajną metodę "głaskania" dyrektora FBI. Kluczowymi postaciami tego procederu był Costello oraz ich wspólny znajomy, felietonista Walter Winchell. Winchell podsuwał Hooverowi wskazówki, które otrzymywał za pośrednictwem Costello od Franka Ericksona, naczelnego bukmachera USA. Wskazówki dotyczyły "pewniaków", co w języku Mafii nie oznacza koni, które mają największe szansę na zwycięstwo, lecz takie, które na pewno zwyciężą. Erickson i Costello po prostu wręczali Hooverowi zawoalowane łapówki.

Ów komfortowy układ - którego istnienie potwierdzili asystenci Winchella - odniósł z punktu widzenia Costello oczekiwany skutek. Hoover darzył Costello sympatią i często zapraszał go na kawę do hotelu Waldorf Astoria. "Muszę uważać na swoich partnerów - z uśmiechem tłumaczył Costello - mogą przecież oskarżyć mnie o kontakty z postaciami o wątpliwej reputacji". Dopóki jednak Costello pomagał Hooverowi wygrywać na wyścigach i dopóki nie wykazywał chęci dołączenia do gangu złodziei samochodów (czy też wstąpienia do Partii Komunistycznej), nie musiał się obawiać Hoovera.

Niektórzy komentatorzy kwestionują możliwość wywierania przez Mafię wpływu na Hoovera w tak prosty sposób - lecz tylko prawdziwy hazardzista jest w stanie zrozumieć ciepłe uczucia, jakimi nałogowy gracz potrafi darzyć osobę podsuwającą mu dobre wskazówki. Niezależnie od przyczyn swojej bierności, J. Edgar Hoover przez dziesięciolecia zaprzeczał istnieniu przestępczości zorganizowanej. Kres tej maskaradzie położyło dopiero wydarzenie określane przez agenta FBI Welcha mianem "przypadku": nalot nowojorskiej policji stanowej na konferencję przywódców świata przestępczego w miejscowości Apalachin w 1957 r. Welch pisze: "Ofiary nalotu zaczęły pryskać frontowymi drzwiami rezydencji gangstera Joe Barbary. Niektórym szczęśliwcom udało się zbiec do lasu. (...) Sześćdziesięciu innych opuściło teren posiadłości w radiowozach. Była to największa łapanka bossów przestępczości zorganizowanej w historii Stanów Zjednoczonych i doszło do niej przez przypadek". Za "ofiarę" nalotu w Apalachin można też uznać Hoovera. Komentarz redakcyjny zamieszczony w "New York Herald Tribune" stawiał proste pytanie: gdzie był Hoover i FBI, gdy amerykańska przestępczość zorganizowana rosła w siłę? Teraz już nawet Hoover nie mógł zaprzeczać istnieniu Mafii na terenie USA. Dyrektor FBI postanowił ratować własną skórę i czym prędzej nakazał swoim agentom udowodnić, że Mafia jednak istnieje - oraz że Biuro wiedziało o tym fakcie od samego początku.

Sprawę zepchnięto na dział badawczo-analityczny FBI i agencja podjęła niezwykły wyścig, usiłując nadrobić trzydziestoletni okres zaniedbań i dowiedzieć się wszystkiego, co możliwe na temat sił przestępczości zorganizowanej oraz Mafii. Kilku agentów skierowano do badań nad problemem, a jeden z nich - Charles Peck - przesiadywał każdego dnia w swoim biurze do północy, pochłaniając nie mniej niż 200 książek na temat Mafii oraz przekopując się przez stosy archiwalnych wydań "New York Timesa" (nawet sprzed 100 lat). Wniosek był oczywisty: Mafia istniała i prosperowała w USA od wielu dziesięcioleci.

Agenci FBI uznali, że mają teraz wolną rękę we wszczynaniu dochodzeń przeciwko przestępczości zorganizowanej. Sam Hoover szybko znudził się nowym problemem i zapewne zaprzestałby walki z Mafią po ucichnięciu burzy medialnej - gdyby nie nominacja Roberta Kennedy'ego na prokuratora generalnego w 1961 r. W przeciwieństwie do swoich poprzedników, którzy obawiali się konfliktu z Hooverem, Kennedy był nieprzejednany: dyrektor FBI miał zająć się zwalczaniem "Cosa Nostry".

Gdy Kennedy w końcu ustąpił z zajmowanego stanowiska, Hoover - cytując Sullivana - "dopilnował, by walka z Mafią znowu oklapła". Od tego czasu aż do śmierci Hoovera w 1972 r. FBI nie przykładało większego znaczenia do zwalczania przestępczości zorganizowanej. Sprawy uległy zmianie dopiero po wyznaczeniu nowego dyrektora FBI.

W dniu śmierci Hoovera w 1972 r. trzej mężczyźni - zidentyfikowani przez pewnego gapia jako "ludzie Gambino z Brooklynu" - opuszczali tor wyścigowy Aqueduct Racetrack w Nowym Jorku. Jeden z nich kupił egzemplarz "New York Post", w którym na pierwszej stronie donoszono o zgonie dyrektora FBI. Po obejrzeniu gazety mężczyzna pokazał ją swoim towarzyszom. Drugi gangster - z pewnością najwyższy rangą z całej trójki - wzruszył ramionami i oznajmił: "Wiesz, co ja o tym sądzę? Zupełnie nic. Facet nic dla nas nie znaczył".

 

 

Komisja KEFAUVERA: Senackie ciało badające przestępczość zorganizowaną

W latach 1950-1951 transmisje z przesłuchań Komisji Kefauvera cieszyły się w USA najwyższą oglądalnością spośród wszystkich programów telewizyjnych. Wielu Amerykanów nie posiadało jeszcze wówczas własnych telewizorów, lecz usłużni właściciele sklepów RTV ustawiali odbiorniki tuż przy oknach i wyprowadzali sygnał audio na zewnątrz sklepów, aby przechodnie mogli osobiście śledzić niezwykłe wydarzenia. Obrady Specjalnej Komisji Senackiej do spraw Badania Przestępczości w Handlu Międzystanowym - popularnie zwanej Komisją Kefauvera - były pierwszą z wielu prób wniknięcia w tajemnice przestępczości zorganizowanej przez rząd USA i pierwszą, która wzbudziła tak wielkie zainteresowanie opinii publicznej. Za sprawą telewizji przesłuchania Komisji stały się jednym z najważniejszych wydarzeń w historii amerykańskiej przestępczości zorganizowanej. Przez ekrany telewizyjne przewinęły się całe zastępy polityków i ważnych osobistości świata przestępczego, zaś same przesłuchania prowadzono kolejno w wielu miastach USA. Przewodniczącym Komisji był demokrata Estes Kefauver, senator ze stanu Tennessee. Oprócz niego w skład Komisji wchodzili demokraci Lester C. Hunt z Wyoming i Herbert O'Conor z Maryland, a także republikanie Alexander Wiley z Wisconsin oraz Charles W. Tobey z New Hampshire. Główny ekspert Komisji Rudolph Halley wezwał na świadków ponad 600 osób - od szeregowych gangsterów po tuzów świata przestępczego i przedstawicieli administracji publicznej; od policjantów po burmistrzów i gubernatorów. Przesłuchania utrwaliły w świadomości amerykańskiej zwrot "skorzystać z konstytucyjnego prawa do odmowy składania zeznań" - przesłuchiwani świadkowie bardzo często zasłaniali się treścią konstytucji, nie zawsze w elokwentny sposób. Hazardzista Frank Erickson odmówił zeznań, "gdyż mogą starać się mnie kryminować", zaś Jake "Greasy Thumb" Guzik z Mafii chicagowskiej bał się, że jego odpowiedzi: "mogłyby być dla mnie dyskryminujące". (Guzik wystąpił przed Komisją bez udziału prawnika i stwierdził, że o Piątej Poprawce do Konstytucji - umożliwiającej świadkom odmowę składania zeznań - usłyszał w telewizji.) Kefauver wykazał się godną podziwu skutecznością w wyciąganiu informacji od niechętnych świadków: zamiast wyzłośliwiać się na nich, po prostu spokojnie zadawał kolejne pytania, aż przesłuchiwane osoby wpadały niemal w trans i udzielały obciążających odpowiedzi, często wbrew sugestiom ze strony ich prawników. Transmitowane na żywo przesłuchania Komisji miały hipnotyczny wpływ na widzów. W Chicago opinii publicznej przedstawiono zeznania kapitana Dana Gilberta, głównego pracownika śledczego w biurze prokuratora stanowego w hrabstwie Cook, określanego mianem "najbogatszego gliniarza na świecie". Gilbert tłumaczył się z faktu, że jego biuro w ciągu 10 lat nie zorganizowało ani jednego nalotu na żadną z chicagowskich jaskiń hazardu. Swoje osobiste bogactwo przypisał udanym transakcjom giełdowym, a także obstawianiu rezultatów zawodów sportowych i wyborów - przykładowo stwierdził, że w 1948 r. wygrał 10 500 dolarów obstawiając zwycięstwo Trumana nad Deweyem. W New Jersey Komisja przesłuchała gangstera-milionera i manipulatora politycznego Longy'ego Zwillmana, z którego pomocy w 1946 r. osobiście korzystał republikański gubernator Harold G. Hoffman. W 1949 r. Zwillman postanowił zmienić front i zaoferował kandydatowi demokratów na stanowisko gubernatora Elmerowi Wene'owi kwotę 300 000 dolarów, w zamian domagając się jedynie mianowania swojego człowieka na stanowego prokuratora generalnego. Wene odrzucił ofertę i przegrał wybory. W stanie Luizjana, opisanym przez Kefauvera jako "królestwo magii w wymiarze sprawiedliwości", Komisja przesłuchiwała szeryfów i innych przedstawicieli organów ścigania, którzy wymigiwali się od walki z hazardem na gruncie... równouprawnienia w dostępie do zatrudnienia. Świadkowie twierdzili, że zamknięcie nielegalnych kasyn oznaczałoby dla tysięcy osób - w tym ludzi starszych i niepełnosprawnych - utratę źródła zarobku. Troska policjantów o dochody ludności cywilnej nie powinna jednak dziwić, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że sami funkcjonariusze opływali w dostatki - naczelny detektyw Nowego Orleanu, zarabiający miesięcznie 186 dolarów, zgromadził w swojej skrytce bankowej kosztowności warte 150 000 dolarów.

W Detroit Komisja zgromadziła informacje świadczące, że przedstawiciele Mafii - Joe Adonis oraz Anthony D'Anna - kontrolowali ważne spółki powiązane z korporacją Forda, pomimo faktu, iż ich powiązania ze światem przestępczym były szeroko znane. Panel ustalił, że pomiędzy D'Anną a Harrym Bennettem (głównym doradcą Henry'ego Forda) doszło do spotkania - zwołanego na życzenie Bennetta - "w celu poinstruowania go [D'Anny], by nie mordował Josepha Tocco, posiadacza koncesji na dystrybucję artykułów spożywczych w fabryce Forda (...). Bennett zawarł z D'Anną porozumienie, na mocy którego Tocco miał ujść z życiem na okres pięciu lat w zamian za przekazanie D'Annie kontroli nad salonem Forda w Wyandotte. Należy tu dodać, że Tocco został w końcu zabity siedem lat po spotkaniu, zaś w kilka tygodni po opisanych wydarzeniach D'Anna wszedł w posiadanie 50 procent udziałów w salonie Forda w Wyandotte".

W Nowym Jorku Virginia Hill, przyjaciółka licznych ważnych mafiosów oraz - rzekomo - syndykatu, dostarczała dziennikarzom rozrywki, stanowczo zaprzeczając, by wiedziała cokolwiek o interesach przestępczości zorganizowanej: twierdziła, że gangsterzy po prostu obsypywali ją gotówką. Pewnego dnia wychodząc z przesłuchania Hill nagle zdzieliła reporterkę Marjorie Farnsworth z "New York Journal American" prosto w twarz, po czym obróciła się do zgromadzonego tłumu dziennikarzy i krzyknęła: "Cholerne sukinsyny! Oby spadła na was bomba atomowa!"

Do wysokiej oglądalności nowojorskich sesji obrad Komisji przyczyniły się również występy Franka Costello, który zakazał pokazywania go w telewizji, grożąc, że w przeciwnym razie opuści przesłuchanie. W końcu zawarto kompromis, na mocy którego reporterom nie pozwolono filmować twarzy Costello - w telewizji pokazano więc jedynie "balet dłoni" sławnego gangstera. Costello był przesłuchiwany w związku z nielegalnymi kasynami, automatami do gier i innymi formami hazardu na terenie stanu Luizjana, jego powiązaniami z właścicielami pewnego toru wyścigowego, którzy wypłacali mu roczną pensję w zamian za dopilnowanie, by konkurencyjni bukmacherzy trzymali się z dala od ich wspólnego interesu oraz jego wpływem na politykę nowojorską - w tym na nominacje sędziowskie. Spytany, dlaczego przywódca Tammany Hali, Hugo Rogers, stwierdził kiedyś: "Gdyby Costello mnie potrzebował, posłałby po mnie", Costello odparł, że jest tak samo zdziwiony słowami Rogersa jak sama Komisja. Pytania zadawane Costello stawały się coraz ostrzejsze i coraz bardziej wnikliwe - aż w końcu przesłuchiwany nie wytrzymał i wyszedł z sali. Ujawnienie przez Komisję zasięgu wpływów Costello oznaczało koniec jego kariery jako "premiera" świata przestępczego. Politycy - nawet ci skorumpowani - nie mieli już odwagi, by prowadzić z nim interesy. W późniejszych latach Costello musiał stawić czoło narastającej presji ze strony wymiaru sprawiedliwości. Spędził 18 miesięcy w więzieniu za obrazę Kongresu, później zaś ponownie trafił do więzienia za oszustwa podatkowe. Costello nie był jednak główną ofiarą Komisji. Za prawdziwy narodowy symbol korupcji wśród polityków uznano byłego burmistrza Nowego Jorku Williama O'Dwyera. Po serii przesłuchań stało się jasne, że za jego rządów - najpierw jako brooklyńskiego prokuratora okręgowego, później zaś jako burmistrza - "Bill O", utrzymywał stałe kontakty z przestępczością zorganizowaną. Zakłopotana Partia Demokratyczna musiała odwołać O'Dwyera z funkcji burmistrza i przenieść go na względnie bezpieczne stanowisko ambasadora USA w Meksyku. Komisja zgromadziła niepodważalne dowody na przyjaźń między O'Dwyerem a Joe Adonisem oraz na jego regularne wizyty w domu Franka Costello. Złożone pod przysięgą zeznania świadczyły, że przywódcy nowojorskich organizacji związkowych przekazywali O'Dwyerowi koperty z pieniędzmi. Sam O'Dwyer nie był w stanie przypomnieć sobie szczegółów swojej działalności. Raport Komisji nie zostawiał na byłym burmistrzu suchej nitki:

W oficjalnej działalności O'Dwyera w stosunku do hazardu, interesów przestępczych w dzielnicach portowych, morderstw i korupcji wśród funkcjonariuszy policji - tak w czasach, gdy był prokuratorem okręgowym, jak i później, za jego kadencji burmistrza - można dopatrzyć się oczywistych nieprawidłowości. Niezależnie od przyczyn stojących za podejmowanymi przezeń decyzjami, jego działania zawsze wydawały się sprzyjać ludziom podejrzanym o kontrolowanie działalności przestępczej. (...) [O'Dwyer] utrudniał prowadzenie obiecujących śledztw. (...) Branie w obronę funkcjonariuszy publicznych, którzy w oczywisty sposób zaniedbywali swoje obowiązki, decyzje związane z podejrzeniami o korupcję oraz niezdolność O'Dwyera do podejmowania działań w oparciu o konkretne dowody działalności przestępczej (...) przyczyniły się do rozwoju organizacji przestępczych i interesów gangsterskich w Nowym Jorku.

Komisja zakończyła działalność opublikowaniem raportu, w którym zawarto szereg sugestii dotyczących zaostrzenia prawa antymafijnego oraz anty korupcyjnego. Choć wiele z tych zaleceń zostało wcielonych w życie, cynicy podkreślają, że już po kilku miesiącach przestępczość zorganizowana wróciła do utartych sposobów działania. Obrady Komisji nie przeszły jednak bez echa. Costello stracił swoją władzę. Adonis - zagrożony wyrokiem więzienia - musiał wyrazić zgodę na deportację. Hazardzista Willie Moretti, traktowany podczas przesłuchania jako komediant, został później zamordowany przez własnych wspólników, którzy bali się, że jego skłonność do rozpowiadania o tajemnicach przestępczości zorganizowanej doprowadzi ich do wpadki. Świat przestępczy nie uległ unicestwieniu, choć dyrektor FBI J. Edgar Hoover - przez wiele lat utrzymujący, że Mafia i przestępczość zorganizowana w ogóle nie istnieją - został zmuszony do ratowania twarzy. Pod koniec dekady lat pięćdziesiątych debata publiczna zainicjowana rezultatami prac Komisji Kefauvera zaczęła zahaczać o osobę dyrektora i Hoover - chcąc nie chcąc - musiał skierować wszystkie wysiłki swojej organizacji na walkę z Mafią, której istnieniu dotychczas zaprzeczał. Kefauver zyskał ogólnokrajowy rozgłos. Pod jego adresem oraz pod adresem biura Komisji kierowano sterty listów o bardzo pochwalnym wydźwięku. "Głęboko wzruszyły mnie Pana spokojne, elokwentne - niemal lincolnowskie - słowa" - pisała gospodyni domowa z Nowego Orleanu. Pewien "długoletni republikanin" z San Francisco zdecydował, że "chciałby mieć zaszczyt i przywilej głosowania na Pana w następnych wyborach prezydenckich". Z St. Louis przyszedł telegram: "Jestem zwykłym gangsterem (...). O niczym nie wiem, ale myślę, że jest Pan świetnym facetem".

Kefauver rzeczywiście wystartował w wyborach jako kandydat na wiceprezydenta, lecz przegrał z ekipą Eisenhowera.

 

 

KOBIETY jako ofiary Mafii: Mit mafijnej rycerskości

John Gotti postrzegał się jako obrońca kobiet - podobnie jak wielu innych bossów przestępczości zorganizowanej. Gotti był znany z ustępowania miejsca w drzwiach dziennikarkom oraz wspominania lat swojej młodości, kiedy to - jak twierdził - wpojono mu szacunek dla płci pięknej. Podczas pierwszego z trzech procesów Gottiego w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX w. James Sanetore, były gangster i świadek oskarżenia, został spytany przez adwokata Gottiego: "Panie Sanetore, czy nie przypalił Pan kiedyś kobiecie piersi papierosem?" Sanetore był wyraźnie oburzony: "Absolutnie nie. Przywiązaliśmy ją tylko do łóżka i rzuciliśmy jej na piersi kilka płonących zapałek. To wszystko".

Nikt nie spytał, w jaki sposób prawnicy Gottiego dowiedzieli się o przewinieniach Sanetore. Brutalność wobec kobiet stanowi ulubiony sposób na egzekwowanie należności od dłużników lichwiarzy: popularną metodą windykacji długów jest groźba zastosowania przemocy wobec żony dłużnika.

Przestępczość zorganizowana dopuszcza też mordowanie kobiet - często jako niewinnych przypadkowych ofiar gangsterskich porachunków. Wystarczy, że gangsterzy powezmą wobec danej kobiety podejrzenie, że wie zbyt wiele o interesach przestępczych i że podczas przesłuchania mogłaby zdradzić swoją wiedzę prokuratorom. Tak stało się z Cherie Golden, dziewiętnastoletnią kasztanowłosą pięknością o piwnych oczach i anielskim uśmiechu, zwyciężczynią konkursu na sobowtóra Twiggy. Do Cherie zalecał się John Quinn, żonaty gangster (z szóstką dzieci), którego często widywano w towarzystwie Cherie w restauracjach dzielnicy włoskiej Nowego Jorku. Na nieszczęście dla Cherie, Quinn zabierał ją również na negocjacje dotyczące zakupu luksusowych aut oraz spraw związanych z prowadzonymi przezeń warsztatami samochodowymi. Mafijni bossowie Quinna zwrócili uwagę na ten fakt i nakazali mu rzucić Cherie. Quinn odmówił, a jakiś czas później popadł w poważny konflikt z prawem i niepozorna Cherie Golden nagle zaczęła jawić się jako potencjalny informator, co - rzecz jasna - czyniło z Quinna kandydata do odstrzału. Quinn został zaproszony na zebranie gangsterów w pewnej brooklyńskiej tawernie. W zebraniu miał wziąć udział Roy DeMeo, mafioso nadzorujący obrót kradzionymi samochodami oraz jeden z czołowych morderców rodziny Gambino. Quinn zabrał na zebranie Cherie, którą zostawił w samochodzie na parkingu. Gdy wszedł do kantyny, został natychmiast zastrzelony. Cherie nie usłyszała strzału (mordercy posłużyli się pistoletem wyposażonym w tłumik). Po chwili z lokalu wyszli dwaj mafiosi, którzy ustawili się po obu stronach samochodu i zaczęli ją zagadywać. Gdy jeden z gangsterów zajął Cherie rozmową, drugi szybko wyciągnął pistolet i strzelił jej w głowę. Głowa Cherie odskoczyła na bok, zaś morderca strzelił jej jeszcze raz w twarz, po czym obaj gangsterzy zajęli się usunięciem zwłok, wcześniej zdejmując ofierze stanik, by policja sądziła, że do morderstwa doszło na tle seksualnym. DeMeo przeprowadził zamach na własną rękę, bez zgody góry, co rozsierdziło świeżo upieczonego bossa Paula Castellano. Big Paul rozumiał, że zamordowanie Cherie może mieć bardzo nieprzyjemne reperkusje dla jego rodziny, zażądał więc od DeMeo wyjaśnień. Bezpośredni przełożony DeMeo, capo Nino Gaggi, był wściekły na swojego podwładnego, ale musiał zrobić dobrą minę do złej gry i wyjaśnił bossowi, że Cherie wiedziała zbyt wiele o kradzieżach samochodów. Castellano nie był przekonany, ale w końcu machnął ręką na całą sprawę, zakazując jedynie DeMeo organizowania jakichkolwiek zamachów bez jego osobistej zgody. "Pogadaj z Royem - powiedział Castellano. - Nie chcę, żeby ginęli ludzie, którzy nie muszą ginąć". DeMeo nie został ukarany za swoją nadgorliwość - podobnie jak wielu innych morderców kobiet będących członkami Mafii.

Czasami zdarza się, że Mafia morduje kobiety tylko po to, by udzielić ostrzeżenia ich mężom lub skłonić ich do milczenia. Gdy znany hollywoodzki szantażysta Nick Circella trafił do więzienia, jego wspólnicy z Mafii chicagowskiej przestraszyli się, że Nick mógłby zacząć sypać, by odzyskać wolność. W rezultacie pewien gangster złożył wizytę kochance Circelli, Estelle Carey, pracującej w charakterze kelnerki w chicagowskim barze koktajlowym (Mafia obawiała się też, że Carey zacznie współpracować z władzami, by pomóc swojemu ukochanemu - co teoretycznie mogłoby skłonić inne kobiety do pójścia w jej ślady.) Wspólnie ustalono, że Estelle musi paść ofiarą pokazowego morderstwa.

Gangsterzy przywiązali Estelle do krzesła, poddali ją torturom (przy użyciu żelazka, pałki oraz wałka do ciasta), złamali jej nos, kilkakrotnie dźgnęli nożem i w końcu poderżnęli gardło. Na koniec zwłoki ofiary oblano benzyną i podpalono. Jedynym świadkiem tej strasznej zbrodni był pudel Estelle, skulony w rogu pomieszczenia. Morderstwo przyniosło oczekiwany skutek: Nick Circella - a także kilka kobiet podejrzewanych o skłonność do plotkarstwa - postanowiło trzymać język za zębami.

Kiedy przywódcy syndykatu skazali na śmierć Gusa Greenbauma, czołowego specjalistę od zarządzania kasynami w Las Vegas, podejrzewanego o defraudację przestępczych funduszy, ustalono, że wraz z nim musi zginąć również jego żona. Meyer Lansky zatwierdził zamach i przekazał zlecenie Mafii chicagowskiej - organizacji znanej z zamiłowania do brutalności (czego dowodzi przypadek Estelle Carey). Zwłoki Greenbauma i jego żony zostały później odnalezione w ich rezydencji w Phoenix, z poderżniętymi gardłami. Gdy na jaw wyszły szczegóły zbrodni, Meyer Lansky stwierdził podobno, że zlecił jedynie "zwyczajne" morderstwo. Jego słowa należy jednak podać w wątpliwość, biorąc pod uwagę fakt, że śmierć Greenbauma miała stanowić ostrzeżenie dla innych gangsterów z Las Vegas.

 

 

KOMISJA: "Organ rządzący" Mafią

Pomimo wydania 19 listopada 1986 r. wyroków skazujących na trzech członków tzw. komisji Mafii, w Stanach Zjednoczonych wciąż panuje błędne przekonanie, że cała Mafia - a nawet cała przestępczość zorganizowana na terenie USA - podlega temu ciału. Wbrew powszechnym wyobrażeniom zarówno Mafia, jak i krajowy syndykat (dwie różne organizacje!) są w znacznym stopniu zdecentralizowane. Nawet u szczytu sławy tzw. Wielkiej Szóstki (w latach czterdziestych i pięćdziesiątych XX w.) komisja nie dysponowała nieograniczoną władzą - z wyjątkiem sytuacji, gdy decyzje podejmowano jednomyślnie.

Owa konfuzja pojęciowa wynika po części z faktu, że na terenie USA działają dwie odrębne komisje. W swojej autobiografii Joe Bonanno opisuje krajową komisję kierującą poczynaniami Mafii i złożoną z bossów pięciu rodzin nowojorskich, delegata z Chicago oraz - okazjonalnie - przedstawicieli innych miast, takich jak Buffalo, Detroit i Filadelfia. Bonanno przecenia jednak rolę, jaką odgrywała owa komisja.

W latach trzydziestych u steru syndykatu znajdowali się Lucky Luciano, Meyer Lansky oraz kilku czołowych gangsterów z Nowego Jorku i New Jersey, zaś Chicago - pogrążone w chaosie po aresztowaniu Ala Capone - nie odgrywało większej roli w tej organizacji. W ciągu dekady lat czterdziestych za ważniejsze decyzje dotyczące spraw syndykatu odpowiadała tzw. Wielka Szóstka: Frank Costello i Joe Adonis reprezentowali interesy rodzin mafijnych z Nowego Jorku, Meyer Lansky reprezentował samego siebie, pozostałych gangsterów żydowskiego pochodzenia (takich jak Moe Dalitz) oraz przebywającego na wygnaniu Luciano, który przed deportacją nakazał "słuchać Lansky'ego"; Longy Zwillman reprezentował gangi z New Jersey, a Tony Accardo i Greasy Thumb Guzik co tydzień przylatywali na zebrania z Chicago, aby zabierać głos w imieniu tamtejszych organizacji przestępczych. Skład etniczny Wielkiej Szóstki - trzech Żydów i trzech Włochów - zadaje kłam popularnemu twierdzeniu, jakoby Mafia monopolizowała przestępczość zorganizowaną na terenie USA.

Z historycznego punktu widzenia krajowa komisja Mafii rzeczywiście istniała - lecz zakres jej działalności był stosunkowo wąski. W skład komisji wchodzili przedstawiciele pięciu rodzin nowojorskich, a także niektórych innych rodzin z pozostałych regionów USA (w sumie na terenie Stanów Zjednoczonych funkcjonuje około 25 rodzin mafijnych). Komisja zajmowała się przede wszystkim sprawami dotyczącymi trójkąta Nowy Jork-New Jersey-Pensylwania, co nie powinno dziwić, gdyż właśnie w tych trzech stanach zamieszkuje mniej więcej połowa wszystkich amerykańskich mafiosów.

Chicago - zwłaszcza za rządów Sama Giancany - nie było żywotnie zainteresowane pracami komisji, zapewne dlatego, że w ostatnich latach w Stanach Zjednoczonych można wyróżnić dwa odrębne syndykaty i dwie odrębne Mafie (tradycyjną Mafię oraz Mafię chicagowską). Chicago od czasu do czasu bierze udział w posiedzeniach komisji, lecz niezależnie od jej werdyktów chicagowscy bossowie traktują wszystkie tereny położone na zachód od Chicago jako swoją prywatną własność. Choć rzeczywistość odbiega nieco od ich wyobrażeń, nie ulega wątpliwości, że szereg mniejszych rodzin przestępczych na zachodzie USA uznaje zwierzchnictwo Mafii chicagowskiej. W ostatnich latach obserwujemy stopniowy wzrost znaczenia organizacji włoskich (czyli Mafii) w amerykańskiej przestępczości zorganizowanej. W USA nigdy nie miała miejsca żadna czystka żydowskich gangsterów (po dziś dzień Las Vegas jest uważane przez świat przestępczy za "żydowskie miasto"); do głosu doszły jednak realia związane z nieubłaganym upływem czasu. Śmierć Meyera Lansky'ego w 1983 r. stanowiła niepowetowaną stratę dla żydowskich interesów w ramach syndykatu. Wielu żydowskich gangsterów wciąż zajmuje eksponowane stanowiska w organizacjach przestępczych, lecz bossowie żydowskiego pochodzenia nigdy nie przejawiali jakiegokolwiek zainteresowania nepotyzmem: ich podstawowym celem było zawsze gromadzenie bogactw, nie zaś budowanie dynastii. Trzeba tu dopowiedzieć, że to samo tyczy się - w nieco mniejszym stopniu - również rodzin o włoskim rodowodzie. Owszem, notujemy kilka przypadków sukcesji rodowej w strukturach Mafii, lecz dochodzi do niej wyłącznie wówczas, gdy syn okazuje się godnym następcą ojca: tak było w przypadku rodziny Trafficante z Tampy, rodziny Zerilli z Detroit oraz - zdaniem FBI - rodziny Patriarca z Nowej Anglii, w połowie lat osiemdziesiątych. W konsekwencji to właśnie mafijna komisja okazała się lepiej przystosowana do działalności we współczesnych realiach - jej skład nie stanowi dowodu czystki w strukturach przestępczości zorganizowanej, lecz raczej odzwierciedla ich faktyczny stan. Komisja Mafii zachowała swój historyczny charakter jako centralny organ konfederacji rodzin przestępczych. To właśnie o takiej komisji marzył kiedyś Luciano - chciał, by poszczególne rodziny same odpowiadały za interesy na przydzielonych im obszarach, z wyjątkiem sytuacji, w których dana organizacja okazywała się zbyt słaba, by walczyć o swoje prawa. (Gdyby Luciano żył w latach amerykańskiej wojny o niepodległość, z pewnością byłby gorącym orędownikiem praw stanów do samostanowienia).

W ostatnich latach komisja okazywała się organem słabym: nie była w stanie powstrzymać konfliktu Profaci-Gallo ani też narzucić swojej woli podczas tzw. Wojny Bananowej. Nie należy jednak upatrywać w tych wydarzeniach dowodów na kryzys Mafii; świadczą one jedynie o ograniczonej roli samej komisji.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych prasę obiegły informacje, że komisja już od dwóch lat nie obraduje. Były one zgodne z prawdą, ale należy zauważyć, że w tym okresie zabrakło istotnych powodów, by przeprowadzać posiedzenia komisji. Organ ten powstał przede wszystkim do rozwiązywania sporów między rodzinami, nigdy jednak nie miał wiele do powiedzenia w kwestii konfliktów wewnętrznych. Wraz z nasileniem presji ze strony organów ścigania w wielu rodzinach mafijnych wybuchły walki o przywództwo. Próby zewnętrznej mediacji w takich sporach zawsze okazywały się nieskuteczne. O ile więc dekada lat dziewięćdziesiątych rzeczywiście wyznaczała okres kryzysu amerykańskiej Mafii, o tyle bezsilność komisji nie ma pod tym względem większego znaczenia.

 

* Carl Sifakis "Mafia amerykańska. Encyklopedia", 2007







AMERYKAŃSKA MAFIA cz. 2







O mafii polskiej