Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 

 

AMERYKAŃSKA MAFIA - cz. 2

 

 

 

KONFERENCJA hawańska: Spotkanie bossów świata przestępczego w 1946 r.

Konferencja hawańska - najważniejsze spotkanie bossów świata przestępczego od czasu konferencji w Atlantic City w 1929 r. - została zorganizowana w grudniu 1946 r. i wyznaczała koniec okresu wielkości Lucky'ego Luciano. Luciano został wydalony z USA do Włoch w 1946 r., lecz tam błyskawicznie wyrobił sobie dwa fałszywe paszporty i przedostał się do Ameryki Łacińskiej, a stamtąd na Kubę (stanowiącą w owych czasach bezpieczny azyl dla gangsterów i ważne centrum interesów Mafii).

Osobą odpowiedzialną za zaproszenie na konferencję przywódców amerykańskiej przestępczości zorganizowanej był Meyer Lansky. Wśród uczestników znaleźli się Frank Costello, Tommy Lucchese, Joe Profaci, Vito Genovese, Joe Bonanno, Willie Moretti, Joe Adonis, Augie Pisano, Joe Magliocco i Mike Miranda - przedstawiciele stanów Nowy Jork i New Jersey, Steve Magaddino z Buffalo, Santo Trafficante z Tampy na Florydzie, Carlos Marcello z Nowego Orleanu oraz Tony Accardo i trójka braci Fischettich (Charlie, Joseph i Rocco) z Chicago. Narodowość żydowską oprócz Lansky'ego reprezentowali Dandy Phil Kastel, Doc Stacher, Longy Zwillman oraz Moe Dalitz.

Większą część konferencji poświęcono interesom Mafii amerykańskiej, reszta - zwłaszcza dyskusje na temat Bugsy'ego Siegela (którego nie zaproszono) - dotyczyła spraw syndykatu.

Liczne komentarze wzbudziła obecność Franka Sinatry, znanego amerykańsko-włoskiego piosenkarza z New Jersey. Mówiono nawet, że Sinatra (który przyjechał na Kubę w towarzystwie Joego i Rocco Fischettich, kuzynów Ala Capone) przywiózł walizkę, w której znajdowały się 2 miliony dolarów przeznaczone dla Lucky'ego Luciano. W rzeczywistości jeśli którykolwiek z uczestników zebrania miał przy sobie gotówkę, to był to Rocco Fischetti (abstrahując od problemów z umieszczeniem dwóch milionów dolarów w pojedynczej walizce). Nie oznacza to, że Sinatra przybył z pustymi rękami - podobno wręczył Luciano podczas konferencji szczerozłotą papierośnicę. Włoska policja, która przeszukiwała później neapolitańskie mieszkanie Luciano (pod nieobecność gospodarza), istotnie odnalazła w nim złotą papierośnicę z wygrawerowaną inskrypcją "Dla mojego drogiego kolegi Lucky'ego od przyjaciela, Franka Sinatry".

Sinatra nie przybył jednak na Kubę po to, by wziąć udział w obradach. Luciano opisał go później jako "dobrego dzieciaka, z którego wszyscy byliśmy dumni". Sinatra miał być gościem honorowym podczas towarzyszącego konferencji bankietu i tym samym zapewniał wygodne alibi licznym włoskim delegatom: uzasadniał bowiem ich obecność w Hawanie.

Obrady były długotrwałe i intensywne. Gdy Luciano opuścił Stany Zjednoczone w 1946 r., przekazał swoje obowiązki Frankowi Costello (już wcześniej sprawującemu funkcję p.o. bossa rodziny Luciano, gdy jej przywódca siedział w więzieniu). Teraz jednak próżnię po Luciano usiłował wypełnić Vito Genovese, przewieziony do USA w celu postawienia go w stan oskarżenia pod zarzutem morderstwa (proces zakończył się fiaskiem prokuratury i Genovese wyszedł na wolność). Duet Luciano-Lansky zwołał konferencję hawańska między innymi po to, by odnowić wpływy deportowanego Luciano. Sam Luciano żywił nadzieję, że będzie mógł spędzić kilka lat na Kubie w oczekiwaniu na zmiany polityczne, w wyniku których mógłby powrócić do Stanów Zjednoczonych. Konferencja nie zakończyła się całkowitym sukcesem Luciano. Genovese prywatnie zasugerował mu, że powinien przejść na emeryturę - i nie ulega wątpliwości, że podobną sugestię przekazał też innym uczestnikom zebrania. Tak czy inaczej, Luciano bez trudu dał odpór ambicjom Genovese: zapobiegł dalszemu ugruntowaniu jego władzy i zdezawuował rozpuszczane przez Genovese pogłoski, jakoby Albert Anastasia - słynny przywódca Murder, Inc. - stopniowo popadał w "morderczy szał". Mówiono, że Anastasia żądał zamordowania dyrektora Biura do spraw Narkotyków Harry'ego Anslingera. Luciano jasno przeciwstawił się tym planom, ale nie ukarał Anastasii, gdyż wiedział, że może on stanowić cenną broń w ewentualnej wojnie z Genovese.

Pomimo sukcesów politycznych Luciano poniósł też szereg porażek. Pierwszą z nich był problem interesów narkotykowych. Podobnie jak Lansky, Costello, (prawdopodobnie) Magaddino i kilku innych bossów, Luciano chciał, by syndykat zrezygnował z handlu narkotykami, lecz brak wotum zaufania w tej sprawie mógł oznaczać tylko jedno: wielu przywódców rodzin przestępczych nie chciało, czy też raczej - biorąc pod uwagę opór w szeregach własnych organizacji - nie odważyło się porzucić kontrowersyjnego procederu. Luciano został zmuszony do przyjęcia kompromisu, zgodnie z którym każda rodzina przestępcza miała samodzielnie ustosunkować się do handlu narkotykami. Luciano miał nadzieję, że zaniechanie przemytu narkotyków przez wszystkie organizacje wchodzące w skład syndykatu ułatwi mu powrót do USA, lecz podczas konferencji hawańskiej zrozumiał, że jego decyzje nie mają już mocy wiążącej.

Kolejnym poważnym problemem wymagającym rozwiązania była kwestia wyroku na Benjamina "Bugsy'ego" Siegela, długoletniego wspólnika Luciano i Lansky'ego. Bugsy utopił wielką ilość mafijnych funduszy w zupełnie bezpiecznym - wydawałoby się - interesie: budowie luksusowego hotelu-kasyna o nazwie Flamingo w Las Vegas. Siegel okazał się jednak nie tylko kiepskim przedsiębiorcą, lecz również hochsztaplerem: podkradał znaczną część pieniędzy przeznaczonych na budowę i deponował je na prywatnym koncie w Szwajcarii. Debatę nad jego losem zakończyła decyzja Lansky'ego: "Jest tylko jedna możliwa kara dla złodzieja ograbiającego swoich przyjaciół. Benny musi zostać sprzątnięty".

Lansky usiłował później sprawić wrażenie, że starał się ocalić Siegela. Owszem, odroczył wykonanie wyroku, aby umożliwić Siegelowi postawienie Flamingo na nogi i odzyskanie wyłożonej przez syndykat gotówki - jednak po pewnym czasie Siegel mimo wszystko został zamordowany. Po zakończeniu konferencji Luciano chciał pozostać na Kubie, lecz wiadomość o jego przyjeździe dotarła w tym czasie do rządu USA, który wywarł nacisk na Kubańczyków, domagając się wydalenia znanego gangstera do Włoch. Władze Kuby wysoko ceniły sobie mafijne łapówki, więc przez pewien czas stawiały opór, w końcu jednak musiały ulec presji. Luciano powrócił do Włoch w przekonaniu, że o jego planach powiadomił Federalne Biuro do spraw Narkotyków dwulicowy Genovese. Pokłosie konferencji hawańskiej położyło kres nadziejom Luciano na powrót do Stanów Zjednoczonych. Z biegiem lat jego wpływy słabły, choć do końca zachował poparcie Lansky'ego i - co za tym idzie - cząstkę swojej dawnej władzy.

 

 

KONFERENCJA w Apalachin: Spotkanie bossów świata przestępczego

Konferencja zorganizowana w mieście Apalachin (stan Nowy Jork) w 1957 r. stanowiła jedno z najważniejszych wydarzeń w historii amerykańskiego świata przestępczego. Pomimo pechowego - niemal kabaretowego - finału, sam fakt zebrania mafijnych bossów doprowadził do gwałtownego przewartościowania priorytetów FBI, które pod rządami J. Edgara Hoovera przez ponad trzydzieści lat zaprzeczało istnieniu nie tylko Mafii, ale w ogóle przestępczości zorganizowanej (co oczywiście było na rękę samemu Hooverowi: nie mógł przecież zwalczać czegoś, co w jego opinii nie istniało).

Nalot nowojorskiej policji stanowej na konferencję w Apalachin wywołał wstrząs w kwaterze głównej FBI. Nieżyjący już William C. Sullivan, były asystent Hoovera, wspominał w pamiętnikach wydanych pod tytułem The Bureau: My Thirty Years in Hoover's FBI: "Hoover wiedział, że nie możemy już dłużej udawać i unikać konfrontacji z Mafią, zdał sobie sprawę, że promowana przezeń polityka zaprzeczeń naraziła FBI na ogień krytyki". Zdecydowany chronić własną skórę Hoover podjął energiczne działania: nakazał gromadzenie wszelkich możliwych informacji na temat Mafii. Wydarzenia w Apalachin (a także mianowanie Roberta Kennedy'ego na stanowisko prokuratora generalnego) doprowadziły do zainicjowania federalnej kampanii podsłuchowej. Kampania ta - jak zauważają niektórzy organizatorzy - przyniosła FBI wiele informacji, z których nie wszystkie zostały poprawnie zinterpretowane. Agenci FBI podsłuchujący gangsterów po raz pierwszy zetknęli się z określeniem "nasza sprawa" - i nie bardzo wiedząc, o co chodzi, zapisali te słowa dużymi literami, powołując tym samym do życia "nową" organizację przestępczą: La Cosa Nostra. Przypadkowo fakt ten stanowił dla Hoovera dobry wykręt: nie musiał już koncentrować swojej uwagi na Mafii, mógł natomiast zająć się badaniem La Cosa Nostry (w skrócie LCN). Tak czy inaczej FBI zostało wreszcie zmuszone do poważnego zajęcia się problemem przestępczości zorganizowanej, a popularna dotychczas szkoła "Mafia nie istnieje" stopniowo uległa ograniczeniu do garstki niedoinformowanych "ekspertów" - oraz oczywiście do samych mafiosów.

Rzecz jasna konferencja w Apalachin nie miała na celu sprowokowania FBI. Większość badaczy uważa, że głównym punktem porządku dziennego konferencji była kwestia sukcesji Vito Genovese po zamordowaniu (dwadzieścia dni wcześniej) Alberta Anastasii oraz nieudanym zamachu na Franka Costello. Nietrudno odtworzyć przebieg samego zebrania (które zresztą nie zdążyło się nawet rozpocząć). W zbudowanej z kamienia rezydencji Josepha Barbary przebywało około 60 wysokich rangą przedstawicieli świata przestępczego, gdy budynek nagle otoczyli nowojorscy policjanci stanowi i agenci federalni. Doszło do szeregu komicznych scen: nienagannie ubrani bossowie (większość z nich mocno po pięćdziesiątce i niezbyt sprawna fizycznie) zaczęli wyskakiwać przez okna, pryskać tylnymi drzwiami i kluczyć po zaroślach, usiłując zbiec przed ścigającymi ich policjantami. Trudno powiedzieć, ilu udało się wymknąć z potrzasku, ale w złożonych następnego dnia raportach policyjnych widniały nazwiska 58 zatrzymanych. Większość aresztantów pochodziła z Nowego Jorku, New Jersey i Pensylwanii, lecz na listach można doszukać się też pokaźnej reprezentacji gangsterów z innych rejonów USA, w tym z Florydy, Teksasu, Kalifornii, Illinois i Ohio. W zasadzkę wpadli od dawna poszukiwani przez policję mafiosi: Trafficante, Profaci, Genovese, Magliocco, Bonanno, DeSimone, Scalish, Riela, Gambino, Magaddino, Catena, Miranda, Zito, Civello, Ida, Ormento, Coletti i Galante. Z 58 aresztowanych osób 50 było już wcześniej zatrzymywanych, a 35 miało na karku wyroki skazujące. Osiemnastu gangsterom stawiano wcześniej zarzuty morderstw, piętnastu - przemytu narkotyków, trzydziestu - prowadzenia nielegalnego hazardu, a dwudziestu trzem - nielegalnego użycia broni.

Niewykluczone, że do rozbicia konferencji doprowadziła zwyczajna podejrzliwość pewnego sierżanta policji stanowej, który - domyślając się, że coś się święci w rezydencji Barbary - nakazał przeprowadzenie nalotu. Do tej wersji wydarzeń należy jednak podejść z dużą dozą sceptycyzmu, zwłaszcza że przyłapanie podczas zebrania samego Vito Genovese mocno sugeruje zdradę. Warto przy okazji przytoczyć zeznania takich postaci, jak Lucky Luciano i Doc Stacher, którzy twierdzili, że policja dostała cynk od przeciwników Genovese.

Jeżeli Genovese sądził, że uda mu się ściągnąć na konferencję wszystkich ważniejszych przywódców syndykatu (a nie było to wyłącznie spotkanie bossów Mafii, jako że wśród zaproszonych - choć niebiorących udziału w konferencji - znaleźli się również Meyer Lansky i Doc Stacher), z pewnością spotkał go srogi zawód. Zdaniem prasy prawdziwym celem konferencji było oficjalne ukoronowanie Genovese na "bossa nad bossami". Komentatorzy podkreślali fakt, że przy aresztowanych bossach znaleziono aż 300 000 dolarów w gotówce - czyżby "kopertowe" dla Genovese? Najprawdopodobniej były to jednak zwyczajne grube pliki banknotów, jakie często noszą mafijni donowie; co więcej - Carlo Gambino jednoznacznie oświadczył, że nie zamierzał wręczać Genovese żadnych pieniędzy (Gambino współpracował z Genovese w planach wyeliminowania Anastasii, gdyż pragnął przejąć kontrolę nad jego rodziną, z pewnością jednak nie planował podporządkować się samemu Genovese). Gdyby konferencja w Apalachin doszła do skutku, stałaby się niewątpliwie sceną poważnego konfliktu, a być może nawet rozłamu w łonie Mafii. Sporom tym można było jednak zapobiec poprzez bojkot lub sabotaż konferencji. Jeśli odrzucimy teorię mówiącą, że bossowie z rejonu Chicago, Detroit, Nowego Orleanu i San Francisco wymknęli się z zasadzki lub też nie zdążyli dojechać na spotkanie, wówczas ich nieobecność należy uznać za co najmniej podejrzaną. Przebywający na wygnaniu we Włoszech Luciano był przeciwnikiem konferencji i prowadził aktywny lobbing przeciwko jej organizowaniu. Nie pojawił się też Frank Costello - tłumaczył, że był stale śledzony przez policję od czasu, gdy cudem przeżył zamach na swoje życie. Co ciekawe - w Apalachin nie było też przedstawicieli Nowego Orleanu, gdzie Costello miał duży posłuch. Meyer Lansky - z formalnego punktu widzenia "główny księgowy" syndykatu - miał przyjechać, ale nabawił się podobno zapalenia gardła i nie chciał opuścić ciepłego klimatu Florydy. Zabrakło wreszcie Doca Stachera, bliskiego współpracownika Lansky'ego. Trzej wielcy nieobecni - Luciano, Costello i Lansky - niewątpliwie reprezentowali stronnictwo przeciwne Genovese. Ich przedstawicielem w Apalachin miał zostać Carlo

Gambino, który od czasu zamordowania Anastas i i utrzymywał pokojowe stosunki z Luciano. Brak niektórych ważnych osobistości z pewnością nie uszedł uwagi zgromadzonych w Apalachin i jednoznacznie wskazywał na brak zgody co do nominacji Genovese na najwyższego bossa. Nalot policji zamienił konferencję w całkowite fiasko i największą kompromitację w dotychczasowej historii Mafii oraz całego syndykatu, zaś całą odpowiedzialność za tę katastrofę zrzucono na Genovese.

Doszło do licznych aktów pozoranctwa. Szczególne oburzenie okazywał chicagowski boss Sam Giancana, który powiadomił później swoich współpracowników, że cudem uszedł z zasadzki (choć w rzeczywistości najprawdopodobniej wiedział o planowanym nalocie). Oto fragment podsłuchanej rozmowy między Giancaną a Stefano Magaddino, bossem rodziny mafijnej z Buffalo:

Magaddino: "To by się nigdy u was nie zdarzyło".

Giancana: "Masz k... rację. To najbezpieczniejsze miejsce na świecie na duże zebranie. (...) Mamy trzy miasta niedaleko Chicago, gdzie szefowie policji siedzą nam w kieszeni. Całe terytorium jest dokładnie obstawione ".

Komentarze Magaddino trudno uznać za szczere, biorąc pod uwagę fakt, że to właśnie on zasugerował Genovese przeprowadzenie spotkania w Apalachin. (Gospodarz konferencji, Barbara, był jednym z oficerów rodziny Magaddino.) Genovese niewątpliwie zdawał sobie sprawę, że został zdradzony, ale nie był w stanie nic na to poradzić, rym bardziej że jego wrogowie nie zasypiali gruszek w popiele. Pół roku po konferencji sam Genovese oraz pewna liczba jego popleczników została oskarżona o członkostwo w gangu narkotykowym. Głównym świadkiem oskarżenia był diler heroiny nazwiskiem Nelson Cantellops, który - co ciekawe - pracował wcześniej dla Lansky'ego i Giancany, dwóch ważnych osobistości świata przestępczego, których zabrakło w Apalachin. Trudno uwierzyć, że prosty i nieokrzesany Cantellops rzeczywiście posiadał informacje obciążające Vito Genovese: jego zeznania zakrawały na spisek, którego celem miało być wyeliminowanie Genovese za pomocą federalnych organów ścigania. Tak czy inaczej przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości połknęli przynętę i Genovese trafił do więzienia.

Na krótko przed swoją śmiercią Luciano wyjawił tajemnicę zeznań Cantellopsa: stwierdził, że diler otrzymał rekompensatę w wysokości 100 000 dolarów od Luciano, Lansky'ego, Costello i Gambino. W zamian za swój udział (25 000 dolarów) Costello zażądał, by przy okazji skazano również Vincenta "Chin" Gigante, realizatora zleconego przez Genovese zamachu na niego samego (żądanie Costello zostało spełnione). Jeszcze później Doc Stacher udzielający wywiadów w Izraelu potwierdził istnienie spisku i dodał, że wdzięczny Lansky nakazał wypłacanie Cantellopsowi pensji w wysokości kilku tysięcy dolarów miesięcznie przez resztę jego życia (które dobiegło końca w 1965 r. podczas bójki w klubie nocnym - choć, cytując Stachera, "o ile wiem, nie wchodziły tu w grę żadne machinacje").

Wydarzenia w Apalachin dały początek gwałtownemu schyłkowi kariery Genovese: oskarżenia o przestępstwa narkotykowe miały być gwoździem do jego trumny. W 1959 r. Genovese został skazany na 15 lat odsiadki i zmarł nie odzyskawszy wolności w roku 1969. Pomimo pobytu za kratkami Genovese zachował wystarczającą władzę, by doprowadzić do zamordowania kilku członków własnej rodziny przestępczej, lecz kiedy nakazał zamach na Luciano i Lansky'ego - nie znalazł posłuchu. Vito zapewne do końca nie przyjął do wiadomości faktu, że w Apalachin mimo wszystko nie obwołano go bossem nad bossami.

 

 

KONFERENCJA w Atlantic City: Konwencja przedstawicieli świata przestępczego; preludium do zawiązania amerykańskiego syndykatu

Konferencja w Atlantic City w 1929 r. miała o wiele większe znaczenie dla świata przestępczego niż konferencja w Hawanie w 1946 r. lub też osławiona konferencja w Apalachin w 1957 r., stanowiła bowiem pierwszy etap na drodze do utworzenia amerykańskiego syndykatu przestępczego. Choć zebranie zaczęło się od krzyku i obelg, pod koniec wszyscy mogli cieszyć się z osiągniętego kompromisu: za dowód niech posłuży zgoda Ala Capone na udanie się z Atlantic City prosto do Filadelfii, gdzie został aresztowany za nielegalne posiadanie broni. Krwawa masakra w dniu św. Walentego wstrząsnęła całym krajem i konieczny był gest mający na celu uspokojenie opinii publicznej. Uznano, że aresztowanie Capone - choćby pod trywialnym zarzutem - będzie dobrym posunięciem, zaś zgoda Capone na ten układ dowodzi, iż mózgi świata przestępczego potrafiły ujarzmić nawet "bestię z Chicago".

Konferencję w Atlantic City zorganizował lokalny boss Nucky Johnson, który potrafił zagwarantować bierność lokalnej policji. Niektórych zaproszonych gangsterów spotkał jednak okropny afront: Johnson zarezerwował im pokoje w luksusowym Break Hotel położonym na wybrzeżu i stanowiącym wyłączną domenę białych protestantów - na tę okoliczność każdy z mafiosów otrzymał odpowiedni anglosaski pseudonim. Gdy jednak recepcjonista przyjrzał się Capone, Nigowi Rosenowi i innym gościom, natychmiast uznał ich przybrane nazwiska za fałszywe i odmówił ich zameldowania. Pracownicy rzecz jasna nie wiedzieli, z kim mają do czynienia, a sami gangsterzy - pragnący utrzymać konferencję w tajemnicy - musieli znieść upokarzające usunięcie z hotelu. Gdy do grupy wyrzuconych bossów dołączył Johnson, Capone nawrzeszczał na niego, oskarżając go o zaniechanie niezbędnych przygotowań. Nastąpiła głośna wymiana poglądów i gdy wydawało się już, że między Johnsonem a Capone dojdzie do rękoczynów, Johnson - wyższy i tęższy - wepchnął Capone do limuzyny i kazał pozostałym gangsterom podążyć za nimi. Kawalkada aut ruszyła w kierunku hotelu Ritz i sąsiadującego z nim hotelu Ambassador. Capone - wciąż wściekły - zaczął zrywać obrazy ze ścian cichego holu Ritza i rzucać nimi w Johnsona. Lucky Luciano wspomina: "Wszyscy zdecydowali się zapomnieć o własnej złości i skoncentrowali wysiłki na uspokojeniu Ala. W ten sposób zaczęły się rozmowy".

Pomimo niefortunnego początku konferencja nieoczekiwanie przerodziła się w wielki sukces. Osiągnięto szereg porozumień między gangsterami reprezentującymi rozmaite interesy i środowiska. Pośród delegatów znalazły się takie osobistości, jak: "Greasy Thumb" Guzik i Nig Rosen z Chicago, Boo-Boo Hoff z Filadelfii, King Solomon z Bostonu, Abe Bernstein reprezentujący Purple Gang z Detroit, Moe Dalitz i Chuck Polizzi z Cleveland, Longy Zwillman z New Jersey, John Lazia (przedstawiciel Toma Pendergasta) z Kansas City oraz Daniel Walsh z Providence w stanie Rhode Island. Największy kontyngent delegatów pochodził jednak z Nowego Jorku: byli to między innymi Lucky Luciano, Meyer Lansky, Johnny Torrio (między nim a Capone doszło do naładowanego emocjami pojednania), Frank Costello, Joe Adonis, Dutch Schultz, Louis Lepke, Vince Mangano, hazardzista Frank Erickson, Frank Scalise oraz Albert Anastasia.

Nie wolno też zapomnieć o dwóch wielkich nieobecnych: Joe Bossie Masserii oraz Salvatore Maranzano - nowojorskich gangsterach starej daty, gotowych stawić czoło nowemu układowi w wojnie o pozycję bossa nad bossami. Ich obsesja na punkcie tego tytułu była sprzeczna z dążeniami delegatów z Atlantic City, którzy upatrywali źródeł nowego porządku w luźnej konfederacji rodzin przestępczych, z których każda dysponowałaby absolutną władzą na przydzielonym jej terenie. Zgromadzeni gangsterzy zdawali sobie również sprawę z konieczności tolerancji etnicznej. Niemal połowa delegatów była pochodzenia żydowskiego i można nawet uznać, że Żydzi reprezentowali większe wpływy niż uczestniczący w spotkaniu Włosi.

Konferencja w Atlantic City była rezultatem działań dwóch myślących podobnie ludzi: Meyera Lansky'ego i Johnny'ego Torrio. Obaj rozumieli korzyści płynące z ustanowienia wspólnego syndykatu. Podczas zebrania poczyniono plany dalszej działalności po zakończeniu prohibicji. Zawarto porozumienie, zgodnie z którym gangi miały wejść w legalny handel alkoholem, nabywając gorzelnie, browary i popularne marki alkoholi. Zwrócono też uwagę na potencjalne korzyści płynące z hazardu i podzielono terytorium kraju na strefy wpływów poszczególnych grup przestępczych, zarówno na potrzeby handlu alkoholem, jak i prowadzenia gier hazardowych. Szczególny nacisk położono na konieczność pokojowego współistnienia i zapobiegania wojnom gangów, które zazwyczaj prowadziły do represji ze strony organów ścigania. Za przykład dobrej organizacji podano pracę tzw. Seven Group, która rozstrzygnęła szereg konfliktów związanych z przemytem alkoholu. Jednocześnie dodano, że fakt pokojowej współpracy nie oznacza wyrzeczenia się rozwiązań siłowych. Wszyscy zgromadzeni rozumieli, że siły Luciano i Lansky'ego będą musiały krwawo rozprawić się ze starymi mafiosami. Konferencja podjęła zatem decyzję - choć nie wyrażoną bezpośrednio przez żadnego z delegatów - o zniszczeniu Mafii włoskiej i zastąpieniu jej Mafią amerykańską skupiającą wszystkie grupy etniczne USA. Capone z pewnością rozumiał, że porozumienie zawarte w Atlantic City oznacza - między innymi - konieczność wyeliminowania mafijnego bossa Chicago Joeya Aiello (zadanie to zostało wykonane w rok po konferencji). Zarówno Torrio, jak i Lansky żywili nadzieję, że konferencja zaowocuje również ustaleniem struktur powstającego syndykatu. Tak się nie stało - ale obaj organizatorzy mieli powody do zadowolenia. Mimo iż zebranie zaczęło się od awantury, pod jego koniec Capone i Johnson wymienili uściski. Nigdy wcześniej tak duża grupa wpływowych przestępców nie podjęła wspólnie tak wielu ważnych ustaleń - i to w tak nieortodoksyjny sposób. Wiele istotnych dyskusji odbyło się podczas wspólnych spacerów wzdłuż wybrzeża. Mafijni bossowie - brodząc po kostki w wodzie z podwiniętymi nogawkami - rozprawiali o budowie imperiów przestępczych i decydowali o życiu i śmierci swoich konkurentów.

 

 

Meyer LANSKY (1902-1983): Założyciel amerykańskiego syndykatu

Żył kiedyś ojciec chrzestny całego amerykańskiego syndykatu: organizacji-matki, z której zrodziła się współczesna amerykańska Mafia. Mówiono na niego "Mały" i nieodmiennie darzono go najwyższym szacunkiem. Lucky Luciano zawsze powtarzał swoim ludziom: "słuchajcie Małego". Sam "Mały" od czasu do czasu wygłaszał pamiętne zdanie: "Jesteśmy więksi niż U.S. Steel". Jeden z agentów FBI powiedział o nim z uznaniem: "Gdyby tylko zajął się legalnymi interesami, zostałby prezesem rady nadzorczej General Motors".

Człowiekiem tym był Majer Suchowliński, lepiej znany jako Meyer Lansky; Żyd pochodzący z polskiego miasta Grodno. Choć wielu zwykłych gangsterów sądzi, że do "naszej sprawy" należą tylko etniczni Włosi, trzeba podkreślić, że żaden z przywódców amerykańskiej Mafii nigdy nie dyskryminował Lansky'ego ze względu na jego narodowość. Tylko w najniższych kręgach amerykańskiego świata przestępczego krążą stereotypowe poglądy, głoszące, że Lansky - z uwagi na żydowskie korzenie - pełnił jedynie funkcję księgowego Mafii i nie brał udziału w podejmowaniu kluczowych decyzji.

Lansky był alfą i omegą amerykańskiej przestępczości zorganizowanej. W latach czterdziestych i pięćdziesiątych XX w., gdy amerykański syndykat znajdował się pod kontrolą tzw. Wielkiej Szóstki, Lansky po prostu wygłaszał swoje poglądy podczas zebrań Komisji, a wszyscy pozostali członkowie zawsze udzielali mu bezwarunkowego poparcia. "Greasy Thumb" Guzik z Chicago uważał go za jednego z wielkich geniuszy swojej epoki. Tony Accardo nie mógł nadziwić się ilością pieniędzy, które za sprawą Lansky'ego trafiały do jego kieszeni. Longy Zwillman, boss z New Jersey, w każdej sprawie postępował zgodnie ze wskazówkami "Małego". Podobnie czynił Frank Costello, wspólnik Lansky'ego na terenie Nowego Orleanu, Las Vegas i innych miast. Joey Adonis otrzymał od deportowanego Lucky'ego Luciano jednoznaczny rozkaz: "masz słuchać Meyera". Nie dziwi więc fakt, że Wielka Szóstka niemal zawsze podejmowała decyzje jednogłośnie - oczywiście po myśli Lansky'ego. Meyer cieszył się powszechnym posłuchem, bo po prostu opłacało się go słuchać. Najlepszym słuchaczom przypadały smakowite udziały w interesach hazardowych na Kubie (przed erą Castro). Lansky dzielił się zyskami z Chicago, Detroit, New Jersey i Nowym Jorkiem. Gdy rodzina Trafficante z Tampy próbowała na własną rękę rozkręcić biznes na Kubie, Lansky skorzystał ze swoich dojść do Batisty, by położyć tamę zapędom konkurentów; następnie zaś wspaniałomyślnie odstąpił im część swojego interesu (mniejszą niż te, które przydzielił innym rodzinom). Taki właśnie był Lansky. Pewnego razu Jack Dragna, boss rodziny z Los Angeles, postanowił wydrzeć Lansky'emu część wpływów w Las Vegas. Lansky spokojnie wyperswadował mu owe zamierzenia, następnie postawił go na baczność, ucałował... i odprawił z pustymi rękami. Taki właśnie był Lansky.

Lansky jest jednym z najsłabiej poznanych przywódców amerykańskiego syndykatu - pomimo zainteresowania mediów, jakie budził w ciągu ostatniej dekady swojego życia. Choć tytularnym ojcem chrzestnym przestępczości zorganizowanej w latach trzydziestych był Lucky Luciano, Lansky co najmniej dorównywał mu wpływami (a niewykluczone, że nawet go pod tym względem przewyższał). Wspólnie z Luciano Lansky ujarzmił zarówno zwalczające się nawzajem gangi z czasów prohibicji, jak również staromodną amerykańską Mafię, kierowaną w owych czasach przez tzw. Wąsatych Piotrków (w szczególności Joego Bossa Masserię oraz Salvatore Maranzano). Współczesna Mafia amerykańska w znacznej mierze zawdzięcza swoje wpływy (a nawet istnienie) duetowi Lansky-Luciano. Trudno byłoby zresztą wyobrazić sobie lepiej dobraną parę: oczytany, błyskotliwy Lansky, zdolny dokładnie przeanalizować każdy problem, oraz stosunkowo prosty Luciano (czytywał "New York Daily News" i "Daily Mirror", ale przyznawał, że "New York Times" był dlań zbyt naukowy), nadrabiający swoje niedostatki niezwykłym talentem organizacyjnym i determinacją we wcielaniu w życie własnych zamierzeń. Lansky starał się wytwarzać wokół siebie aurę człowieka stroniącego od przemocy. Było to jednak złudzenie. W latach dwudziestych wspólnie z Bugsym Siegelem Lansky założył tzw. Bug and Meyer Mob, określany przez niektórych mianem najbrutalniejszej grupy przestępczej Wschodniego Wybrzeża. Gang zajmował się zarówno ochroną, jak i porywaniem transportów z bimbrem, zaś opłaty za "usługi" jego członków były tak wysokie, że można było określić je mianem wymuszeń. Gang Siegela i Lansky'ego był też wynajmowany do realizacji "zleceń" - pod tym względem można więc uznać go za prekursora Murder, Inc. (zbrojnego ramienia syndykatu). Wielu "absolwentów" gangu służyło później (w latach trzydziestych) w Murder, Inc., organizacji, do której powstania w znacznym stopniu przyczynił się sam Lansky. To on zaproponował oddanie żołnierzy Murder, Inc. pod rozkazy triumwiratu Louis Lepke-Albert Anastasia-Bugsy Siegel. Niektórzy bossowie syndykatu sprzeciwili się wówczas kandydaturze Siegela, który miał opinię człowieka skłonnego do zbytecznej przemocy, a jednocześnie wykazywał bezwzględną lojalność wobec Lansky'ego (obawiano się, że za sprawą Siegela Lansky będzie dysponował pełną kontrolą nad aparatem zbrodni, gdyby w ramach syndykatu miało dojść do bratobójczej wojny). Lansky zgodził się w końcu wycofać swoje poparcie dla Siegela - co zresztą nie umniejszało jego wpływów. Podobno wszystkie ważniejsze zlecenia dla Murder, Inc. przechodziły przez ręce Lansky'ego. Jego opinii zasięgnięto nawet w sprawie zamachu na Siegela, który w 1947 r. zdefraudował pieniądze Mafii przeznaczone na budowę kasyna w Las Vegas. "Nie miałem wyboru" - mówił podobno Lansky swoim wspólnikom; inni jednak twierdzą, że to właśnie on upierał się przy wydaniu zlecenia na swojego byłego przyjaciela - choć wstrzymał egzekucję na pewien czas, dając Siegelowi szansę postawienia kasyna na nogi. Taki właśnie był Lansky.

Zarówno Luciano, jak i Lansky utrzymywali, że plany założenia syndykatu zrodziły się w ich głowach już w 1920 r., gdy Luciano był niewiele po dwudziestce, a Lansky liczył zaledwie 18 lat. Mentorem obydwu młodych gangsterów był Arnold Rothstein, sławny hazardzista i "mózg" kryminalny, który wpoił swoim uczniom własne przekonania i wizje. Śmierć Rothsteina (zamordowanego w 1928 r.) położyła kres długiemu okresowi terminowania Lansky'ego i Luciano. Wspólnie przeżyli wojny gangów lat dwudziestych zawierając sojusze i eliminując swoich wrogów - mimo iż ustępowali wielu gangom pod względem sił i środków. Gdy w końcu udało im się zorganizować zamach na Masserię i Maranzano, znaleźli się na szczycie amerykańskiej piramidy przestępczej. Nawet Al Capone wiedział, że są od niego potężniejsi. Luciano rzekomo stwierdził pewnego razu: "Od dawna wiedziałem, że Meyer Lansky rozumie umysł Włocha tak dobrze, jak ja sam. (...) Mówiłem Lansky'emu, że jego matka była co prawda Żydówką, ale na pewno miał sycylijską niańkę". Według Luciano Lansky "zawsze wiedział, co czeka za rogiem", potrafił przewidywać konsekwencje przestępczych intryg i rozumiał, że "lufa spluwy jest krzywa" - tzn. potrafił schodzić z linii ognia. Taki właśnie był Lansky - przez całe swoje życie.

Lansky nigdy nie wypominał Luciano oficjalnego przywództwa nad Mafią; wiedział bowiem, że tytuł ten niesie ze sobą oczywiste zagrożenia i - niezależnie od wypłacanych łapówek - grozi represjami ze strony wymiaru sprawiedliwości.

Uczynienie z Luciano głównego bossa Mafii miało jeszcze jedną zaletę: ułatwiało pozyskanie zaufania ze strony włoskich mafiosów. Lansky nie miał problemów z zarażeniem swoją wizją gangsterów żydowskich, takich jak Zwillman czy Moe Dalitz (a nawet nieprzewidywalny Dutch Schultz): wszyscy oni doskonale rozumieli korzyści płynące z syndykalizacji. Włoska Mafia była jednak inna, a wielu jej członków czuło się zagubionych po latach wyniszczającej wojny. Lansky powiedział Luciano: "tym ludziom potrzeba czegoś, w co mogliby uwierzyć" i radził, by Luciano utrzymał w mocy mafijne obrzędy i reguły, którym hołdowali dawni bossowie. Luciano osobiście nie dbał o bezsensowne rytuały, przysięgi krwi itp., ale pod presją Lansky'ego zezwolił na ich dalsze praktykowanie. Jednym z najinteligentniejszych posunięć Luciano było formalne zniesienie stanowiska "bossa nad bossami", dzięki czemu - zgodnie z przewidywaniami Lansky'ego - natychmiast awansował na de facto najwyższego bossa. Za radą Lansky'ego wspólna organizacja przyjęła nazwę Unione Siciliano (przywodzącą na myśl dawne sycylijskie stowarzyszenie samopomocy), jednak po pewnym czasie utarło się określanie syndykatu mianem "kombinacji". Luciano powtarzał swoim ludziom, że tradycja nie ma większego znaczenia i że liczą się przede wszystkim pieniądze. (Jednak z biegiem lat nawet Luciano docenił rolę tradycyjnej struktury włoskiego ramienia syndykatu: to dzięki niej był w stanie utrzymać i ugruntować swoją władzę, w czym nie przeszkodziła mu nawet dziesięcioletnia odsiadka.)

Jeszcze w 1951 r., gdy nazwisko Lansky'ego wypłynęło przy okazji śledztwa w sprawie króla bukmacherów Franka Ericksona, komentatorzy z "New York Timesa" (dysponującego jednym z najlepszych archiwów wycinków prasowych na całym świecie) nie wiedzieli, kim właściwie był Lansky. Gazeta posłużyła się określeniem "Meyer (Socks) Lansky", w oczywisty sposób myląc go z Josephem "Socks" Lanzą, gangsterem prowadzącym interesy w dzielnicach portowych Nowego Jorku. Komisja Kefauvera badająca amerykańską przestępczość zorganizowaną w latach 1950-1951 uznała Lansky'ego za osobę tak nieistotną, że nie wezwała go nawet do złożenia zeznań. Jego nazwisko w ogóle nie pojawiło się w dwóch pierwszych raportach wstępnych opublikowanych przez Komisję. Dopiero ostateczny raport wspominał: "Odkryto ślady działalności Costello, Adonisa i Lansky'ego w Nowym Jorku, Saratodze, hrabstwie Bergen, N.J., Nowym Orleanie, Miami, Las Vegas, na Zachodnim Wybrzeżu i w Hawanie na Kubie".

Lansky wkrótce został obwołany "mózgiem kombinacji" i zyskał sławę jako człowiek, który sprawował władzę nad imperium przestępczym Luciano, gdy ten ostatni trafił do więzienia. Lansky bez przeszkód obracał milionami dolarów należącymi do syndykatu - i dopilnował, by Luciano otrzymywał należny mu procent od zysków, nawet po jego deportacji do Włoch. To właśnie Lansky stworzył coś, co przez pewien czas uznawano za największe źródło dochodów kombinacji: kubańskie imperium hazardu. Na drodze bezpośrednich negocjacji z dyktatorem Fulgencio Batistą zapewnił sobie całkowitą swobodę działania na Kubie. Podobno osobiście wpłacił na szwajcarskie konta Batisty kwotę 3 milionów dolarów oraz zawarł z dyktatorem porozumienie, na mocy którego hawańskiej juncie przysługiwał pięćdziesięcioprocentowy udział w zyskach mafijnych kasyn. Lansky cieszył się reputacją człowieka niezastąpionego i prowadził swoje interesy bez jakichkolwiek obaw o własne bezpieczeństwo. Mógł - przykładowo - zawrzeć porozumienie z Vito Genovese w kwestii zamachu na Anastasię, a jakiś czas później zorganizować spisek, który poskutkował aresztowaniem i skazaniem Genovese za handel narkotykami. Pomimo oczywistej dwulicowości pozostawał całkowicie bezkarny. Kartoteka kryminalna Lansky'ego nie zawierała żadnych istotnych zarzutów aż do 1970 r., kiedy rząd federalny po raz pierwszy podjął poważną próbę dobrania mu się do skóry i oskarżył go o przestępstwa podatkowe (Lansky istotnie zarobił miliony dzięki skimmingowi w kasynach w Las Vegas, znajdujących się pod niejawną kontrolą syndykatu). Władze USA postanowiły ubiegać się o przyznanie mu statusu persona non grata i deportację. W 1970 r. Lansky zbiegł do Izraela (kraju, w którym wielu jego żydowskich wspólników wiodło spokojny żywot emerytów), po czym wystąpił o przyznanie mu izraelskiego obywatelstwa na mocy tzw. Prawa Powrotu (umożliwiającego automatyczną naturalizację każdego, kto mógł udowodnić, że miał żydowską matkę). Lansky zainwestował w Izraelu miliony dolarów, by zdobyć poparcie społeczne, lecz z punktu widzenia rządu izraelskiego jego obecność była nader kłopotliwa. Przedstawiciele organów ścigania donosili, że nie zamierza wcale porzucić kariery przestępczej i że planuje wykorzystanie Izraela jako swojej nowej bazy. Po długiej batalii sądowej i burzliwej debacie publicznej Lansky został zmuszony do opuszczenia Izraela w 1972 r.

W 1973 r., po przejściu operacji serca, Lansky został postawiony przed sądem w Miami. Oskarżano go o oszustwa podatkowe (tradycyjny zarzut stawiany bossom mafijnym od czasów Ala Capone). Proces zakończył się katastrofą dla rządu: sąd uniewinnił Lansky'ego. W grudniu 1974 r. rząd federalny dał za wygraną i zaniechał dalszej kampanii przeciwko liczącemu 72 lata gangsterowi. Lansky zachował swoje stanowisko w syndykacie aż do samej śmierci. Na początku lat siedemdziesiątych jego osobisty majątek szacowano na około 300 milionów dolarów; w roku 1980 musiał on urosnąć przynajmniej do 400 milionów. Niektórzy biografowie tłumaczą niepohamowany pęd Lansky'ego do zarabiania pieniędzy jako oznakę wewnętrznej żądzy władzy i zdolności jej sprawowania; można też jednak pokusić się o prostsze wyjaśnienie: dla Lansky'ego nie istniało pojęcie "wystarczająco bogaty". W 1991 r. brytyjski autor Robert Lacey opublikował książkę pt. Little Man, w której utrzymywał, że Lansky umarł bez grosza przy duszy. Jego teoria nie zdobyła jednak wielu zwolenników. Recenzent z "New York Timesa" określił książkę mianem "banalnej" i odrzucił tezę Laceya, głoszącą, że pracownicy śledczy nigdy nie odnaleźli dowodów łączących Lansky'ego z jakąkolwiek poważną działalnością przestępczą. "Argumenty te dowodzą jednak czegoś dokładnie przeciwnego - a w każdym razie tak twierdzą ci, według których Meyer Lansky był geniuszem zbrodni, który pozostawił po sobie olbrzymią, ukrytą fortunę. Lansky'ego nigdy nie udało się na niczym przyłapać, bo nigdzie nie zostawiał swoich odcisków palców. Im bardziej argumentujemy, że nie było żadnej fortuny, rym bardziej dowodzimy, że jednak musiała ona istnieć" - czytamy w artykule. Jeśli wierzyć Laceyowi, Lansky - człowiek, który osobiście wytłumaczył Huey Longowi i Fulgencio Batiście korzyści płynące z posiadania tajnych kont w Szwajcarii - nigdy nic dla siebie nie odłożył, mimo że przez jego ręce przechodziły wielomilionowe kwoty.

Lansky stworzył amerykańską przestępczość zorganizowaną w jej współczesnej postaci, lecz nie interesowało go budowanie prywatnej dynastii. Jego żona i dzieci były przezeń trzymane z dala od jakichkolwiek brudnych interesów; nie wyznaczył też żadnego następcy. Pod tym względem postać Lansky'ego można uznać za kwintesencję żydowskiego gangstera: ludzie jego pokroju umierali nie pozostawiwszy spadkobierców lub też pozbywali się udziałów w działalności przestępczej i spokojnie przechodzili na emeryturę. Meyer Lansky przeżył Lucky'ego Luciano o 20 lat, lecz, paradoksalnie, dzieło Luciano - współczesna Mafia amerykańska - okazało się trwalsze od spuścizny Lansky'ego: organizacja, którą założył Luciano, była bowiem samonaprawiającym się mechanizmem, zdolnym funkcjonować tak długo, jak długo trwał dopływ gotówki. A jednak pomimo wkładu Luciano, to właśnie Lansky pozostaje prawdziwym założycielem i ojcem chrzestnym amerykańskiej Mafii.

 

 

LAS Vegas: Ziemia obiecana przestępczości zorganizowanej

Pierwszymi ludźmi uprawiającymi hazard w Las Vegas byli Indianie z plemienia Pajutów, zamieszkujący te ziemie na długo przed założeniem sławnego "miasta grzechu". Gdy w XIX w. do stanu Utah przybyli mormoni, ich chrześcijańska działalność misyjna została niemal całkowicie zignorowana przez Pajutów, którzy woleli spędzać czas grając w coś na kształt piaskowej ruletki przy użyciu kości i kolorowych patyków. Zarówno Pajutowie, jak i członkowie przestępczości zorganizowanej mieli wejść w swoistą symbiozę z Las Vegas - miastem pomyślanym jako mekka hazardzistów i zbudowanym niemal wyłącznie za pieniądze syndykatu.

Podczas II wojny światowej Las Vegas było zwykłą, zapadłą mieściną zagubioną gdzieś na pustyni i składającą się z kilku stacji benzynowych, szeregu brudnych kantyn oraz paru salonów z automatami do gry. Często powtarzano, że pierwszą osobą, która wyobraziła sobie Las Vegas jako lśniącą stolicę hazardu, był Bugsy Siegel; w rzeczywistości jednak za wszystkim stał Meyer Lansky - to właśnie on w 1941 r. polecił Bugsy'emu, by wysłał do Las Vegas swojego zaufanego doradcę, Moe Sedwaya. Przez pewien czas Bugsy uznawał całą koncepcję za zwariowaną i nie chciał tracić czasu na jej realizację (o wiele bardziej odpowiadało mu życie hollywoodzkiego playboya), lecz Lansky naciskał, świadomy faktu, że centrum legalnego hazardu umożliwiałoby jego organizacji osiąganie znacznie wyższych zysków przy niższych nakładach niż cała sieć nielegalnych kasyn. Po zakończeniu II wojny światowej Bugsy wreszcie przekonał się do koncepcji nowego Las Vegas. Jego entuzjazm sprawił, że tuzowie świata przestępczego zgodzili się wyłożyć fundusze na rozwój miasta. Lansky mógł spokojnie czekać - gdyby pomysł nie wypalił, cała odpowiedzialność spadłaby na Siegela; gdyby zaś Las Vegas okazało się strzałem w dziesiątkę, mógłby przypisać sobie całą zasługę.

Mając do dyspozycji budżet rzędu 6 milionów dolarów, Siegel wybudował kasyno Flamingo, które okazało się katastrofą finansową: otwarto je zbyt wcześnie, zapominając o odpowiedniej kampanii reklamowej. Bugsy miał też inne zmartwienia: zdefraudował znaczną część otrzymanych funduszy i gdy sprawa wyszła na jaw, syndykat zażądał zwrotu gotówki. Jedyną nadzieją Siegela był sukces finansowy Flamingo - ten jednak nie nadchodził i w końcu Siegel został zamordowany. Pomimo mało obiecujących początków Las Vegas zaczęło się rozrastać. Lansky przejął kontrolę nad Flamingo i wkrótce postawił je na nogi (kasyno przyniosło zysk już w rok po otwarciu). Do miasta zaczęli tłumnie zjeżdżać bossowie świata przestępczego. Władze stanowe próbowały wprowadzić twarde reguły mające na celu odstraszenie Mafii od inwestowania w Las Vegas, ale nie przyniosło to żadnego rezultatu: syndykat przejął kontrolę nad całym interesem posługując się siecią spółek fasadowych. Do Lansky'ego należało przede wszystkim kasyno Thunderbird (choć Meyer miał też swój udział w innych lokalach). Desert Inn padło łupem Moe Dalitza oraz jego wspólników z Cleveland. Kasynem Sands rządził zza kulis zespół złożony z Lansky'ego, Joego Adonisa, Franka Costello i Doka Stachera. Do interesu wciągnięto również aktora George'a Rafta oraz piosenkarza Franka Sinatrę, który otrzymał 9% udziałów. Sinatra czuł się podobno niezwykle zaszczycony, zaś jego mafijnym dobroczyńcom zależało przede wszystkim na jego występach - jak stwierdził Stacher: "Nie było lepszej przynęty w Las Vegas. Gdy występował Frankie, hotel był nabity po brzegi". Kasyna Sahara i Riviera kontrolowali bracia Fischetti, Tony Accardo oraz Sam Giancana, przywódcy Mafii chicagowskiej. Dunes było kopalnią złota dla Raymonda Patriarki, czołowego mafioso Nowej Anglii.

Gdy przystąpiono do budowy kasyna Stardust, Dalitz zaczął narzekać, że odciągnie ono klientów od należącego doń Desert Inn. Przez pewien czas wydawało się, że Dalitz sięgnie po metody rodem z okresu prohibicji, gdy dochodziło do wielkich wojen gangów; w końcu jednak Lansky zaproponował zorganizowanie spotkania i podjęcie próby rozstrzygnięcia sporu w sposób pokojowy. Interesy Stardust reprezentował gangster Tony Comero, organizator jednego z przedwojennych kalifornijskich "pływających kasyn", zaś Desert Inn wydelegowało samego Dalitza oraz jego prawą rękę, Morrisa Kleinmana. W posiedzeniu wziął też udział Longy Zwillman z New Jersey. Doszło do zawarcia ugody, na mocy której obydwie grupy podzieliły się interesami w swoich kasynach, przy okazji jeszcze bardziej komplikując i tak już złożone kwestie własności. Po zamachu na Franka Costello w 1957 r. policja znalazła w kieszeni jego płaszcza wyciąg z ksiąg kasyna Tropicana obejmujący okres 24 dni. Warto dodać, że Komisja Kontroli Gier stanu Nevada nie miała wcześniej pojęcia, że Tropicana należała do Costello oraz do jego zaufanego przyjaciela, Dandy Phila Kastela.

Interesujący przypadek stanowiło kasyno Caesar's Palace. Jego dekoracje i architektura przywodziły na myśl starożytny Rzym - lub, cytując komika Alana Kinga - "może nie tyle Rzym, ile wczesną architekturę sycylijską". Tak czy inaczej, udziałami w kasynie dysponował istny legion mafijnych inwestorów: Accardo, Giancana, Patriarca, Jerry Catena (jeden z głównych doradców Vito Genovese) oraz Vincent "Jimmy Blue Eyes" Alo (długoletni kumpel Lansky'ego). Najważniejszym udziałowcem był zapewne Jimmy Hoffa i kontrolowany przezeń fundusz emerytalny związku Teamsters, który utopił w Caesar's Palace przynajmniej 10 milionów dolarów (a także około 40 milionów w innych firmach na terenie Las Vegas). Pieniądze księgowano jako "wieczyste pożyczki" - fundusz emerytalny Teamsters znacznie bardziej przyczynił się do poprawy stopy życiowej mafiosów niż emerytowanych robotników. W latach sześćdziesiątych hotele w Las Vegas zaczął skupować Howard Hughes, który w sumie zgromadził pod swoją kontrolą aż 17 kasyn. Najważniejsi bossowie przestępczy opuścili miasto, ale pozostawili w nim rzesze swoich podwładnych - chodziło przecież o "zachowanie know-how". Interesy Hughesa nie szły dobrze: początkowo zamierzał zarobić 20% od kwoty wyłożonej na zakup luksusowych lokali; w rzeczywistości jednak stopa zwrotu jego inwestycji nigdy nie przekroczyła 6%, a w 1970 r. holding wykazał kilka milionów dolarów straty. Zawiedziony Hughes pozbył się swoich udziałów w Las Vegas i pierwsze skrzypce ponownie zaczął grać syndykat. Choć już pod koniec lat siedemdziesiątych rząd federalny dobrał się do skóry niektórym gangsterskim potentatom z Las Vegas, prawdziwy atak na miasto FBI przypuściło dopiero podczas kolejnej dekady. Doszło do "dezynfekcji" niektórych "brudnych" kasyn i przejęcia ich przez legalnych właścicieli. Wśród "ulegalnionych" kasyn znalazły się Tropicana, Stardust, Desert Inn, Circus-Circus, Caesar's Palace, Fremont, Aladdin, Sands, Rivera i Sundance. Dwa kolejne - Dunes i Marina - zostały wyburzone.

Największą stratą dla syndykatu było niewątpliwie kasyno Stardust, będące istną kopalnią złota dla Mafii chicagowskiej. Dochody ze skimmingu w Stardust były wprost zawrotne. Po serii śledztw interes dostał się w ręce szanowanej rodziny Boyd, która nie była w stanie uwierzyć w rzeczywistą wysokość zysków (obliczonych w uczciwy sposób). Były agent FBI, William F. Roemer junior, długoletni członek chicagowskiej brygady FBI do spraw przestępczości zorganizowanej i ekspert od sytuacji w Las Vegas stwierdził: "Na skutek gigantycznego skimmingu dostępne księgi obrachunkowe nie dają wglądu w rzeczywiste dochody kasyna Stardust".

Śledztwa FBI w sprawie skimmingu w Las Vegas zdziesiątkowały lokalne organizacje przestępcze. Kontrola przestępczości zorganizowanej nad hotelem Tropicana załamała się po skazaniu kilku bossów z Kansas City. Kolejne, szerzej zakrojone dochodzenie wykazało, że licznymi kasynami rządzili gangsterzy z Chicago, Kansas City, Milwaukee i Cleveland. Wpadł między innymi Joey Aiuppa - główny boss Mafii chicagowskiej; John Cerone - jego zastępca oraz dwóch podległych im capo; Frank Balistrieri, boss z Milwaukee; całe przywództwo mafii z Kansas City oraz jedna ważna osoba z Cleveland. Na wszystkich schwytanych mafiosów wydano wysokie wyroki, niemal gwarantujące dożywotnią odsiadkę. W 1994 r. Roemer ogłosił, że interesy przestępcze w Las Vegas uległy znacznemu ograniczeniu, choć przyznał, że wciąż "istnieją pewne podejrzenia" w związku z trzema kasynami.

 

 

Louis LEPKE (1897-1944): Przywódca syndykatu

W latach trzydziestych Louis Buchalter, lepiej znany jako Louis Lepke, był królem przestępstw na amerykańskim rynku pracy. Był też jedynym przywódcą amerykańskiego syndykatu, którego spotkała egzekucja (i jednocześnie najbogatszym człowiekiem, który kiedykolwiek trafił na krzesło elektryczne w całej historii USA). Szczupły, liczący zaledwie 167 cm wzrostu i schludnie ubrany Lepke wyglądał raczej na szacownego biznesmena niż na groźnego władcę życia i śmierci. Jeden z jego wspólników stwierdził: "Lep uwielbia krzywdzić ludzi". Zachowanie Lepkego stało w całkowitej sprzeczności z jego pseudonimem - "Lepke" wywodzi się od "lepkeleh", zdrobnienia w jidysz "mały Louis" (tak nazywała go matka). W świecie przestępczym słowo "Lepke" nie budziło jednak uczuć macierzyńskich, lecz raczej blady strach.

Na początku lat dwudziestych, gdy większość gangsterów lgnęła do szybkich, łatwych pieniędzy osiąganych dzięki dystrybucji nielegalnego alkoholu, Lepke - protegowany geniusza zbrodni Arnolda Rothsteina - wolał wybrać dla siebie obszar działania, który rokował większe szansę na długoletnią karierę. Podejrzewał, że dzięki kilku celnym i bezwzględnym posunięciom może zapanować nad rynkiem pracy w Nowym Jorku. Jego wybór padł na lukratywny przemysł odzieżowy. W krótkim czasie Lepke uzyskał kontrolę nad związkami zawodowymi krawców oraz dorobił się wielkiej fortuny. Nic dziwnego, że Thomas E. Dewey uznał go za najgorszego gangstera przemysłowego w Ameryce, a J. Edgar Hoover - poniewczasie i licząc zapewne na rozgłos prasowy - określił go nawet mianem "najgroźniejszego przestępcy USA". We wczesnych latach dwudziestych Lepke i kolejny bandyta, Jacob "Gurrah" Shapiro (z którym Lepke współpracował od lat młodzieńczych), weszli w spółkę z Little Augie Orgenem, specjalistą od przekrętów na rynku pracy. Augie świadczył właścicielom firm odzieżowych usługi polegające na łamaniu strajków; Lepke rozumiał jednak, że był to jedynie wierzchołek góry lodowej i że rynek pracy oferował znacznie większe możliwości dla ludzi jego pokroju. Ponieważ Little Augie stanowił dla Lepkego przeszkodę, w 1927 r. Lepke wspólnie z Shapiro i kilkoma innymi gangsterami napadł i zabił swojego wspólnika.

Lepke i Shapiro zaczęli koncentrować swoją uwagę na związkach zawodowych i po pewnym czasie zdominowali szereg nowojorskich komórek związkowych, wykorzystując je następnie do szantażowania pracodawców, a jednocześnie podnosząc i defraudując składki członkowskie. Pierwszym związkiem zawodowym, który dostał się pod kontrolę Lepkego, był związek dostawców pieczywa. Kierowcy furgonetek musieli płacić jednocentowy "podatek" od każdego odebranego z piekarni bochenka - w przeciwnym razie dostarczano im czerstwy chleb. Po pierwszej organizacji związkowej przyszedł czas na kolejne, przejmowane do spółki z Tommym Lucchese (mafioso utrzymującym bliskie kontakty z Luckym Luciano). Lepke zaczął ściągać haracze od hodowców drobiu, farbiarzy, producentów torebek ręcznych, obuwia i galanterii skórzanej oraz restauratorów. Jego roczne honoraria za samą tylko "ochronę" sięgały 10 milionów dolarów.

Lepke - jako wspólnik Meyera Lansky'ego, Franka Costello, Joego Adonisa, Dutcha Schultza oraz Luciano - znalazł się w grupie założycieli amerykańskiego syndykatu. Wszystkie wymienione osoby zdawały sobie sprawę z konieczności wyposażenia nowej organizacji w ramię zbrojne; Lepke został więc pierwszym przywódcą grupy, którą prasa ochrzciła później mianem "Murder, Inc." - brygady morderców odpowiedzialnej za zrealizowanie łącznie kilkuset "zleceń". Na swoich doradców Lepke wybrał brutalnego Shapiro i jeszcze bardziej krwiożerczego Alberta Anastasię. Lepke miał teraz pod sobą 250-osobową armię gangsterów, która zapewniała mu stały dopływ gotówki. Wkrótce stał się multimilionerem i zaczął prowadzić odpowiedni dla swojego statusu styl życia. Mieszkał w luksusowym apartamencie w centrum Manhattanu i utrzymywał całą kolekcję samochodów, którymi jeździł na tory wyścigowe i do klubów nocnych. Zimy spędzał na Florydzie lub w Kalifornii; często wyjeżdżał też do Hot Springs w stanie Arkansas - miasta kontrolowanego przez Owneya Maddena i uważanego za kurort dla wysoko postawionych gangsterów. Pewnego razu Lepke odbył podróż do Hot Springs w towarzystwie Luciano, Lansky'ego, Adonisa oraz przywódcy Tammany Hali, Jimmy'ego Hinesa. Ekstrawagancki styl życia Lepkego przyciągał uwagę opinii publicznej, lecz zadufany w sobie Lepke wierzył, że dysponuje odpowiednimi środkami, by poradzić sobie z każdym problemem natury prawnej. W prawdziwe kłopoty popadł dopiero, gdy jego postacią zainteresował się Thomas E. Dewey, młody, ambitny prokurator specjalny. Dewey skoncentrował swoje śledztwo na przekrętach piekarnianych, zaś rząd federalny zaczął badać powiązania Lepkego z nielegalnym ograniczaniem swobód handlowych. Na domiar złego Federalne Biuro do spraw Narkotyków otrzymało donosy, które świadczyły, że Lepke kierował dużą siatką przemytników narkotykowych i korumpował amerykańskich celników. Aresztowany, a następnie zwolniony za kaucją Lepke postanowił się ukryć. Gdy rząd federalny rozsyłał za nim listy gończe, Lepke przesiadywał w tajnych brooklyńskich kryjówkach należących do Alberta Anastasii - i wciąż sprawował władzę nad swoim przestępczym imperium.

Polowanie na Lepkego stanowiło duży problem dla syndykatu i utrudniało prowadzenie interesów przestępczych. Zrobiło się naprawdę gorąco. Burmistrz Nowego Jorku Fiorello La Guardia nakazał komisarzowi policji Lewisowi J. Valentine'owi wydanie otwartej wojny miejskim gangom. Po niedługim czasie wszystkie nowojorskie rodziny przestępcze zaczęły ponosić poważne straty. Postanowiono zasięgnąć rady Luciano (skazanego za sprawą Deweya i przebywającego w zakładzie karnym Dannemora, lecz wciąż uważanego za człowieka numer 1 w Mafii). Luciano zadecydował, że Lepke musi się poddać "dla dobra ogółu"; wiedział też jednak, że władze mają wystarczająco wiele dowodów, by skazać Lepkego na dożywocie i dlatego stwierdził, że trzeba uciec się do oszustwa. Za pośrednictwem Longy'ego Zwillmana, bossa rodziny przestępczej z New Jersey, dotarto do gangstera nazwiskiem Moe "Dimples" Wolensky - zaufanego człowieka Lepkego - i wręczono mu wiadomość o ugodzie zawartej rzekomo z J. Edgarem Hooverem: zgodnie z treścią notatki Lepke miał oddać się bezpośrednio w ręce Hoovera, po czym postawiono by mu tylko zarzut handlu narkotykami i skazano na 5 lat więzienia (zarzuty stawiane przez prokuraturę stanową zostałyby wycofane). Lepke uwierzył w tę bajkę i 24 sierpnia 1939 r. poddał się na jednej z ulic Manhattanu Hooverowi oraz felietoniście Walterowi Winchellowi. Gdy tylko wsiadł do samochodu Hoovera, zrozumiał, że został oszukany. Hoover nie wyraził zgody na jakiekolwiek porozumienie. Lepkego skazano na 14 lat więzienia za przestępstwa narkotykowe, po czym przekazano go Deweyowi, który wywalczył kolejny wyrok: od 39 lat do dożywocia. Nie był to jednak koniec problemów Lepkego - choć nawet w więzieniu zachował wystarczające wpływy, by zlecić zamordowanie Wolensky'ego za jego udział w zdradzie. Rząd federalny zaczynał dobierać się do skóry członkom Murder, Inc. Słynny informator Abe Reles oraz inni świadkowie powiązali Lepkego z morderstwem popełnionym na właścicielu sklepu cukierniczego, Joe Rosenie, w 1936 r. (Rosen był wcześniej kierowcą ciężarówki pracującym dla firmy odzieżowej, która zbankrutowała na skutek działań Lepkego. Sfrustrowany Rosen zaczął składać zeznania przed prokuratorem okręgowym i Lepke nakazał trójce swoich podwładnych - Mendy'emu Weissowi, Louisowi Capone oraz Pittsburgh Philowi Straussowi - uciszenie kłopotliwego świadka. Szesnaście kuł załatwiło sprawę.) Choć 12 listopada 1941 r. Reles w tajemniczy sposób "wypadł przez okno" hotelu, w którym przebywał pod nadzorem policji, rząd federalny wciąż posiadał aż nadto dowodów, by skazać Lepkego, Weissa i Capone na śmierć. Identyczny wyrok wydano na Straussa za jego udział w innych morderstwach.

Lepke chwytał się rozmaitych kruczków prawnych, by odwlec swoją egzekucję aż do marca 1944 - roku, w którym miało dojść do wyborów prezydenckich. Wkrótce przed ostatecznym terminem egzekucji prasę obiegła wiadomość, że Lepke zaczął sypać i że jego zeznania mogły "rozsadzić" scenę polityczną - aż po sam Biały Dom. Spekulowano między innymi, że Lepke jest w stanie obciążyć "pewnego potężnego przywódcę związkowego i ważnego polityka" odpowiedzialnością za "kilka poważnych przestępstw". Za czasów prezydentury Roosevelta po Białym Domu krążyło popularne motto: "Zawsze spytaj Sidneya", nawiązujące do Sidneya Hillmana, przewodniczącego związku zawodowego pracowników przemysłu odzieżowego i najbardziej zaufanego doradcy Roosevelta od spraw rynku pracy. Fakt, że w artykułach poświęconych Lepkemu chodziło właśnie o Hillmana, był tajemnicą poliszynela. Sam Lepke stwierdził jedynie: "Gdybym zaczął mówić, ucierpiałoby wielu ważnych ludzi. Naprawdę ważnych. Zdziwilibyście się, jak ważnych".

W dniu planowanej egzekucji Lepke poprosił o spotkanie z prokuratorem okręgowym Manhattanu, Frankiem Hoganem. Po dziewięćdziesięciominutowej konferencji Hogan zadzwonił do Deweya, który był wówczas gubernatorem i liczącym się kandydatem na urząd prezydenta. O godzinie 21:50 Dewey niespodziewanie odroczył egzekucję Lepkego o 48 godzin. Media huczały od plotek. Komentator "New York Mirror" sugerował, że egzekucję wstrzymano, gdyż "Lepke zaoferował gubernatorowi Deweyowi informacje, które zagwarantowałyby mu zwycięstwo w wyborach". Nie wiadomo, na co liczył Lepke, ale przez dwa kolejne dni nie wydarzyło się nic nowego. Drugiego dnia Lepke wydał specjalne oświadczenie (za pośrednictwem żony, która odwiedziła go w celi śmierci). Komunikat głosił: "Pragnę wyraźnie podkreślić, że nie zaproponowałem ani nie przekazałem żadnych informacji w zamian za jakąkolwiek obietnicę ułaskawienia lub złagodzenia mojego wyroku. Niczego takiego się nie domagałem! (...) Prosiłem jedynie o wyznaczenie komisji do zbadania faktów. Jeżeli owo badanie nie dowiedzie mojej niewinności, to jestem gotów pójść na krzesło elektryczne niezależnie od informacji, które przekazałem lub mógłbym przekazać". Nie ulega wątpliwości, że Lepke złożył ambitnemu Deweyowi jakąś kuszącą propozycję. Jego publiczne oświadczenie miało na celu przekonanie syndykatu, że nie wsypał ani nie zamierzał wsypać przywódców świata przestępczego. Posłużenie się żoną było dodatkowym sygnałem świadczącym, że Lepke rzucał na szalę życie całej swojej rodziny w przypadku, gdyby jego słowa okazały się sprzeczne z prawdą.

Lepke wciąż miał nadzieję, że rewelacje w sprawie Hillmana i "innych osobistości świata polityki" wystarczą, by go ocalić. Był jednak w błędzie. Niewykluczone, że rzeczywista wiedza Lepkego na temat przestępstw Hillmana była znikoma: Lepke mógł zapewne jedynie poświadczyć, że Hillman wyraził zgodę na siłowe przełamanie kilku strajków (gazety spekulowały co prawda, że w wyniku wywołanych zamieszek mogła zginąć jedna osoba, jednak zdaniem innych była to zwyczajna pomyłka i w rzeczywistości nikt nie zginął). Nawet gdyby Lepke posiadał naprawdę bulwersujące informacje dotyczące Hillmana, jest mało prawdopodobne, by Dewey mógł pozwolić sobie na ich kupno. Lepke nie rozumiał uwarunkowań politycznych, w jakich przyszło działać Deweyowi. Nie rozumiał ich też Burton B. Turkus, prokurator badający działalność Murder, Inc., który pisał później: "Należy docenić fakt, że odmówił. Nie miał zamiaru prowadzić interesów z Lepkem, chociaż gra szła o najwyższą stawkę na ziemi - prezydenturę Stanów Zjednoczonych". Dewey nie przyjął oferty Lepkego, gdyż nie mógł jej przyjąć: akceptacja proponowanych warunków oznaczałaby gwarantowaną porażkę w wyborach. Gdyby nawet Lepke pogrążył Hillmana, cena, jaką przyszłoby zapłacić Deweyowi za ten triumf, byłaby przytłaczająca: ugoda z Lepkem oznaczałaby rezygnację z planów usidlenia gangsterów pokroju Luciano, Shapiro, Adonisa, Lansky'ego czy Anastasii - ludzi, którzy wspólnie z Lepkem podejmowali decyzje o morderstwach. Dewey wyszedłby na zwykłego oportunistę, gotowego poświęcić rezultat wojny z przestępczością zorganizowaną na ołtarzu prywatnych dążeń politycznych.

Po oświadczeniu Lepkego zapadła cisza. Przez całe popołudnie i wczesny wieczór Lepke wydawał się być w dobrym humorze, licząc zapewne na kolejne odroczenie wyroku. "Dopiero późnym wieczorem, gdy mijały ostatnie minuty jego życia - pisze Turkus - powoli zaczął zdawać sobie sprawę, że być może postawił na niewłaściwego cudotwórcę".

O 11:05 wieczorem rozpoczęto serię egzekucji. Pierwszy na krześle elektrycznym zasiadł Louis Capone, po nim - Mendy Weiss. Trzeci w kolejce był Louis Lepke, który pewnym krokiem przemierzył pomieszczenie i dosłownie rzucił się na krzesło.

 

 

LICHWA

Mafia ma dwa podstawowe źródła utrzymania: nielegalny hazard i pożyczki lichwiarskie. Popularność lichwy wynika z łatwości jej prowadzęnia - nie potrzeba żadnego ciężkiego sprzętu; wymagane są jedynie pieniądze, kastet, szpikulec do lodu, nóż i pistolet. Nie powinien więc dziwić fakt, że lichwę uprawia się niemal wszędzie. Nowojorska Stanowa Komisja Śledcza ustaliła, że "stu dwudziestu jeden wysokich rangą przedstawicieli pięciu znanych rodzin przestępczych prowadzących działalność w rejonie aglomeracji nowojorskiej parało się lichwą".

Pożyczki lichwiarskie (znane również pod nazwą "sześć za pięć") przynoszą dochody rzędu 20 procent tygodniowo - a czasem nawet więcej. Reguła "sześć za pięć" mówi, że za każde pożyczone 5 dolarów dłużnik musi pod koniec tygodnia oddać 6. Od czasu do czasu lichwiarz wspaniałomyślnie zezwala swojej ofierze zapłacić tylko 1 dolara odsetek i zatrzymać kwotę pożyczki na kolejny tydzień. Za najlepsze ofiary interesów lichwiarskich uważa się nałogowych hazardzistów. Bywa, że ludzie ci wygrywają dużo pieniędzy i są w stanie spłacić dług jeszcze tego samego dnia, w którym go zaciągnęli: w takich sytuacjach często stosuje się zasadę "pięć i pół za pięć" (o ile pożyczka zostaje zwrócona po upływie 24 godzin). Większość hazardzistów korzysta jednak ze zwyczajnych stawek tygodniowych. Jedno ze śledztw przeprowadzonych przez policję nowojorską wykazało, że syndykat pobierał od swoich dłużników roczne odsetki w wysokości 3 000 procent. O wiele lepsze warunki oferowała swoim dłużnikom Mafia z Dallas, zadowalając się odsetkami rzędu 585 procent rocznie. Pewien człowiek pożyczył 20 dolarów na uregulowanie rachunku lekarskiego. Gangsterzy naliczyli mu odsetki w wysokości 2,25 dolara tygodniowo: po dziewięciu latach klient spłacił 1 053 dolary odsetek i wciąż był winien Mafii 20 dolarów. Opisane tu stawki dotyczą głównie drobnej lichwy, uprawianej w gettach wielkich miast. W świecie wielkich korporacji i wielkich pieniędzy oferta syndykatu jest nieco bardziej konkurencyjna - znane są przypadki udzielania przez syndykat biznesmenom ogromnych pożyczek w gotówce na 5 procent tygodniowo. Organizacja interesów lichwiarskich w ramach rodzin przestępczych ma charakter trójwarstwowy. Na samej górze znajduje się boss, który zazwyczaj osobiście finansuje wszelkie operacje, pożyczając pieniądze swoim podwładnym (capo) na mniej więcej 1 procent tygodniowo. Roczny dochód bossa z tytułu działalności pożyczkowej wynosi więc 52%, co nie jest małą kwotą, zważywszy że z pożyczkami nie wiąże się praktycznie żadne ryzyko. Całą odpowiedzialność za obrót gotówką ponoszą capo: jeśli nie spłacą odsetek lub nie są w stanie zwrócić na zawołanie całej otrzymanej od bossa kwoty, zostają sprzątnięci. Capo pożyczają otrzymane pieniądze szeregowym członkom rodzin przestępczych na 1,5-2,5% tygodniowo, zaś żołnierze udzielają pożyczek osobom spoza organizacji pobierając odsetki równe 5% (lub wyższe - w zależności od sytuacji na rynku). Pożyczkobiorca nie musi przedstawić żadnego poręczenia - ryzykuje jedynie swoje życie i życie członków swojej rodziny. Lichwiarze zatrudniają "łamaczy nóg", których zadanie polega na terminowym ściąganiu długów. Wśród opinii publicznej panuje przekonanie, że każdy dłużnik zalegający ze spłatą mafijnej pożyczki jest automatycznie skazywany na śmierć. To nieprawda. Trupy nie spłacają pożyczek. O wiele większe szansę na odzyskanie gotówki rokuje przetrącenie kłopotliwemu dłużnikowi nóg lub ramion. Rzecz jasna od czasu do czasu dobrze jest kogoś przykładnie zamordować - zwłaszcza jeśli dług ofiary nie jest zbyt wysoki.

Czasami nie trzeba nawet uciekać się do przemocy. Znany jest przypadek zmuszenia pewnego dobrze sytuowanego biznesmena do zwrotu zaciągniętej pożyczki z dużym odszkodowaniem na rzecz Mafii. Biznesmen nie spłacił na czas odsetek (wynoszących 1 425 dolarów tygodniowo) od pożyczki udzielonej mu przez korporację First National Service and Discount ulokowaną przy Piątej Alei pod numerem 475 i stanowiącą spółkę fasadową Mafii. W rezultacie doszło do serii konferencji pomiędzy właścicielami First National (rodziną Genovese) a bossem Santo Trafficante z Florydy. Zadecydowano, że Mafia wyznaczy własnego człowieka, by pokierował należącą do dłużnika fabryką i odzyskał należność. Po niedługim czasie fabryka została ogołocona z wszelkich aktywów i ogłosiła bankructwo. Mafia odzyskała swoje pieniądze, a przy okazji puściła pechowego dłużnika z torbami. W latach sześćdziesiątych przed nowojorską Stanową Komisją Śledczą złożono zeznania, z których wynikało, że pozycję króla nowojorskich lichwiarzy zajmował niejaki Nicholas "Jiggs" Forlano. Forlano określano czasem mianem "lichwiarza lichwiarzy" - miał opinię grubej ryby, umiejącej sprawnie obracać wielkimi kwotami. Z technicznego punktu widzenia był członkiem rodziny Profaci, ale jego interesy rozrosły się tak bardzo, że świadczył usługi również bossom innych rodzin przestępczych, którzy pożyczali mu gotówkę na 1% tygodniowo. Wspólnie ze swoim wspólnikiem, Charlesem "Ruby" Steinem, Forlano piastował - zdaniem Komisji - "kluczowe stanowisko w skomplikowanej siatce operacji lichwiarskich na terenie Nowego Jorku". Forlano miał reputację człowieka twardego i nie znoszącego sprzeciwu. Przez jakiś czas zatrudniał jako windykatorów krwawych braci Gallo; potrafił też jednak osobiście ściągać należności. Pewnego razu wmaszerował do biura innego znanego lichwiarza, Julio Gazii, winnego Steinowi 150 000 dolarów. Fakt, że Gazia był skoligacony z Vito Genovese (i jego bratem Michaelem), nic dla Forlano nie znaczył: Jiggs w bardzo jednoznacznych słowach oznajmił, że Ruby Stein żąda zwrotu swoich pieniędzy. Gazia - postrach zwykłych dłużników Mafii - sam tak bardzo bał się Forlano, że postanowił się ukryć i poprosił o wsparcie Michaela Genovese. W końcu doszło do porozumienia między Genovese a Forlano i Stein odzyskał swoją gotówkę.

Atutem Forlano była umiejętność skutecznego zastraszania dłużników. Na dowód jego profesjonalizmu można przytoczyć incydent opisany przez byłego inspektora policji nowojorskiej, Alberta A. Sedmana. Forlano zainteresował się niejakim Sidneyem Slaterem, którego wspólnie z dwoma innymi gangsterami z rodziny Profaci spotkał w klubie Copacabana. Na prośbę Forlano partnerka Slatera opuściła na pewien czas ich wspólny stolik, po czym między czwórką mężczyzn wywiązała się dość przyjacielska konwersacja. Nagle Forlano spytał: "Co ty właściwie robisz w takim eleganckim miejscu?" Zanim Slater odpowiedział, Forlano zamierzył się na niego. W jego dłoni coś błysnęło. Slater początkowo myślał, że to sygnet, ale w rzeczywistości Forlano trzymał w dłoni stalowy hak, jakim posługują się kurierzy prasowi do przecinania sznurków, którymi wiązane są paczki z gazetami. Forlano przeciął policzek Slatera tuż pod okiem.

Slater chwycił serwetę i przycisnął ją do krwawiącej twarzy. W tym samym momencie do stolika podszedł kelner, który wyjaśnił, że zbliża się czwarta rano - godzina zamknięcia klubu - i spytał, czy podać ostatniego drinka. "Nie, dziękuję" - odparł Forlano, po czym opuścił lokal wspólnie z obstawą, zostawiając przy stoliku pokiereszowanego Slatera z czerwoną od krwi serwetą.

W tym konkretnym przypadku taktyka Forlano nie przyniosła oczekiwanych skutków - Slater natychmiast pobiegł na komisariat i złożył zeznania przeciwko swojemu oprawcy. Był wyjątkiem. Wśród ofiar przemysłu lichwiarskiego prowadzonego przez Forlano panowała zasada regularnego płacenia odsetek i trzymania gęby na kłódkę. Lichwa jest w dzisiejszych czasach popularnym procederem przestępczym, gdyż akceptuje ją znaczna część społeczeństwa: przestępcy, liczni funkcjonariusze policji oraz biznesmeni, którzy wyczerpali możliwości zaciągania pożyczek z legalnych źródeł. Co więcej - przestępczość zorganizowana wykorzystuje swoje wpływy w sektorze bankowym do wspierania operacji lichwiarskich. Dzięki łapówkom oraz poprzez lokowanie swoich wspólników jako pracowników banków Mafia weszła w posiadanie znacznych funduszy - często w postaci pożyczek o bardzo wątpliwym zabezpieczeniu. Znany jest nawet przypadek wykorzystania pewnej nowojorskiej placówki bankowej w charakterze oficjalnego biura lichwiarzy. Traktowanie lichwy jako przestępstwa o znikomej szkodliwości społecznej jest naiwne i krótkowzroczne. Mimo to policja o wiele chętniej przyjmuje łapówki od lichwiarzy niż np. od morderców lub handlarzy narkotykowych. Presja wywierana przez lichwiarzy na dłużników nie ogranicza się do łamania im nóg. Przykładowo, Mafia chicagowska pozostawia w niektórych agencjach pośrednictwa pracy wizytówki wręczane zgłaszającym się, którzy nie są w stanie zdobyć legalnego zatrudnienia. Gangsterzy chętnie pożyczają takim osobom gotówkę - z procederem tym nie wiąże się niemal żadne ryzyko, wiadomo bowiem, że przy zastosowaniu odpowiednich środków perswazji niemal z każdego można wydusić pieniądze. Zalegającym ze spłatą należności dłużnikom można np. machnąć przed oczami szpikulcem do lodu i zagrozić, że następnym razem nie chybimy. Płacą niemal wszyscy - nawet jeśli muszą kraść pieniądze swoim rodzicom lub zmuszać własną żonę i córkę do prostytucji. Wiktymizacja żon dłużników stanowi charakterystyczny element mafijnej tradycji - pomimo szczytnych zasad głoszących nietykalność kobiet. Za szczególnie skuteczną metodę ściągania długów uważa się groźbę (czasem spełnianą) odgryzienia sutków żonie lub córce dłużnika w razie nieuregulowania należności.

 

 

Thomas LUCCHESE "Three-Finger Brown" (ok. 1900-1967): Boss rodziny przestępczej

Uważany za jednego z najbardziej dystyngowanych mafiosów w Stanach Zjednoczonych, Thomas "Three-Finger Brown" Lucchese był przestępcą utrzymującym długotrwałe i bliskie kontakty z wieloma wysoko postawionymi gangsterami w USA. Lucchese obracał się też w kręgach amerykańskiej socjety - biznesmenów, prokuratorów, sędziów i kongresmenów - sprawiając wrażenie szacownego przedsiębiorcy. Mierzył zaledwie 155 cm wzrostu i był bardzo szczupłej postury, ale cieszył się niezaprzeczalnym szacunkiem mafiosów. Jego rodzina była powszechnie uważana za najsprawiedliwszą ze wszystkich organizacji przestępczych w Nowym Jorku, zwłaszcza po przejęciu przez Thomasa przywództwa z rąk poprzedniego bossa, Toma Gagliano, który zmarł z przyczyn naturalnych i któremu Thomas Lucchese wiernie służył przez wiele lat. Zdolność Lucchese do sprawiedliwego rządzenia może dziwić, jeśli wziąć pod uwagę jego krwawą młodość. Przyszedł na świat około roku 1900 w Palermo, na Sycylii, i przybył do Stanów Zjednoczonych w 1911 r. Swoje przezwisko "Three-Finger Brown" [ang. three-finger - trójpalczasty], przywodzące na myśl sławnego baseballistę, zyskał w 1915 r. po wypadku, w którym stracił palec. Miał grubą kartotekę policyjną - był wielokrotnie aresztowany za włamania, kradzieże samochodów, paserstwo oraz morderstwa, ale jedyny wyrok skazujący (za kradzież) wydano nań na początku lat dwudziestych. Po wyjściu z więzienia służył przez pewien czas jako ochroniarz Lucky'ego Luciano, w czasach gdy obaj pracowali pod rozkazami Joego Bossa Masserii. Uchodził za ulubionego specjalistę Luciano od mokrej roboty, co było sporym zaszczytem, zwłaszcza że przyszło mu konkurować z krwawym Albertem Anastasią, zawsze chętnie realizującym zlecenia Lucky'ego. W trakcie wojny o przywództwo nad Mafią nowojorską Lucchese osobiście zastrzelił kilku ludzi bossa Salvatore Maranzano. W sumie podejrzewano go o udział aż w 30 morderstwach. Po sprzątnięciu Masserii, Luciano wykorzystał Lucchese w charakterze cyngla podczas zorganizowanego 10 września 1931 r. zamachu na Maranzano. Zamach ten był początkiem wielkiej kariery Lucchese w strukturach nowej amerykańskiej Mafii.

Lucchese był niezwykle popularnym bossem. Kontrolował nowojorski przemysł odzieżowy i prowadził dochodową działalność w zakresie nielegalnego hazardu, lichwy, handlu narkotykami i przemysłu budowlanego. Zdolnością do korumpowania urzędników i przedstawicieli prawa dorównywał Frankowi Costello - miał przyjaciół na wszystkich szczeblach lokalnej administracji. Był dobrym znajomym Armanda Chankaliana, asystenta prokuratora okręgowego reprezentującego południową część stanu Nowy Jork, i najprawdopodobniej właśnie za jego pośrednictwem nawiązał bliskie kontakty z prokuratorem okręgowym Mylesem Lane. Gdy w 1945 r. wystąpił o świadectwo dobrego sprawowania, Chankalian zgodził się osobiście świadczyć na jego korzyść. Wniosek Lucchese został zaaprobowany przez Nowojorską Komisję do spraw Zwolnień Warunkowych.

Dzięki wsparciu Chankaliana Lucchese poznał również zastępcę prokuratora okręgowego, Thomasa Murphy'ego, który wsławił się prowadzeniem sprawy Algera Hissa [pracownika Departamentu Stanu i jednego z założycieli ONZ, w 1948 r. oskarżonego o szpiegostwo na rzecz ZSRR, a w 1950 r. skazanego za złożenie fałszywych zeznań]. Virgil Peterson, długoletni przewodniczący Chicagowskiej Komisji do spraw Przestępczości, pisze w wydanej w 1983 r. książce The Mob: "Lucchese był zawsze mile widziany w rezydencji Murphy'ego, a państwo Murphy często gościli w domu Lucchese na kolacjach". Po dymisji burmistrza Nowego Jorku Billa O'Dwyera (który został później ambasadorem USA w Meksyku), Lucchese udzielił poparcia nowemu burmistrzowi, Vincentowi Impellitteriemu. W listopadzie 1950 r., gdy Impellitteri ubiegał się o reelekcję, mógł liczyć na pełne poparcie Lucchese. W zamian Impellitteri mianował Murphy'ego komisarzem policji, a Lucchese - niewątpliwie bardzo zainteresowany problematyką prawa i porządku publicznego - osobiście zadzwonił do swojego przyjaciela i złożył mu swoje szczere gratulacje. Po latach, gdy przyjaźń między Murphym a Lucchese wyszła na jaw, Murphy uparcie twierdził, że aż do 1950 r. nic nie wiedział o działalności przestępczej Lucchese. Niektórzy obserwatorzy twierdzili, że poparcie dla Impellitteriego stanowiło efekt wyrachowanej polityki Lucchese, który pragnął przejąć rolę głównego przedstawiciela politycznego Mafii z rąk Franka Costello, sprzymierzonego z przywódcą Tammany Hall, Carmine DeSapio. Inni eksperci upatrywali w całej sprawie znamiona typowej dla Mafii taktyki jednoczesnego obstawiania wszystkich konkurentów w grze politycznej. Lucchese zmarł 13 lipca 1967 r. po przebytej kilka miesięcy wcześniej operacji guza mózgu (cierpiał też na chorobę wieńcową). Jego pogrzeb był jedną z najbardziej ekstrawaganckich ceremonii w całej historii amerykańskiej Mafii: wzięło w nim udział ponad 1 000 żałobników. W kondukcie pogrzebowym szli sędziowie, biznesmeni, politycy - a także zawodowi mordercy, dilerzy narkotykowi, lichwiarze i bossowie rodzin przestępczych. Było oczywiste, że wydarzenie zostanie szczegółowo sfilmowane przez FBI i nowojorską policję, dlatego rodzina Lucchese wydała specjalne oświadczenie, w którym "ze zrozumieniem" przyjmowano ewentualną nieobecność przywódców Mafii. Wielu mafiosów, którzy nie wzięli udziału w uroczystości, przysłało swoich emisariuszy z kopertami kondolencyjnymi dla wdowy; niektórzy jednak mimo wszystko postanowili wziąć osobisty udział w ceremonii pogrzebowej - wśród nich znaleźli się Carlo Gambino (najpotężniejszy z bossów nowojorskich i długoletni przyjaciel Lucchese), Aniello Dellacroce oraz Joe i Vincent Rao. Była to oznaka szacunku dla zmarłego przyjaciela oraz dowód podziwu dla sprytu, z jakim Lucchese przez 44 lata unikał wyroków skazujących, pomimo swoich rozległych interesów przestępczych.

 

 

rodzina przestępcza LUCCHESE

Rodzina przestępcza Lucchese wyrosła z organizacji prowadzonej w latach dwudziestych przez Joego Bossa Masserię.

Tom Reina kontrolował podgrupę organizacji Masserii, odpowiedzialną za interesy przestępcze w dzielnicy Bronx oraz za lukratywny rynek dystrybucji lodu w całym Nowym Jorku. Reina nie był zadowolony z rządów Masserii, gdyż Joe Boss ściągał z niego wysokie haracze w zamian za swobodę działania. Gdy na scenie pojawił się konkurent Masserii, Salvatore Maranzano, Reina zaczął potajemnie mu sprzyjać. Lucky Luciano - w owych czasach podwładny Masserii, już wówczas aktywnie podsycający konflikt między Masserią i Maranzano - podejrzewał, że ewentualna zdrada Reiny mogłaby przechylić szalę zwycięstwa na korzyść Maranzano. Luciano miał własnych tajnych sprzymierzeńców w szeregach frakcji Reiny (wśród nich byli Tom Gagliano oraz Tommy Lucchese) i obawiał się, że gdyby Reina zmienił strony, jego przyjaciele mogliby paść ofiarą odwetu Masserii. Wspólnie cała trójka uzgodniła, że jedynym rozwiązaniem jest sprzątnięcie Reiny. Wkrótce potem Reina zginął zastrzelony na brooklyńskiej ulicy przez Vito Genovese. Masseria łatwo dał sobie wmówić, że za śmierć Reiny odpowiadał Maranzano. Z kolei Maranzano podejrzewał, że Masseria odkrył drugie oblicze swojego capo i nakazał jego egzekucję. Ku wielkiej irytacji Gagliano i Lucchese, Masseria mianował na następcę Reiny nieokrzesanego mafioso nazwiskiem Joe Pinzolo. Lucchese (wspólnie z jednym ze swoich wspólników) szybko sprzątnął Pinzolo - i ponownie Masseria uwierzył, że za wszystkim stoi Maranzano. Luciano i jego sojusznicy postanowili wówczas, że najwyższy czas, by Gagliano i Lucchese cichcem przeszli na stronę Maranzano - tak, by Masseria o niczym nie wiedział. Dzięki temu posunięciu Luciano zyskał niezwykle cennych szpiegów w obozie Maranzano. Niedługo potem ludzie Luciano zgładzili Masserię, kładąc kres tzw. Wojnie Castellammarese. Zwycięski Maranzano nagrodził Luciano przywództwem nad byłą rodziną Masserii, zaś Gagliano przejął stery frakcji Reiny, mając u boku Lucchese jako swojego zastępcę. Harmonijna współpraca między Gagliano a Lucchese rozwijała się później przez wiele lat; przetrwała śmierć Maranzano (zastrzelonego przez Lucchese, którego Maranzano nie podejrzewał o potajemną współpracę z Luciano) oraz założenie amerykańskiego syndykatu. Wspólnie z Louisem Lepke Lucchese odpowiadał za prowadzenie interesów swojej rodziny - zwłaszcza nielegalnego hazardu oraz przekrętów w przemyśle odzieżowym. Gdy Gagliano zmarł z przyczyn naturalnych w 1953 r., Lucchese przejął jego stanowisko i zaczął rozszerzać wpływy swojej organizacji na arenie politycznej. Stał się głównym poplecznikiem Vincenta Impellitteriego, zwycięzcy wyborów na burmistrza Nowego Jorku zorganizowanych po dymisji Williama O'Dwyera. Dzięki triumfowi swojego kandydata, Lucchese zyskał prymat nad Frankiem Costello i jego protegowanym z Partii Demokratycznej, Carmine DeSapio. Po wyborach Lucchese przyznał się też do bliskich kontaktów z byłym prokuratorem federalnym Thomasem Murphym (znanym z prowadzenia sprawy Algera Hissa), mianowanym przez Impellitteriego na stanowisko komisarza policji miejskiej. Lucchese zmarł śmiercią naturalną w 1967 r. i przywództwo nad rodziną przeszło w ręce Carmine Trumuntiego, którego rządy nie przyniosły rewolucyjnych zmian (choć sam Trumunti znacznie się wzbogacił dzięki interesom przestępczym prowadzonym we wschodniej części Harlemu). Trumunti nie cieszył się jednak wielkim uznaniem nawet u Lucchese, dlatego wkrótce został zastąpiony przez znacznie bardziej ambitnego Anthony'ego "Tony Ducks" Corallo, podejrzewanego przez policję o "hazard, przestępstwa na rynku pracy, wymuszenia i morderstwa". Warto dodać, że za czasów kadencji burmistrza Johna Lindsaya Corallo - wspólnie z Carmine DeSapio oraz Jamesem Marcusem (zaufanym człowiekiem burmistrza) - był zamieszany w wielki skandal korupcyjny. Pod rządami Corallo rodzina Lucchese, licząca 110 pełnoprawnych mafiosów oraz mniej więcej 500 członków stowarzyszonych, prowadziła aktywną działalność w zakresie handlu narkotykami, nielegalnego hazardu i interesów lichwiarskich; uczestniczyła też w oszustwach związanych z utylizacją odpadów, kontraktami budowlanymi oraz przemysłem odzieżowym. W 1987 r. Corallo został postawiony w stan oskarżenia. Ponieważ groziło mu aż 100 lat więzienia, zrzekł się przywództwa - zgodnie z ustaleniami policji - na rzecz swojego długoletniego powiernika i doradcy, Aniello Migliore. Era Corallo-Migliore nie trwała jednak długo, a rodzina Lucchese wkroczyła w dziesięcioletni okres krwawych konfliktów wewnętrznych oraz masowych aresztowań. Apogeum tego kryzysu nadeszło w połowie lat dziewięćdziesiątych, gdy przywództwo nad zdziesiątkowaną organizacją objął boss Vic Amuso i jego zastępca Gas Pipe Casso, znani w kręgach dziennikarskich i prawniczych jako "krwiożerczy duet". Amuso i Casso zależało przede wszystkim na łupieniu własnej rodziny, pomimo ustawicznej presji ze strony organów ścigania. Ich terror okazał się bardziej zgubny od jakichkolwiek działań policji, a podejmowane przez nich decyzje budziły niesmak nawet wśród najbardziej brutalnych mafiosów. Gangsterzy, którzy kończyli w więzieniu, mogli mówić o szczęściu - jedyną alternatywą była bowiem śmierć z rąk psychopatycznego duetu. W końcu sam Amuso został schwytany i aresztowany, co zapewne uratowało mu życie, gdyż Casso najprawdopodobniej planował zgładzenie również jego. Gdy obydwaj członkowie duetu A&C otrzymali wyroki dożywotniego więzienia, w kręgach mafijnych panowało przekonanie, że rodzina Lucchese jest skończona. Stało się jednak inaczej. Pomimo ciągłych dysput wewnętrznych oraz licznych wpadek rodzina zachowała spoistość, głównie dzięki powrotowi do korzeni (interesów przestępczych w przemyśle odzieżowym i budowlanym) oraz podziałowi łupów z rodzinami Gambino i Genovese. W 1998 r. nowy p.o. bossa, Joseph A. DeFede, został oskarżony o przestępstwa związane z przemysłem odzieżowym. Jego proces zapoczątkował kolejną wojnę domową, choć rodzina Lucchese mimo wszystko pozostała liczącą się organizacją - jej stan osobowy wciąż szacowano na 120 pasowanych mafiosów, a żywotne interesy grupy nie były zagrożone.

Po roku 2000 tytuł bossa przeszedł w ręce Stevena L. Crei, znanego wśród podwładnych jako "geniusz budowlany" (rzecz jasna w nawiązaniu do przestępstw w przemyśle budowlanym). Crea został jednak szybko aresztowany i nad rodziną ponownie zaciążyło widmo krwawego konfliktu wewnętrznego. Niewykluczone, że tym razem do rozlewu krwi jednak nie dojdzie - zarówno rodzina Gambino, jak i Genovese potrzebują bowiem wsparcia ze strony Lucchese w kontrolowaniu niektórych lukratywnych interesów przestępczych. Jak zauważył pewien obserwator: rodziny mafijne to prawdziwe "wańki-wstańki" świata przestępczego.

 

 

Charles "Lucky" LUCIANO (1897-1962): Założyciel amerykańskiego syndykatu

Charles "Lucky" Luciano był bez wątpienia najważniejszym włosko-amerykańskim gangsterem w całej historii Stanów Zjednoczonych. Jego wpływ na strukturę i działalność świata przestępczego znacznie przerastał osiągnięcia Ala Capone. Luciano odegrał kluczową rolę w stworzeniu współczesnej amerykańskiej Mafii, eliminując (w 1931 r.) ostatnich liczących się przywódców staromodnej Mafii sycylijskiej. Wspólnie z Meyerem Lanskym Luciano założył też "organizację-matkę" Mafii, tzw. syndykat: wieloetniczną siatkę gangów, która od ponad pięćdziesięciu lat stanowi dominujący element amerykańskiej sceny przestępczej i która po dziś dzień ograbia obywateli Stanów Zjednoczonych z miliardowych kwot. Luciano przyszedł na świat jako Salvatore Lucania niedaleko Palermo na Sycylii. Do Stanów Zjednoczonych przybył w 1906 r. i już rok później został aresztowany za kradzież sklepową. Nieco później, w 1907 r. rozkręcił swój pierwszy interes przestępczy: w zamian za jednego lub dwa centy dziennie oferował dzieciom z żydowskich rodzin "ochronę" w drodze do szkoły; jeśli nie płaciły - sam je bił. Pewien dzieciak odmówił jednak zapłaty: był nim mały chudzielec rodem z Polski, nazwiskiem Meyer Lansky. Luciano rzucił się na niego i ze zdumieniem stwierdził, że Lansky potrafi się dobrze bić. Od razu przypadli sobie do gustu, a ich przyjaźń miała przetrwać nawet późniejszą deportację Luciano do Włoch.

W 1916 r. Luciano awansował na jednego z przywódców osławionego Five Points Gang, podejrzewanego przez policję o udział w licznych morderstwach. Z biegiem lat jego sława rosła, a w ślad za nią rósł również krąg jego znajomych i przyjaciół. Na początku lat dwudziestych Luciano był już liczącym się przemytnikiem alkoholu (w parze z Lanskym, a także z jego dawnym wspólnikiem Bugsym Siegelem), zaprzyjaźnionym z Joe Adonisem, Vito Genovese oraz - co ważne w ówczesnym kręgu włoskich gangsterów - z Frankiem Costello.

Luciano nie rozumiał, dlaczego mafiosi starej daty każą mu trzymać się z dala od Costello, określanego przez nich mianem "brudnego Kalabryjczyka". Z punktu widzenia starej Mafii Costello sprowadzał Luciano na złą drogę, zapoznając go z gangsterami reprezentującymi inne grupy etniczne - takimi jak Big Bill Dwyer oraz grupa Żydów, do której należeli Arnold Rothstein, Dutch Schultz i Dandy Phil Kastel. Luciano był pod wrażeniem skuteczności Costello w korumpowaniu przedstawicieli władz, co - zdaniem Lansky'ego - stanowiło najistotniejszy element każdej poważnej operacji przestępczej. Zamiast więc słuchać rad Wąsatych Piotrków, Luciano zdecydował, że starzy mafiosi stanowią dlań przeszkodę i muszą zostać usunięci.

Pod koniec lat dwudziestych Luciano - wciąż utrzymując kontakty z Lanskym - został głównym doradcą bossa najważniejszej nowojorskiej rodziny mafijnej, Giuseppe "Joe Boss" Masserii. Luciano pałał jednak odrazą dla zaściankowych przekonań Masserii, jego fiksacji na punkcie "szacunku" oraz nienawiści, jaką darzył wszystkich nie-Sycylijczyków. W opinii Luciano uprzedzenia Masserii względem gangsterów o innym pochodzeniu etnicznym znacząco utrudniały prowadzenie przestępczych interesów. Joe Boss odrzucił kilka niezwykle lukratywnych propozycji złożonych mu przez gangsterów, z którymi powinien był współpracować; co więcej - wykazywał zapędy do odgrzewania starych i dawno zapomnianych konfliktów opartych na kryteriach geograficznych (a ściślej - na nazwach sycylijskich miejscowości, z których pochodzili poszczególni gangsterzy). W 1928 r. doszło do wybuchu tzw. Wojny Castellammarese: wyzwanie Masserii rzucił ambitny nowojorski mafioso Salvatore Maranzano. W ciągu kolejnych dwóch lat śmierć poniosło kilkudziesięciu gangsterów. Luciano unikał walki, dążył natomiast do zacieśniania stosunków z młodymi przedstawicielami gangu Maranzano, niepiastującymi eksponowanych stanowisk. Wkrótce stało się jasne, że frakcje "młodych wilków" w obydwu obozach czekają, aż jeden z walczących bossów zabije swojego konkurenta, po to, by następnie zdetronizować zwycięzcę. Przywódcą owej kliki został Luciano.

Wojna przeciągnęła się aż do 1931 r. Maranzano stopniowo zaczął brać górę, lecz Masseria wciąż dysponował znacznymi siłami. Luciano doszedł do wniosku, że nie może dłużej czekać, gdyż ryzykuje bezpieczeństwo swoich wspólników w obydwu obozach. Trójka jego ludzi, uzupełniona przez Bugsy'ego Siegela (którego Luciano wypożyczył od Lansky'ego), zastrzeliła Joego Bossa w restauracji na Coney Island, do której zwabił go sam Luciano. (Luciano wymknął się do toalety na chwilę przed zamachem.)

Śmierć Masserii oznaczała zwycięstwo Maranzano w Wojnie Castellammarese. W dowód wdzięczności Maranzano mianował Luciano człowiekiem numer dwa w swoim nowym imperium przestępczym. Wkrótce potem Maranzano obwołał się "bossem nad bossami" w Nowym Jorku i ustanowił na terenie metropolii pięć podległych mu rodzin mafijnych. Był to jednak tylko początek jego planów - Maranzano zamierzał bowiem zostać najwyższym bossem całej amerykańskiej Mafii. W tym celu sporządził listę dwóch gangsterów, którzy mieli zostać wyeliminowani: byli to m.in. Al Capone z Chicago oraz... Lucky Luciano z Nowego Jorku. Maranzano zdawał sobie sprawę z ambicji Luciano i chciał go zmiażdżyć. Było już jednak za późno. Luciano i Lansky wcześniej dowiedzieli się o planach nowego bossa. Maranzano zamierzał wezwać Luciano i Vito Genovese do swojego biura na posiedzenie. Wynajął brutalnego irlandzkiego mordercę, Mad Dog Colla, by zastrzelił ich obu bezpośrednio w biurze lub też wkrótce po jego opuszczeniu. Zanim jednak Coli przybył na miejsce, czterech ludzi Lansky'ego udających policjantów wtargnęło do biura Maranzano i zamordowało go przy użyciu pistoletów i noży. Śmierć Maranzano stanowiła prawdziwy koniec "starej Mafii". Przez wiele lat po świecie przestępczym krążyły plotki, jakoby Luciano zlecił później zamordowanie 40, 60 lub nawet 90 konkurentów w operacji, której nadano dźwięczną nazwę: "Noc Sycylijskich Nieszporów". Był to jednak nonsens. Nikt nie był w stanie przedstawić listy rzekomych ofiar - co więcej, żadne masowe mordy nie były konieczne. Pod koniec lat dwudziestych olbrzymia większość staroświeckich amerykańskich mafiosów zmarła z przyczyn naturalnych lub też padła ofiarą ludzi pokroju Luciano. Mniej więcej połowa sił amerykańskiej Mafii była wówczas skoncentrowana w rejonie Nowego Jorku i przyległego stanu New Jersey, więc aby obalić dotychczasowe przywództwo, wystarczyło wyeliminować Masserię i Maranzano.

Resztki starej Mafii zostały później wchłonięte przez amerykański syndykat - otwarte stowarzyszenie różnorodnych organizacji przestępczych. W skład syndykatu weszli tak znani gangsterzy jak Lansky, Joe Adonis, Dutch Schultz, Louis Lepke oraz Frank Costello. Nowa organizacja nie była nawet zdominowana przez Mafię (większość stanowili w niej przestępcy żydowscy). Pozycja bossa nad bossami została zniesiona, chociaż Luciano został nieformalnym najwyższym bossem frakcji włoskiej. Początkowo Luciano planował całkowite zerwanie z tradycjami Mafii, lecz Lansky przekonał go do zachowania pewnych elementów włoskiej subkultury przestępczej. Luciano zresztą wkrótce sam zrozumiał, że Mafia w amerykańskim wydaniu stanowiła dlań zabezpieczenie przed konfliktami etnicznymi. Z kolei Lansky wiedział, że gangsterzy żydowscy nie stanowią dlań zagrożenia, gdyż w razie czego zawsze może liczyć na sojuszników z Mafii. Syndykat wkrótce przejął kontrolę nad dystrybucją alkoholu, prostytucją, handlem narkotykami, hazardem, lichwą oraz interesami związanymi z rynkiem pracy. Niezależnym przestępcom pozostawiono ochłapy.

Luciano był teraz u szczytu władzy i często przechadzał się po Broadwayu w eleganckim garniturze. Jego fizjonomia budziła strach - w 1929 r. nożownik ugodził go w twarz, przecinając mięśnie w prawym policzku, przez co jego prawe oko wykazywało tendencję do opadania. Luciano lubił opowiadać o tym incydencie, choć przy różnych okazjach przedstawiał różne wersje wydarzeń. Pewnego razu stwierdził, że został porwany przez handlarzy narkotyków pragnących przejąć duży transport towaru, o którym wiedział. Innym razem utrzymywał, że porwali go konkurencyjni gangsterzy - w tym sam Maranzano - którzy do spółki z przekupionymi policjantami torturowali go, by wydobyć zeń informacje. Trzecia wersja mówiła o porwaniu Luciano przez pewnego policjanta i jego synów po tym, jak Luciano zhańbił córkę stróża prawa. Tak czy inaczej, Luciano niewątpliwie przeżył "przejażdżkę" - wyczyn, którym mogło pochwalić się niewielu gangsterów. Zapewne od tego faktu wywodzi się jego słynne przezwisko "Lucky" [ang. lucky - szczęściarz].

Rok 1936 r. miał okazać się dla "szczęśliwego" Luciano nadzwyczaj pechowy. Specjalny prokurator Thomas E. Dewey doprowadził do skazania go pod zarzutem przymuszania kobiet do prostytucji. W powszechnej opinii świata przestępczego cała sprawa została ukartowana przez Deweya, który wykorzystał kłamliwe zeznania sutenerów i prostytutek, pragnących ocalić własną skórę.

Z punktu widzenia Luciano wyrok skazujący zawierał w sobie element ironii. W 1936 r. Dewey utrudniał życie Dutchowi Schultzowi, który w końcu zwołał posiedzenie przywódców syndykatu i zażądał zamordowania znienawidzonego prokuratora. Luciano natychmiast sprzeciwił się tej wariackiej propozycji, rozumiejąc, że śmierć Deweya spowodowałaby gwałtowne represje ze strony organów ścigania. Gdy wściekły Schultz wymaszerował z sali obrad odgrażając się, że sam załatwi Deweya, Luciano wystąpił o zgładzenie Schultza. Wniosek został przegłosowany. Luciano - człowiek, który uratował życie Deweyowi - otrzymał wyrok 30-50 lat więzienia za sutenerstwo (był to najwyższy wyrok za tego rodzaju przestępstwo w całej historii amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości). Jednak nawet siedząc w więzieniu, zachował przywództwo nad syndykatem. W 1946 r. został ułaskawiony za - cytując Deweya - "znaczący wkład w wysiłek wojenny kraju". Nie ulegało wątpliwości, że Luciano nakazał Mafii ochronę nowojorskich portów na czas wojny; twierdzono również, że odpowiadał za pomoc udzieloną aliantom przez Mafię podczas inwazji na Sycylię (choć jego zasługi na tym polu są mocno dyskusyjne).

Po zwolnieniu w 1946 r. Luciano został deportowany do Włoch, ale jeszcze w tym samym roku przedostał się na Kubę, by tam dalej prowadzić interesy syndykatu. Podczas pobytu na Kubie Luciano wydał zgodę na egzekucję Bugsy'ego Siegela, który zdefraudował pieniądze Mafii przeznaczone na budowę kasyna Flamingo w Las Vegas. Po pewnym czasie agenci rządowi dowiedzieli się o miejscu pobytu Luciano i wymusili na władzach Kuby jego ponowną deportację. Pomimo wydalenia do Włoch, Luciano nadal wydawał rozkazy swoim amerykańskim podwładnym i inkasował regularne wypłaty dowożone przez specjalnych kurierów - w tym sławną Virginię Hill. Gdy w 1957 r. zginął Albert Anastasia, a Frank Costello został zmuszony do ustąpienia, wpływy Luciano zaczęły maleć. Vito Genovese chciał go nawet sprzątnąć, lecz Luciano był wciąż wystarczająco potężny, by wspólnie z Lanskym, Costello i Carlo Gambino uknuć spisek, dzięki któremu Genovese został rzucony na pastwę agentów rządowych i skazany za przestępstwa narkotykowe. Pod koniec życia Luciano jego kontakty z Lanskym stały się nieco napięte. Luciano uważał, że nie otrzymuje należnych mu udziałów w zyskach Mafii, ale po kilku przebytych zawałach serca nie miał już sił, by walczyć o swoje. Stopniowo zaczął przedstawiać dziennikarzom swoją wersję historii amerykańskiej Mafii (niektóre z jego stwierdzeń miały charakter samochwalczy). W 1962 r. Luciano zmarł na zawał serca na lotnisku w Neapolu. Dopiero po śmierci pozwolono mu powrócić do Stanów Zjednoczonych - kraju, który uważał za swój jedyny prawdziwy dom. Został pochowany na nowojorskim cmentarzu św. Jana.

 

 

MAFIA

Z historycznego punktu widzenia korzeni Mafii należy doszukiwać się na Sycylii. Nie wolno nam jednak przeoczyć faktu, iż współczesna amerykańska Mafia znacząco różni się od tradycyjnej, sycylijskiej organizacji o tej samej nazwie, ukształtowanej na przełomie XIX i XX w. W rzeczywistości amerykańska Mafia liczy sobie tylko nieco ponad 50 lat. Za datę jej powstania należy uznać czas, gdy Lucky Luciano i jego wspólnicy - w tym wielu gangsterów pochodzenia żydowskiego - zamordowali ostatnich liczących się przywódców rodzin mafijnych rodem ze Starego Kontynentu: Joego Bossa Masserię oraz Salvatore Maranzano. Nowa Mafia nie wykazywała przywiązania do staromodnych tradycji wyznawanych przez mafiosów sycylijskich - w tym do dyskryminacji etnicznej. Dla mafiosów starej daty rodzinne wendety nierzadko brały górę nad interesami przestępczymi. Z punktu widzenia członków nowej Mafii takie zachowanie było pozbawione sensu. Nowa Mafia zawsze chętnie wchodziła w partnerstwo z przedstawicielami innych narodowości, o ile przynosiło jej to korzyści; mordowano zaś tylko te osoby, które stanowiły przeszkodę na drodze do większych zysków. W celu ugruntowania stałego dopływu pieniędzy jako podstawowego celu nowej Mafii, jej przedstawiciele zaczęli niemal instynktownie eliminować bossów starszego pokolenia. Proces ten trwał mniej więcej od połowy ery prohibicji. Luciano nie był pierwszym, który wszczął rebelię przeciwko starej gwardii, lecz jego działania miały stosunkowo największe znaczenie, gdyż przyszło mu działać na wschodnim wybrzeżu USA - terenie zamieszkanym przez ponad połowę amerykańskich mafiosów.

Przez wiele lat nasze zrozumienie fenomenu Mafii utrudniała debata pod hasłem "czy Mafia w ogóle istnieje?" W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat udało się jednak osiągnąć konsensus w tej sprawie, zaś obecnie głównym punktem spornym jest kwestia ewentualnego utożsamiania przestępczości zorganizowanej z Mafią.

Charakterystyczne dla tego obszaru pomieszanie pojęć ma związek z naturą przestępczości zorganizowanej. Niektórzy obserwatorzy utrzymują, że przestępczość zorganizowana istnieje od bardzo dawna - dłużej niż Stany Zjednoczone. Pogląd ten można zaaprobować, o ile uznamy, że zmowa grupy przestępców wystarczy, by uznać ich działalność za "zorganizowaną". Jednak rzeczywista przestępczość zorganizowana, we współczesnym znaczeniu tego pojęcia, wymaga nie tylko koordynacji działań przestępczych w niewielkich grupach, lecz również porozumień pomiędzy poszczególnymi grupami. W ramach współczesnej przestępczości zorganizowanej - czy raczej zsyndykalizowanej - interesy są rozdzielane pomiędzy poszczególne rodziny, które zazwyczaj szanują wzajemne uzgodnienia. Przykładowo, rodziny nowojorskie uznają prymat rodzin z Nowej Anglii na terenie Nowej Anglii; jeśli zaś chcą załatwić na ich terytorium jakieś interesy, występują najpierw o zgodę bossów lokalnych organizacji przestępczych. Dany gang może - na przykład - zostać poproszony o dokonanie morderstwa na zlecenie gangu z innego regionu, i jest zobowiązany podjąć się takiego zlecenia bez rekompensaty materialnej. Sytuacja ta znacząco odbiega od stanu sprzed wprowadzenia prohibicji: w XIX w. gang Bloody Tubs z Baltimore nie miał żadnych zobowiązań względem gangów Dead Rabbits czy Day-breakers z Nowego Jorku. Era prohibicji oraz charakter wymuszanej przez nią działalności przestępczej wymagały szeroko zakrojonej koordynacji pomiędzy organizacjami przestępczymi ulokowanymi w rozmaitych miastach. Gang Ala Capone w Chicago był uzależniony od dostaw alkoholu z Kanady; dostawy te przechodziły jednak przez Detroit, gdzie dominował żydowski Purple Gang. Obydwie grupy nawiązały więc współpracę. Jeżeli Purple Gang chciał pozbyć się niewygodnego gangstera, który uciekł do Illinois, mógł poprosić Ala Capone o "rozwiązanie problemu" - i vice versa: Mafia chicagowska nie wysyłała własnych ludzi do Detroit w celu realizacji zleceń (byłoby to zniewagą względem Purple Gang i intruzów zapewne spotkałby smutny koniec); zamiast tego Capone występował do przywódców żydowskich o pomoc. Ta nowa forma współpracy nie zawsze sprawdzała się w praktyce, ale z biegiem lat gangsterzy zaczęli doceniać wypływające z niej korzyści. Między rozmaitymi gangami żydowskimi, włoskimi rodzinami mafijnymi oraz organizacjami zrzeszającymi Irlandczyków, Polaków, a nawet Anglosasów zaczęła kształtować się swoista symbioza. W 1931 r., za sprawą Lucky'ego Luciano oraz żydowskiego gangstera Meyera Lansky'ego, zawiązano syndykat regulujący sprawy przestępczości zorganizowanej na całym terenie Stanów Zjednoczonych. Warto zauważyć, że w owym czasie siły Mafii - nawet jeśli uwzględnić wszystkich gangsterów pochodzenia włoskiego, a nie tylko Sycylijczyków - nie dominowały na amerykańskiej arenie przestępczej. Rzecz jasna nie istnieje żaden oficjalny "spis gangsterów", ale można zaryzykować twierdzenie, że w chwili powstania syndykatu gangsterzy żydowscy przeważali liczebnie nad włoskimi. Pomimo to współpraca między obiema narodowościami zawsze układała się dobrze. Włosi uciekali przed biedą panującą w ich ojczyźnie, zaś Żydzi byli zbiegami z gett Europy. Obydwie grupy przybyły do USA mniej więcej w tym samym okresie i obydwie musiały borykać się z podobnymi formami dyskryminacji.

Charakterystycznym przejawem współpracy żydowsko-włoskiej był skład zbrojnego ramienia syndykatu, osławionej grupy Murder, Inc., dzielącej się mniej więcej po połowie na Żydów i Włochów. Zgoda pomiędzy obydwiema grupami nie objęła organizacji irlandzkich, które królowały na amerykańskiej arenie przestępczej w XIX w. i czuły się zagrożone ekspansją gangów żydowskich oraz włoskich rodzin mafijnych. W konsekwencji powstanie amerykańskiej przestępczości zorganizowanej było związane z wyeliminowaniem znacznej liczby Irlandczyków. Pomimo wszelkich podobieństw między Mafią żydowską i Mafią włoską zaznaczyła się jedna fundamentalna różnica: Włosi, w przeciwieństwie do Żydów, zachowali podział na rodziny przestępcze, w skład których wchodził boss, jego zastępca (lub dwóch - drugi zastępca był czasem nazywany consigliere, choć poszczególne rodziny przypisywały temu stanowisku różny zakres obowiązków), kilku capo (kapitanów) oraz szeregowi żołnierze. Do rodziny przestępczej przynależało również wielu członków stowarzyszonych, z których część liczyła na oficjalne przyjęcie w szeregi Mafii, inni zaś byli zainteresowani tylko prowadzeniem wspólnych interesów. Luciano usankcjonował tę strukturę organizacyjną. Choć sam nie przywiązywał większej wagi do dawnych tradycji i obrzędów, zrozumiał w końcu, że po brutalnych wojnach nowojorskich gangów w latach 1928-1931 wielu "osieroconych" gangsterów szukało powrotu do korzeni i pragnęło identyfikować się ze znaną im tradycją przestępczą.

Gangsterzy żydowscy nie przejawiali zainteresowania dla tego rodzaju złożonych struktur i nie czuli się przywiązani do konkretnych terytoriów. Gdy ludzie Dalitza z Cleveland oraz członkowie Purple Gang z Detroit stwierdzili, że interesy na ich terenie idą kiepsko i dostrzegli większe możliwości w stanach Floryda i Nevada, po prostu rozwiązali swoje organizacje (lub przekazali je w ręce lokalnych mafiosów) i wyjechali. Mafia nie jest w stanie dokonywać takich roszad - jej struktura sprawia, że poszczególne rodziny mafijne są trwale przypisane do konkretnych terenów. Mimo to struktura Mafii stanowi jej atut. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku w amerykańskiej przestępczości zorganizowanej zaszły duże zmiany. Włoska Mafia - pomimo licznych prognoz wieszczących jej kres - zaczęła rosnąć w siłę, podczas gdy organizacje żydowskie stopniowo traciły na znaczeniu. Nie był to rezultat konfliktów wewnętrznych czy jakichkolwiek czystek, lecz raczej różnic strukturalnych. Gangsterzy żydowscy zajmowali się budową imperiów, a nie dynastii. Nepotyzm był im zawsze obcy, a stopniowy awans cywilizacyjny amerykańskich Żydów sprawiał, że do żydowskich gangów napływało coraz mniej świeżej krwi z gett. Inaczej miała się sytuacja wśród włoskich mafiosów. Odchodzący żydowscy gangsterzy z lat dwudziestych i trzydziestych byli coraz częściej zastępowani przez Włochów - za przykład może posłużyć przejęcie schedy po Longym Zwillmanie w stanie New Jersey przez Jerry'ego Catenę. Mafia stopniowo wypełnia próżnię po organizacjach żydowskich. 

Po dziś dzień opinia publiczna hołduje wielu mitom - przykładowo, że gangsterzy włoscy i żydowscy działają w identyczny sposób; że Mafia umiera; że w ramach przestępczości zorganizowanej zachodzi sukcesja etniczna itp. Należy pamiętać, że Mafia jest organizacją opartą na wyzysku, nie tylko wobec swoich ofiar, lecz również wobec własnych członków - i fakt ten stanowi jedną z przyczyn jej wielkiej siły i żywotności. 

Amerykańska przestępczość zorganizowana to ewenement na skalę światową, niemający sobie równych nawet na Sycylii, a więc w tradycyjnej kolebce Mafii. Za genezą i gwałtowną ekspansją przestępczości zorganizowanej w USA w latach dwudziestych XX w. stoją trzy czynniki: prohibicja, Wielki Kryzys oraz J. Edgar Hoover. 

W XIX wieku Ameryka stanowiła teren działania wielkich gangów ulicznych reprezentujących przestępczość niezorganizowaną - grup, które szukały sprzymierzeńców i protektorów wśród ambitnych polityków tego okresu. W zamian za przysługi wyświadczane im przez gangi, politycy byli skłonni przymykać oko na drobne grzeszki, takie jak mordowanie niewinnych ofiar, napady na banki, powszechną prostytucję itp. We współpracy przestępców z politykami liczyła się przede wszystkim zdolność gangów do wpływania na wyniki wyborów przez zastraszanie elektoratu. 

Do sławnych gangów tego okresu należały organizacje Dead Rabbits, Bowery Boys, Whyos i wiele innych. U schyłku ery gangów ulicznych funkcjonował jeszcze liczący 1 500 członków (głównie Żydów) gang Monka Eastmana oraz zrzeszająca podobną liczbę gangsterów włoska grupa Five Points, prowadzona przez Paula Kelly'ego. Jednak na krótko przed wybuchem I wojny światowej gangi uliczne zaczęły stanowić coraz większy problem dla amerykańskiej sfery politycznej. Opinia publiczna coraz głośniej domagała się reform, a politycy nie mogli już pozwolić swoim sługusom na swobodne mordowanie i grabienie (często według szczegółowych cenników), by następnie tuszować ich zbrodnie. W obliczu narastającej presji społecznej politycy w końcu odwrócili się od gangów i pozwolili policji na nieskrępowaną walkę z gangsterami. W rezultacie wielkie gangi uliczne zaczęły się rozpadać - w Stanach Zjednoczonych zabrakło interesów przestępczych, które umożliwiałyby funkcjonowanie tak wielkich grup. Odłamy dawnych organizacji toczyły między sobą bezpardonową walkę o kontrolę nad procederami takimi jak manipulacje na rynku pracy, łamanie strajków itp. Rzecz jasna zmiany te nie kładły kresu zinstytucjonalizowanej przestępczości i nie oznaczały, że uczciwi obywatele mogli spać spokojnie, ale kości niewątpliwie zostały rzucone - przestępczość, traktowana jako sposób na życie, była w odwrocie i coraz częściej pojmowano ją wyłącznie jako fazę przejściową, ograniczoną do konkretnych grup wiekowych (głównie ludzi młodych) i konkretnych terytoriów (gett). W latach Wielkiej Wojny wielu gangsterów zostało wcielonych do armii, przez co ich organizacje uległy dalszemu rozpadowi. Po powrocie do kraju, w 1919 r., ludzie ci stanęli wobec niecodziennej sytuacji - musieli znaleźć uczciwą pracę, by przeżyć. 

I wtedy właśnie miało miejsce wydarzenie, które odwróciło cały opisany bieg historii. Władze Stanów Zjednoczonych postanowiły przeprowadzić fatalny w skutkach (choć szlachetny w zamierzeniach) eksperyment społeczny: rozprawić się z "demonem alkoholu". Z chwilą wprowadzenia prohibicji nieomal z dnia na dzień dawne grupy przestępcze zaczęły ponownie rosnąć w siłę. Prohibicja była od początku skazana na klęskę; zasiała jednak ziarno późniejszej przestępczości zorganizowanej i ukształtowała popularny wizerunek gangstera-przemytnika alkoholu. Przestępcy po raz pierwszy zyskali dostęp do wielkich bogactw i nie musieli już wkupywać się w łaski polityków. Relacje między przestępcami i politykami uległy odwróceniu: teraz to politycy i policjanci stali się klientami gangsterów. Zamiast po dawnemu dyktować warunki bandytom, przedstawiciele sceny politycznej lat dwudziestych przychodzili do nich po prośbie, z kapeluszem w dłoniach. 

Na początku prohibicji amerykańskie getta zamieszkiwali przedstawiciele najnowszej fali imigracji: Włosi i Żydzi. Przestępczość wśród owych grup etnicznych nie różniła się niczym od przestępczości występującej wcześniej wśród Irlandczyków, a w późniejszych latach XX w. - wśród czarnoskórych i Latynosów. Jednak awans Włochów i Żydów w hierarchii przestępczej zbiegł się z okresem, w którym działalność przestępcza przynosiła szczególnie wysokie zyski. Fakt ten niewątpliwie zachęcał młodych mieszkańców gett do wkroczenia na ścieżkę zbrodni, lecz po zakończeniu prohibicji wielu z nich mimo wszystko zdecydowało się porzucić żywot gangstera i żyć ze zgromadzonych wcześniej bogactw. 

Wtedy właśnie do głosu doszedł kolejny ważny czynnik: Wielki Kryzys. Naturalna progresja etniczna powinna była doprowadzić do wypchnięcia z gett przedstawicieli nacji włoskiej i żydowskiej, lecz na skutek kryzysu gospodarczego ludzie ci "utknęli" w gettach. Włosi i Żydzi, przebywszy okres młodzieńczych eksperymentów przestępczych, nie widzieli dla siebie żadnych perspektyw w uczciwym świecie; tłumnie garnęli się więc do pęczniejących organizacji kryminalnych. 

Okres Wielkiego Kryzysu zbiegł się ze snutymi przez duet Luciano-Lansky planami syndykalizacji przestępczości na skalę ogólnokrajową - projektem, który nie natrafił na jakikolwiek opór ze strony władz federalnych. Trzecim i ostatnim czynnikiem umożliwiającym powstanie w Stanach Zjednoczonych tzw. syndykatu był J. Edgar Hoover. Dyrektor FBI przez wiele lat zajmował się przede wszystkim zwalczaniem komunistów oraz osób, które uważał za największe zagrożenie dla bezpieczeństwa kraju: młodocianych złodziei samochodów. Hoover twierdził, że w Stanach Zjednoczonych nie funkcjonuje przestępczość zorganizowana ani Mafia - aż do chwili, gdy został dosłownie zmuszony do podjęcia walki z "Cosa Nostrą" (ów synonim Mafii wymyślono po to, by ocalić Hoovera - w końcu Hoover wielokrotnie powtarzał, że żadna "Mafia" nie istnieje). Zdaniem historyka Alberta Frieda, Hooverowi "można by postawić zarzut zaniedbania obowiązków służbowych"; co więcej - istnieją przekonujące dowody na to, że przywódcy organizacji przestępczych wypracowali specjalne sposoby "głaskania" Hoovera, by uniknąć jego gniewu.

Wielki Kryzys, a także następujące po nim lata, były okresem znakomitej koniunktury dla przestępczości zorganizowanej i Mafii (sam Lansky zgromadził osobistą fortunę rzędu 300-400 milionów dolarów); ugruntowały też ich status społeczny oraz zadecydowały o ich niezwykłej żywotności. W sukurs Mafii przyszła prowadzona przez nią polityka wyzysku.

W typowej rodzinie mafijnej boss wyzyskuje swojego zastępcę; zastępca wyzyskuje capo; capo wyzyskują żołnierzy, a żołnierze wyzyskują "członków stowarzyszonych". Najlepszą ilustracją tej zasady są interesy lichwiarskie. Boss finansuje system nielegalnych pożyczek, udzielając swojemu zastępcy i capo kredytów oprocentowanych na 1 % tygodniowo. Wbrew pozorom jest to całkowicie bezpieczna inwestycja - podwładni przyjmują na siebie całą odpowiedzialność za spłatę kapitału oraz odsetek; w przypadku utraty pieniędzy nie liczą się żadne wymówki. Kredyt musi zostać spłacony. Przedstawiciele drugiej warstwy struktury mafijnej udzielają następnie pożyczek szeregowym członkom rodziny na około 1,5-2,5% tygodniowo. Żołnierze zarabiają na siebie pożyczając pieniądze ludziom spoza organizacji i zdzierając z nich odsetki rzędu 5% tygodniowo (lub więcej - w zależności od sytuacji na rynku). Każdy capo i żołnierz ma więc możliwość wypracowania olbrzymich zysków, a jeśli okaże się skutecznym biznesmenem, jego przełożeni przydzielą mu większy udział w interesach rodziny. 

Mafia nie wypłaca swoim członkom żadnych regularnych wynagrodzeń; pozwala im jedynie na swobodne prowadzenie działalności przestępczej pod warunkiem dzielenia się zyskami z przełożonymi. Co ciekawe, ten system wyzysku stanowi o witalności Mafii: każdy żołnierz pragnie awansu, gdyż chce stanąć po stronie wyzyskiwaczy, a nie wyzyskiwanych.

Nie wydaje się prawdopodobne, by Mafia była skazana na wymarcie ze względu na tzw. "sukcesję etniczną w ramach przestępczości zorganizowanej". Wyznawcy tej teorii ignorują różnice między drobną przestępczością uliczną a prawdziwą przestępczością zorganizowaną. W ramach gett występuje charakterystyczne "parcie w górę", które sprawia, że przedstawiciele poszczególnych narodowości z czasem uzyskują wyższy status społeczny i nie muszą już parać się działalnością przestępczą. Tylko Włosi i Żydzi związali swoje losy z przestępczością na długo po ucieczce z gett. Powierzchowne podobieństwa między włoską Mafią a nowymi organizacjami, takimi jak "Czarna Mafia", "Mafia kubańska" (lub latynoska), "Mafia chińska" czy wreszcie grupy przestępcze zrzeszające Pakistańczyków, Wietnamczyków i Japończyków, nie powinny przesłaniać istotnych różnic. Mafia jako struktura przestępcza nie ma sobie równych we współczesnym świecie. 

Nie ulega wątpliwości, że współczesna Mafia stara się ograniczać swój udział w handlu narkotykami - nie tyle ze względu na konkurencję ze strony innych grup etnicznych, ile na skutek wielkiego ryzyka związanego z tym procederem. Proces ten przebiega jednak powoli i Mafia po dziś dzień sponsoruje działalność licznych pozamafijnych handlarzy narkotyków. W ostatnich latach mniej więcej 20 procent amerykańskiego handlu heroiną znajduje się pod kontrolą gangów chińskich, czerpiących towar od dostawców w Hongkongu i Tajwanie oraz zajmujących się jego dystrybucją w chińskich dzielnicach miast USA. Niemal we wszystkich przypadkach gangi te działają w porozumieniu z tradycyjnymi rodzinami mafijnymi. W murzyńskich i latynoskich gettach prowadzenie nielegalnego hazardu wymaga zazwyczaj płacenia "podatków" na rzecz Mafii, która ze swej strony chroni lokalnych operatorów przed policją i politykami. Porzucenie typowej działalności ulicznej stanowi naturalny element procesu ewolucji przestępczości zorganizowanej i w żadnym wypadku nie powinno zostać odebrane jako oznaka słabości współczesnej Mafii.

Długoletnie doświadczenie członków Mafii sprawia, że organizacja ta jest obecnie w stanie prowadzić o wiele bardziej wyrafinowane interesy przestępcze niż dawniej. Prymitywnym, nieokrzesanym mafiosom z lat dwudziestych, toczącym wojny przy użyciu kul oblepionych czosnkiem, nawet przez myśl nie przeszły takie procedery, jak oszustwa giełdowe czy rozmaite interesy korupcyjne, stanowiące w dzisiejszych czasach chleb powszedni Mafii. Pod wieloma względami Mafia wyprzedza pozostałe grupy etniczne o co najmniej 50 lat.

Za koronny dowód rosnącego zagrożenia ze strony Mafii należy uznać nieprzeliczone rzesze młodych gangsterów ubiegających się o przyjęcie do rodzin mafijnych. Ludzie ci niecierpliwie oczekują na swoją kolej, jednocześnie wysługując się Mafii - w ocenie pewnego nowojorskiego komisarza policji: "Trudnią się paserstwem na rzecz rodziny - przy niewielkim udziale w zyskach - lub nawet brudną robotą, na przykład zakopywaniem zwłok. Cel jest zawsze ten sam: zostać przemytnikiem, a nie paserem; płatnym mordercą, a nie specjalistą od usuwania trupów. W ramach nagrody rodzina mafijna przydziela czasem wybrańcowi jego własne terytorium, na którym może on prowadzić nielegalne kasyna lub kontrolować prostytucję bez obawy o konkurencję".

Pewien młody nowojorski aspirant tak bardzo pragnął zostać członkiem Mafii, że nieomal zemdlał ze szczęścia, gdy wreszcie otrzymał upragnioną wiadomość: zostanie pasowany na mafioso! Kiedy nadszedł jego wielki dzień, włożył swój najlepszy garnitur i udał się na ceremonię w towarzystwie kilku znajomych gangsterów - po czym nigdy już go nie widziano. Okazało się, że wypadł z łask rodziny i zamiast odebrać nominację, został sprzątnięty przez swoich niedoszłych "przyjaciół".

Skąd wynika niesamowita zdolność Mafii do stawiania czoła przeciwnościom losu? Pod koniec lat osiemdziesiątych XX w. wydawało się, że w amerykańskim świecie przestępczym zachodzą fundamentalne zmiany wymuszone nieustającą presją ze strony władz. Przedstawiciele rządu niewątpliwie liczyli, że ich ofensywa przeciwko Mafii skłoni w końcu któregoś ze starszych wiekiem bossów, zagrożonych perspektywą dożywotniej odsiadki, do pójścia na współpracę i ujawnienia tajemnic swoich rodzin. Warto zauważyć, że najsławniejsi informatorzy w historii Mafii - Reles, Valachi, Teresa, Fratianno - pomimo całego otaczającego ich miru nie zaliczali się do najwyższego kręgu przywódców. Owszem, ich zeznania przyniosły Mafii znaczne straty, ale nie mogły się równać z rewelacjami, które wyszłyby na jaw, gdyby władze złamały choć jednego z bossów. 

Czy prawdziwi przywódcy Mafii mogliby porzucić wyznawaną przez całe życie filozofię i ujawnić swoje sekrety? Większość informatorów motywuje swoją zdradę rzekomym lub faktycznym "wyratowaniem" ich przez wspólników. W przypadku bossów tego rodzaju uzasadnienie nie byłoby możliwe. Istnieją jednak poważne przesłanki każące sądzić, że władze starały się nakłaniać niższych rangą mafiosów do zabijania własnych bossów ze strachu przed ich potencjalną zdradą. Motyw ten odegrał zapewne istotną rolę w zamachu na Paula Castellano, bossa rodziny Gambino zamordowanego 16 grudnia 1985 r. w wieku 70 lat. Nad Castellano ciążyła już wówczas perspektywa dożywotniej odsiadki za rozmaite przestępstwa. Czy agenci potrafiliby namówić go na współpracę? Na krótko przed śmiercią Castellano magazyn "Time" opublikował bardzo podejrzany artykuł (ukazał się on w wydaniu opatrzonym datą późniejszą niż data śmierci Castellano, ale wydanie to trafiło do druku jeszcze przed zamachem). Autor publikacji twierdził, że Aniello Dellacroce, człowiek numer dwa w rodzinie Gambino i bezpośredni zastępca Castellano, zmarły na raka 2 grudnia 1985 r., był informatorem FBI. Redaktorzy "Time'a" najprawdopodobniej padli ofiarą umyślnej dezinformacji ze strony agencji rządowych. Zdaniem większości obserwatorów Dellacroce - niezwykle twardy mafioso - nigdy nie poszedłby na współpracę z rządem, zaś FBI po prostu robiło zeń kozła ofiarnego, pragnąc chronić swoje rzeczywiste źródła informacji. Niewykluczone też, że Mafia - zaniepokojona informacjami na temat Dellacroce - doszła do wniosku, że prawdopodobieństwo zdrady ze strony Castellano (uważanego za znacznie słabszego emocjonalnie niż Dellacroce) jest szczególnie wysokie i postanowiła go wyeliminować.

Trudno obiektywnie ocenić rzeczywistą skuteczność FBI w eliminowaniu mafijnych bossów. Oznaką adaptacji Mafii do nowych zagrożeń jest jej powrót do korzeni - a ściślej do tradycji znanych z wczesnych lat istnienia amerykańskiego syndykatu. W owych czasach przywódcy większości rodzin mafijnych liczyli nie więcej niż 30-40 lat. Jeśli siedemdziesięciopięcioletni boss otrzyma wyrok 20 lub 30 lat więzienia, może zdecydować się na współpracę z władzami, wiedząc, że w przeciwnym razie nigdy już nie wyjdzie na wolność. Boss czterdziestoletni jest natomiast w stanie odsiedzieć taki wyrok "stojąc na głowie" i w związku z tym nie ma powodu, by sypać (wolność może odzyskać już po sześciu-siedmiu latach, za dobre sprawowanie). "Odmłodzenie" bossów nie oznacza wcale osłabienia Mafii; wręcz przeciwnie - na dłuższą metę zwiększa jej żywotność. Cytując pewnego młodego mafioso, udzielającego wywiadu reporterowi: "Jedno jest pewne - cholernie daleko nam do śmierci".

Amerykańska Mafia jest wciąż stosunkowo nowym tworem - liczy niewiele ponad 60 lat. Mimo to, zamiast czerpać nauki od Mafii sycylijskiej, pełni wobec niej rolę nauczyciela. W 1985 r. Tommaso Buscetta - wysoki rangą mafioso sycylijski - poszedł na współpracę z rządem Włoch, a jego zeznania umożliwiły aresztowanie setek osób podejrzanych o kontakty z przestępczością zorganizowaną. Buscetta ujawnił podobieństwo struktur mafijnych po obu stronach Atlantyku, lecz jednocześnie podkreślił, że tylko w ramach Mafii amerykańskiej istnieje twór zwany "komisją". Według Buscetty idea komisji została przedstawiona Mafii sycylijskiej przez dwóch członków Mafii amerykańskiej: Lucky'ego Luciano oraz "dżentelmena nazwiskiem Bonanno, który przybył ze Stanów Zjednoczonych w 1957 r." Buscetta stwierdził, że Luciano i Joe Bonanno opisali swoim włoskim odpowiednikom korzyści wypływające z mediacji sporów między rodzinami przez komisję (a dodajmy, że w samym tylko Palermo funkcjonowało wówczas 20 rodzin mafijnych). 

Władze amerykańskie rozumiały, dlaczego Luciano i Bonanno tak bardzo zależało na ustanowieniu we Włoszech odpowiednika komisji: zakończenie wewnętrznych sporów między sycylijskimi organizacjami mafijnymi umożliwiłoby usprawnienie kanału przerzutu heroiny z Włoch do USA. Amerykańska Mafia zawsze starała się eksportować własne know-how do innych krajów.

 

 

"MAKARONIARZ z mopem": Więzienne szyderstwa z Ala Capone

Wpływy Ala Capone były wielkie, lecz nie sięgały poza mury Alcatraz. Panujące w sławnym więzieniu porządki w niczym nie odpowiadały tradycyjnej hierarchii przestępczej. Capone miał tam ciężkie życie - nie ze względu na niewygody związane z odsiadką, lecz za sprawą swoich współwięźniów.

Pewnego dnia Capone wraz z grupą innych więźniów udał się do zakładu fryzjerskiego na swoje comiesięczne postrzyżyny. Wielki Al uznał najwyraźniej, że jest zbyt ważny, by cierpliwie czekać na swoją kolej, więc bezceremonialnie stanął na początku kolejki, wpychając się przed niejakiego Jamesa Lucasa, brutalnego przestępcę skazanego na 30 lat więzienia za napady na banki w Teksasie. Lucas wiedział, z kim ma do czynienia, ale legenda Capone nie wywarła na nim większego wrażenia. Warknął: "Hej, tłusta d..., won na koniec kolejki!" Capone odwrócił się i zmierzył Lucasa spojrzeniem, które z pewnością wzbudziłoby strach w wielu gangsterach - ale nie w Alcatraz.

"Wiesz, kim jestem, ciulu?" - spytał. Lucas poczerwieniał na twarzy, wyrwał nożyczki więźniowi-fryzjerowi i przytknął ich czubek do tłustego karku Capone. "Tak - powiedział - wiem, kim jesteś, kupo sadła. A jeśli nie ustawisz się na końcu tej p... kolejki, będę wiedział kim byłeś". Capone posłusznie stanął w kolejce i już nigdy nie próbował się szarogęsić. Nie uchroniło go to jednak przed kolejnymi atakami. Pewnego razu w Alcatraz wybuchł bunt więźniów, wywołany odmową udzielenia pomocy medycznej pewnemu więźniowi, którego strażnicy posądzali o symulanctwo (więzień zmarł). Capone zignorował akcję protestacyjną i wciąż wykonywał swoje obowiązki w więziennej pralni. Inni więźniowie zaczęli nazywać go "śmieciem" oraz "szczurem"; w końcu strażnik nakazał mu wrócić do celi i pozostać tam aż do chwili zdławienia buntu. Gdy Capone wrócił do pracy, pewien nieznany więzień cisnął w niego ciężarem od przeciwwagi. Capone w ostatniej chwili został odepchnięty na bok przez innego więźnia, Roya Gardnera (odsiadującego wyrok za napady na pociągi), przez co ciężar chybił i uderzył Ala jedynie w ramię, powodując głęboką ranę. Strażnicy przenieśli Capone do pracy przy czyszczeniu natrysków, gdzie szybko zyskał przezwisko "makaroniarz z mopem" (ang. The Wop with the Mop). Jego nemezis, Lucas, zakradł się pewnego dnia do łaźni i dźgnął Ala w plecy mojką. Capone trafił do szpitala na tydzień, zaś Lucas wylądował w karcerze. Doszło jeszcze do kilku prób zabicia lub okaleczenia Capone, lecz grupa przyjaznych mu więźniów, znęcona obietnicami zapłaty po powrocie na wolność, podjęła się jego ochrony. Więzienni ochroniarze Capone udaremnili m.in. plan zatrucia ługiem jego porannej kawy. Pewnego dnia Capone szedł do gabinetu dentysty, gdy nagle jeden z więźniów rzucił się na niego i omal go nie udusił, zanim Capone wyrwał się z uścisku i jednym ciosem powalił napastnika na ziemię. Powyższe opowieści stanowiły pożywkę dla prasy, pragnącej ukazać swoim czytelnikom upadek niegdysiejszego króla Chicago. Żona Capone bezskutecznie apelowała do prokuratora generalnego o przeniesienie swojego męża do innego więzienia. Prześladowanie "makaroniarza z mopem" trwało w najlepsze.

Po kilku latach spędzonych za kratami Capone zaczął tracić kontakt z rzeczywistością na skutek postępującego syfilisu. Choroba sprawiła, że większość współwięźniów przestała nim pomiatać, a niektórzy zaczęli nawet odnosić się doń z pewną dozą sympatii.

 

 

Salvatore MARANZANO (1868-1931): Pierwszy i jedyny amerykański "boss nad bossami"

Salvatore Maranzano był tak potężny, że mógł sporządzić "listę śmierci", na której widniały nazwiska Luciano, Franka Costello, Vito Genovese, Joego Adonisa, Williego Morettiego, Dutcha Schultza oraz "grubasa z Chicago" (Ala Capone).

Mógł, gdyż był bossem nad bossami - a w każdym razie żywił takie przekonanie. Rządy Maranzano znalazły jednak krwawy finał zaledwie cztery miesiące po objęciu przezeń funkcji najwyższego bossa. Po jego upadku tytuł bossa nad bossami - mimo wysiłków dziennikarzy - poszedł w odstawkę. Amerykańska przestępczość zorganizowana była zbyt różnorodna i prowadziła zbyt rozległe interesy, by mógł nią rządzić pojedynczy superboss. Pomimo swojej ostatecznej klęski, Maranzano niewątpliwie odcisnął trwałe piętno na amerykańskiej arenie przestępczej - jeśli wierzyć słowom informatora Joego Valachiego, to właśnie on stworzył zręby organizacji znanej później jako Cosa Nostra.

Maranzano był mafioso starej daty, przywiązującym wielką wagę do tradycyjnych wartości "honoru" i "szacunku" dla bossa oraz kontynuującym dawne rodzinne wendety. Z drugiej jednak strony hołdował też wielu nowoczesnym koncepcjom i pragnął zreformować amerykańską przestępczość zorganizowaną - przy okazji przejmując jej stery. Gdyby przeżył krwawe porachunki z początku lat trzydziestych XX w., amerykańska Mafia mogłaby obecnie wyglądać zupełnie inaczej. Nie wiadomo dokładnie, kiedy Maranzano po raz pierwszy przybył do Stanów Zjednoczonych. Ustalono jedynie, że przebywał w USA w 1918 r., później w 1925 r. i wreszcie w 1927 r., kiedy na stałe osiadł w Nowym Jorku. W owym czasie pełnił rolę wysłannika bossa nad bossami Mafii sycylijskiej, Don Vito Cascio Ferro, który zlecił mu scalenie amerykańskich rodzin mafijnych w jednolitą strukturę pod wspólnym przywództwem. Don Vito, który osobiście podróżował do Ameryki na początku XX w., podobno widział samego siebie w roli przywódcy tej nowej organizacji; Maranzano zaś odpowiadała rola jego zaufanego doradcy. Stało się jednak inaczej - wkrótce po wysłaniu Maranzano do Ameryki Don Vito został schwytany przez włoskich faszystów i wtrącony do więzienia na resztę życia.

Maranzano, zdany teraz tylko na siebie, wkrótce otoczył się emigrantami ze swojego rodzinnego miasta, Castellammare del Golfo. W 1928 r. miał już tak wielu stronników, że główny boss Mafii nowojorskiej, Giuseppe "Joe Boss" Masseria, zaczął upatrywać w nim zagrożenie dla swojej władzy. Sprytny i inteligentny Maranzano (w latach młodości uczęszczał na uniwersytet i wróżono mu nawet karierę w duchowieństwie) rzeczywiście pragnął obalić Masserię, wykorzystując przy tym nienawiść Joego Bossa do castellammarczyków.

Joe Boss miał reputację chciwca wymuszającego od swoich podwładnych olbrzymie haracze. Maranzano zaczął więc podsycać niechęć do Masserii w szeregach jego własnej organizacji, obiecując, że każdy kto przejdzie na jego stronę, otrzyma uczciwy udział w łupach. Jednym z głównych celów kampanii propagandowej Maranzano był Lucky Luciano, ważny doradca Masserii, odpowiedzialny za reorganizację interesów przestępczych jego rodziny. Luciano nie interesowała jednak współpraca z Maranzano - snuł już bowiem własne plany na przyszłość.

W obliczu stale rosnących wpływów Maranzano Masseria w końcu wypowiedział jego organizacji otwartą wojnę. Siły Masserii przeważały liczebnie nad siłami Maranzano i Joe Boss wierzył, że uda mu się zgnieść konkurenta. Konflikt toczący się w latach 1928-1930 przyniósł około 50 ofiar po obu stronach, choć władze często miały problemy z ustaleniem, czy dane morderstwo było wynikiem wojny między Masseria i Maranzano, czy też może stanowiło rezultat zwyczajnych porachunków gangsterskich związanych z przemytem i dystrybucją alkoholu.

Z biegiem czasu Wojna Castellammarese przerodziła się w konflikt trzech stron. Luciano zaczął nawiązywać kontakty z młodymi gangsterami w obu zwalczających się obozach i przekonywać ich do zupełnie odmiennej koncepcji działalności przestępczej. Jego wizja zakładała przymierze między gangsterami włoskimi a żydowskimi w ramach powszechnego syndykatu, który zapewniłby sprawiedliwy podział przestępczego tortu - a nawet zwiększyłby jego rozmiary. Atutem Luciano były znakomite kontakty z ważnymi przedstawicielami policji i świata polityki (utrzymywane dzięki wysiłkom Franka Costello). Luciano był w stanie zapewnić swoim sprzymierzeńcom znacznie lepszą ochronę niż Joe Boss czy Maranzano, zaś dzięki tajnym współpracownikom po obu stronach barykady znał plany obydwu skłóconych bossów. Przez lata Luciano prowadził bliską współpracę z żydowskim gangsterem Meyerem Lanskym, którego uważał za najbardziej błyskotliwy umysł przestępczy w kraju. Ich wspólny plan zakładał, że Lansky skupi wokół siebie rozproszone po całym kraju organizacje żydowskie, zaś Luciano spróbuje zjednoczyć włoskie rodziny mafijne. Zadanie Lansky'ego było łatwiejsze - niemal wszyscy liczący się przestępcy żydowscy rozumieli korzyści płynące z założenia syndykatu. Luciano musiał wykazać się o wiele większym talentem dyplomatycznym. Obydwaj wspólnicy postanowili, że Wojna Castellammarese powinna trwać aż do śmierci jednego ze starych donów - wówczas wspólne siły Luciano i Lansky'ego uderzyłyby na zwycięzcę. Jednak wbrew nadziejom Lansky'ego i Luciano konflikt między Masserią a Maranzano przeciągnął się aż do roku 1931. Maranzano stopniowo brał górę, ale wciąż nie mógł odtrąbić zwycięstwa. Luciano, który obawiał się rosnących wpływów Maranzano, postanowił uderzyć na Joego Bossa. 15 kwietnia 1931 r. zaprosił Masserię na obiad w restauracji na Coney Island. Po zjedzeniu posiłku obaj gangsterzy oddali się grze w karty, zaś pozostali goście opuścili lokal. W pewnej chwili Luciano wstał i udał się do toalety. Na ten znak do restauracji wpadło czterech mężczyzn, którzy oddali do Masserii około 20 strzałów. Trafiony sześciokrotnie Masserią zmarł na miejscu.  Kolejnym posunięciem Luciano było zawarcie pokoju z Maranzano. Wdzięczny Maranzano wynagrodził go stanowiskiem swojego zastępcy. Doszło do zwołania niezwykłego konklawe około 500 nowojorskich gangsterów, podczas którego Maranzano wyłożył swoje plany reformy przestępczości zorganizowanej. Nowojorska Mafia miała zostać podzielona na pięć rodzin, z których każdej przewodniczyłby boss, mający u swojego boku zastępcę, kapitanów i żołnierzy. Całą strukturą miał rządzić "boss nad bossami" - Maranzano. Nowa organizacja została ochrzczona przez Maranzano mianem Cosa Nostra, co w języku włoskim oznacza po prostu "nasza sprawa". Maranzano ogłosił, że nadchodzi czas harmonii i pokoju, ale prywatnie nie wierzył we własne słowa. Był człowiekiem inteligentnym i rozumiał, że poprzez nawiązywanie kontaktów z gangsterami żydowskimi Luciano buduje własną frakcję, która może wkrótce zagrozić jego władzy. Wiedział też, że wielu członków nowej Cosa Nostry jest bardziej oddanych Luciano niż jemu samemu. Postanowił sporządzić listę osób, które miały zostać wyeliminowane. Na listę trafili Luciano, Costello, Genovese, Adonis, Moretti. Schultz oraz Al Capone z Chicago - długoletni przyjaciel Luciano. Maranzano zdawał sobie sprawę z trudności, jakich przysporzyłoby zabicie wszystkich wymienionych gangsterów; postanowił więc nie ryzykować otwartej wojny przed wyeliminowaniem przynajmniej niektórych z nich (obawiał się, że w przeciwnym razie część jego własnych ludzi może przejść na stronę Luciano). Zadecydował też, że mokra robota musi zostać wykonana przez osoby spoza organizacji, by nie rzucać podejrzeń na niego samego. Wynajął znanego mordercę rodem z Irlandii, Vince'a "Mad Dog" McColla, i nakazał mu przybycie do swojego biura w budynku Grand Central, w chwili gdy będą tam zarówno Luciano, jak i Genovese. Coli miał podobno zgładzić obydwu mężczyzn i "zgubić" ich zwłoki, a następnie wyeliminować jak najwięcej pozostałych osób z listy Maranzano, zanim o popełnionych zamachach dowiedziałby się ogół gangsterów. Maranzano zapłacił Collowi 25 000 dolarów z góry i obiecał mu kolejne 25 000 po zabiciu Luciano i Genovese. Luciano dostał jednak cynk o planowanych zamachach i wiedział, że sygnałem do rozpoczęcia operacji będzie telefon wzywający go do biura Maranzano. W owym czasie Luciano i Lansky dysponowali już własną brygadą morderców, których zamierzali wykorzystać w rozprawie z Maranzano. Luciano nakazał szybkie zakończenie przygotowań. 10 września 1931 r. nadszedł oczekiwany telefon.

Na krótko przed planowaną godziną przybycia Luciano i Genovese, w biurze Maranzano złożył wizytę Tommy Lucchese. Maranzano nie wiedział o związkach między Lucchese i Luciano (w rzeczywistości Lucchese był głównym szpiegiem Luciano w organizacji Maranzano jeszcze przed śmiercią Masserii). Chwilę po wejściu Lucchese do biura zapukało czterech mężczyzn, którzy okazali odznaki policyjne i stwierdzili, że mają kilka pytań do Maranzano. Była to czwórka żydowskich gangsterów wypożyczonych od Lansky'ego (Luciano wolał posłużyć się Żydami, gdyż nie chciał ryzykować rozpoznania przez Maranzano włoskich zamachowców; ludzie Luciano też nie znali jednak Maranzano i dlatego w spisku musiał wziąć udział Lucchese: jego zadanie polegało na wskazaniu mordercom właściwej ofiary). Fałszywi "policjanci" ustawili ochroniarzy Maranzano pod ścianą i rozbroili ich, po czym dwóch z nich weszło do biura Maranzano i zastrzeliło bossa. W chwilę potem cała czwórka wybiegła z biura w towarzystwie Lucchese; za nimi zaś ruszyli ochroniarze Maranzano. Na klatce schodowej jeden z nich wpadł na Mad Dog Colla, który wybierał się właśnie na swoje umówione spotkanie. Poinformowany o wydarzeniach Coll odwrócił się i wyszedł z budynku wesoło pogwizdując - właśnie zarobił 25 000 dolarów. Śmierć Maranzano odbiła się szerokim echem w amerykańskim świecie przestępczym, oznaczała bowiem kres działalności tradycyjnej Mafii w Ameryce. Stara, sycylijska organizacja musiała ustąpić miejsca nowej Mafii amerykańskiej, która wspólnie z innymi grupami etnicznymi weszła w skład rodzącego się syndykatu. Luciano natychmiast zniósł stanowisko "bossa nad bossami" i nadał nowej organizacji nazwę "kombinacja", "ekipa" (ang. outfit) oraz - w ramach ukłonu w kierunku tradycjonalistów - "Unione Siciliano" (była to zniekształcona wersja nazwy dawnego sycylijskiego stowarzyszenia samopomocy). Koncepcja "Cosa Nostry" umarła wraz z Maranzano, a wskrzesić ją mieli dopiero agenci FBI wspólnie z usłużnym Joem Valachim w latach sześćdziesiątych, jako deskę ratunku dla skompromitowanego J. Edgara Hoovera. (Hoover co prawda przez wiele lat negował istnienie Mafii, lecz po 30 latach bierności mógł ogłosić, że jego agencja od dłuższego czasu śledzi działania "Cosa Nostry".)

 

 

Giuseppe MASSERIA "Joe Boss" (ok. 1880-1931): Przywódca Mafii

Joe Boss Masseria był niekwestionowanym przywódcą Mafii nowojorskiej w połowie lat dwudziestych XX w. Pozycję tę osiągnął dzięki zdradzie, wyjątkowemu szczęściu oraz umiejętności i chęci zabijania. Krępy, pyzaty Joe (mierzył zaledwie 155 cm wzrostu) wyemigrował z Sycylii w 1903 r., uciekając przed oskarżeniami o morderstwo. Po kilku latach pobytu w Nowym Jorku został aresztowany pod zarzutem wymuszenia i kradzieży z włamaniem. Jakiś czas potem wszedł w skład sławnego gangu Morello - pierwszej poważniejszej rodziny mafijnej w mieście. Masseria uważał, że w niczym nie ustępuje najlepszym mordercom na usługach Morello, do których zaliczali się wówczas Lupo Wolf oraz Ciro Terranova. W 1913 r., po aresztowaniu i skazaniu Morello oraz Lupo, Joe założył w ramach gangu własną frakcję, która z czasem postanowiła przejąć kontrolę nad interesami organizacji. Masseria osobiście poprowadził śmiały szturm na centralę Morello przy 116 Ulicy, zabijając w drzwiach budynku kuzyna bossa, Charlesa Lamontiego. (Sześć miesięcy później w tym samym miejscu Masseria zastrzelił też jego brata.)

Wtedy właśnie zaczęła się seria korzystnych dla Masserii zbiegów okoliczności. Nick Morello, p.o. bossa i jeden z najinteligentniejszych członków rodziny, zginął z rąk brooklyńskich camorristi. Sprawcy tego zamachu wkrótce trafili do więzienia, przez co Masseria nagle znalazł się sam na pustej arenie. Gdy Joe Morello i Lupo Wolf odzyskali wolność na początku lat dwudziestych, Masseria kontrolował już intratne interesy bimbrownicze w nowojorskiej dzielnicy włoskiej. Lupo przeszedł na przestępczą emeryturę, lecz rodzina Morello - skupiona teraz wokół Petera Morello - postanowiła stawić czoło Masserii. Peter sprzymierzył się z innym obiecującym mafioso, Rocco Valentim, którego Masseria uważał za istotne zagrożenie dla swoich interesów. Pewnego dnia Valenti zaczaił się na Masserię na nowojorskiej Drugiej Alei. Zastrzeliwszy obydwu nieuzbrojonych towarzyszy bossa, Valenti spokojnie przeładował broń, wszedł w ślad za uciekającym Masserią do sklepu z galanterią i oddał w jego kierunku kilka strzałów ze stosunkowo niewielkiej odległości. Niczym w kiepskiej parodii filmu gangsterskiego, Masseria wykonał szereg uników, dzięki którym nie został nawet draśnięty. Było to zaskakujące, gdyż Valenti popełnił w swojej karierze przynajmniej 20 morderstw i cieszył się reputacją dobrego, profesjonalnego strzelca. Zdenerwowany Valenti w końcu zbiegł w obawie przed policją, zaś Masseria od tej pory zyskał miano "faceta, który potrafi unikać kul".

Joe Boss powiadomił Valentiego, że pragnie zawrzeć z nim pokój i zaproponował spotkanie w restauracji przy 12 Ulicy. Gdy Valenti pojawił się w wyznaczonym lokalu w towarzystwie trójki ochroniarzy, zamiast Masserii zastał trzech jego ludzi. Przeczuwając zdradę, rzucił się do wyjścia. Gangsterzy Masserii postrzelili dwóch towarzyszy Valentiego, po czym ruszyli za nim samym. Valenti wskoczył na maskę przejeżdżającej taksówki i zaczął się ostrzeliwać, lecz w końcu zginął od kuli Charlesa Luciano - człowieka, którego już wkrótce czekała zawrotna kariera przestępcza. Niedługo potem rodzina Morello wystąpiła do Joe'go Bossa z prośbą o rozejm. Niektórzy jej członkowie przeszli na emeryturę, inni wstąpili w szeregi rosnącej organizacji Masserii. Masseria był teraz głównym rozgrywającym w Mafii nowojorskiej: podlegało mu pięć rodzin mafijnych z Manhattanu, Brooklynu i Bronksu. Przez pewien czas jego jedynym problemem był Lucky Luciano - zdolny organizator, lecz jednocześnie człowiek zbyt ambitny i utrzymujący podejrzane kontakty z gangsterami żydowskimi pokroju Meyera Lansky'ego oraz młodego, krwiożerczego Bugsy'ego Siegela. Masseria nienawidził Żydów, nakazał więc Luciano zerwać tę współpracę i poświęcić się wyłącznie pracy na rzecz własnej organizacji. Jego apele nie odniosły skutku. Luciano nie był zresztą jedynym ambitnym podwładnym Masserii - również Frank Costello często ściągał na siebie gniew bossa za przekupywanie polityków. Masseria uważał, że dobrze jest raz na jakiś czas wręczyć łapówkę politykowi, ale twierdził, że jego ludzie nie powinni "spać z politykami", gdyż w jego opinii politycy wywierali na gangsterów zły wpływ. Nie trzeba dodawać, że poglądy te były zupełnie niezrozumiałe dla Costello.

W 1927 r. Masseria musiał stawić czoło nowemu zagrożeniu uosabianemu przez nowo przybyłego sycylijskiego mafioso Salvatore Maranzano. Maranzano był wysłannikiem Don Vito Cascio Ferro, potężnego przywódcy Mafii sycylijskiej pragnącego rozszerzyć własne wpływy za oceanem. Plany Don Vito pokrzyżował w końcu Mussolini, który wtrącił go do więzienia, lecz Maranzano nadal realizował swój zamiar obalenia Masserii i przejęcia kontroli nad Mafią amerykańską. Masseria początkowo nie obawiał się konkurencji ze strony Maranzano - przeważał nad nim liczebnie i miał na swoich usługach najlepszych cyngli w Nowym Jorku, w tym swojego byłego wroga, Petera "the Clutching Hand" Morello; mógł też liczyć na grupę błyskotliwych młodzianów pod dowództwem Luciano, w skład której wchodzili tak wprawni gangsterzy jak Joe Adonis, Frank Costello, Willie Moretti, Albert Anastasia oraz Carlo Gambino. Jednak owi tzw. Young Turks [młodzi mafiosi skonfliktowani ze starszym pokoleniem mafijnych bossów, tzw. Wąsatymi Piotrkami] nie byli stuprocentowo lojalni wobec Masserii - pomimo wyraźnych zakazów wciąż utrzymywali kontakty z Lanskym, Siegelem oraz znienawidzonym przez Masserię Dutchem Schultzem.

Przez jakiś czas Young Turks skwapliwie wykonywali polecenia Masserii. Nie żywili co prawda szacunku do swojego bossa, lecz Maranzano napawał ich identyczną odrazą. Postanowili poczekać na dogodną sposobność do obalenia obu zwalczających się bossów i ostatecznego rozbratu z reprezentowanym przez nich skostniałym modelem Mafii sycylijskiej. Głównym i jedynym celem ludzi pokroju Luciano było zarabianie pieniędzy. Wszelkie wojny i konflikty wewnętrzne mogły jedynie utrudnić realizację owego celu, a Wojna Castellammarese, toczona przez Masserię i Maranzano, stanowiła z ich punktu widzenia szczególnie dotkliwy problem.

Plan Luciano był prosty: czekać aż Masseria zgładzi Maranzano lub na odwrót, a następnie zaatakować zwycięzcę. Stało się jednak inaczej: w 1931 r., wbrew nadziejom Luciano, obaj bossowie wciąż utrzymywali się przy życiu, a wojna nadal zbierała krwawe żniwo. Luciano miał nadzieję, że Maranzano zginie jako pierwszy, lecz konflikt przeciągał się, a przewaga Masserii malała. Ponieważ łatwiej jest zamordować swojego sojusznika niż wroga, Luciano, wspólnie z kilkoma zaufanymi wspólnikami (w tym z Lanskym oraz Siegelem), postanowił uderzyć na Masserię.

15 kwietnia 1931 r. Luciano zaproponował Masserii wspólny obiad w restauracji na Coney Island. Razem udali się do Nuova Villa Tammaro, lokalu, którego właścicielem był Gerardo Scarpato, człowiek dobrze znany w kręgach gangsterskich. Joe Boss zjadł obfity posiłek i gdy wszyscy inni goście wyszli, a Scarpato udał się na przechadzkę po plaży, Luciano zaczął zabawiać Masserię grą w karty.

Około godziny 15:30 do restauracji wtargnęło czterech mężczyzn: Bugsy Siegel, Joe Adonis. Vito Genovese oraz Albert Anastasia. Cała czwórka wyciągnęła broń i otwarła ogień do Masserii. Joe Boss został trafiony sześciokrotnie i zginął na miejscu. Wojna Castellammarese dobiegła końca. Sensacyjne doniesienia prasowe na temat zamachu opisywały między innymi wyjaśnienia Luciano, który rzekomo zeznał w obecności policjantów, że na krótko przed strzelaniną wyszedł do toalety, zaś gdy usłyszał hałas, czym prędzej wysuszył ręce i wyszedł, by zobaczyć, co się dzieje. W rzeczywistości dziennikarze dopuścili się tu autocenzury - prawdziwe słowa Luciano brzmiały: "Odlewałem się w kiblu. Zawsze długo leję". Po zamachu na Masserię Luciano wynegocjował zawieszenie broni z Maranzano i przysiągł mu wierność, choć zarówno Maranzano, jak i Luciano wiedzieli, że prędzej czy później któregoś z nich czeka śmierć.

 

 

Joseph C. MASSINO (1943-): "Ostatni Don"

Na pierwszy rzut oka Massino nie przypominał stereotypowego, charyzmatycznego bossa rodziny przestępczej - wyglądał bardziej jak Luca Brasi, ociężały umysłowo gangster z filmu Ojciec chrzestny. W rzeczywistości Massino cechował się jednak niezwykłym sprytem. Na przełomie XX i XXI wieku zarówno przedstawiciele władz federalnych, jak i członkowie pięciu nowojorskich rodzin mafijnych uważali go za najtwardszego, najbrutalniejszego i najbardziej cwanego ze wszystkich mafiosów, którzy pozostawali na wolności pomimo szeroko zakrojonej federalnej kampanii antymafijnej. Choć bossowie pozostałych rodzin - John Gotti i jemu podobni siedzieli już w więzieniach z długoletnimi wyrokami na karku, Massino wciąż wydawał się nietykalny. Kariera przywódcza Massino sięga lat osiemdziesiątych XX w., gdy przejął stery pogrążonej w kryzysie rodziny Bonanno i przez długi czas pełnił rolę wasala Johna Gottiego, bossa potężnej rodziny Gambino.

Nie ma powodu, by przypuszczać, że Massino kiedykolwiek otwarcie sprzeciwił się Gottiemu, choć niewątpliwie uważał niektóre z jego decyzji za nietrafne. Massino z pewnością irytował nacisk kładziony przez Gottiego na regularne wizyty członków jego organizacji w centrali rodziny Gambino przy Mulberry Street: wiedział, że cała okolica była dokładnie monitorowana przez kamery FBI. Na skutek polityki Gottiego agenci federalni zgromadzili imponującą kartotekę informacji o mafiosach. Massino nie mógł jednak sprzeciwić się wyraźnemu rozkazowi - przychodził więc na Mulberry Street i stał się niechętnym świadkiem rojeń Gottiego, który twierdził, że "jeśli zostawią nas w spokoju jeszcze przez rok, będziemy tak dobrze ustawieni, że już nigdy nie dobiorą nam się do skóry". Massino przysłuchiwał się tym słowom w milczeniu. Gotti był oczywiście w błędzie, a jego imperium już wkrótce miało lec w gruzach. Massino zrobił karierę w świecie przestępczym dzięki skłonności do tajenia własnych planów oraz chronienia samego siebie i swoich sprzymierzeńców przed okiem stróżów prawa. Gdy stanął na czele rodziny Bonanno - uważanej w owych czasach za nieskuteczną - wiedział, że potrzebuje wstawiennictwa Gottiego; Gottiemu zaś był potrzebny człowiek pokroju Massino. Dzięki poparciu Gottiego Massino zmył hańbę ciążącą na swojej rodzinie i odzyskał członkostwo w komisji, co przybliżało go do przejęcia kontroli nad całą nowojorską Mafią.

W 1992 r. Gotti trafił do więzienia federalnego. Dla Massino było to jak zrządzenie losu. Po niedługim czasie podupadający klan Bonanno przerodził się w prężną organizację, przywodzącą na myśl lata świetności rodziny z okresu przywództwa legendarnego Joego Bananas. Massino zadbał o odpowiednie zabezpieczenie swoich ludzi przed FBI. Spotkania przywódców rodziny wymagały wynajęcia np. pięciu ciężarówek (każdej z innej firmy), następnie zabrania uczestników z umówionych punktów przez - powiedzmy - cztery ciężarówki i wreszcie spotkania w piątym pojeździe, którym jechano na wyznaczone miejsce. Wszystkie auta wynajmowano z legalnych firm, więc FBI nie było w stanie założyć w nich podsłuchu. Massino wpadł też na pomysł organizowania zebrań z dala od Nowego Jorku - do niektórych posiedzeń dochodziło nawet w Meksyku, Francji czy Anglii. Przy okazji wysłannicy rodziny zahaczali o Sycylię, gdzie szukali kandydatów na potencjalnych rekrutów.

Massino zyskał pseudonim "Hmm", gdyż nigdy nie omawiał interesów rodziny przez telefon, w obawie przed podsłuchem. (Jeżeli rozmówca odpowiadał "hmm" na pytania zadawane mu telefonicznie przez innych gangsterów, nie można było go oskarżyć o udział w interesach przestępczych.) Podobną strategię stosowali też inni mafiosi, choć żaden nie mógł równać się z Massino. Zamordowany boss Carmine Galante uchodził za jednego z najbardziej ostrożnych użytkowników telefonu w całej amerykańskiej Mafii i władzom rzadko udawało się usłyszeć z jego ust coś więcej niż "hmm" (jego obrońcy twierdzili później, że Galante po prostu wyrażał brak zainteresowania omawianymi sprawami); jednak w przeciwieństwie do Massino, Galante raz na jakiś czas zdarzały się drobne potknięcia. Metamorfoza rodziny Bonanno pod przywództwem Massino była wręcz oszałamiająca. Gdy Massino przejmował władzę w 1986 r., klan był niemal zrujnowany, a jego interesy ograniczały się do dystrybucji kaset z filmami pornograficznymi, kontroli nad siecią pizzerii, kawiarni i restauracji wykorzystywanych w celu ukrywania nielegalnych imigrantów oraz handlu narkotykami, w wyniku którego bossowie zaczynali tracić kontrolę nad poczynaniami szeregowych członków swojej organizacji. Massino zaczął od wprowadzenia żelaznej dyscypliny. Dzięki wsparciu Gottiego zgromadził ekipę około 100 wiernych mu gangsterów i gdy przywódcy pozostałych rodzin nowojorskich padali ofiarą masowych aresztowań i wyroków, nad żadnym członkiem rodziny Bonanno nie ciążył nawet akt oskarżenia. W 1998 r. rodzina Bonanno była już tak potężna, że mogła bezpośrednio rywalizować z rodziną Gambino i zaczęto uważać ją za drugą co do wielkości organizację przestępczą na wschodzie USA. W odpowiedzi władze federalne skierowały swoje wysiłki na walkę z Massino. (Warto dodać, że podwładni Massino darzyli go tak wielkim szacunkiem, iż zaczęli nazywać swoją organizację "rodziną Massino" - wbrew długoletniej tradycji mafijnej, która nakazywała tytułować rodziny nazwiskami ich przywódców z wczesnych lat sześćdziesiątych.) W 2004 r. prokuratura była wreszcie gotowa oskarżyć Massino o szereg morderstw, opierając się na zeznaniach członków organizacji, którzy poszli na współpracę z agentami federalnymi. Aby jednak doprowadzić do skazania Massino, konieczne było zdobycie dodatkowych dowodów z niezależnych źródeł, zwłaszcza że prokuratorzy nie ukrywali, iż będą ubiegać się o karę śmierci (co byłoby precedensem w historii procesów mafijnych bossów). Wybór prokuratury wynikał po części z presji opinii publicznej, która domagała się surowszych wyroków dla ojców chrzestnych, odpowiedzialnych nierzadko za dziesiątki morderstw - przy okazji zauważano, że czarnoskórzy i latynoscy gangsterzy często otrzymywali wyroki śmierci za znacznie mniejsze przewinienia. Pojawiały się też opinie - zapewne niebezpodstawne - że kara śmierci miała stanowić zemstę władz federalnych za długoletnie zwodzenie ich przez Massino. W 2004 r. rezultat procesu Massino nie był jeszcze znany i niektórzy obserwatorzy sugerowali, że rząd może zrezygnować z ubiegania się o karę śmierci w zamian za przyznanie się Massino do winy. Tak czy inaczej postać Josepha Massino stanowi dobry przykład ewolucji zachodzącej w ramach Mafii amerykańskiej: bossami zostają obecnie ludzie twardsi, brutalniejsi i sprytniejsi niż w dawnych latach. Nie ulega też wątpliwości, że przyszli bossowie będą wzorować się na pomysłach i planach Massino.

Massino został w końcu uznany winnym zlecenia siedmiu morderstw, przy czym obciążające go zeznania złożyło sześciu skruszonych podwładnych (dodajmy, że członkowie rodziny Bonanno nigdy wcześniej nie zeznawali przeciwko własnej rodzinie). Za swój udział w wymienionych zbrodniach Massino miał otrzymać wyrok dożywocia bez prawa do zwolnienia warunkowego; wciąż jednak ciążył nad nim jeden dodatkowy zarzut, który - w opinii prokuratury - stanowił podstawę do ubiegania się o karę śmierci.

W kręgach prawniczych dało się jednak odczuć silny sprzeciw względem tej strategii. Wielu ekspertów twierdziło, że ów ósmy zarzut należało traktować na równi z siedmioma pozostałymi. Nawet prowadzący sprawę sędzia Nicholas G. Garaufis pozwolił sobie na słowa krytyki pod adresem ustępującego prokuratora generalnego Johna Ashcrofta, stwierdzając: "Sąd uznaje wybór dokonany przez pana Ashcrofta za niepokojący ze względu na jego potencjalne śmiertelne konsekwencje dla oskarżonego, a także na okoliczności jego podjęcia: pan Ashcroft ogłosił swoją decyzję po kilku opóźnieniach, po złożeniu rezygnacji z zajmowanego stanowiska na ręce prezydenta, a także po publicznym oświadczeniu, iż nie zamierza już przewodniczyć Departamentowi Sprawiedliwości". Garaufis przyznał, że decyzja prokuratora generalnego nie wykraczała poza jego kompetencje, lecz zachęcił następcę Ashcrofta do "samodzielnego zbadania sprawy" i dodał, że minie co najmniej rok, nim sprawa ponownie trafi na wokandę. Niektórzy obserwatorzy twierdzą, że rząd wnioskując o karę śmierci dla Massino, starał się skłonić oskarżonego do współpracy - czego nie udało się wcześniej osiągnąć w przypadku żadnego innego bossa w całej historii amerykańskiej Mafii.

Niedługo potem gruchnęła kolejna bomba: Massino rzekomo zgodził się zdradzić tajemnice swojej rodziny. Owe rewelacje zostały jednak przyjęte z dużą dozą sceptycyzmu zarówno w kręgach mafijnych, jak i poza nimi; potraktowano je bowiem jako oczywistą próbę siania paniki wśród gangsterów przez władze federalne. Tego rodzaju sztuczne przecieki nie są zresztą niczym nowym - o współpracę z FBI pomawiano m.in. Aniello Dellacroce, twardego zastępcę bossa rodziny Gambino, a krążyły też pogłoski, że sam Gotti postanowił zawrzeć układ z władzami. Nie ulega wątpliwości, że celem owych plotek było doprowadzenie rodziny Gambino do samozniszczenia. Plan spalił jednak na panewce: gangsterzy nie dali wiary dezinformacji. Ostateczny los Massino nie ma tu większego znaczenia; gra toczy się bowiem o znacznie wyższą stawkę - zasianie podejrzeń w szeregach rodziny Bonanno i uniemożliwienie jej sprawnego funkcjonowania.

Niedawne doniesienia sugerują, że strategia władz nie przynosi oczekiwanych skutków. Mafia nadal darzy Massino szacunkiem. Czas pokaże, czy jego reputacja przetrwa próbę. [Proces Massino zakończył się 23 czerwca 2005 r. - Massino uniknął kary śmierci, ale został skazany na dożywocie.]

 

 

MORDERSTWA donów: Zamachy "z szacunkiem"

Gdy w 1975 r. ofiarą morderstwa padł Sam Giancana, szybko podniosły się głosy mówiące, że zamach ten nie mógł być dziełem Mafii: mordercy nie okazali bowiem Giancanie "szacunku" należnego bossowi. Giancana został postrzelony w tył głowy podczas przygotowywania kolacji dla siebie i prawdopodobnie również dla swojego mordercy. Zamachowiec następnie obrócił Giancanę na plecy, przycisnął mu broń do podbródka i oddał kilka kolejnych strzałów w jego czaszkę. Zgodnie z popularną teorią, gdyby za morderstwo odpowiadała Mafia, Giancanę spotkałaby "honorowa" śmierć - zostałby postrzelony od przodu, bowiem "don ma prawo widzieć, co go czeka". Wielu uważało, że zamach na Giancanę był dziełem CIA. Powyższe stereotypy są równie bezsensowne, jak teza, zgodnie z którą ważni bossowie mają prawo do "ostatniego posiłku" i dlatego najczęściej strzela się do nich w restauracjach. Owszem, zarówno Joe Masseria, jak i Carmine Galante zginęli przy stoliku restauracyjnym, lecz na technikę popełniania morderstw należy patrzyć przede wszystkim przez pryzmat uwarunkowań praktycznych: spożywająca posiłek ofiara nie ma szans szybko sięgnąć po broń. Nie dziwi też zwyczaj strzelania do bossów od przodu - prawdziwy mafioso zawsze siada plecami do ściany.

Mordercy pracujący na rzecz Mafii starają się zaskakiwać swoje ofiary strzałem w tył głowy - z dość oczywistych względów. Zdarzają się jednak wyjątki. Podczas nieudanego zamachu na Franka Costello morderca zaczaił się na niego w holu apartamentowca. Gdy Frank wszedł do budynku i skierował się ku windzie, zamachowiec (Vincent Gigante) wyszedł zza jednej z kolumn westybulu i krzyknął: "To dla ciebie, Frank!" Costello odwrócił się i zobaczył broń wycelowaną w swoją twarz z odległości nie większej niż 3,5 metra. Dzięki ostrzeżeniu Costello miał dość czasu, by wykonać gwałtowny unik, wskutek którego kula jedynie drasnęła jego głowę. Prasa spekulowała później, że taktyka obrana przez zamachowca świadczyła o jego szacunku dla Dona Francesco. Prawda była zupełnie inna - Gigante chciał, by Costello na chwilę stanął w miejscu; inaczej musiałby strzelać do ruchomego celu. Albert Anastasia rozstał się z życiem podczas wizyty w zakładzie fryzjerskim. Przed śmiercią zdołał co prawda wyskoczyć z fotela i paść na podłogę, ale chwilę potem dosięgło go aż 11 kul. Po tej jatce jeden z zamachowców spokojnie podszedł do leżącego Anastasii i wymierzył mu coup de grace: strzał w tył głowy. Śmierć Anastasii była godnym zwieńczeniem jego morderczej kariery. Anastasia awansował na stanowisko przywódcy rodziny Mangano dzięki zgładzeniu jej poprzedniego bossa, Vince'a Mangano, oraz jego brata Phi la. W kręgach przestępczych zawsze uważano, że Anastasia popełnił te morderstwa osobiście. Jeśli chodzi o Vince'a Mangano, szczegóły jego śmierci nie są znane, gdyż nigdy nie udało się odnaleźć zwłok. Znaleziono natomiast zwłoki Phila - ubranego w elegancki garnitur, lecz bez spodni. Podczas przesłuchania Anastasia zasugerował detektywom, że niekompletne odzienie Phila świadczy, iż jego śmierć nastąpiła w wyniku nieudanego romansu. Trudno byłoby uznać takie zachowanie Anastasii za oznakę szacunku względem ofiary. W zasadzie jedynym przywódcą przestępczym, którego spotkała naprawdę "godna" śmierć, był Willie Moretti, zastrzelony w restauracji w New Jersey podczas obiadu spożywanego w towarzystwie czterech wspólników. Gdy kelnerka, przyjąwszy zamówienie, skierowała się do kuchni, siedzący przy stole mężczyźni toczyli przyjacielską rozmowę po włosku. Nagle na sali huknęły wystrzały i gdy kelnerka uchyliła drzwi, zobaczyła Morettiego leżącego na podłodze z zakrwawioną twarzą. Zamach na Morettiego był morderstwem popełnionym "z litości": Moretti stopniowo tracił zmysły na skutek nieleczonego syfilisu i bossowie syndykatu obawiali się, że w trakcie ataków choroby mógłby zacząć rozpowiadać o ich wspólnych tajemnicach. Moretti był jednak bardzo popularnym gangsterem i w kręgach przestępczych panowało powszechne przekonanie, że nie powinien "zginąć jak pies". W ramach rekompensaty Mafia wyprawiła mu wystawny pogrzeb.

 

 

MURDER, Incorporated: Ramię zbrojne syndykatu

Założyciele syndykatu wiedzieli, że do zaprowadzenia porządku w amerykańskim świecie przestępczym będą im potrzebne odpowiednie siły zbrojne. Ponieważ Mafia o wiele chętniej niż ogół społeczeństwa akceptowała karę śmierci, postanowiono sformować specjalną brygadę, która podróżowałaby po całym kraju i odpowiadała za realizację "zleceń". Największą zaletą takiej grupy był fakt, że morderca mógł przybyć do miasta z zewnątrz, sprzątnąć swoją ofiarę i wyjechać nie pozostawiając żadnych śladów ani motywu zbrodni. Policja rzadko jest w stanie rozwiązać sprawę morderstwa, jeżeli sprawca nie zna ofiary, a ofiara - sprawcy. Rzecz jasna podejrzenia kierują się wówczas w stronę lokalnych przywódców przestępczości zorganizowanej, lecz z braku konkretnych dowodów nie można przedstawić im jakichkolwiek zarzutów.

W historii amerykańskiej przestępczości można doszukać się licznych "brygad śmierci" - należy do nich zaliczyć m.in. dziewiętnastowieczne gangi, które często popełniały morderstwa na zlecenie (stawki wahały się od 2 do 100 dolarów). Przywódcy syndykatu postanowili jednak stworzyć zupełnie odrębną, wyspecjalizowaną grupę morderców, nazywaną Murder, Inc. i posiadającą własną centralę na Brooklynie. W przeciwieństwie do swoich poprzedniczek, organizacja Murder, Inc. nie przyjmowała zleceń z zewnątrz - całkowitą kontrolę nad jej poczynaniami sprawował syndykat. W skład Murder, Inc. weszła grupa tzw. Young Turks [młodzi mafiosi skonfliktowani ze starszym pokoleniem mafijnych bossów, tzw. Wąsatymi Piotrkami], szereg Irlandczyków i Polaków oraz kilku Anglosasów (ludzie ci wywodzili się z wielkich gangów ery prohibicji). Podstawowym celem organizacji była ochrona interesów przestępczych prowadzonych przez syndykat - w tym nielegalnego hazardu, przestępstw na rynku pracy, handlu narkotykami oraz prostytucji. Przywódcy syndykatu wiedzieli, że podejmowane przez nich decyzje mogą niekiedy spotykać się ze sprzeciwem niżej postawionych gangsterów; traktowali zatem Murder, Inc. jako swego rodzaju wewnętrzną policję (podobnie zachowują się prezesi wielkich korporacji, obsadzając zaufanymi współpracownikami kluczowe stanowiska w spółkach zależnych).

Statut Murder, Inc. głosił, że organizacja popełnia morderstwa wyłącznie z ważnych powodów związanych z działalnością przestępczą i nie wolno jej atakować polityków, prokuratorów ani dziennikarzy. Lansky i Moe Dalitz - w owym czasie najważniejszy przywódca przestępczy w rejonie Cleveland - przykładali wielką wagę do tych ograniczeń, a pozostali bossowie przyznali im rację, wiedząc, że mordowanie "cywilów" spowodowałoby gwałtowne retorsje ze strony organów ścigania i utrudniłoby syndykatowi korumpowanie przedstawicieli policji i administracji rządowej, co miało kluczowe znaczenie dla wielu interesów przestępczych. Członkowie Murder, Inc. szybko wypracowali własny słownik: przyjmowali "zlecenia" (ang. contracts) na "sprzątnięcie" (ang. hit) "dziadów" (ang. bums). Wielu ekspertów zwraca szczególną uwagę na użycie słowa bum [które oznacza włóczęgę; osobę o niskim statusie społecznym, pozbawioną stałego źródła utrzymania]. Sugerowano, że mordercy kwalifikują w ten sposób swoje ofiary jako przedstawicieli "niższej rasy" - podobnie jak naziści, którzy uważali Żydów za "podludzi".

Dowódcą operacyjnym Murder, Inc. był Albert Anastasia, przyjmujący rozkazy bezpośrednio od Louisa Lepkego - czołowego specjalisty od przestępstw związanych z rynkiem pracy oraz członka komisji rządzącej syndykatu. Od czasu do czasu zlecenia wydawał Anastasii również Joey Adonis. Należy też wspomnieć, że każde z około 400-500 morderstw popełnionych przez Murder, Inc. wymagało aprobaty lub przynajmniej braku sprzeciwu ze strony kilku innych ważnych osobistości świata przestępczego - zwłaszcza Lansky'ego, Luciano i Franka Costello. Stosunek bonzów syndykatu do Murder, Inc. najlepiej scharakteryzował Bugsy Siegel, tłumacząc potentatowi przemysłu budowlanego Delowi Webbowi, że ten nie ma się czego obawiać ze strony przestępczości zorganizowanej, gdyż "zabijamy tylko siebie nawzajem". Anastasii, Lepkemu i Adonisowi podlegała grupa kapitanów, do której zaliczali się Louis Capone (zbieżność nazwisk z chicagowską rodziną Capone przypadkowa), Mendy Weiss oraz Abe "Kid Twist" Reles. Każdy rozkaz popełnienia morderstwa przekazywano wybranemu kapitanowi, ten zaś kierował go do jednego ze swoich podwładnych, aby zatrzeć jakikolwiek związek między zbrodnią a bossem, który ją zlecił. Wśród znanych członków Murder, Inc. można wymienić Phila Straussa (chełpiącego się największą liczbą popełnionych morderstw), Vito "Chicken Head" Gurino (zamachowca, który trenował odstrzeliwując głowy kurczakom), Happy'ego Maione (o twarzy, na której widniał charakterystyczny grymas), Buggsy'ego Goldsteina, Blue Jaw Magoona oraz Franka "the Dasher" Abbandando. Abbandando zasłużył na swój pseudonim akcją, którą przeprowadził w latach młodości i która o mało nie zakończyła się dlań katastrofą. Przydzielony do zastrzelenia pewnego wysokiego, muskularnego dokera wymierzył doń z bardzo bliskiej odległości, lecz chybił. Przestraszony wziął nogi za pas, zaś niedoszła ofiara zamachu ruszyła za nim w pościg. Abbandando okrążył znajdujący się nieopodal budynek tak szybko, że nagle znalazł się za plecami swojej ofiary - po czym szybko wpakował w nią trzy kule. Od tego czasu mówiono na niego Dasher [ang. dasher - szybkobiegacz].

Dasher popełnił w sumie około 50 morderstw, natomiast Phila Straussa (zwanego również Pittsburgh Phil) podejrzewano aż o 58 zbrodni, choć policja była zdania, że w rzeczywistości zabił ponad 100 osób.

Za centralę Murder, Inc. służyła niepozorna brooklyńska cukiernia o nazwie Midnight Rose's. W lokalu tym (czynnym całą dobę) gangsterzy oczekiwali na zlecenia i wymieniali opinie na temat bieżących wydarzeń oraz skutecznych technik mordowania ludzi. Gdy nadchodziło zlecenie, wskazany zamachowiec opuszczał lokal i udawał się na poszukiwanie swojej ofiary. Wrócić mógł dopiero po wykonaniu rozkazu. Zasada "zabijamy tylko siebie nawzajem" znalazła odzwierciedlenie w morderstwie popełnionym na Dutchu Schultzu, jednym z założycieli syndykatu. W 1935 r. Schultz wzbudził zainteresowanie specjalnego prokuratora Thomasa E. Deweya. Dewey pragnął dobrać się Schultzowi do skóry i w rezultacie Schultz zażądał, by Murder, Inc. sprzątnęło kłopotliwego prokuratora. Wniosek stanowił rażące naruszenie statutu organizacji, nic więc dziwnego, że został przez komisję syndykatu odrzucony. Albert Anastasia co prawda początkowo wyraził przychylność wobec żądań Schultza, lecz szybko zmienił zdanie pod naciskiem Luciano, Lansky'ego, Costello i Adonisa. Rozgniewany Schultz opuścił zebranie, grożąc, że sam rozprawi się z Deweyem. Natychmiast po jego wyjściu przeprowadzono kolejne głosowanie, w którym zatriumfowało prawo i porządek: Schultz został skazany na śmierć. Zlecenie wykonano niedługo potem na terenie miasta Newark. W zamachu na Schultza uczestniczyli trzej członkowie Murder, Inc., w tym Charlie "the Bug" Workman oraz Mendy Weiss.

W 1940 r. doszło do katastrofy: policja aresztowała grupę gangsterów podejrzewanych o udział w kilku morderstwach. Wśród zatrzymanych był Abe Reles, ważny członek Murder, Inc. Reles obawiał się, że któryś z pozostałych aresztantów może go wsypać, postanowił więc samodzielnie pójść na współpracę z policją. Po niedługim czasie otrzymał pseudonim "kanarek z Murder, Inc.", a jego zeznania umożliwiły rozwikłanie około 200 morderstw, popełnionych przez niego osobiście lub za jego wiedzą. W wyniku zdrady Relesa na krzesło elektryczne trafiło wielu członków Murder, Inc. - w tym Pittsburgh Phil, Louis Capone, Mendy Weiss, Buggsy Goldstein, Happy Maione oraz Dasher Abbandando. Stracono też Louisa Lepkego - jak dotąd jedynego przywódcę syndykatu, który doczekał się egzekucji w majestacie prawa. W listopadzie 1941 r. Reles wciąż sypał i spodziewano się, że w końcu pogrąży Alberta Anastasię, Bugsy'ego Siegela oraz innych przywódców syndykatu. Zanim jednak zdążył złożyć zeznania na sali sądowej, "wypadł przez okno" hotelu w Coney Island, gdzie był przetrzymywany pod strażą policji. Nie udało się jednoznacznie ustalić, czy śmierć Relesa była samobójstwem, czy też wynikiem zamachu, ale po latach Luciano, Lansky i Doc Stacher przyznali przed dziennikarzami, że Frank Costello wykorzystał swoje znakomite koneksje polityczne (podparte gigantyczną jak na owe czasy łapówką w wysokości 100 000 dolarów), by "nauczyć kanarka, jak się fruwa". Zdrada Relesa oznaczała koniec Murder, Inc., lecz wkrótce w całym kraju zaczęły wyrastać nowe organizacje o podobnym charakterze. Koncepcja gangsterskiej "brygady śmierci" ma się dobrze.

 

 

MUSSOLINI Shuttle: Exodus sycylijskich mafiosów

Wkrótce po objęciu władzy w 1922 r. Benito Mussolini wypowiedział wojnę Mafii sycylijskiej, zmuszając około 500-1 000 mafiosów do opuszczenia Włoch i wyjazdu do Stanów Zjednoczonych, gdzie zasilili rosnące szeregi Mafii amerykańskiej. Wielu mafiosów traktowało ową emigrację z entuzjazmem - przyciągały ich wielkie fortuny, jakie można było zbić w USA na handlu alkoholem. Najpotężniejszy przywódca Mafii sycylijskiej (zwany przez niektórych obserwatorów "bossem nad bossami") - Don Vito Cascio Ferro - zadbał o opiekę nad emigrującymi mafiosami. Cały system nosił nazwę Mussolini Shuttle [ang. shuttle - wahadło] i dzielił się na dwie odnogi. Odnoga północna zakładała przerzut emigrantów do Marsylii, a stamtąd bezpośrednio do Nowego Jorku lub też do Kanady, z której mafiosi przedostawali się na teren Stanów Zjednoczonych przez Buffalo lub Detroit. Odnoga południowa zaczynała się w Tunisie i prowadziła na Kubę, a stamtąd - do Miami, Tampy, Norfolk lub Nowego Orleanu.

Większość przedstawicieli przedwojennej fali emigracji ślubowała wierność Don Vito i obiecywała wspomóc go w walce o prymat nad Mafią amerykańską. Sam Don Vito został jednak uwięziony przez Mussoliniego w 1929 r. i zmarł w 1932 r., zaś jego podwładni zostali szybko wchłonięci przez rozmaite gangi amerykańskie. Większość dołączyła do sił tzw. Young Turks [młodzi mafiosi skonfliktowani ze starszym pokoleniem mafijnych bossów, tzw. Wąsatymi Piotrkami], dowodzonych przez mocno zamerykanizowanych mafiosów pokroju Lucky'ego Luciano lub Franka Costello. Gangsterzy ci mieli później wziąć udział w rozprawie z mafiosami starej daty, pragnącymi ukształtować Mafię amerykańską na wzór sycylijski.

Możemy więc zaryzykować twierdzenie, że Mussolini wniósł znaczący wkład w rozwój amerykańskiej przestępczości zorganizowanej. Z drugiej strony - kampania Mussoliniego kosztowała go utratę poparcia Amerykanów włoskiego pochodzenia, którzy w napływie sycylijskich gangsterów upatrywali główną przyczynę nasilenia się antywłoskich nastrojów w społeczeństwie amerykańskim.

 

 

NORMANDIE, S/s: Akt mafijnego sabotażu

11 lutego 1942 r., wkrótce po przystąpieniu przez Stany Zjednoczone do II wojny światowej, nocne niebo nad nowojorskim portem u ujścia rzeki Hudson rozświetliła łuna wielkiego pożaru. Płonął francuski liniowiec Normandie (obecnie przemianowany na Lafayette), będący w trakcie przebudowy na transportowiec dla wojska. Normandie byłby znakomitym okrętem transportowym - jego wielka szybkość czyniła zeń trudny cel dla niemieckich "wilczych stad", które w owym czasie dziesiątkowały aliancką żeglugę na Atlantyku. Ogień całkowicie strawił Normandie: płomienie ogarnęły całą długość kadłuba, od dziobu po rufę. Oficjalnie władzom amerykańskim nigdy nie udało się ustalić przyczyn incydentu - sugerowano, że mógł on nastąpić w wyniku działań niemieckich sabotażystów lub też na skutek przypadkowego zaprószenia ognia przez robotników. W rzeczywistości dowództwo amerykańskiej marynarki wojennej w Waszyngtonie nigdy nie dało wiary teorii "nieszczęśliwego wypadku" - sugestię tę przedstawiono wyłącznie po to, by zapobiec panice wśród ludności cywilnej.

Prawda wyszła na jaw dopiero trzydzieści lat później, gdy światło dzienne ujrzały pamiętniki nieżyjącego już Lucky'ego Luciano. Luciano pisał, że za podpalenie Normandie odpowiadała Mafia. Teza ta doczekała się później potwierdzenia ze strony Meyera Lansky'ego, który przedstawił swoim izraelskim biografom identyczną wersję wydarzeń. Celem podpalenia Normandie przez Mafię miało być zasianie paniki wśród władz wojskowych i skłonienie ich do zawarcia układu z przebywającym w więzieniu Luckym Luciano. Jeszcze przed pożarem wywiad floty był przekonany, że niemiecko- i włoskojęzyczni dokerzy przekazywali tajne sygnały zaczajonym u wybrzeża USA niemieckim łodziom podwodnym. Ani policja, ani władze wojskowe nie dysponowały wystarczającymi środkami do zapobieżenia tej komunikacji - jedyną siłą zdolną położyć kres takim działaniom był świat przestępczy.

Pierwszą osobą, która postanowiła wykorzystać zaistniałą sytuację, był Albert Anastasia, długoletni stronnik Luciano. Albert przedyskutował sprawę ze swoim bratem, Tough Tonym Anastasio, który z kolei postanowił zasięgnąć opinii Franka Costello, p.o. bossa rodziny Luciano. Costello osobiście udał się w odwiedziny do Luciano, przebywającego wówczas w więzieniu Dannemora i przedstawił mu plan spalenia Normandie. Luciano stwierdził, że akt sabotażu znakomicie poprawiłby jego pozycję przetargową w negocjacjach z rządem: bez pomocy Luciano nie było sposobu na zabezpieczenie nowojorskich doków.

Tak właśnie doszło do spalenia Normandie. Po latach Luciano z dumą mówił: "Ten cholerny Anastasią naprawdę dobrze się spisał. Powiedział mi, że wcale nie było mu przykro z powodu pożaru na statku. Kiedyś służył w armii jako sierżant i oczywiście nienawidził całej p... marynarki". Los Normandie pchnął władze w Waszyngtonie do działania. Niemal natychmiast opracowano tajny plan nazywany Operacja Podziemie (ang. Operation Underworld), zakładający wprzęgnięcie Mafii w wysiłek wojenny. Marynarka wojenna weszła w kontakt z Josephem "Socks" Lanzą, królem interesów przestępczych z Fulton Fish Market. Lanza wyjaśnił, że jest tylko płotką, po czym odesłał przedstawicieli marynarki do Meyera Lansky'ego i Franka Costello; ci zaś oświadczyli, że na całą operację musi wyrazić zgodę Luciano. Mafia wygrała starcie: władze zaczęły podejmować wszelkie wysiłki, byle przypodobać się Lucky'emu. Costello stwierdził, że Luciano źle się czuje w więzieniu Dannemora (określanym mianem "Syberii nowojorskiego systemu penitencjarnego") i że lepiej byłoby przenieść go do Sing-Sing. Urzędnicy wykazali się jeszcze większą pobłażliwością i przenieśli Luciano do Great Meadows uważanego za jeden z najbardziej komfortowych zakładów karnych w całym stanie Nowy Jork.

Ze swej strony Luciano wydał Mafii operującej w dzielnicach portowych rozkaz wsparcia wysiłku wojennego na wszelkie możliwe sposoby. Lansky osobiście spotkał się z Anastasią i zakazał jemu i jego bratu puszczać z dymem kolejne statki. "Było mu przykro - wspomina Lansky - nie dlatego, że Normandie spłonęła, ale dlatego, że nie mógł już wyżywać się na marynarce". Ze swojej celi w Great Meadows Luciano przekazywał podwładnym szereg poleceń - rzekomo mających na celu wsparcie władz wojskowych, w rzeczywistości jednak służących ponownemu objęciu władzy nad syndykatem. Po wojnie gubernator Thomas E. Dewey, który doprowadził wcześniej do skazania Luciano na 30-50 lat pod zarzutem sutenerstwa, ułaskawił go za "patriotyczną postawę".

 

 

OPERACJA Mangusta: Plan CIA zakładający zgładzenie Fidela Castro z pomocą Mafii

Mało który spisek przeciwko głowie państwa doczekał się takiego rozgłosu, jak sławna Operacja Mangusta - uknuty przez CIA plan zamordowania Fidela Castro przy wsparciu Mafii. Pomimo klauzuli tajności, wszystkie (zdaniem CIA) szczegóły planu wyszły w końcu na jaw. Szefostwo agencji z czasem przyznało, że w operację nie należało angażować przestępczości zorganizowanej, lecz nawet te opinie - głoszone publicznie - należy uznać za swoistą próbę tuszowania całego skandalu. CIA zalecała "wyeliminowanie Fidela Castro" już w 1959 r., zaś propozycja wsparcia agencji przez Mafię wyszła od samych mafiosów. Mafijni bossowie liczyli raczej na wykorzystanie CIA do realizacji prywatnych celów niż na sukces wspólnej operacji. Nie ulega wątpliwości, że CIA została wyprowadzona w pole: mafiosi nigdy nie wywiązali się ze swoich zobowiązań względem agencji, choć naciągnęli ją na olbrzymie sumy. Po dziś dzień wielu przedstawicieli świata przestępczego twierdzi, że niektóre morderstwa stanowiące rzekomo wynik porachunków mafijnych były w rzeczywistości dziełem agentów CIA usiłujących zatuszować fiasko Operacji Mangusta. Pierwszym gangsterem, który zaproponował udział syndykatu w zamachu na Castro, był zapewne Meyer Lansky. Zdaniem Lansky'ego wyeliminowanie Castro stanowiło jedyny sposób na przywrócenie władzy przestępców nad interesami hazardowymi w Hawanie. Co ciekawe, sam Castro dopuszczał możliwość powrotu Lansky'ego na wyspę pod warunkiem odstąpienia rządowi Kuby udziału w zyskach (zapewne pięćdziesięcioprocentowego). Lansky nie był jednak zainteresowany tą propozycją (mimo iż wysłał swojego brata Jake'a na Kubę w celu poprowadzenia negocjacji), sądził bowiem, że pod czujnym okiem Castro w hawańskich kasynach nie będzie można prowadzić skimmingu. Warto też zauważyć, że z filozoficznego punktu widzenia Lansky był zagorzałym antykomunistą. W końcu z własnej inicjatywy wszedł w kontakt z CIA i zaproponował udział w zamachu na Castro kilku swoich ludzi, wciąż zamieszkujących na Kubie.

Tymczasem Moe Dalitz, ważny przedstawiciel syndykatu w Las Vegas, poinformował o całym planie Howarda Hughesa, który - jako jeden z wielkich przeciwników "zagrożenia komunistycznego" - nakazał swojemu doradcy Robertowi Maheu znalezienie odpowiednich "mafijnych morderców" do realizacji zadania. Maheu przekonał do udziału w spisku Johnny'ego Rosellego oraz jego bossa, chicagowskiego przywódcę syndykatu, Sama Giancanę. Po pewnym czasie (być może za pośrednictwem Giancany) do operacji dołączył również boss Santo Trafficante junior z Tampy na Florydzie.

Dopiero wówczas Mafia zaczęła wcielać w życie swój wielki szwindel. CIA opracowała cały szereg kuriozalnych planów - w tym koncepcję zgładzenia Castro przy użyciu materiału wybuchowego podczas nurkowania (dyktator Kuby był zapalonym nurkiem), przez wstrzyknięcie mu trucizny za pomocą specjalnie spreparowanego pióra, podrzucenie mu zatrutych cygar lub skażenie jego odzieży zarazkami gruźlicy albo trującą pleśnią. Przy okazji przedstawiono kilka jeszcze bardziej niedorzecznych propozycji - na przykład plan zarażenia Castro wirusem, który miał spowodować utratę przezeń brody i tym samym narazić na szwank jego wizerunek macho.

Pierwszy plan przekazany Rosellemu przez agentów CIA zakładał prosty, klasyczny zamach w stylu Ala Capone, z użyciem karabinów maszynowych. Roselii - serdecznie rozbawiony, lecz zachowujący pozory powagi - odparł, że wątpi, by taktyka rodem z Chicago sprawdziła się na Kubie, zaś cały plan przedstawiał trudności natury werbunkowej, gdyż zamachowcy najprawdopodobniej nie uszliby z życiem (płatni mordercy zazwyczaj wykazywali silny instynkt samozachowawczy - w przeciwieństwie np. do frustratów politycznych). Przywódcy Mafii zaczęli wodzić agentów rządowych za nos, karmiąc ich kolejnymi lipnymi opowieściami. Trafficante ze spokojem akceptował następne fantastyczne propozycje CIA, w zamian informując agentów, że jego ludzie ryzykowali własnym życiem, przeprawiając się na wyspę w pontonach pod ostrzałem armii kubańskiej. Roselii przyznał później w rozmowie z informatorem Jimmym Fratianno, że "wszystko to była g... prawda". W ramach Operacji Mangusta naukowcy CIA opracowali m.in. specjalną płynną truciznę, która zabijała ofiarę po dwóch lub trzech dniach. Truciznę tę wręczono ludziom Trafficante, którzy po prostu wylali ją do toalety. Nie ma żadnego powodu, by sądzić, że jakiekolwiek pieniądze lub sprzęt przekazywany gangsterom przez CIA - w tym wszelkiego rodzaju karabiny, detonatory, materiały wybuchowe, trucizny, systemy radarowe oraz radiotelefony - trafiły na Kubę. Niektórzy agenci rządowi zaczęli nawet podejrzewać, że Trafficante działa w zmowie z Castro i że przekazuje mu informacje na temat działalności stronnictwa antycastrowskiego na Florydzie, a także na temat planów agencji. Należy pamiętać, że swego czasu Trafficante walczył o większe udziały w kubańskich interesach hazardowych, lecz nie był w stanie przezwyciężyć oporu ze strony Lansky'ego. Mówiono, że gdyby Castro pozwolił amerykańskim gangsterom wrócić do Hawany, Trafficante dysponowałby lepszą pozycją przetargową niż Lansky. Tymczasem agenci zaangażowani w Operację Mangusta zaczęli powątpiewać w jej końcowy sukces. Pewnego dnia Giancana przekazał swoim rządowym wspólnikom informację (rozmowy Giancany były monitorowane przez FBI, które w owym czasie nie wiedziało nic o działaniach CIA), że - cytując raport FBI - "Castro cierpi na zaawansowany syfilis i nie zachowuje się racjonalnie". Zadowolenie agentów ustąpiło jednak miejsca smutkowi, gdy wyszło na jaw, że Castro - w przeciwieństwie do Ala Capone - wcale nie wykazuje tendencji do popadania w obłęd.

Jedynym bodaj gangsterem, który szczerze wierzył w powodzenie operacji, był Giancana, uważany w świecie przestępczym za szaleńca (stąd jego pseudonim "Mooney") [ang. mooner - lunatyk]. Według Rosellego, Giancana, zniecierpliwiony kunktatorstwem Trafficante, twierdził, że gdyby udało się zamordować Castro, Mafia mogłaby "wziąć rząd USA za łeb" i prowadzić swoje interesy z niemal całkowitą bezkarnością. Niejako na dowód własnych słów Giancana zaangażował agentów CIA w szereg bardzo kontrowersyjnych działań, mających stanowić rewanż za udział gangsterów w Operacji Mangusta. Pewnego dnia Giancana poinformował swoich kolegów z agencji, że ma "pewien mały problem" wymagający ich pomocy. Agenci nie mogli, rzecz jasna, odmówić wyświadczenia przysługi Giancanie, lecz "przysługa" nie poszła zgodnie z planem. Podwładni szeryfa Las Vegas aresztowali dwóch mężczyzn podejrzewanych o włamanie do mieszkania komika Dana Rowana. Mężczyźni ci byli w rzeczywistości agentami CIA usiłującymi zainstalować w mieszkaniu aparaturę podsłuchową. Okazało się, że Rowan utrzymywał romans z piosenkarką Phyllis McGuire, którą Giancana traktował jak swoją prywatną własność. Mafioso nakazał zainstalować podsłuch w sypialni Rowana, gdyż chciał dowiedzieć się, jak bardzo zżyci są ze sobą Rowan i McGuire. CIA została skompromitowana. Dodatkowego wstydu przysporzył agentom CIA przeciek, dzięki któremu o szczegółach sprawy dowiedziała się "konkurencyjna" agencja - FBI.

Przez kilka lat Operacja Mangusta pozostawała ściśle tajna, ale w końcu, pomimo jej oficjalnego zakończenia, szczegóły spisku zaczęły wychodzić na jaw. W latach siedemdziesiątych doszło w tej sprawie do szeregu śledztw prowadzonych przez członków Kongresu, zaś w 1975 r. Giancana miał złożyć zeznania przed specjalną komisją senacką, której przewodniczył senator Frank Church z Idaho. Zanim doszło do przesłuchania, Giancana padł ofiarą zamachu. W książce Księżniczka Mafii Antoinette Giancana, córka Sama, stwierdza: "Zawsze uważałam, że wezwanie Sama do wystąpienia przed komisją było dla niego wyrokiem śmierci". Wkrótce po śmierci Giancany zeznania przed komisją złożył John Roselli, który co prawda opisał kilka propozycji przedstawionych mu przez CIA, lecz jednocześnie starał się zwodzić senatorów, twierdząc, że nie pamięta szeregu kluczowych zdarzeń związanych z przebiegiem operacji. Na swoje nieszczęście Roselli był o wiele bardziej rozmowny w prywatnych kontaktach z kolegami. Przytoczył - między innymi - słowa Giancany, który po otrzymaniu wezwania do złożenia zeznań powiedział: "Santo sra w portki, ale nie da rady odciąć się od tej sprawy. To ja przedstawiłem go ludziom z CIA. (...) Santo jest wariatem, jeśli sądzi, że nikt nie wymieni jego nazwiska". Co gorsza, Roselli utrzymywał przyjacielskie kontakty z publicystą Jackiem Andersonem: obaj mężczyźni często spotykali się w biurze Andersona i razem jadali kolacje. Działalność ta nie przysporzyła Rosellemu zwolenników ani w Tampie (mateczniku rodziny Trafficante), ani w Chicago, ani też w Langley (centrali CIA). Pewnego dnia morze wyrzuciło na brzeg florydzkiej zatoki Biscayne 220-litrową baryłkę na ropę, w której znajdowały się pokiereszowane zwłoki Rosellego. Aż do dnia swojej śmierci Roselli twardo utrzymywał, że to CIA zamordowało Giancanę, na rozkaz chicagowskich bossów - Tony'ego Accardo oraz Joeya "Ha Ha" Aiuppy (Roselli miał z Aiuppą na pieńku ze względu na konflikt wokół podziału dochodów z nielegalnego hazardu). Trudno powiedzieć, kogo Roselli obwiniłby o swoje własne morderstwo. Fiasko Operacji Mangusta dowodzi, że Mafia jest w stanie skutecznie zwodzić najtęższe mózgi amerykańskiego wywiadu.

 

 

PITTSBURGH Phil (1908-1941): Jeden z najważniejszych członków Murder, Inc.

Pewnego razu, podczas rozmowy z przyjacielem na początku swojej kariery zawodowego mordercy, Pittsburgh Phil Strauss zdobył się na filozoficzny komentarz. "Jestem jak sportowiec - powiedział. - Robię to, co robię i zdobywam doświadczenie. Kiedyś któryś z wielkich gangów zwróci na mnie uwagę. Potem będę grał w pierwszej lidze". Phil nie mylił się: po pewnym czasie przyciągnął uwagę bardzo wymagających menedżerów - takich jak Louis Lepke, Lucky Luciano, Joe Adonis i Albert Anastasia; osiągnął też wielkie sukcesy w swoim "sporcie": z czasem został najskuteczniejszym mordercą w Murder, Inc.

Choć mordowanie przychodziło mu z łatwością, Phil bardzo obawiał się o własne zdrowie, czego dowodzi zlecenie na niejakiego Puggy'ego Feinsteina. Phil w towarzystwie kilku wspólników zwabił swoja ofiarę do pewnego mieszkania na Brooklynie, gdzie Feinstein został ciśnięty na kanapę i skłuty szpikulcem do lodu. Walcząc o życie, Puggy zatopił zęby w dłoni Phila, co sprowokowało z jego strony wybuch wściekłości: "Dajcie mi kawałek sznura, już ja urządzę tę brudną świnię!" - wrzasnął Phil, po czym - korzystając z pomocy jednego ze swoich towarzyszy - związał Feinsteina, przewlekając sznur wokół jego stóp i wokół szyi. Puggy zaczął się miotać, zaciskając tym samym pętlę na własnej szyi. Po pewnym czasie Puggy udusił się na oczach Phila i jego ludzi. Mordercy zabrali zwłoki na pusty plac i podpalili je, a następnie udali się do restauracji w Sheeps-head Bay na kolację. Phil nie był jednak zadowolony: "Może dostanę szczękościsku przez to ugryzienie" - narzekał. Martwił się tak bardzo, że z trudem dokończył homara.

Pittsburgh Phil naprawdę nazywał się Harry Strauss. Wbrew swojemu przezwisku nigdy nawet nie postawił stopy w Pittsburghu; był jednak tak popularny, że regularnie otrzymywał oferty pracy dla rodzin z rozmaitych rejonów USA. Brał wówczas walizkę, pakował do niej świeżą koszulę, zmianę skarpetek i bielizny, pistolet, nóż, kawałek sznura oraz szpikulec do lodu, następnie wsiadał do pociągu lub samolotu, jechał na miejsce, realizował zlecenie i wracał najbliższym połączeniem do Nowego Jorku. Często nie znał nawet nazwisk swoich ofiar i nie zastanawiał się, kogo i dlaczego zabija.

W 1940 r., gdy detektywi zaczynali dobierać się do skóry członkom Murder, Inc., prokurator okręgowy Brooklynu William O'Dwyer zgromadził materiał dowodowy łączący Phila z 28 morderstwami. O podobną liczbę zbrodni oskarżali go przedstawiciele organów ścigania z innych stanów - od Connecticut aż po Kalifornię. Rzecz jasna uwzględniano tylko te morderstwa, w których udało się zgromadzić niepodważalne dowody przeciwko Philowi. Pewien współczesny historyk sugeruje, że Phil mógł zamordować łącznie aż 500 osób, lecz liczba ta wydaje się mocno przesadzona. Z rąk Phila zginęło najprawdopodobniej ponad 100 ofiar, co stawia go na czele hierarchii Murder, Inc.: Phil popełnił mniej więcej tyle samo morderstw, co kolejni trzej najsprawniejsi mordercy z jego organizacji (Dasher Abbandando, Kid Twist Reles oraz Happy Maione) razem wzięci.

Phil uchodził za eleganta: w okresie Wielkiego Kryzysu nosił garnitury warte 60 dolarów, co stanowiło wówczas sporą sumę. Nieprzekupny komisarz policji nowojorskiej Lewis Valentine wskazał kiedyś Phila podczas konfrontacji policyjnej i prychnął: "Patrzcie na niego! To najlepiej ubrany facet w całym pomieszczeniu, a przez całe życie nie przepracował uczciwie ani jednego dnia!" Nic dziwnego, że wysoki, smukły i elegancki Phil cieszył się powodzeniem u kobiet z rejonu Brownsville. Jego romans z Evelyn Mittleman, brooklyńską pięknością znaną jako "dziewczyna od pocałunku śmierci", stanowił temat licznych opowieści w świecie przestępczym: mówiono, że Phil zabił pewnego konkurenta do wdzięków pięknej Evelyn. Wydaje się niemożliwe, by przy całej swojej aktywności towarzyskiej i podbojach miłosnych Phil miał jeszcze czas na masowe morderstwa - a jednak zawsze terminowo realizował swoje zlecenia. Pewnego razu, dokładnie w chwili, gdy Phil przebywał na przesłuchaniu w biurze komisarza Valentine'a, detektywi policyjni badali zwłoki jednej z jego ofiar: niejakiego George'a Rudnicka, podejrzewanego przez króla interesów przestępczych na rynku pracy, Louisa Lepkego, o współpracę z policją.

Rudnick został uprowadzony i wepchnięty do samochodu Phila podczas przechadzki po Livonia Avenue. Po krótkiej przejażdżce auto zaparkowało w zamienionym na izbę tortur garażu niedaleko skrzyżowania Eastern Parkway oraz Atlantic Avenue. Kilka godzin później zwłoki Rudnicka odnaleziono w skradzionym samochodzie na drugim końcu Brooklynu. Brutalność Phila znajduje potwierdzenie w raporcie patologa sądowego:

Mamy do czynienia z dorosłym mężczyzną, nieco niedożywionym; szacunkowa waga 140 funtów; wzrost 6 stóp. Na ciele widać 63 rany kłute, z czego 13 na karku pomiędzy żuchwą a kością barkową. Po prawej stronie klatki piersiowej 50 okrągłych ran kłutych. Na przedniej części głowy rana cięta ukazująca kość. Kolor twarzy intensywnie siny lub niebieski. Język wywnętrzony. Na wysokości gardła wyraźne białawe zagłębienie o szerokości odpowiadającej sznurowi do wieszania bielizny. Po odsłonięciu serca stwierdzono obecność licznych ran kłutych osierdzia. Wniosek: śmierć nastąpiła w wyniku odniesionych obrażeń, a także (...) przez brak tlenu wywołany uduszeniem.

Gdy sławny Purple Gang z Detroit postanowił sprzątnąć gangstera nazwiskiem Harry Millman, okazało się, że żaden z jego członków nie jest w stanie wykonać zadania: po nieudanej próbie zamachu Harry stał się bardzo czujny. Do Detroit pośpiesznie sprowadzono Phila. Millman starał się przebywać w ludnych miejscach i jadać w popularnych restauracjach, lecz nie docenił Phila. Pewnego wieczoru Millman siedział w pewnym zatłoczonym lokalu, gdy do środka wszedł Phil w towarzystwie drugiego mężczyzny. Obaj otwarli ogień z rewolwerów, zabijając Millmana i raniąc pięciu postronnych świadków, po czym spokojnie wyszli. Phil stale udoskonalał swoje zbrodnicze rzemiosło. Gdy zamordował Waltera Sage'a, nowojorskiego gangstera organizującego napady na nielegalne jaskinie hazardu należące do syndykatu, ciało martwej ofiary (Sage'owi zadano 32 rany kłute szpikulcem do lodu) przywiązał do flippera, po czym utopił je w górskim jeziorze. Siedem dni później cały "pakunek" wypłynął na powierzchnię na skutek gazów wydzielanych przez rozkładające się zwłoki. "No proszę - stwierdził Phil. - Trzeba być prawdziwym doktorem, inaczej zawsze ci wypłyną".

Phil w trakcie całej swojej kariery tylko jeden raz nie wykonał przyjętego zlecenia. Pewnego razu wysłano go na Florydę. Jego ofiara - śledzona przez Phila - weszła do kina i usiadła w ostatnim rzędzie. Phil miał przy sobie pistolet, ale uznał, że strzelanina w kinie wywoła zbyt duży hałas. Wtedy jego wzrok padł na oszkloną szafkę, w której umieszczono toporek do użycia na wypadek pożaru lub innego zagrożenia. Phil wyjął topór z szafki, ale w tej samej chwili jego ofiara przesiadła się do przodu o kilka rzędów. Wściekły Phil cisnął topór w kąt, wyszedł z kina i natychmiast wrócił na Brooklyn, twierdząc, że na tym zleceniu ciążyła klątwa. Swoim znajomym powiedział: "Już go miałem, a facet nagle zaczął się przesiadać". Phil słynął jednak z umiejętności dostosowywania się do każdej sytuacji. Podczas kolejnej misji na Florydzie miał usunąć podstarzałego mafioso, który nie rozumiał ani słowa po angielsku. Phil podszedł do swojej ofiary i na migi pokazał mu walizkę pełną broni palnej, sugerując, że pragnie zamordować kogoś innego. Mafioso dał się nabrać i zaprowadził Phila w ciemny zaułek, gdzie - jego zdaniem - można było zrealizować zadanie. Phil przytaknął, udusił swojego przewodnika i wrócił do domu. Kariera przestępcza Phila trwała dziesięć lat i gdyby nie Abe Reles - jeden z najsłynniejszych informatorów w historii przestępczości zorganizowanej - Phil zapewne po dziś dzień wspominałby swoje zbrodnie jako emeryt. Reles podjął współpracę z władzami, gdyż wiedział, że policja depcze mu po piętach i bał się, że któryś z pozostałych członków Murder, Inc. mógłby go wsypać - a wówczas sam trafiłby na krzesło elektryczne. Wbrew obawom Relesa wszyscy ważniejsi gangsterzy z Murder, Inc. trzymali język za zębami - z policją kolaborowała tylko garstka płotek, których wiedza była znikoma. Władze miały jednak wystarczająco wiele dowodów, by wytoczyć Philowi, Relesowi, Maione oraz Goldsteinowi proces poszlakowy. Tak czy inaczej, zeznania Relesa pogrzebały całą jego organizację. Przywódcy Murder, Inc. - Lepke, Mendy Weiss i Louis Capone - zostali skazani na śmierć, zaś sam Reles pewnego dnia "wyfrunął" z okna brooklyńskiego hotelu, w którym przebywał pod strażą policji (jak widać - wyjątkowo nieskuteczną). Nie lepiej zapowiadał się los Pittsburgh Phila, którego oskarżono - wspólnie z Goldsteinem - o zamordowanie Puggy'ego Feinsteina. Prokuratura przygotowała na wszelki wypadek pięć kolejnych aktów oskarżenia, gdyby pierwszy proces zakończył się fiaskiem. Niepotrzebnie. Zgromadzone dowody były niepodważalne i Phil zrobił to, co musiał: zaczął udawać wariata. Przestał się myć, golić i zmieniać ubranie. Gdy podczas procesu poproszono go o podanie swojego nazwiska, tylko się oblizał. Posadzony z powrotem na ławie oskarżonych, większą część rozprawy spędził usiłując przegryźć skórzany uchwyt aktówki swojego prawnika. Reporterzy podziwiali umiejętności aktorskie Phila, lecz ława przysięgłych nie dała się nabrać i uznała go winnym morderstwa z premedytacją. Phil wciąż udawał niepoczytalnego, licząc na nadzwyczajne złagodzenie wyroku. Ostatniego dnia swojego życia zrozumiał, że jego plan zawiódł; wykąpał się więc i na powrót przyjął swoją elegancką posturę. Pożegnał swoją ukochaną Evelyn, po czym wyznał, że jeszcze przed procesem zaoferował prokuraturze złożenie zeznań obciążających jego wspólników, gdyby tylko pozwolono mu pomówić na osobności z Relesem. Władze wiedziały jednak, że nie można dopuścić, by Phil zbliżył się do Relesa. Phil stwierdził, że wcale nie miał zamiaru sypać - pragnął natomiast "zatopić swoje zęby w tętnicy szyjnej Relesa. Nie obchodziło mnie krzesło elektryczne - chciałem tylko przegryźć mu gardło". Żadna z osób słuchających tych rewelacji nie wątpiła w prawdziwość intencji Phila. 2 czerwca 1941 r. na krześle elektrycznym usiadł Goldstein, a kilka minut później jego miejsce zajął Pittsburgh Phil. Syndykat stracił swojego najlepszego specjalistę od mokrej roboty.

 

 

POGRZEBY gangsterów

Frankie Yale, potężny brooklyński mafioso, zdradzał żywe zainteresowanie szczegółami wystawnego pogrzebu Diona O'Baniona, przywódcy brutalnego irlandzkiego gangu z Chicago. Yale miał powód, by zwrócić uwagę na pochówek O'Baniona: wchodził przecież w skład trzyosobowej grupy zamachowców, która w 1924 r. zastrzeliła sławnego Irlandczyka w należącej do niego kwiaciarni - więc w pewnym sensie to właśnie on odpowiadał za całą ceremonię.

Jedna z chicagowskich gazet opisała pogrzeb z mieszanką podziwu i niesmaku: "Nawet prezydentów nie chowa się z taką pompą" - czytamy. Trumnę za 10 000 dolarów - zamówioną w Filadelfii, a następnie przetransportowaną pociągiem ekspresowym do Chicago - wykonano z brązu i srebra. Przed pochówkiem ciało wystawiono na widok publiczny w kaplicy domu pogrzebowego, którą odwiedziło aż 40 000 osób. Podczas samej ceremonii Orkiestra Symfoniczna Chicago wykonała "Marsz żałobny" z oratorium Saul Handla, zaś trumnę ponieśli do karawanu Maxie Eisen (gangster specjalizujący się w przestępstwach na rynku pracy i jednocześnie prezes Stowarzyszenia Sprzedawców Mięsa Koszernego) oraz pięciu zawodowych morderców: Hymie Weiss, Bugs Moran, Schemer Drucci, Frank Gusenberg i Two Gun Alterie. Za nimi z godnością kroczyli Johnny Torrio i Al Capone w towarzystwie doradców oraz cała rzesza przedstawicieli innych gangów. Na zewnątrz domu pogrzebowego czekał wieniec żałobny takich rozmiarów, że nie zmieścił się w drzwiach - na szarfie widniała klasyczna formuła: "Od Kolegów".

W skład długiego na półtora kilometra konduktu pogrzebowego weszło 26 samochodów i ciężarówek wypełnionych kwiatami - w tym wyjątkowo wykwintną wiązanką przesłaną przez Torrio, Capone i braci Genna, a więc osoby zamieszane w morderstwo O'Baniona. Za trumną podążało 10 000 ludzi (przybyłych w nabitych do granic wytrzymałości tramwajach), zaś na cmentarzu oczekiwało kolejnych 5 000-10 000 gapiów. Sławny nieprzekupny sędzia John H. Lyle (jeden z nielicznych uczciwych przedstawicieli chicagowskiego wymiaru sprawiedliwości) określił ceremonię mianem "jednego z najbardziej gorszących widowisk, jakich kiedykolwiek byłem świadkiem w Chicago". Innego zdania był przebywający w Nowym Jorku Frankie Yale - powiedział nawet swoim przyjaciołom, że chce, by jego własny pogrzeb był jeszcze bardziej wystawny. Yale nie musiał długo czekać na spełnienie swoich marzeń: już cztery lata później, w 1928 r., został nafaszerowany ołowiem. Wspólnicy Yale'a przeznaczyli na ceremonię pogrzebową kwotę 50 000 dolarów. Trumnę wykonano z niklu i srebra, a brooklyńskie kwiaciarnie zostały niemal ogołocone z towaru (kwiatami wypełniono aż 38 samochodów). W całej dzielnicy flagi opuszczono do połowy masztów. W ślad za karawanem podążało 250 aut, zaś na cmentarzu Holy Cross czekało 10 000 żałobników - w tym dwie wdowy, z których każda utrzymywała, że jest prawdziwą panią Yale. Gazeta "New York Daily News" z dumą ogłosiła, że pochówek Yale'a "był lepszy niż pogrzeb wydany Dionowi O'Banionowi przez gangsterów chicagowskich w 1924 r." Moda na wystawne pogrzeby gangsterów panowała przez całe lata dwudzieste i trzydzieste XX w. Pewien przedstawiciel świata przestępczego powiedział reporterowi: "po to ma się kolegów". Przed śmiercią O'Baniona największy pogrzeb urządzony przez gang z North Side wydano na cześć Nailsa Mortona: kondukt obejmował wówczas 20 samochodów wypełnionych kwiatami. O'Banion mógł poszczycić się 26 samochodami, natomiast jego następca, Hymie Weiss (również zamordowany) otrzymał jedynie 18 samochodów, co bardzo rozzłościło jego żonę. Bugs Moran musiał cierpliwie tłumaczyć wdowie, że po śmierci Mortona i O'Baniona gang stracił około 30 członków, co znacząco ograniczyło liczbę wieńców żałobnych. Pogrzeb kolejnego przywódcy gangu, Schemera Drucciego, był nieco mniej ekstrawagancki, ale przynajmniej tym razem wdowa nie wnosiła zastrzeżeń. (Drucciego pochowano pod dywanem złożonym z 3 500 kwiatów. Jego małżonka stwierdziła: "Gliniarz zastrzelił go jak psa, ale my pochowaliśmy go jak króla".) W latach czterdziestych do łask wróciły skromniejsze pogrzeby. W 1947 r., gdy zmarł Al Capone, boss Mafii chicagowskiej Tony Accardo nakazał ograniczenie liczby żałobników-gangsterów uczestniczących w ceremonii do minimum i sporządził listę osób, które uważał za "zbyt podejrzane", by brać udział w pogrzebie. Accardo powiedział: "Musimy wyznaczyć jakieś granice. Jeśli tego nie zrobimy, wszyscy obywatele Chicago przyjdą na cmentarz. Al nie miał wrogów". (Tony najwyraźniej nie mógł powstrzymać się od tego ironicznego komentarza - wiedział, że niemal wszyscy wrogowie Capone nie żyją, choć mało który zmarł z przyczyn naturalnych.) W późniejszych latach ważne osobistości świata przestępczego przestały uważać udział w pogrzebach kolegów za sprawę honoru (zwłaszcza że udział w ceremoniach pogrzebowych narażał ich na inwigilację przez agencje federalne). Były jednak wyjątki. W 1967 r., po śmierci Tommy'ego Lucchese, jego rodzina ogłosiła, że "ze zrozumieniem" potraktuje nieobecność kolegów zmarłego na pogrzebie. Mimo to swój udział zapowiedziało wielu czołowych mafiosów - w tym Carlo Gambino, Aniello Dellacroce oraz Joe i Vincent Rao. Ich szacunek dla zmarłego bossa wynikał zapewne z faktu, że przez 44 lata Lucchese nie został skazany za żadne przestępstwo. W roku 1973, gdy zmarł Frank Costello, jego żona pozostała nieugięta i zabroniła kolegom zmarłego uczestniczyć w pogrzebie. Żądanie wdowy uszanowano.

W grudniu 1985 r. zamordowano ojca chrzestnego rodziny Gambino, Paula Castellano. Jego pogrzeb miał charakter tajny, gdyż kardynał John O'Connor zakazał odprawiania mszy żałobnej za duszę zmarłego - "po długiej modlitwie", jak stwierdził rzecznik archidiecezji nowojorskiej. Castellano podzielił los Carmine Galante i Alberta Anastasii, którym również odmówiono mszy. Nieco więcej szczęścia mieli Crazy Joey Gallo, Carlo Gambino i Joe Colombo. Zgodnie z ustępem 1184 kodeksu kanonicznego istnieje możliwość odmówienia mszy żałobnej "jawnemu grzesznikowi", który nie okazał skruchy przed śmiercią. Wielu mafiosom okazywano jednak pobłażliwość, zwłaszcza jeśli zmarli we własnych łóżkach. Pewien ekspert od prawa kanonicznego wyjaśnił: "Zakładamy, że na łożu śmierci mają czas na refleksję i żal za grzechy. Biorąc jednak pod uwagę okoliczności zgonu [Castellano], trudno byłoby sądzić, że przed śmiercią okazał skruchę lub żal".

W oficjalnym komunikacie kardynał O'Connor stwierdził, że za jego decyzją stało prawo kanoniczne oraz spodziewana negatywna reakcja ze strony wiernych. W 1979 r. kardynał Terence Cooke zakazał odprawiania mszy żałobnej dla Carmine Galante (który również padł ofiarą zamachu), lecz w ramach "aktu łaski" pozwolił kapłanowi zmówić litanię za duszę zmarłego w domu pogrzebowym. O'Connor poszedł w ślady Cooke'a, dodając w liście kondolencyjnym: "Pragniemy okazać najwyższy szacunek rodzinie zmarłego". Decyzja O'Connora nie została jednomyślnie poparta przez ludzi Kościoła. Skrytykował ją m.in. wielebny Louis Gigante, proboszcz parafii św. Anastazego z Bronksu i brat dwóch osób podejrzewanych o powiązania gangsterskie. Gigante stwierdził, że chętnie odprawiłby mszę żałobną za duszę Castellano. "Jeśli nie był za życia dobrym katolikiem, powinniśmy byli mu o tym powiedzieć. -stwierdził. - Ale mówiąc o tym teraz, krzywdzimy tylko jego rodzinę".

 

 

Abe RELES "Kid Twist" (1907-1941): Morderca z Murder, Inc. i informator policyjny

Gdy w 1940 r. policja zatrzymała brooklyńskiego gangstera Abe Relesa, miał on już na koncie 42 aresztowania w ciągu swojej szesnastoletniej kariery przestępczej. Był oskarżany o rozmaite przestępstwa i wykroczenia: napady, kradzieże, włamania, posiadanie narkotyków, zakłócanie porządku publicznego oraz - sześciokrotnie - o morderstwo, lecz nigdy nie udało się go skazać pod żadnym poważniejszym zarzutem (odsiedział tylko sześć krótkich wyroków).

Niedużo brakowało, by Reles wyszedł obronną ręką z kolejnej opresji. Prokuratura niewiele wiedziała na jego temat; nie podejrzewała na przykład, że osobiście wziął udział w przynajmniej 30 morderstwach na zlecenie i nie zdawała sobie jeszcze sprawy z istnienia organizacji, która miała później otrzymać nazwę Murder, Inc. Niektórym policjantom obiło się o uszy pojęcie "kombinacja", określające nową strukturę, w skład której wchodziła - jak mówiono - znaczna liczba gangsterów pochodzenia włoskiego i żydowskiego, lecz myśl, że organizacja ta mogła utworzyć własne ramię zbrojne odpowiedzialne za mordowanie jej przeciwników, nie przeszła jeszcze wówczas nikomu przez głowę. A jednak, pomimo niewiedzy wymiaru sprawiedliwości, pod koniec lat trzydziestych Murder, Inc. miało już na swoim koncie około 400-500 zamachów.

Gdy Reles zaczął sypać (niektórzy obserwatorzy określili jego zeznania mianem "największej wpadki w historii przestępczości zorganizowanej"), zdumieni prokuratorzy usłyszeli o 49 morderstwach popełnionych w samej tylko dzielnicy Brooklyn przez jego organizację. O wielu z tych zbrodni nie wiedziała nawet policja. Reles był jednym z założycieli Murder, Inc. i pełnił rolę przywódcy średniego szczebla pod rozkazami Louisa Lepkego i Alberta Anastasii. Jego zeznania przewyższały pod względem wartości rewelacje Joego Valachiego; były też od nich o wiele bardziej szczegółowe. Gdy w 1940 r. policja aresztowała Relesa wspólnie z kilkoma innymi członkami Murder, Inc., Reles zaczął obawiać się, że któryś z jego kolegów może zacząć sypać - postanowił więc uprzedzić bieg wydarzeń i zawarł umowę z władzami: prokuratura miała zrezygnować z postawienia mu zarzutów w sprawie morderstw, w których uczestniczył, w zamian za drobiazgowe informacje na temat tych zbrodni oraz ich sprawców.

Reles zeznał, że specjaliści od mokrej roboty - między innymi Pittsburgh Phil, Happy Maione, Dasher Abbandando, Charlie Workman, Mendy Weiss, Louis Capone, Chicken Head Gurino i Buggsy Goldstein (by wymienić tylko niektórych) - byli regularnie wysyłani do realizacji zleceń nie tylko na obszarze Nowego Jorku, lecz w całym kraju, często nie znając nawet personaliów swoich ofiar. Reles (podobnie jak Pittsburgh Phil) był dumny z własnych osiągnięć: po zrealizowaniu zlecenia często udawał się na nowojorski Times Square, gdzie kupował gazetę i z zainteresowaniem czytał o popełnionych przez siebie zbrodniach, dowiadując się przy okazji, kogo zamordował. Ofiarą jednego z morderstw, o których Reles "przeczytał w »Timesie«", był lichwiarz nazwiskiem Whitey Rudnick. Wspólnie z Pittsburgh Philem, Dasherem Abbandando i Happym Maione, Reles zadał mu ponad 60 ran kłutych, następnie roztrzaskał mu czaszkę, a w końcu - dla pewności - udusił go. Reles nie żałował swojej ofiary: stwierdził, że "należało mu się, bo był kapusiem". Abbandando i Maione trafili za zamordowanie Rudnicka na krzesło elektryczne. Pittsburgh Phil nie został oskarżony o udział w tej zbrodni, ale wyłącznie dlatego, że prokuratura dysponowała wystarczającymi dowodami, by skazać go za cały szereg innych morderstw (w trakcie swojej kariery członka Murder, Inc. Phil zrealizował ponad 100 zleceń). W wyniku zeznań Relesa Phil - a także Buggsy Goldstein - odpowiedzieli za bestialskie uduszenie niejakiego Puggy Feinsteina; Reles dostarczył też tak wiele informacji w sprawie zamachu na Dutcha Schultza (ważną osobistość świata przestępczego), że jeden z zamachowców, Charlie Workman, obejrzawszy obciążający go materiał dowodowy, ze strachu przed krzesłem elektrycznym postanowił przyznać się do winy i wybrał dożywotnie więzienie.

Zeznania złożone przez Relesa przed wielką ławą przysięgłych umożliwiły wytoczenie procesu bossowi Louisowi Lepkemu, a także dwóm jego zaufanym doradcom, Louisowi Capone i Mendy'emu Weissowi. Całą trójkę skazano za zamordowanie ich konkurenta w przemyśle odzieżowym, Josepha Rosena, mimo iż Reles nie uczestniczył w ich rozprawie. Reles wziął udział w wielu różnych procesach, toczących się przez ponad rok. W tym okresie zamieszkiwał pod ścisłą ochroną policji na szóstym piętrze hotelu Half Moon położonego w części Brooklynu zwanej Coney Island. Wczesnym rankiem 12 listopada 1941 r. Reles wyskoczył - lub został wypchnięty - przez okno swojego pokoju, mimo iż strzegło go sześciu uzbrojonych funkcjonariuszy, z rozkazem, by nigdy nie zostawiać go samego - nawet podczas snu. W pokoju Relesa znaleziono później kilka związanych ze sobą prześcieradeł. Policja sformułowała w związku z jego śmiercią szereg teorii, niekiedy bardzo dziwacznych: sugerowano na przykład, że Reles usiłował uciec przez okno na sznurze z prześcieradeł po to, by następnie wejść z powrotem do budynku i nastraszyć swoich strażników. Zgodnie z inną koncepcją pragnął popełnić samobójstwo, lecz zamiast skakać z szóstego piętra, wolał najpierw opuścić się nieco na prześcieradłach. Słabym punktem wszystkich tych teorii był jednak fakt, że zwłoki Relesa leżały o dobre sześć metrów od ściany budynku: jeśli jego śmierć była wynikiem samobójstwa, to musiał on wykonać iście olimpijski skok. Dwadzieścia lat później podupadający na zdrowiu Lucky Luciano, jeden z założycieli syndykatu zeznał, że śmierć Relesa była dziełem Franka Costello i że kosztowała 50 000 dolarów w łapówkach wypłaconych policji. Po kilku kolejnych latach dziennikarze prowadzący w Izraelu wywiady z Meyerem Lanskym i Dokiem Stacherem potwierdzili wersję Luciano, lecz usłyszeli, że zamach kosztował aż 100 000 dolarów (najwyraźniej przekupiono nie tylko policję). Syndykat nie troszczył się o los skazanych już na śmierć gangsterów, ale pragnął powstrzymać Relesa przed pogrążeniem kolejnych osób - zwłaszcza Alberta Anastasii i Bugsy'ego Siegela. William O'Dwyer, w owym czasie prokurator okręgowy Brooklynu, a później burmistrz Nowego Jorku, dostał się później w ogień krytyki za zaniechanie śledztwa przeciwko Anastasii, mimo iż zeznania Relesa stwarzały znakomitą okazję do oskarżenia go o morderstwa. O'Dwyer twierdził, że akt oskarżenia przeciwko Anastasii "wyfrunął przez okno" razem z Relesem.

Podczas procesu Anastasii, który odbył się w końcu w 1945 r., działania O'Dwyera zostały określone przez wielką ławę przysięgłych mianem "zaniedbania, niekompetencji oraz jawnej nieodpowiedzialności":

[O'Dwyer] posiadał przekonujące materiały, które pozwalały na udowodnienie Anastasii morderstw pierwszego stopnia i innych zbrodni. Mimo iż materiał dowodowy w zupełności wystarczał do aresztowania, oskarżenia i skazania Anastasii, [O'Dwyer] zaniechał jakichkolwiek działań. (...) Owa całkowita bierność wobec króla przestępczości zorganizowanej (...) jest tak oburzająca, że nie możemy dopuścić, by nasze ustalenia utonęły w archiwum - tak jak dowody przeciwko Anastasii.

Wokół śmierci Relesa narosło sporo mrocznych teorii. Ed Reid, wielokrotnie nagradzany reporter "Brooklyn Eagle" stwierdził, że "Reles był pożyteczny nie tylko dlatego, że informował o działalności gangów. Niektóre z jego zeznań zostały wykorzystane przez pozbawionych skrupułów przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości w celu wymuszania haraczy od gangsterów". Gdyby Reles nie zginął, zapewne udałoby się skazać kolejnych wysoko postawionych mafiosów (w tym Alberta Anastasię) i zadać syndykatowi kolejny ciężki cios. Zdrada Relesa była co prawda gwoździem do trumny Murder, Inc., lecz syndykat przetrwał kryzys.

Jeśli zaś chodzi o samego Relesa, jego gangsterskie epitafium mogłoby brzmieć: "Ptaszek, który potrafił ćwierkać, ale nie umiał fruwać".

 

 

RESTAURACJE a Mafia

Następnego dnia po śmierci Paula Castellano, zastrzelonego przed wejściem do restauracji Sparks Steak House (na 46 Ulicy Manhattanu) w grudniu 1985 r., na miejsce zbrodni zaczęły ściągać tłumy gapiów. Niektórzy pragnęli zjeść posiłek w restauracji, inni szukali pomiędzy plamami benzyny na chodniku śladów krwi sławnego bossa. Wśród gawiedzi stał - z kwaśną miną - właściciel innej restauracji. Zagadnięty przez reporterów stwierdził, że gdyby wiedział, jak wielką uwagę przyciągnie śmierć Castellano, "sam zaciągnąłbym zwłoki za róg, przed mój lokal". Bywalcy Sparks narzekali, że nagła popularność ich ulubionej restauracji może utrudnić im rezerwację stolików. Wszyscy byli jednak zgodni co do jednego: tylko w Nowym Jorku popularność lokalu zależała od liczby leżących na zewnątrz trupów. Obserwatorzy Mafii w ostatnich latach są - z konieczności - obserwatorami restauracji. Zdaniem jednego z gapiów przyglądających się wydarzeniom wokół Sparks, przewodniki po nowojorskich restauracjach powinny wprowadzić nową rubrykę: "Czy w lokalu dochodzi do morderstw mafijnych?" Pewien mężczyzna spożywający posiłek w Sparks stwierdził nawet: "Zawsze jadam w takich miejscach. Żaden mafijny don nie chodziłby przecież do kiepskich włoskich restauracji". Podobną opinię podzielało więcej osób. W 1966 r., po policyjnym nalocie na restaurację La Stella w Forest Hills (dzielnica Queens) i aresztowaniu w niej 13 ważnych gangsterów (spotkanie to ochrzczono mianem "małego Apalachin"), "New York Times" wysłał do La Stelli swojego krytyka kulinarnego, Craiga Clairborne'a. Clairborne przydzielił La Stelli aż dwie gwiazdki, co w stosowanej przezeń skali oznaczało wyśmienitą kuchnię. Fakt, że wiele mafijnych zamachów ma miejsce w restauracjach, jest przez niektórych obserwatorów odbierany jako oznaka szacunku dla naznaczonych donów: zamachowcy pozwalają im spożyć ostatni posiłek. W rzeczywistości do morderstw przy stole dochodzi głównie dlatego, że spożywająca posiłek ofiara stanowi łatwy cel. Gdy Joey Gallo zginął, a jego ochroniarz został postrzelony w restauracji Umberto's Clam House (w nowojorskiej dzielnicy włoskiej), obaj gangsterzy siedzieli tyłem do wejścia i nie dostrzegli zbliżających się morderców.

Za mit należy uznać popularny pogląd, zgodnie z którym mafiosi zawsze siadają w restauracjach plecami do ściany. Stary mafijny zwyczaj wiercenia w ścianach dziur na lufy strzelb dawno już położył kres tej tradycji. O wiele częściej zdarza się, że mafiosi, którzy zarezerwowali stolik w danej restauracji, proszą w ostatniej chwili o posadzenie ich przy innym stoliku, aby pokrzyżować plany ewentualnych zamachowców. W 1979 r. Carmine Galante, przywódca rodziny Bonanno pragnący zdominować pozostałe nowojorskie rodziny mafijne, popełnił błąd zasiadając do obiadu na werandzie brooklyńskiego lokalu Joe and Mary Italian-American Restaurant. Nagle obok Galante pojawili się trzej mężczyźni w maskach narciarskich, którzy otwarli ogień do bossa i jego ochroniarza, zabijając ich na miejscu. Warto dodać, że zamach nie wpłynął korzystnie na interesy restauracji: w strzelaninie zginął także jej właściciel. Joe Boss Masseria został zastrzelony w restauracji na Coney Island, gdzie przebywał w towarzystwie swojego doradcy (a jednocześnie organizatora zamachu), Lucky'ego Luciano. Na chwilę przed wtargnięciem do restauracji czwórki uzbrojonych zamachowców Luciano udał się do toalety. Śmierć Masserii sprawiła, że do lokalu zaczęły ściągać tłumy ludzi, co z pewnością usatysfakcjonowało jej właściciela, Gerarda Scarpato (przyjaciela Luciano). Scarpato nie miał jednak dużo szczęścia - kilka miesięcy później sam został zamordowany, mniej więcej w tym samym czasie, gdy Luciano sprzątnął ostatniego ze starych przywódców nowojorskiej Mafii, Salvatore Maranzano. Mówiono, że zamach na Scarpato stanowił gest Luciano pod adresem ludzi Masserii, zapraszający ich do udziału w negocjacjach na temat sformowania amerykańskiego syndykatu; niewykluczone jednak, że Luciano po prostu "robił porządki" po swoich poprzednich operacjach. Zgodnie z nowojorskim prawem morderstwa nie podlegają przedawnieniu; Scarpato mógł więc stanowić dla Luciano zagrożenie jako potencjalny świadek. Kolejnym gangsterem, który zakończył życie w restauracji, był Dutch Schultz, naszpikowany ołowiem (razem z trójką swoich podwładnych) w lokalu w mieście Newark, na rozkaz komisji syndykatu w 1935 r.

W 1959 r. Little Augie Pisano spożył swój ostatni posiłek w nowojorskiej restauracji o nazwie Marino's. Jego morderca lub mordercy najprawdopodobniej oczekiwali na Pisano w jego własnym samochodzie. Gdy Pisano wrócił do auta po kolacji, został sterroryzowany i wspólnie ze swoją przyjaciółką wywieziony do dzielnicy Queens, gdzie obydwoje zastrzelono.

Charakterystyczne, że w morderstwach popełnianych na terenie restauracji zazwyczaj ginie niewielu postronnych świadków. Mafia zawsze stara się unikać zbędnej przemocy, by nie prowokować gniewu opinii publicznej. Czasem jednak dochodzi do wypadków i pomyłek. W sierpniu 1972 r. czterej biznesmeni jedli kolację w Neapolitan Noodle Restaurant przy 79 Ulicy na Manhattanie, gdy nagle do lokalu wtargnął uzbrojony gangster, który zastrzelił ich wszystkich. Podobno właściwym celem zamachu byli czterej siedzący obok członkowie rodziny Colombo, zaś morderca - sprowadzony z Las Vegas - po prostu pomylił stoliki.

 

 

Dutch SCHULTZ (1902-1935): Przywódca przestępczy

Przenieśmy się na chwilę na wielką konferencję przywódców świata przestępczego, do której doszło w połowie lat dwudziestych, przed utworzeniem amerykańskiego syndykatu. W trakcie jednej z poważnych dyskusji Dutch Schultz, uważany za jednego z najmniej przewidywalnych bossów wielkich gangów, nie potrafił oprzeć się pokusie dania prztyczka w nos Joemu Adonisowi - próżnemu gangsterowi, dumnemu ze swojego (jak sam uważał) wspaniałego wyglądu i gwiazdorskich manier. Schultz cierpiał wówczas na grypę i choć lekarz zalecił mu pozostanie w łóżku, mimo wszystko przyjechał na zebranie. Gdy Adonis popisał się kolejnym aforyzmem, Schultz nagle skoczył na równe nogi, podbiegł do niego i chuchnął mu prosto w twarz, oznajmiając: "A teraz, sk..., złapiesz moją grypę". Adonis rzeczywiście zaraził się grypą od Schultza i przez kolejny tydzień wydzwaniał do Meyera Lansky'ego, żądając - zachrypniętym głosem - by Schultz trzymał się od niego z daleka. Incydent załagodzono, ale zachowanie Schultza stanowiło dobrą ilustrację problemów świata przestępczego z "niereformowalnym" Holendrem. Podstawową zasadą przestępczości zorganizowanej jest prowadzenie działalności przestępczej w zgodzie z ogólnie przyjętym zbiorem kryteriów i reguł. Schultz nie wyznawał jednak żadnych reguł - z wyjątkiem tych, które sam wprowadził. Ludzie łamiący jego reguły kończyli w kostnicy: Dutch był nie tylko najbardziej nieprzewidywalnym, lecz również najbrutalniejszym z przywódców gangów swojej epoki. W końcu musiał zostać usunięty, gdyż jego działania groziły zburzeniem delikatnej równowagi między syndykatem a władzami publicznymi. Schultz złamał ważną zasadę przestępczości zorganizowanej, zakładającą pewien poziom szacunku dla prawa i porządku. Schultz (prawdziwe nazwisko Arthur Flegenheimer) przyszedł na świat w nowojorskiej dzielnicy Bronx. Aż do lat dwudziestych był postacią zupełnie nieznaną, później jednak wyrósł na protegowanego sławnego Arnolda Rothsteina i po niedługim czasie założył własny gang, który zdominował handel piwem w Bronksie. Już wówczas dał się poznać jako osoba nieprzewidywalna; swoje wady nadrabiał jednak brutalnością i umiejętnością perspektywicznego myślenia (pod względem pomysłowości w kreowaniu nowych procederów przestępczych przewyższał nawet Meyera Lansky'ego i Lucky'ego Luciano). Trudno dziś ustalić, kto pierwszy docenił potencjał kryjący się w groszowych loteriach w Harlemie - Lansky czy Schultz; w każdym razie to właśnie Schultz jako pierwszy wkroczył na teren Harlemu i brutalną siłą podporządkował sobie lokalnych czarnoskórych organizatorów hazardu, przekształcając ich w agentów swojego wielomilionowego imperium. Niedługo potem, korzystając z pomocy matematycznego geniusza Otto "Abbadabba" Bermana, Schultz wdrożył system oszukiwania na rezultatach loterii, który jeszcze bardziej zwiększył jego zyski. Schultz nie był postacią popularną - nienawidzili go nawet jego podwładni - budził jednak powszechny strach. Pod względem wypłat dla cyngli i osiłków zajmował prawdopodobnie ostatnie miejsce wśród nowojorskich bossów; pewnego razu wściekł się nawet, gdy jeden z jego żołnierzy poprosił go o podwyżkę. Tylko Otto Abbadabba inkasował naprawdę duże pieniądze - 10 000 dolarów tygodniowo. (Berman zagroził, że jeśli jego roszczenia finansowe nie zostaną spełnione, zaoferuje swoje matematyczne umiejętności innym gangom. Gdyby to zrobił, najprawdopodobniej zostałby zamordowany, ale tak czy inaczej imperium hazardowe Schultza poniosłoby wielką stratę - Schultz wolał więc zacisnąć zęby i spełnić żądania Bermana.)

Większość gangsterów krzywiła się na wspomnienie Schultza. Nie ulega wątpliwości, że Schultz nie był postacią charyzmatyczną. Luciano pewnego razu powiedział reporterowi z pogardą w głosie: "Facet miał parę milionów dolarów, a ubierał się jak świnia". Sam Schultz wyznał podczas jednego z wywiadów: "Tylko pedały noszą jedwabne koszule. Nigdy takiej nie kupiłem. Trzeba być frajerem, żeby wydać piętnaście albo dwadzieścia dolców na koszulę. Dobrą koszulę można kupić za jednego lub dwa dolary!" Luciano mówił też: "(...) denerwował się, gdy miał zapłacić dwa centy za gazetę. To był jego największy wydatek: kupowanie gazet, w których mógł o sobie czytać".

Schultz istotnie uwielbiał czytać gazety. Pozwalał, by nazywano go Dutch Schultz, gdyż "krótkie nazwisko lepiej pasuje do nagłówków prasowych. Gdybym został przy nazwisku Flegenheimer, nikt by o mnie nie usłyszał". Często wpadał w furię podczas lektury artykułów na swój temat. Pewnego razu zwymyślał reportera "New York Timesa", Meyera Bergera, który określił go mianem "pantoflarza pewnej blondynki".

"Co to za język? - wściekał się Schultz. - Czy takiego języka teraz używacie w »New York Timesie«?"

W rzeczywistości Schultz wcale nie był mocno obrażony. Istniał tylko jeden sposób, by go naprawdę rozsierdzić. Jego sławny "rzecznik", Dixie Davis, stwierdził: "Możesz obrazić dziewczynę Artura, napluć mu w twarz, popchnąć go - a on się tylko roześmieje. Ale jeśli ukradniesz mu dolara, jesteś martwy".

Do osób, które - zgodnie z powszechną opinią - popełniły ów fatalny w skutkach błąd, należał m.in. krwiożerczy Legs Diamond. Cudem przeżywszy kilka zamachów zorganizowanych przez Schultza i innych gangsterów, Diamond przeszedł do historii jako "gliniany gołąb świata przestępczego"; w końcu jednak mordercy dopadli go podczas snu, w hotelu na północy stanu Nowy Jork. Schultz skomentował śmierć Diamonda słowami: "Kolejny kutas przyłapany z ręką w mojej kieszeni". Schultz prowadził bezpardonową wojnę z Vincentem "Mad Dog" Collem, byłym podwładnym, który postanowił przejąć część jego imperium. 8 lutego 1932 r. Coli został osaczony w budce telefonicznej i zastrzelony przez kilku gangsterów najprawdopodobniej ludzi Schultza. Sprzątnięcie Colla wzmocniło prestiż Schultza i przez jakiś czas nikt nawet nie myślał o rzuceniu mu wyzwania, choć Lucky Luciano i Meyer Lansky chętnie przejęliby jego interesy piwne i hazardowe. Luciano i Lansky wiedzieli jednak, że Schultz jest zbyt nieprzewidywalny i że prędzej czy później stanie się zagrożeniem dla całego syndykatu. W sukurs przyszedł im Wuj Sam: Schultz został w końcu aresztowany pod zarzutem oszustw podatkowych.

Gdy Schultz oczekiwał na proces, pozostali przywódcy syndykatu rzucili się, by zagarnąć jego aktywa (Lansky i Zwillman z New Jersey zaskarbili sobie nawet poparcie prawej ręki Schultza, Bo Weinberga). Ich pośpiech był jednak przedwczesny: wbrew powszechnym oczekiwaniom Schultz został oczyszczony z zarzutów i wyszedł na wolność. Bossowie syndykatu musieli zrobić dobrą minę do złej gry i oświadczyć, że jedynie "pilnowali interesu". Schultz stwierdził, że kiedyś wyrówna z nimi rachunki, lecz chwilowo jego uwagę zaprzątała osoba Bo Weinberga, którego podejrzewał o zdradę. Weinberg zniknął. Niektórzy mówią, że Schultz własnoręcznie go udusił; inni, że wpakował mu kulę w głowę; jeszcze inni - że sprawił mu "betonową kurtkę" i wrzucił żywcem do rzeki Hudson. Schultz był zdolny do każdego z tych trzech czynów.

Po śmierci Weinberga zanosiło się na otwartą wojnę między Schultzem a Luciano, Lanskym, Zwillmanem i ich stronnikami - lecz ponownie na przeszkodzie stanęły siły prawa, tym razem w osobie specjalnego prokuratora Thomasa E. Deweya, który w swojej kampanii przeciwko przestępczości zorganizowanej za główny cel obrał właśnie Schultza. W 1935 r., na skutek działań Deweya, imperium Schultza zaczęło się kurczyć, zaś jego ludzie kolejno trafiali za kraty. Schultz zwołał zebranie komisji syndykatu i zażądał prawa do zamordowania Deweya. Jego żądanie zdumiało wszystkich zgromadzonych - z wyjątkiem niezrównoważonego Alberta Anastasii, który początkowo poparł Schultza, niepomny konsekwencji, jakie przyniosłoby zamordowanie prokuratora federalnego. Doszło do dyskusji, po której Anastasia wycofał swoje pierwotne poparcie. Wniosek Schultza został odrzucony.

Schultz wyszedł z sali obrad odgrażając się: "I tak uważam, że trzeba go sprzątnąć. A jeśli nikt inny tego nie zrobi, sam go sprzątnę". Owa groźba przypieczętowała los Schultza. Pozostali zgromadzeni szybko przegłosowali na niego wyrok śmierci. Do werdyktu przychylił się nawet Anastasia.

23 października 1935 r. Schultz, Abbadabba Berman oraz dwóch żołnierzy, Lulu Rosenkrantz i Abe Landau, prowadzili zebranie połączone z posiłkiem w jednej z ulubionych restauracji Schultza, Palace Chop House w mieście Newark. W pewnym momencie Schultz wstał od stołu i udał się do toalety. Pod jego nieobecność do restauracji weszło dwóch uzbrojonych gangsterów. Ich plan działania był superbezpieczny: zaraz po wkroczeniu do lokalu jeden z nich sprawdził toaletę i widząc mężczyznę przy pisuarze, natychmiast nafaszerował go ołowiem (by nie zostać później zaskoczonym od tyłu). Następnie obaj zamachowcy podeszli do stolika i zastrzelili trzech siedzących przy nim ludzi Schultza.

Dopiero gdy umilkły wystrzały, do zamachowców dotarło, że przy stole nie ma Schultza. Obaj wrócili do toalety, gdzie okazało się, że postrzelonym wcześniej człowiekiem był właśnie Schultz. Zabójca Schultza - Charles "the Bug" Workman - opróżnił mu kieszenie, po czym wspólnie ze swoim towarzyszem wybiegł z restauracji. Schultz zdołał jeszcze doczołgać się do stolika, gdzie stracił przytomność.

Schultz zmarł po kilku dniach pobytu w szpitalu. Nie zidentyfikował swoich zabójców - mamrotał jedynie coś na temat pieniędzy, które gdzieś ukrył. Workman, skazany za zamordowanie Schultza, spędził w więzieniu 23 lata. Nigdy nie zeznał, od kogo otrzymał zlecenie zamachu - najprawdopodobniej nie interesowały go takie szczegóły.

 

 

Benjamin SIEGEL "Bugsy" (1905-1947): Przywódca i ofiara syndykatu

Bugsy Siegel był bodaj najmłodszym spośród wszystkich przywódców amerykańskiej przestępczości zorganizowanej. W wieku 14 lat prowadził już własny gang, a niedługo potem stał się ważną osobistością świata przestępczego w Lower East Side na Manhattanie. Wspólnie z Meyerem Lanskym założył tzw. Bug and Meyer Mob - gang wynajmujący swoich członków do realizacji różnych niebezpiecznych zadań na zlecenie nowojorskich przemytników alkoholu (dodajmy, że działo się to niemal dziesięć lat przed utworzeniem sławnego Murder, Inc.). W wolnych chwilach ludzie Siegela i Lansky'ego zajmowali się porywaniem transportów alkoholu należących do konkurencyjnych gangów. Lansky odgrywał co prawda rolę mózgu całej organizacji, lecz Siegel wcale nie ustępował mu inteligencją. Pomimo to Siegel - z czystej sympatii i szacunku dla Lansky'ego - podporządkowywał się jego woli. W wieku 21 lat Siegel miał już na swoim koncie niemal każdy rodzaj brutalnego przestępstwa, jaki można znaleźć w kodeksie karnym. Był winny porwań, rozbojów, przemytu alkoholu i narkotyków, handlu niewolnikami, gwałtów, włamań, napadów rabunkowych, prowadzenia nielegalnych loterii, wymuszeń oraz licznych morderstw. Wspólnie z Lanskym Siegel nawiązał współpracę z młodymi włoskimi mafiosami: Luckym Luciano, Frankiem Costello, Joe Adonisem, Albertem Anastasią, Tommym Lucchese i Vito Genovese - przyszłymi założycielami i przywódcami amerykańskiego syndykatu. Zanim jednak mogło dojść do powstania nowej organizacji, należało usunąć starych mafijnych bossów, w czym Siegel wziął aktywny udział (wszedł m.in. w skład grupy zamachowców, którzy dopadli Joego Bossa Masserię w restauracji na Coney Island w 1931 r.). Siegel zawsze uważał, że jego najlepszym przyjacielem jest pistolet: w jego opinii broń palna umożliwiała rozwiązanie każdego problemu. Miał reputację "kowboja". Wiele lat później zastępca kalifornijskiego prokuratora okręgowego wyjaśniał, dlaczego Siegel zawsze ochoczo brał udział w zamachach gangsterskich: "W języku gangsterów Siegel jest znany jako »kowboj«. Tak mówi się na ludzi, którym nie wystarcza samo planowanie morderstw i którzy muszą osobiście uczestniczyć w ich popełnianiu".

W latach trzydziestych Siegel został oddelegowany do Kalifornii, by nadzorować tamtejsze interesy syndykatu - w tym lukratywną dystrybucję informacji o rezultatach wyścigów konnych. Mafia z Los Angeles znajdowała się w owych czasach pod kontrolą bossa Jacka Dragny, lecz Siegel szybko udowodnił mu, kto tu naprawdę rządzi. Dragna - wiedząc o nieobliczalnym charakterze Siegela oraz o poparciu, jakim cieszył się ze strony Meyera Lansky'ego oraz Lucky'ego Luciano (który pomimo pobytu w więzieniu domagał się od Dragny współpracy z Siegelem) - nie miał wyjścia i musiał ustąpić mu miejsca.

Siegel był niewątpliwym psychopatą, co jednak nie oznacza, że brakowało mu charyzmy. Po świecie przestępczym krążyło przynajmniej tyle samo plotek na temat jego podbojów miłosnych w Hollywood, co opowieści o popełnianych przezeń morderstwach. Siegel - elegancki, dobrze ubrany, prawdziwa "dusza towarzystwa" - obracał się w kręgu gwiazd wielkiego ekranu, takich jak Jean Harlow, George Raft, Clark Gable, Gary Cooper, Cary Grant czy Wendy Barnie (która pewnego razu ogłosiła nawet, że jest z nim zaręczona). Część hollywoodzkich przyjaciół Siegela chętnie inwestowała pieniądze w prowadzone przezeń interesy. Sam Siegel czasem wymykał się z eleganckich przyjęć po to, by wspólnie ze swoim wspólnikiem Frankie Carbo popełniać zlecone morderstwa (Carbo został później znanym organizatorem walk bokserskich). W 1939 r. Siegel ponownie dowiódł swojej reputacji kowboja, gdy na rozkaz z Nowego Jorku sprzątnął pewnego spalonego gangstera, niejakiego Harry'ego Greenberga.

Pomimo terminarza szczelnie wypełnionego spotkaniami z gwiazdami filmowymi, prowadzeniem interesów przestępczych oraz morderstwami na zlecenie, Siegel znajdował niekiedy czas na zdumiewające eskapady. Pewnego razu, wspólnie z jedną ze swoich kochanek, hrabiną Dorothy diFrasso, pojechał do Włoch, by sprzedać rewolucyjny materiał wybuchowy Benito Mussoliniemu. Podczas pobytu w posiadłości diFrasso Siegel - nowojorski Żyd - spotkał się z czołowymi nazistami, w tym z Hermannem Goringiem oraz Josephem Goebbelsem. Zgodnie z zeznaniami jego kolegów Goring i Goebbels nie przypadli Siegelowi do gustu, lecz wyłącznie z przyczyn osobistych, nie zaś politycznych. Siegel początkowo planował zastrzelić ich obu, lecz w końcu zrezygnował z tego planu (rzekomo w wyniku usilnych próśb kochanki). Próba handlu z Mussolinim również nie przyniosła skutku i Bugsy wspólnie z hrabiną diFrasso wrócili do Hollywood, gdzie Siegel zajął się organizowaniem kanału przerzutowego narkotyków z Meksyku.

Na początku lat czterdziestych Lansky postanowił zbudować w Las Vegas pierwsze luksusowe kasyno. Siegel z początku uważał cały pomysł za niedorzeczny (Las Vegas było w owym czasie zapadłą pustynną mieściną), im bardziej jednak zastanawiał się nad koncepcją Lansky'ego, tym bardziej przypadała mu ona do gustu - w końcu stał się jej entuzjastycznym orędownikiem. Za sprawą Siegela syndykat zgodził się wyłożyć dwa miliony dolarów na budowę kompleksu rozrywkowego. Suma ta szybko wzrosła do sześciu milionów. Siegel nadał kasynu nazwę Flamingo na cześć jednej ze swoich kochanek, Virginii Hill. Pewnego wieczoru po otwarciu Flamingo Siegel ulokował w czterech luksusowych apartamentach cztery swoje kobiety: Virginię Hill, hrabinę diFrasso oraz aktorki Wendy Barrie i Marie McDonald. Virginia nienawidziła Wendy i gdy pewnego razu spotkała we Flamingo swoją angielską konkurentkę, zdzieliła ją w twarz, niemal łamiąc jej szczękę. Kłopoty sercowe nie były jednak głównym zmartwieniem Siegela. Bezpośrednio po otwarciu Flamingo kurort zaczął przynosić duże straty i syndykat domagał się zwrotu wyłożonych pieniędzy. Bossowie podejrzewali przy tym, że Bugsy zdefraudował część funduszy przeznaczonych na budowę kasyna oraz część przychodów z prowadzonego w nim hazardu, deponowanych rzekomo przez Virginię Hill na jego szwajcarskim koncie. Syndykat wydał wyrok śmierci na Siegela podczas sławnej konferencji hawańskiej w grudniu 1946 r. Pomimo późniejszych zaprzeczeń do wyroku przyłożyli rękę zarówno Lansky, jak i Luciano. Siegel wiedział, że ma duże kłopoty, ale udało mu się wynegocjować - jak sądził - odroczenie płatności. W maju 1947 r. kasyno zaczęło przynosić zyski i Siegel wyglądał na uspokojonego. 20 czerwca 1947 r. Siegel siedział w salonie wartej pół miliona dolarów rezydencji Virginii Hill w Beverly Hills (Virginia bawiła wówczas w Europie) i czytał "Los Angeles Times", gdy nagle rozległy się strzały. Dwie kule karabinowe roztrzaskały okno i ugodziły Siegela w twarz. Jedna przebiła przegrodę nosową i utkwiła w lewym oczodole, druga przeszła przez prawy policzek i kark gangstera, uszkadzając krąg szyjny. Policjanci znaleźli później prawe oko Siegela leżące na podłodze 5 metrów od ciała.

Niektórzy sądzili, że morderstwo osobiście popełnił Jack Dragna, od wielu lat nienawidzący Siegela. Niemal na pewno byli w błędzie. Fakty wskazują, że za zamach odpowiadał Frankie Carbo, działający na rozkaz Lansky'ego, który z pewnością ciężko przeżył rozstanie ze starym przyjacielem. Kilka miesięcy przed zamordowaniem Siegela potentat budowlany Del Webb, odpowiedzialny za budowę Flamingo, poskarżył się Siegelowi na podejrzanych typów kręcących się po placu budowy. Bugsy z filozoficzną nutą w głosie stwierdził, że Webb nie ma się czego obawiać i dodał, że wszystkie 12 morderstw, które popełnił, miało podłoże biznesowe. Na koniec oznajmił, że Webb może czuć się bezpieczny, gdyż "my zabijamy tylko siebie nawzajem".

Reguła ta znalazła potwierdzenie w zamachu na Siegela.

 

 

Frank SINATRA (1915-1998): Ulubiony piosenkarz świata przestępczego

Hasło "Sinatra a Mafia" to temat-rzeka, lecz jego istotność dla poważnych badaczy przestępczości zorganizowanej jest znikoma. Wbrew opinii niektórych komentatorów, Sinatra zbywał pytania o swoje gangsterskie znajomości, twierdząc - poniekąd słusznie - że pracuje w show-biznesie, gdzie nie ma sposobu na uniknięcie styczności z przestępcami.

Można jednak zauważyć, że Sinatra często z własnej inicjatywy nawiązywał przestępcze kontakty. W 1946 r. poleciał do Hawany, by wziąć udział w wielkiej konferencji przestępczej, zwołanej na cześć Lucky'ego Luciano (deportowanego do Włoch kilka miesięcy wcześniej po warunkowym zwolnieniu z więzienia, gdzie odsiadywał wyrok za sutenerstwo). Po latach policja przeszukująca neapolitańskie mieszkanie Luciano znalazła w nim złotą papierośnicę z wygrawerowaną inskrypcją: "Dla mojego drogiego kolegi Lucky'ego od przyjaciela, Franka Sinatry".

W trakcie prac Komisji Kefauvera Sinatra został wstępnie przesłuchany przez eksperta prawnego Josepha L. Nellisa, aby ustalić, czy powinien zeznawać przed Komisją. Podczas spotkania, do którego doszło o czwartej rano w biurze na szczycie wieżowca Rockefeller Center, Sinatrę wypytano o znanych mu gangsterów. Piosenkarz przyznał, że "znał" i "widywał" oraz czasami mówił "dzień dobry" i "do widzenia" tuzom świata przestępczego, między innymi Lucky'emu Luciano, braciom Fischetti (Joemu, Rocco i Charlesowi, kuzynom Ala Capone i ważnym przedstawicielom Mafii chicagowskiej), Meyerowi Lansky'emu, Frankowi Costello, Joemu Adonisowi, Longy'emu Zwillmanowi, Williemu Morettiemu, Jerry'emu Catenie oraz Bugsy'emu Siegelowi. W końcu Komisja zdecydowała się nie powoływać Sinatry na świadka. Kariera piosenkarza przechodziła wówczas kryzys i członkowie Komisji uznali, że nie ma sensu publicznie kamienować Sinatry. Między wierszami możemy się tu doszukać konkluzji, że Sinatra był zaledwie naiwnym entuzjastą Mafii - takim samym, jak Joe E. Lewis i Jimmy Durante. Po zakończeniu obrad Komisji kariera Sinatry ponownie nabrała tempa i znów zaczęto widywać go w otoczeniu mafiosów - choć trudno powiedzieć, kto kogo bardziej uwielbiał: Sinatra Mafię czy Mafia Sinatrę. Współpraca Sinatry z gangsterami niewątpliwie przynosiła korzyści obu stronom. Ralph Salerno, ekspert od spraw przestępczości zorganizowanej i były pracownik policji nowojorskiej, cytowany przez Nicholasa Gage'a w The Mafia Is Not an Equal Opportunity Employer, był zdegustowany faktem, że publiczność - świadoma dobrych kontaktów między Sinatrą a prezydentami i koronowanymi głowami - bez wahania akceptowała jego pozostałych "kolegów". "Taką właśnie przysługę oddawał Sinatra swoim gangsterskim kumplom - twierdzi Salerno. - Można by pomyśleć, że osoba pokroju Sinatry będzie uważniej dobierać swoich przyjaciół. Ale (...) Sinatra po prostu nie zawracał sobie głowy tym problemem". Gangsterzy często wykorzystywali talenty Sinatry oraz jego kontakty. Doc Stacher, bliski współpracownik Meyera Lansky'ego, który zbudował w Las Vegas kasyno Sands, przyznał później reporterom, że "(...) sprzedaliśmy Frankowi Sinatrze dziewięcioprocentowy udział w interesie. Frank był zaszczycony ofertą, a naszym celem było ściągnięcie go do kasyna na występy. Nie było lepszej przynęty w Las Vegas. Gdy występował Frankie, hotel był nabity po brzegi".

Pierwszym gangsterskim kolegą Sinatry był zapewne Willie Moretti, handlarz narkotykami, specjalista od wymuszeń oraz zawodowy morderca z New Jersey. Moretti, znany jako Willie Moore, zwrócił uwagę na młodego Sinatrę (również wywodzącego się z New Jersey) i załatwił mu kilka kontraktów, gdy Frank wciąż jeszcze występował w lokalnych klubach i barach. W 1939 r. Sinatra, wspólnie z Harrym Jamesem, nagrał swój pierwszy przebój: All or Nothing at All. Niedługo potem został zatrudniony przez Tommy'ego Dorseya za astronomiczną - jak mu się wówczas wydawało - gażę 125 dolarów tygodniowo. Po rozstaniu Sinatry z Dorseyem przez pewien czas mówiono, że byli przyjaciółmi. Rzeczywistość diametralnie odbiegała od tych mitów. Popularność Sinatry rosła; na jego koncerty ściągały tłumy. Frank bardzo chciał uwolnić się od Dorseya i - jeśli wierzyć gangsterskim plotkom - w sukurs ponownie przyszedł mu Moretti. Podobno Moretti wymógł na Dorseyu rozwiązanie umowy z Sinatrą w typowo mafijnym stylu: wpychając menedżerowi do ust lufę pistoletu. W ramach rekompensaty za zerwanie umowy Dorsey otrzymał jednego dolara. Moretti nie ograniczał się jednak tylko do wspierania Sinatry. Gdy w świat poszła fama, że Frank zamierza rozwieść się ze swoją żoną Nancy i poślubić aktorkę Avę Gardner, Moretti wysłał do swojego protegowanego telegram o następującej treści:

BARDZO DZIWI MNIE TO, CO CZYTAM W GAZETACH NA TEMAT CIEBIE I TWOJEJ KOCHANEJ MAŁŻONKI. PAMIĘTAJ, ŻE MASZ WSPANIAŁĄ ŻONĘ I DZIECI. POWINNIŚCIE BYĆ RAZEM BARDZO SZCZĘŚLIWI. POZDROWIENIA DLA CAŁEJ RODZINY. WILLIE MOORE.

Moretti miał jednak większe zmartwienia niż pożycie małżeńskie Sinatry: na skutek zaawansowanego syfilisu powoli popadał w demencję i w końcu został zamordowany przez swoich wspólników, którzy obawiali się, że zacznie zdradzać sekrety Mafii.

W późniejszych latach Sinatra był często kojarzony z ważnymi mafiosami - zwłaszcza z Samem Giancaną oraz Johnnym Rosellim, wysoko postawionymi członkami Mafii chicagowskiej. Prasa opublikowała nawet fotografię (wykonaną podczas sławnej konferencji hawańskiej), na której Sinatra obejmuje Lucky'ego Luciano. Inna, nieco współcześniejsza fotografia, wykonana w garderobie Sinatry w Premier Theater w Westchester (stan Nowy Jork), ukazuje szeroko uśmiechniętego piosenkarza w towarzystwie bossa Carlo Gambino, płatnego mordercy (a później informatora) Jimmy'ego "the Weasel" Fratianno oraz trzech innych mafiosów skazanych później za oszustwa finansowe i defraudację funduszy teatru. W 1985 r. rysownik Garry Trudeau zestawił ilustrację ukazującą toast prezydenta Ronalda Reagana na cześć Sinatry z fotografią wykonaną w Premier Theater. Wściekły Sinatra wystosował (za pośrednictwem swojej prywatnej agencji PR) ostry protest: "Garry Trudeau zarabia na życie siląc się na humor, który nie ma nic wspólnego z uczciwością czy szacunkiem dla innych. Zastanawia mnie, czy on sam kiedykolwiek próbował pomóc mniej zamożnym obywatelom naszego kraju. Cieszę się, że zarówno prezydent, jak i społeczeństwo amerykańskie ocenia nas obu po naszych uczynkach". Sinatra przez wiele lat utrzymywał równie zażyłe kontakty z prezydentami, co z mafiosami. Był blisko związany z Johnem Kennedym (aż do chwili, gdy Robert Kennedy, zapoznawszy się z jego kartoteką, zakazał mu wstępu do Białego Domu); Hubertem Humphreyem (który zaangażował go do serii koncertów mających służyć gromadzeniu funduszy wyborczych, lecz później po cichu zrezygnował z jego pomocy, gdy "Wall Street Journal" opublikował listę przestępczych kontaktów piosenkarza); Richardem Nixonem, Spiro Agnew, Geraldem Fordem oraz Ronaldem Reaganem. Sławny informator Jimmy "the Weasel" Fratianno podobno zdenerwował się, gdy agenci federalni nie wykazali zainteresowania pewną podsuniętą im sprawą, mającą związek z Sinatrą. Zdaniem Fratianno posłannik Sinatry, Jilly Rizzo, przyszedł doń któregoś dnia ze skargą na pewnego byłego agenta ochrony, który rzekomo przekazywał informacje na temat piosenkarza redaktorom brukowców. Mówiono, że ów człowiek, niejaki Andy "Banjo" Celentano, ma zamiar napisać książkę o Sinatrze. Fratianno zacytował Rizzo: "Chcemy, żeby ten facet zamilkł na dobre", co w tym konkretnym przypadku miało oznaczać przetrącenie Celentano obu nóg i wysłanie go do szpitala, aby "zrozumiał, czego od niego chcemy". Fratianno przyjął zadanie śledzenia Celentano, lecz ani on, ani inni kalifornijscy mafiosi nie byli w stanie zlokalizować celu. W końcu Celentano sam rozwiązał swój problem, umierając na zawał serca 8 grudnia 1977 r. Fratianno z pewnością upatrywał w swoich zeznaniach materiał na znakomity, pokazowy proces - i był bardzo zdumiony, gdy dowiedział się, że prokuratura federalna nie ma zamiaru zajmować się tą sprawą. Brakowało dowodów na udział w przestępstwie samego Sinatry, zaś Jilly Rizzo nie budził większego zainteresowania prokuratorów, zwłaszcza że - jak wyraził się jeden z nich - "Mieliśmy szansę przygwoździć prawdziwych bossów. Taka szansa trafia się tylko raz w życiu. Gdy opierasz oskarżenie na zeznaniach informatora, szukanie rozgłosu jest bardzo niebezpieczne". Prokurator tłumaczył tym samym w uprzejmych słowach - że nie ma wystarczających dowodów, by oskarżyć Sinatrę i że nie pozwoli, by sprawa została nagłośniona przez żądne sensacji media. W przeciwieństwie do skandalu z udziałem rysownika Trudeau, Sinatra nie zaprotestował, gdy Fratianno - zawodowy morderca - opisał szczegóły całego wydarzenia w swojej książce The Last Mafioso.

 

 

Michele SINDONA (1920-1986): Bankier świata przestępczego

Bankier Michele Sindona służył przez pewien czas jako doradca finansowy Watykanu i został okrzyknięty przez rząd Włoch mianem "zbawcy lira". Gdy wyszło na jaw, że ściśle współpracował z amerykańską Mafią, włoska prokuratura nazwała go "jednym z najgroźniejszych przestępców we włoskim społeczeństwie".

Po ujawnieniu jego mafijnych kontaktów, Sindona został oskarżony w Stanach Zjednoczonych o przestępstwa finansowe, zaś we Włoszech - o oszustwa, a później o usiłowanie zabójstwa. Ripostą bankiera było zatrudnienie grupy mafiosów do zlikwidowania swoich wrogów i konkurentów. Sindona najął m.in. płatnych morderców w celu zamordowania syndyka masy upadłościowej swojego mediolańskiego banku (syndyk zginął). Podobny zamach, zaplanowany na terenie USA, zakończył się fiaskiem. Sindona wynajął przedstawiciela tzw. frakcji Zipów do sprzątnięcia zastępcy prokuratora federalnego Johna Kenneya, który prowadził przeciwko niemu sprawę w sądzie. Zamachowiec, Luigi Ronsisvalle, już wcześniej wykonywał rozmaite "usługi zmiękczające" dla Sindony. Tym razem bankier poprosił, by Ronsisvalle podrzucił swojej ofierze saszetkę heroiny lub kokainy, sugerującą, że do morderstwa doszło w wyniku porachunków narkotykowych. Ronsisvalle - zawodowy morderca - skrzywił się na tę propozycję i odparł: "To poważna sprawa". Ronsisvalle nie cieszył się opinią człowieka inteligentnego, ale wiedział, że Mafia amerykańska zakazuje mordowania prokuratorów i bez wahania eliminuje każdego, kto - jak Dutch Schultz, który pragnął zgładzić prokuratora Toma Deweya - narusza obowiązujące status quo.

Sindona kontynuował przygotowania do zamachu, nawiązując kontakty z innymi zawodowymi mordercami, lecz zrezygnował, gdy jeden z pośredników beztrosko wymienił jego nazwisko podczas rozmowy przez aparat telefoniczny, który - zdaniem Sindony - mógł znajdować się na podsłuchu. Za przestępstwa popełnione na terenie USA Sindona otrzymał wyrok 25 lat pozbawienia wolności; następnie zaś został deportowany do Włoch, gdzie skazano go na dożywocie. Wkrótce po ogłoszeniu wyroku 65-letni Sindona wypił w swojej więziennej celi kubek zatrutej kawy. Do napoju dodano cyjanku. Bankier padł na ziemię i krzyknął: "Otruli mnie!" Rzecz jasna władze więzienne ogłosiły, że Sindona popełnił samobójstwo.

 

 

SKIMMING: "Nieopodatkowane" dochody z hazardu

Mafia konsekwentnie dąży do legalizacji hazardu. O ile nielegalne sale gier odwiedzają setki lub tysiące graczy, do legalnych kasyn ściągają miliony. Dochody z uczciwych kasyn są niepomiernie większe od zysków czerpanych z nielegalnych placówek.

Fakt, że w legalnym biznesie wszystkie dochody należy zgłaszać władzom podatkowym, nie spędza gangsterom snu z powiek. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest tzw. skimming, czyli ukrywanie części przychodów przed wypełnieniem zeznań podatkowych - a nawet przed przetransportowaniem gotówki do liczarni, gdzie wszystko odbywa się pod okiem rządowych obserwatorów. Lou "Rhondy" Rothkopf, przez wiele lat tajny współwłaściciel kasyna Desert Inn w Las Vegas, chełpił się kiedyś, że w pierwszym roku działania jego kasyno przyniosło oficjalny zysk w wysokości 12 milionów dolarów, zaś dodatkowe 36 milionów ukryto dzięki skimmingowi.

Istnieje wiele sposobów na ukrywanie części zysków, nawet w pilnie strzeżonych skarbcach i liczarniach. Skimming można prowadzić nawet w sali gier - przykładowo za pomocą podstawionego gracza, który gra o wysokie stawki, "przypadkowo" wygrywa, inkasuje wygraną i pośpiesznie opuszcza kasyno, nim obserwatorzy zauważą, co się dzieje i poproszą go o okazanie dowodu tożsamości. Dodatkową korzyścią wynikającą z takich operacji jest rozreklamowanie kasyna i przyciągnięcie kolejnych hazardzistów liczących na wielką wygraną.

Skimming - w swojej współczesnej formie, udoskonalonej przez Meyera Lansky'ego - stanowi istną sztukę i cechuje się bardzo niską wykrywalnością. Moe Dalitz, długoletni właściciel Desert Inn, został w 1968 r. oskarżony o przestępstwa podatkowe, lecz jego proces zakończył się fiaskiem. Kilka lat później Lansky'emu oraz paru jego wspólnikom posiadającym udziały w kasynie Flamingo zarzucono oszustwa finansowe na kwotę 30 milionów dolarów (co niemal na pewno było jedynie drobną cząstką dochodów osiąganych przez nich dzięki skimmingowi), lecz prokuratura znów nie była w stanie niczego udowodnić. Szacunkowe dane zgromadzone dzięki informatorom zagnieżdżonym w strukturach przestępczych wskazują, że skimmingiem objęte są obecnie kwoty mniej więcej trzykrotnie większe od oficjalnie zgłaszanych dochodów kasyn, lub też około 20 procent ich całkowitych obrotów (tj. wszystkich pieniędzy stawianych w kasynach przez graczy). Astronomiczne zyski ze skimmingu stanowią poważny problem dla przestępczości zorganizowanej, gdyż wszystkie te pieniądze muszą zostać wyprane, a następnie zainwestowane w sposób niewzbudzający podejrzeń agencji federalnych. Zasługę za opracowanie i wdrożenie systemu prania i reinwestowania gotówki pochodzącej ze skimmingu należy przypisać Meyerowi Lansky'emu - była to jedna z przyczyn, dla których nazywano go "Geniuszem". Nie dziwi fakt, że Lansky zostawił po sobie fortunę wartą 300-400 milionów dolarów, której rząd federalny nie był w stanie w żaden sposób skonfiskować.

 

 

TERYTORIA otwarte

Choć opinia publiczna często spiera się o zakres działalności Mafii oraz podział terytorialny kraju między rodziny mafijne, wiadomo, że problem terytoriów jest zawsze rozstrzygany w bardzo zdecydowany sposób, gdy tylko jedna z rodzin usiłuje wkroczyć na obszar przynależny komuś innemu. Dominacja konkretnych rodzin przestępczych obowiązuje (przez powszechny consensus) w około dwudziestu pięciu miastach na terenie Stanów Zjednoczonych. Rodzina dominująca ma obowiązek kontrolowania swojego własnego terenu i - w razie potrzeby - zwalczania intruzów. Rola krajowej komisji syndykatu sprowadza się w takich wypadkach do wydania najeźdźcy rozkazu opuszczenia "terytorium zamkniętego". Istnieją jednak pewne tereny, które otwierają przed przestępczością zorganizowaną zbyt wielkie perspektywy, by oddać je we władanie pojedynczych rodzin. W interesie pokojowej współpracy rozmaitych grup tereny te muszą zostać uznane za "terytoria otwarte". Na terytorium otwartym mogą działać dowolne rodziny mafijne. Gdyby Las Vegas nie zostało obwołane terytorium otwartym, zapewne wyglądałoby dziś jak Drezno po zakończeniu II wojny światowej - żadna rodzina nie dysponuje bowiem wystarczającymi środkami do całkowitego podporządkowania sobie światowej stolicy hazardu i pokonania na jej terenie wszystkich potencjalnych konkurentów.

Oprócz Las Vegas na terenie Stanów Zjednoczonych istnieją jeszcze przynajmniej dwa inne terytoria otwarte. Pierwsze z nich to fragment stanu Floryda skupiony wokół Miami: nominalny teren działalności tzw. "Mafii kubańskiej", lecz w rzeczywistości forteca syndykatu. Rejon Miami został uznany za terytorium otwarte w latach trzydziestych, gdy ambitny nowojorski gangster Little Augie Pisano zaczął podejmować kroki mające na celu przejęcie lokalnych interesów przestępczych. Pisano miał jednak pecha: w pobliskim Hallandale działał już wówczas geniusz zbrodni Meyer Lansky, który prowadził niezwykle zyskowny kurort Colonial Inn, inwestował w wyścigi psów oraz utrzymywał siatkę biur bukmacherskich. Przez pewien czas Lansky tolerował Pisano i dzielił się z nim zyskami z hazardu na wschodnim wybrzeżu Florydy; w końcu jednak wystąpił do komisji z wnioskiem o uznanie Miami i Miami Beach za terytoria otwarte. Pisano był wściekły, lecz Lansky - jak zwykle - postawił na swoim. Skuteczne prowadzenie interesów przestępczych w Miami wymagało sprytu i finezji, którymi Pisano nie dysponował. Nawet potężna rodzina Trafficante z Tampy nigdy nie próbowała połknąć Miami w całości; jej przywódcy wiedzieli bowiem, że w ewentualnym konflikcie z Lanskym, Chicago, Detroit, Cleveland i kilkoma innymi rodzinami nie mają szans na zwycięstwo.

Za drugie ważne terytorium otwarte uchodzi stan Kalifornia. Choć kalifornijska policja często szydzi z niekompetencji lokalnych rodzin mafijnych (określanych mianem "Mafii Myszki Miki"), w stanie działają też poważne organizacje przestępcze. Hollywood od dawna uchodzi za lenno Mafii chicagowskiej - bossowie z Chicago kontrolują tam wszystkie ważniejsze interesy, od wymuszania haraczy na producentach filmowych, przez manipulacje na rynku pracy aż po promowanie karier wybranych aktorów (a czasem nawet produkcję szemranych filmów). Meyer Lansky wysłał do Kalifornii swojego przedstawiciela, Bugsy'ego Siegela, z zadaniem wysondowania ewentualnych zysków z hazardu. Siegel szybko zwrócił na siebie uwagę lokalnego bossa Mafii z Los Angeles, Jacka Dragny - jednego z nielicznych twardych gangsterów w Kalifornii. Lansky, przewidując komplikacje, wybrał się w odwiedziny do swojego partnera, Lucky'ego Luciano (odsiadującego wówczas wyrok w więzieniu Dannemora), i przekonał go, że Kalifornia jest tak wielka, iż zasługuje na miano terytorium otwartego. Luciano wysłał do Dragny edykt, w którym "prosił" o "pełną współpracę" z Siegelem, który "jedzie na zachód w celu podreperowania swojego i naszego wspólnego zdrowia". W takich oto dyplomatycznych słowach zawarto polecenie utworzenia kolejnego terytorium otwartego.

W ramach dyskusji na temat terytoriów otwartych należy też wspomnieć o pewnym obszarze, który nigdy nie został objęty tym statusem. Mowa o Hawanie. Za rządów dyktatora Fulgencio Batisty interesami przestępczymi w stolicy Kuby - zwłaszcza hazardem - rządził niepodzielnie Meyer Lansky. Gdy bossowie rodziny Trafficante z Tampy usiłowali wykroić dla siebie własne terytorium na wyspie, Batista poinformował ich: "Musicie zdobyć pozwolenie [Lansky'ego], zanim dostaniecie tu licencję". Lansky oczywiście nie usiłował zatrzymać dla siebie wszystkich zysków z kubańskiego hazardu; wiedział bowiem, że wówczas sam musiałby stawić czoło pozostałym organizacjom przestępczym z USA. Na jego polecenie część kubańskich interesów rozdysponowano pomiędzy rodzinę Trafficante, Mafię chicagowską oraz Moe Dalitza i kilku innych mafiosów z Cleveland. Lansky pominął - najprawdopodobniej z pobudek osobistych - Alberta Anastasię, który w odpowiedzi zaczął pod koniec lat pięćdziesiątych prowadzić agresywną grę na własne rękę. Anastasia usiłował rozkręcić prywatny interes na Kubie, korzystając z pomocy kilku lokalnych biznesmenów oraz rodziny Trafficante. (Za pośrednictwem Trafficante informacje o zamiarach Genovese trafiły w końcu do Lansky'ego.) Tymczasem Lansky dowiedział się o uknutym przez Vito Genovese i Carlo Gambino spisku, mającym na celu wyeliminowanie Anastasii. Nie tracąc ani chwili, powiadomił Genovese i Gambino, że przychyli się do ich planów (choć w rzeczywistości nienawidził Genovese - niepoprawnego antysemity - o wiele bardziej niż Anastasii). Wkrótce potem Anastasia zginął, zaś zasada podziału terytorialnego ponownie zatriumfowała. Atlantic City, miasto, w którym stosunkowo niedawno doszło do legalizacji hazardu, ma szansę stać się kolejnym amerykańskim terytorium otwartym. Początkowo władzę w Atlantic City sprawował boss filadelfijskiej rodziny mafijnej, Angelo Bruno. Pozostałe rodziny nie wykazywały zainteresowania prowincjonalnym miasteczkiem i prowadzonymi na jego terenie nielegalnymi loteriami. Wszystko jednak uległo zmianie wraz z legalizacją hazardu. Uparty Bruno odmówił podzielenia się zyskami i po niedługim czasie padł ofiarą zamachu. Do miasta wkroczyła rodzina Gambino, a po niej kolejne rodziny przestępcze. W ciągu nadchodzącej dekady - cytując pewnego pracownika śledczego - "Atlantic City albo stanie się kolejnym terytorium otwartym, albo zyska miano miasta trupów".

 

 

TOMMY GUN: Ulubiona broń mafiosów

Karabin maszynowy Thompsona, znany również jako "tomek", "chicagowskie pianino", "siekacz", "rozpylacz" i "maszyna do pisania", był zdaniem felietonisty pracującego dla magazynu Collier's "najwspanialszym instrumentem skutecznego prowadzenia interesów odkrytym przez współczesne pokolenie gangsterów (...) diaboliczną machiną śmierci (...) najpotężniejszym narzędziem zbrodni, jakie kiedykolwiek trafiło w ręce elementu przestępczego (...) szatańskim apogeum ludzkiej pomysłowości w wynajdywaniu sposobów na zadawanie śmierci bliźniemu". Nic dziwnego, że największe zainteresowanie nową bronią przejawiali amerykańscy mafiosi.

Broń otrzymała nazwę thompson (w skrócie po prostu "tomek" - ang. tommy) na cześć jednego z jej projektantów, generała brygady Johna T Thompsona, dyrektora arsenałów w okresie I wojny światowej. Thompson starał się zaadaptować swój wynalazek do użycia w wojnie okopowej (nazwał go nawet "miotłą okopową"), lecz prace projektowe zakończyły się dopiero w roku 1920. Karabin ważył około 4 kilogramów i strzelał nabojami kalibru .45 cala z magazynka bębnowego. Nośność broni sięgała 550 metrów, a szybkostrzelność - 1 500 nabojów na minutę. Ku wielkiemu rozczarowaniu Thompsona armia nie przejawiała zainteresowania karabinem z racji jego dość wysokiej ceny (175 dolarów). Co ciekawe, znakomita szybkostrzelność broni stała się jednym z argumentów przeciwko jej masowej produkcji - generałowie byli zdania, że thompsony marnują zbyt wiele cennej amunicji. O wiele lepszą opinią thompsony cieszyły się wśród przestępców. Gangi alkoholowe szybko odkryły ich przydatność do zastraszania ofiar napadów i porwań, zaś szybkość, z jaką thompson potrafił zmienić dowolny samochód w ser szwajcarski, czyniła zeń cenny element wyposażenia zawodowych morderców. Co więcej - thompsony były całkowicie legalne. Choć wiele amerykańskich stanów i miast wprowadziło prawo analogiczne do nowojorskiej ustawy Sullivana z 1911 r., zakazującej posiadania łatwej w ukryciu broni, thompsony nie podlegały żadnym ograniczeniom - można je było nawet kupić na zamówienie pocztowe. Gdy władze stanowe i federalne zareagowały na rosnącą popularność karabinów maszynowych i wprowadziły surowsze ustawodawstwo, przestępcy zaczęli zaopatrywać się u nielegalnych handlarzy bronią (choć cena "tomków" skoczyła z kilkuset do kilku tysięcy dolarów). Zdaniem niektórych historyków pierwszymi ofiarami thompsonów padli William H. McSwiggin, zastępca prokuratora stanowego, oraz Jim Doherty i Tom Duffy, dwaj członkowie gangu O'Donnella, zastrzeleni przed bramą restauracji Pony Inn w Cicero w stanie Illinois. Niektórzy twierdzili, że strzelał sam Al Capone.

Capone był niewątpliwym amatorem thompsonów, lecz nie on pierwszy odkrył ich przydatność. Za pierwszych użytkowników "tomków" uważa się gang Saltisa-McErlane'a z chicagowskiej dzielnicy Southwest Side. Zarówno Joe Saltis, jak i Frank McErlane uchodzili za osoby mocno ograniczone, lecz nie brakowało im morderczych instynktów. Obaj z radością powitali nowy wynalazek: broń wymagającą jedynie pociągnięcia i przytrzymania spustu. Po kilku latach wszystkie gangi w Chicago, a także wszystkie rodziny mafijne w Stanach Zjednoczonych zaczęły masowo zaopatrywać się w thompsony.

Gdy tylko świat przestępczy udowodnił przydatności thompsonów, armia USA ponownie zwróciła uwagę na nowy wynalazek. Na fronty II wojny światowej trafiły niemal 2 miliony sztuk tej broni.

 

 

Joseph M. VALACHI (1903-1971): Informator

Zeznania Valachiego złożone przed komisją senacką nie doprowadziły - pomimo otaczającego ich rozgłosu - do aresztowania jakiegokolwiek przestępcy. Nie było to zresztą głównym celem komisji badającej organizację określaną przez Valachiego mianem "Cosa Nostry". Valachi, nisko postawiony członek Mafii, nieomal analfabeta, nie uczestniczył w żadnych poważniejszych wydarzeniach, a wiele przekazanych władzom informacji zaczerpnął z drugiej ręki. Co gorsza - nie odznaczał się szczególną inteligencją. W świecie przestępczym aż roi się od różnego rodzaju fałszywych opowieści, a wielu gangsterów lubi przypisywać sobie zasługi za przestępstwa niebędące ich dziełem. Gdy któryś z kolegów Valachiego chwalił się, że coś ukradł lub kogoś zastrzelił - Valachi zazwyczaj dawał mu wiarę. W rezultacie niektóre jego zeznania okazały się sprzeczne z prawdą, inne zaś budzą poważne wątpliwości. Mimo wszystko jednak Joe Valachi pozostaje jednym z nielicznych członków Mafii, którzy złamali omertę, mafijną zmowę milczenia. Prowadzone we wrześniu i październiku 1963 r. przesłuchania tego nałogowego palacza o zachrypniętym głosie były transmitowane przez liczne stacje telewizyjne, a opinia publiczna wykazywała żywe zainteresowanie obradami Komisji McClellana, badającej struktury Mafii i przestępczości zorganizowanej. "Tak fascynującego przedstawienia - pisał "New York Times" w komentarzu redakcyjnym - nie oglądaliśmy od czasów sławnej sceny, ukazującej palce Franka Costello bębniące w stół podczas przesłuchań Komisji Kefauvera".

Rewelacje Valachiego mroziły krew w żyłach - Valachi szczegółowo opisał kilka morderstw, w których osobiście wziął udział. Mimo iż zajmował się zasadniczo tylko drobnymi przestępstwami, potrafił rzucić nieco światła na wewnętrzne konflikty w ramach Mafii oraz na dwulicowość jej wysoko postawionych członków. Choć wiele incydentów opisanych przez Valachiego było już znanych policji, przesłuchania umożliwiły wypełnienie pewnych luk oraz powiązanie serii wydarzeń w logiczne ciągi przyczynowo-skutkowe, pogłębiające naszą wiedzę o przestępczości zorganizowanej. Valachi przystąpił do organizacji Salvatore Maranzano w latach dwudziestych, a w 1930 r. został jej pełnoprawnym członkiem. Służył pod rozkazami Maranzano aż do 1931 r., gdy jego boss został zamordowany. W trakcie swojej dalszej kariery Valachi pracował dla Vito Genovese oraz rodziny Luciano. Jego kartoteka policyjna sięga lat wczesnej młodości. Jako "żołnierz" lub "cyngiel" miał obowiązek mordować na zlecenie, zastraszać ofiary Mafii, prowadzić nielegalne loterie oraz sprzedawać narkotyki. W 1959 r. Valachi został aresztowany i skazany na 15-20 lat więzienia za handel narkotykami.

W federalnym zakładzie karnym w Atlancie Valachi trafił do jednej celi z Vito Genovese - w owym czasie bossem rodziny Luciano, a po deportowaniu jego mentora do Włoch - również (zdaniem Valachiego) "bossem nad bossami" amerykańskiej Mafii. Rzecz jasna Valachi nie był w stanie pojąć zawiłości organizacyjnych amerykańskiego syndykatu ani docenić znaczenia takich gangsterów, jak Meyer Lansky, Longy Zwillman, Moe Dalitz i inni: w jego prywatnym świecie liczyli się tylko rodowici Włosi. (Owo przeświadczenie o wszechmocy włoskiej socjety kryminalnej jest charakterystyczne dla nisko postawionych członków Mafii.) W 1962 r. - jak wyjawił później Valachi - Genovese zaczął niesłusznie podejrzewać go o współpracę z policją i obdarzył go "pocałunkiem śmierci" na znak, iż miał zamiar go zamordować. Przerażony Valachi pomylił więźnia nazwiskiem Joe Saupp z niejakim Joe Beckiem (Joe DiPalermo), którego uważał za swojego przyszłego zabójcę. Valachi zabił Sauppa za pomocą kawałka rury i gdy otrzymał za to zabójstwo wyrok dożywotniego więzienia, postanowił zostać informatorem i oddać się pod ochronę władz federalnych. Podczas przesłuchań Komisji McClellana Valachiego strzegło 200 uzbrojonych pracowników biura szeryfa federalnego, co świadczy o wadze przywiązywanej do jego zeznań przez agencje rządowe. Podobnego zdania była Mafia, która wyznaczyła za głowę Valachiego nagrodę w wysokości 100 000 dolarów. Valachi nie był zaskoczony. "Wojujesz pistoletem i nożem - stwierdził - więc giniesz od pistoletu i noża". Valachi pomógł w zidentyfikowaniu 317 członków Mafii, a prokurator generalny Robert F. Kennedy uznał jego zeznania za "znaczący wkład w ogólny obraz [działań przestępczości zorganizowanej]". Zdaniem Kennedy'ego Valachi "nadał sens temu, co już wiedzieliśmy i umożliwił uszczegółowienie naszej wiedzy".

A jednak wiele stwierdzeń Valachiego nie wytrzymało próby czasu. Część ekspertów uważała jego rewelacje za przykład dobrej gry aktorskiej, a niektóre oświadczenia kwitowano jedynie ironicznym uśmiechem. Przykładowo pogląd, zgodnie z którym Vito Genovese pełnił od 1946 r. funkcję bossa nad bossami, jawił się jako niedorzeczny. Najważniejszą osobistością Mafii w grudniu 1946 r. (podczas tzw. konferencji hawańskiej), a także przez wiele kolejnych lat pozostawał Luciano, mimo iż przebywał wówczas na wygnaniu. Jeśli pominąć Luciano, wówczas najwięcej do powiedzenia w Mafii miał Meyer Lansky - sam Luciano przed wyjazdem do Włoch nakazał swoim ludziom "słuchać Meyera". Fakt, iż przywódcą amerykańskiej Mafii był Żyd, nie mieścił się jednak w głowie prostego żołnierza nazwiskiem Valachi. Owszem, Genovese dążył do objęcia stanowiska bossa nad bossami, ale nigdy nie udało mu się zrealizować owych planów, nawet po usunięciu Alberta Anastasii w 1957 r. Przeciwko Genovese sprzysięgły się grube ryby syndykatu i ambitny mafioso był skazany na klęskę.

Valachi nie cieszył się dobrą reputacją nawet w kręgach przestępczych. Inny mafijny informator, Vinnie Teresa, umieszczony później w jednej celi z Valachim polubił go, lecz jednocześnie stwierdził, że Valachi był zwykłą płotką: "Uważaliśmy Joego za faccidue, dwulicowca. Nikt mu nie ufał i to na długo zanim zaczął sypać". Sprawa zaaranżowanego przez Valachiego morderstwa Eugenio Gianniniego sugeruje, że Valachi mógł współpracować z władzami jeszcze przed swoją odsiadką w Atlancie.

Nie ulega wątpliwości, że Mafia aktywnie starała się zdyskredytować Valachiego - o czym świadczy między innymi jego pseudonim. W The Valachi Papers Joe wyjaśnia, że w latach dzieciństwa budował z drewnianych skrzynek imitacje skuterów. "Stąd wzięło się jego nazwisko Joe Cargo, zdrobnione później do Cago" [ang. cargo - towar]. Gangsterzy trzymają się jednak innej wersji wydarzeń, wskazując, że cago to włoskie słowo oznaczające odchody. Kolejnym dowodem świadczącym, iż Valachi nie cieszył się uznaniem swoich wspólników, były fragmenty jego własnych zeznań, niezamieszczone później w książce The Valachi Papers. Wyszło mianowicie na jaw, że ważny mafioso Paul Gambino, brat sławnego Carlo, wybrał się z wizytą do Valachiego na krótko po zamordowaniu Anastasii, gdy zanosiło się na wielką wojnę gangów. W rozmowie z Valachim Paul stwierdził: "Szanuję twoją opinię niezależnie od tego, co myślą inni. Co powinniśmy zrobić?" Było oczywiste, że klan Gambino wcale nie liczy się ze zdaniem Valachiego, a jedynie chce wyciągnąć od niego informacje na temat tajnych planów konkurencji (słowa "niezależnie od tego, co myślą inni" dobitnie o tym świadczą). Z historycznego punktu widzenia warto porównać zeznania Valachiego z informacjami zawartymi później w pamiętnikach takich tuzów syndykatu jak Luciano, Lansky czy Doc Stacher. W tym kontekście łatwo jest podważyć wiarygodność niektórych stwierdzeń Valachiego - przykładowo zeznań związanych z zamachem na Petera "the Clutching Hand" Morello, przypisywanym przezeń niejakiemu "Busterowi z Chicago". Luciano twierdzi, że Morello zginął z rąk Anastasii i Scalise, co wydaje się o wiele logiczniejsze. Kolejnym wnioskiem wypływającym z porównania zeznań poszczególnych mafiosów jest fakt, że Valachi - wbrew swojej własnej opinii - nie znał osób zaangażowanych w plany zamachu na Joego Bossa Masserię, a niektórzy ze wskazanych przezeń gangsterów wcale nie uczestniczyli w tym spisku. Istnieją też poważne przesłanki świadczące, iż Valachi został nakłoniony przez władze federalne do określania Mafii mianem "Cosa Nostra" (słowa te w gwarze gangsterów oznaczają po prostu "nasza sprawa" i nie traktuje się ich jako nazwy własnej). Etykieta "Cosa Nostra" miała szczególne znaczenie dla J. Edgara Hoovera, szefa FBI, który przez kilkadziesiąt lat zaprzeczał, jakoby na terytorium USA działała Mafia lub przestępczość zorganizowana. Ujawnienie obecności tej rzekomo "nowej" grupy przestępczej umożliwiło Hooverowi zachowanie twarzy: Hoover oznajmił po prostu, że jego agenci "od kilku lat" zajmują się śledzeniem "wewnętrznej struktury i przywódców [Cosa Nostry]".

Z drugiej jednak strony nie można zaprzeczyć, że zeznania Valachiego, wsparte późniejszymi rewelacjami zawartymi w książce The Valachi Papers, wstrząsnęły amerykańską Mafią. Pod koniec 1966 r. analiza przeprowadzona przez policję nowojorską wykazała, że w ciągu trzech lat następujących po złożeniu przez Valachiego zeznań aresztowano większą liczbę członków Mafii niż w trakcie trzech poprzednich dekad. Valachiemu udało się też pogrążyć samego Vito Genovese, rządzącego rodziną Luciano-Genovese zza krat. Gdy zdrada Valachiego wyszła na jaw, wpływy Genovese zaczęły się kurczyć, a jego rodzina - niegdyś najpotężniejsza w kraju - podupadła i musiała oddać palmę pierwszeństwa znacznie mniejszej rodzinie Anastasia, kierowanej przez chytrego Carlo Gambino.

 

 

WESTIES: Irlandzki gang z Nowego Jorku, sprzymierzony z Mafią

Trudno powiedzieć, która z nowojorskich organizacji przestępczych mogłaby w ostatnich latach sięgnąć po tytuł najbrutalniejszej: mordercy z rodziny Gambino pod przywództwem Roya DeMeo, prowadzącego tzw. "rzeźnię" na Brooklynie, czy też gang Westies, terroryzujący okolice Hell's Kitchen i West Side na Manhattanie (rejon, w którym rozgrywa się akcja musicalu West Side Story). Westies (z których wielu zaczynało jako chórzyści) do dziś wspominają los jednego z członków swojego gangu, Patricka "Paddy" Dugana. Z punktu widzenia Westies Dugan zasłużył sobie na śmierć licznymi przewinieniami: prowadził działalność przestępczą na własną rękę i wymuszał haracze od lichwiarzy nawet wówczas, gdy przywódcy gangu postanowili nawiązać współpracę z rodziną Gambino i zaprzestać podobnej działalności. Dugan był wielokrotnie ostrzegany przez swoich przełożonych, lecz ignorował wszelkie groźby. W końcu zamordował bliskiego przyjaciela jednego z bossów, Jimmy'ego Coonana, przypieczętowując w ten sposób swój los. Dugan został zabity w typowym dla Westies stylu: jego ciało pokrojono na drobne kawałki i starannie ukryto. Coonan zatrzymał dla siebie kilka palców Dugana, które dorzucił do worka mieszczącego palce innych ofiar gangu (Coonan lubił pokazywać ów worek swoim podwładnym, by skłonić ich do posłuszeństwa).

Nie należy jednak sądzić, że Westies byli całkowicie odarci z uczuć. Po namyśle członkowie gangu doszli do wniosku, że Dugan był mimo wszystko całkiem równym facetem, więc zabrali jego odciętą głowę do lokalnej meliny, ustawili ją na kontuarze baru i przez kilka godzin wznosili sentymentalne toasty na cześć zmarłego. Zapalili nawet papierosa ulubionej marki Dugana i włożyli mu go do ust.

Gang Westies nigdy nie liczył więcej niż kilkudziesięciu ludzi, lecz zrzeszał takich maniaków, że z punktu widzenia wrogów musiał przypominać rzymski legion. Za główne obszary działalności gangu uważano handel narkotykami, wymuszenia, lichwę, interesy na rynku pracy oraz porwania. Westies wielokrotnie porywali członków Mafii, a ofiary tych porwań czasami trafiały na dno rzeki Hudson nawet po zapłaceniu okupu. Mafiosi woleli trzymać się z daleka od terytorium Westies, wiedząc, że grozi im tam pewna śmierć. W końcu Coonan wykonał skok swojego życia: zamordował ważnego mafijnego bankiera odpowiedzialnego za finansowanie interesów lichwiarskich, nazwiskiem Ruby Stein. Coonan miał powody, by nie lubić Steina - był mu winien 70 000 dolarów, a podobne długi miało u Steina również kilku innych członków Westies. Po dokonaniu morderstwa Coonan zrabował "czarną książkę" Steina, w której ów notował wszystkie udzielone przez Mafię pożyczki (na łączną sumę kilku milionów dolarów). Wszedłszy w posiadanie książki Steina Westies zaczęli samodzielnie ściągać należności od dłużników.

Gdy zmarł Carlo Gambino, jego następca Paul Castellano zdecydował, że najwyższy czas poskromić Westies. Castellano bał się jednak otwartej wojny, gdyż wiedział, że w razie konfliktu Westies będą się na nim mścić po grób. Zamiast więc natrzeć na swoich konkurentów, postanowił, że wcieli ich w szeregi własnej rodziny. Za sprawą Castellano członkowie Westies otrzymali udziały w interesach przestępczych rodziny Gambino i zostali zaangażowani do przeprowadzenia kilku zamachów. Sprawa Steina została wyciszona, ze stratą około 4 milionów dolarów dla Mafii (Westies przysięgali, że nic na ten temat nie wiedzieli). Na początku lat osiemdziesiątych wielu Westies było już bardzo bogatymi ludźmi, a sam Coonan zgromadził wielomilionową fortunę.

Wspólnie z ludźmi Gambino Westies prowadzili liczne lukratywne interesy przestępcze w Nowym Jorku. Przeniknęli między innymi w struktury związku zawodowego pracowników U.S.S. Intrepid - lotniskowca zakotwiczonego u wybrzeża Manhattanu i przekształconego w muzeum. Intrepid przetrwał ataki kamikaze podczas II wojny światowej, lecz o mało nie zatonął w morzu długów wywołanych defraudacją wpływów z kas oraz dopisywaniem do listy płac fikcyjnych pracowników. Członkowie Westies kontrolowali również związki zawodowe nowojorskich pracowników sceny - mówiono, że rosnące ceny biletów na broadwayowskie musicale stanowiły rezultat ich działalności.

Pomimo odmiany sytuacji, w Westies budziły się czasami dawne instynkty, a niektórzy gangsterzy wciąż prowadzili samodzielną działalność, okradając swoich własnych wspólników. Wielu popadło w narkomanię i kontynuowało tradycyjny zwyczaj Westies polegający na grze w rosyjską ruletkę po 1 000 dolarów za nabój. W szeregi organizacji wkradło się niezadowolenie: część chłopców oskarżała Coonana, że "jest bardziej włoski niż irlandzki". Coonan osiadł w New Jersey i odwiedzał West Side tylko wówczas, gdy było to absolutnie konieczne. Niektórzy Westies zaczęli snuć plany usunięcia Coonana, lecz zamierzenia te nie doczekały się realizacji. W ramach kontrposunięcia Coonan wrobił (przy udziale kilku innych Westies) swojego własnego zastępcę, Mickeya Featherstone'a w morderstwo. Featherstone został uznany winnym, po czym zaczął sypać swoich dawnych wspólników, co wstrząsnęło mieszkańcami Hell's Kitchen - Mickey miał bowiem reputację jednego z najbardziej honorowych członków gangu. Zeznania Featherstone'a umożliwiły aresztowanie wielu członków Westies na mocy ustawy RICO [ang. Racketeer Influenced and Corrupt Organizations Act - Ustawa o Organizacjach Przestępczych i Skorumpowanych]. Jimmy Coonan został skazany na 75 lat więzienia, a kilku jego wspólników - na 40-50 lat. Westies zostali zdziesiątkowani, zaś Featherstone'a i kilku innych objęto programem ochrony świadków. Był to koniec sojuszu Westies z rodziną Gambino. Niektórzy obserwatorzy twierdzą, że Westies dokonali samozniszczenia lub że ulegli w walce z siłami prawa. Inni zwracają jednak uwagę na jeszcze jeden istotny czynnik: mechanizmy ewolucji społecznej sprawiły, że większość przedstawicieli klasy robotniczej - a więc potencjalnych ofiar Westies - wyprowadziła się z kontrolowanego przez nich obszaru, co pociągnęło za sobą upadek tradycyjnych interesów przestępczych w rejonie West Side.

Należy też dodać, że pomimo złamania potęgi Westies, ceny biletów na broadwayowskie przedstawienia bynajmniej nie spadły.

 

 

WISE guys i connected guys

Typowa rodzina przestępcza, w której skład wchodzi około 250 pasowanych gangsterów (zwanych też "wise guys"), obejmuje również mniej więcej dziesięciokrotnie więcej "connected guys" - ludzi współpracujących z mafiosami i wypełniających ich polecenia. Większość connected guys ma ambicje stać się pełnoprawnymi członkami rodziny, o ile tylko spełniają jej kryteria etniczne. Pasowany mafioso zostaje "żołnierzem" - najniższym rangą członkiem rodziny mafijnej, co nie oznacza jednak, że jest człowiekiem pozbawionym wpływów: przykładowo, większość żołnierzy rodzin Gambino i Genovese to milionerzy. Bogactwo gromadzą też liczni connected guys - czasem nawet przewyższając zamożnością pełnoprawnych mafiosów.

Typowy connected guy musi spełniać takie same kryteria, jak zwykły członek Mafii. Connected guy przyjmuje rozkazy od swojego przełożonego: żołnierza lub - w przypadku szczególnie wartościowych connected guys - wyższego rangą kapitana lub "capo". Connected guys muszą składać regularne sprawozdania z prowadzonej przez siebie działalności, okazywać "szacunek" względem przełożonych i dzielić się z nimi zyskami. ("Szacunek" w Mafii - wbrew powszechnym wyobrażeniom - mierzy się przede wszystkim wysokością płaconych haraczy.) Jednocześnie żaden connected guy nie ma prawa sprzeczać się z pasowanym mafioso ani też podnosić na niego ręki. "Jeśli nie jesteś mafioso - stwierdził gangster Lefty Ruggiero w rozmowie z Joe Pistone, tajnym agentem FBI, który przeniknął do struktur Mafii pod pseudonimem Donnie Brasco - wówczas mafioso zawsze ma rację, a ty nigdy. Nieważne, o co chodzi. Nie zapominaj o tym, Donnie. Bo żaden mafioso nie sprzymierzy się z tobą przeciwko innemu mafioso".

Niektórzy mafiosi zbyt mocno wierzą w przytoczoną regułę i zapominają, że istnieje od niej wyjątek o nazwie pieniądze. Henry Hill pisze w Wise Guy, że gdy Tommy DeSimone, członek grupy Vario wchodzącej w skład rodziny Lucchese, zamordował podczas prywatnej awantury Billy'ego Batesa, był to z jego strony poważny błąd. Tommy'emu pomagał w popełnieniu morderstwa Jimmy Burke (niesławny gangster irlandzki i pomysłodawca głośnego skoku na nowojorski magazyn linii lotniczych Lufthansa), a także sam Hill. Burke obezwładnił Batesa, zaś DeSimone zadał mu śmiertelny cios. Następnie cała trójka zajęła się ukryciem zwłok.

W przeciwieństwie do trójki swoich morderców, Bates był pełnoprawnym członkiem rodziny Gambino. Hill zeznał później: "Gdyby ludzie Gambino dowiedzieli się, że to Tommy zabił Billy'ego, wszyscy bylibyśmy martwi". Po pewnym czasie Gambino rzeczywiście dowiedzieli się, kto popełnił morderstwo. Grupa gangsterów udała się do Paula Vario, przełożonego całej trójki i zażądała wymierzenia mordercom odpowiedniej kary. Sprawę rozwiązano z typową dla Mafii zdradliwością. DeSimone otrzymał długo oczekiwany komunikat: miał zostać pasowany na mafioso. Pełen entuzjazmu udał się w towarzystwie kilku ludzi Vario na ceremonię inicjacji, która okazała się jego egzekucją.

Choć Hill nie wspomina o tym fakcie ani słowem, nie ulega wątpliwości, że Tommy został poddany torturom i z dużą dozą prawdopodobieństwa zdradził tożsamość swoich wspólników. Mimo to ani Burke, ani Hill nie spotkali się z jakąkolwiek zemstą ze strony Mafii. Przyczyna była oczywista: obaj zarabiali dla swojej rodziny duże pieniądze, nic więc dziwnego, że odpowiedzialność za śmierć Batesa skrupiła się na DeSimone.

 

 

ZIPOWIE: Sycylijscy mafiosi sprowadzani do USA

W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX w. nowojorską scenę przestępczą zdominowały dwie grupy niezwykle zajadłych morderców: z jednej strony gang Westies, który opanował tereny West Side na Manhattanie, z drugiej zaś - tzw. Zipowie, młodzi mafiosi sprowadzani z Sycylii. Obydwie grupy stanowiły poważny problem dla tradycyjnych nowojorskich rodzin mafijnych. Przede wszystkim - żadna nie była godna zaufania. Zipów uważano pod tym względem za gorszych od Westies, lecz tolerowano ich ze względu na wielomilionowe zyski, jakie czerpała z ich działalności Mafia, a zwłaszcza rodziny Bonanno i (nieco później) Gambino. Niektórzy Zipowie stali się tak bogaci, że musieli wynajdywać nowatorskie sposoby wydawania pieniędzy: pewien Zip podarował swojej córce prawdziwe futro dla jej lalki Barbie.

Lefty Ruggiero, członek rodziny Bonanno, wyjaśnił tajnemu agentowi FBI "Donniemu Brasco" (Joemu Pistone) istotę związku między Carmine Galante, bossem rodziny Bonanno, a Zipami: "Wielu ludzi go nie znosi. (...) Tylko z kilkoma ma bliskie interesy. Głównie z Zipami. (...) Ci faceci trzymają się go. On sprowadził ich z Sycylii i wykorzystuje ich do załatwiania różnych spraw. Są tak wredni jak on sam. Nie można ufać tym sk... Zipom. Nikt nie może im ufać. Z wyjątkiem bossa".

Galante nie był jednak jedynym sponsorem Zipów. Carlo Gambino, przywódca największej w owych czasach rodziny mafijnej, również posługiwał się Zipami, gdy potrzebował wprawnych zabójców do realizacji zadań przewyższających umiejętności przeciętnego nowojorskiego żołnierza. Przed śmiercią Gambino nabrał jednak podejrzeń co do swoich sycylijskich sojuszników i przestał korzystać z ich usług. Wyłączną opiekę nad zdradliwymi Zipami ponownie roztoczył Galante. Istnieje kilka sprzecznych opowieści tłumaczących genezę nazwy "Zip". Jedna z nich sugeruje, iż słowo to miało odzwierciedlać słabość Sycylijczyków do makaronu ziti. Zgodnie z inną chodzi tu raczej o zamiłowanie młodych mafiosów do cichej, chałupniczo wykonywanej broni (tzw. zip guns). W świecie przestępczym spotyka się również pogardliwe nazwy Siggies oraz Geeps (rzecz jasna niestosowane bezpośrednio w kontaktach z Zipami).

Prawdziwa siła Zipów wynikała nie tyle z ich współpracy z Galante, ile z ich sycylijskich korzeni. Mafia sycylijska prowadzi aktywną współpracę z Mafią amerykańską przy przemycie heroiny do Stanów Zjednoczonych. Sycylijczycy zaopatrują się w ekstrakt morfinowy na Bliskim Wschodzie, następnie oczyszczają go u siebie na Sycylii i ekspediują do Nowego Jorku. Pod koniec XX w. kluczowe ogniwo w tym łańcuchu stanowili właśnie Zipowie - byli więc nieocenieni dla Galante, który pragnął położyć rękę na wszelkich mafijnych zyskach płynących z dystrybucji narkotyków na terenie USA.

Amerykańskie rodziny mafijne nadzorują handel narkotykami na podległych im terytoriach, inkasując od szeregowych handlarzy odpowiednie haracze. Zipowie umożliwiali mafijnym bossom czerpanie zysków z interesu narkotykowego bez osobistego angażowania się w handel narkotykami. W miarę jak rósł popyt na heroinę, do Stanów Zjednoczonych sprowadzano coraz więcej Zipów. Pod koniec lat siedemdziesiątych całkowita wartość sprzedawanej w USA heroiny sięgnęła 10 miliardów dolarów rocznie. Amerykańskie rodziny mafijne stanęły wobec narastającej presji: ich członkowie pragnęli sami brać udział w handlu narkotykami i przez pewien czas wydawało się, że Galante zacznie rekrutować żołnierzy spośród konkurencyjnych rodzin, co podważyłoby zasady Mafii amerykańskiej. Co gorsza - narastający ruch w interesie narkotykowym przyciągał coraz większe zainteresowanie sił prawa i zagrażał takim "zdrowym" interesom Mafii, jak hazard, lichwa, kradzieże samochodów itp., wymagającym przyzwolenia, a czasem nawet aktywnej współpracy ze strony organów ścigania. W 1979 r. jedynym rozwiązaniem tego problemu wydawało się sprzątnięcie Galante. Boss rodziny Bonanno w końcu rozstał się z życiem w wyniku brawurowego zamachu, przeprowadzonego w pewnej brooklyńskiej restauracji. Zanim jednak doszło do zabicia Galante, należało "zneutralizować" Zipów, co uczyniono w typowym dla Mafii stylu: zatrudniono ich do zamordowania swojego protektora. Propozycja zamachu spotkała się z poparciem Zipów, którzy wiedzieli, że po usunięciu Galante otworzą się przed nimi jeszcze szersze perspektywy zarobkowe.

Rzecz jasna mafijni donowie wcale nie zamierzali położyć kresu interesom narkotykowym - pragnęli jedynie wykroić dla siebie większy udział w biznesie i jednocześnie ograniczyć ekscesy związane z otwartym handlem narkotykami. Paul Castellano, następca zmarłego Carlo Gambino, poinformował Zipów, że większością łupów powinni dzielić się z nim oraz - podobno - z jego rodziną, mimo iż Mafia teoretycznie grozi śmiercią każdemu członkowi, który bierze udział w interesach narkotykowych. Castellano najwyraźniej uznał, że reguła antynarkotykowa nie dotyczy jego samego i że może swobodnie pofolgować chciwości, z której był znany. Zipowie, pod przywództwem Sala "Toto" Catalano, przystali na proponowany im układ, lecz wkrótce okazało się, że nie zamierzają uszanować jego postanowień. Zaczęli prowadzić prywatne interesy na terytorium rodziny Gambino, dając Castellano do zrozumienia, że odpowiadają wyłącznie przed swoimi bossami na Sycylii. Po pewnym czasie Castellano zrozumiał, że utuczeni na narkobiznesie Zipowie zaczynają zagrażać dominującej pozycji jego własnej rodziny w Brooklynie. Żołnierze Castellano nienawidzili Zipów i jednocześnie zazdrościli im zysków z handlu narkotykami. Należało przedsięwziąć jakieś działania.

Ostateczne rozwiązanie problemu Zipów wymagało całej serii morderstw i ciężkich strat po obu stronach. Jednocześnie na scenę wkroczył nowy gracz: władze federalne. Agenci rządowi rozpoczęli masowe aresztowania i procesy mafiosów, które legły u podstaw karier przyszłego dyrektora FBI Louisa Freeha oraz przyszłego burmistrza Nowego Jorku Rudy'ego Giulianiego. Rozbito m.in. siatkę dystrybucji heroiny znaną pod nazwą Pizza Connection. Część gangsterów zamieszanych w ten interes zginęła - wśród nich znalazł się zaufany człowiek Catalano, Cesare Bonventre, którego śmierć zlecił Catalano albo Castellano (lub też obaj przywódcy działający w porozumieniu). Po serii procesów Catalano skazano na 45 lat więzienia, zaś Castellano padł ofiarą zamachu zorganizowanego przez Johna Gottiego.

Zipowie nie zostali całkowicie wyeliminowani, ale ich szeregi uległy znacznemu przerzedzeniu. Cztery miesiące po puczu Gottiego jego główny doradca Frank DeCicco zginął w eksplozji samochodu-pułapki. Zamach (którego celem był sam Gotti) przysporzył licznych problemów Zipom, gdyż w Nowym Jorku od lat funkcjonowała niepisana umowa rodzin mafijnych zakazująca przeprowadzania podobnych operacji na terenie miasta w obawie przed wzburzeniem opinii publicznej. Zipowie pochodzili jednak z Sycylii, gdzie podkładanie bomb pod samochodami jest - z punktu widzenia Mafii - na porządku dziennym. Po jakimś czasie wyszło na jaw, że zamach, w którym zginął DeCicco, został zaplanowany przez bossa rodziny Genovese, China Gigante, który pragnął jednocześnie rzucić podejrzenie na Zipów. Był to jeden z nielicznych przypadków, gdy Zipowie - wbrew podejrzeniom - okazali się całkowicie niewinni.

 

 

Abner ZWILLMAN "Longy" (1899-1959): Założyciel syndykatu i boss rodziny przestępczej z New Jersey

Pomijając Meyera Lansky'ego, Abner "Longy" Zwillman był najbardziej szanowanym i budzącym największy strach członkiem tzw. "Mafii żydowskiej" - organizacji twardych i cwanych żydowskich gangsterów, w niczym nieustępujących bezwzględnością mafiosom (pod wodzą Lucky'ego Luciano) i wspólnie z nimi dążących do założenia amerykańskiego syndykatu. Podobnie jak Lansky, Zwillman zasiadał w komisji syndykatu, a jego rola zadawała kłam popularnemu poglądowi, zgodnie z którym prawo głosu mieli tam tylko Włosi. Komisja syndykatu (której nie należy mylić z komisją Mafii o stosunkowo ograniczonych kompetencjach), przez wiele lat nosząca nazwę Wielkiej Szóstki, składała się z trzech Żydów i trzech Włochów. Po uwięzieniu Luciano władzę nad syndykatem aż do wczesnych lat pięćdziesiątych sprawowali Lansky, Zwillman, Frank Costello, Joe Adonis, Tony Accardo oraz Greasy Thumb Guzik.

Zwillman już w latach młodości współpracował z Lanskym, Luciano, Costello i Williem Morettim. Moretti, jeden z pierwszych bossów rodziny przestępczej z New Jersey, był młodszym wspólnikiem Zwillmana i wynajmował ludzi do realizacji jego planów. To właśnie za sprawą Zwillmana rodzący się syndykat wchłonął (siłą) imperium Dutcha Schultza. Z czasem Zwillman stał się niekwestionowanym przywódcą świata przestępczego New Jersey, nazywanym nawet "Alem Capone stanu New Jersey".

Wpływy polityczne Zwillmana w New Jersey były zdumiewające. Miał w kieszeni rzesze urzędników, a w 1946 r. o jego poparcie osobiście ubiegał się republikański gubernator Harold G. Hoffman. Trzy lata później Zwillman poinformował demokratycznego kandydata na urząd gubernatora, Elmera Wene'a, że wesprze jego kampanię wyborczą kwotą 300 000 dolarów, jeśli w zamian otrzyma prawo do wyznaczenia nowego prokuratora generalnego New Jersey. Wenę odmówił i przegrał wybory.

Duet Zwillman-Moretti prowadził szeroko zakrojone interesy przestępcze w New Jersey. Jedną z placówek należących do obu gangsterów było luksusowe kasyno nazywane Marine Room ulokowane w klubie nocnym Riviera w Palisades, tuż przy moście Jerzego Waszyngtona [łączącym stan New Jersey z Manhattanem]. W klubie Riviera występowały gwiazdy świata rozrywki, a podczas przedstawień lokal był nabity po brzegi. Wstęp do pilnie strzeżonego Marine Room nie był jednak prosty. Reporter "New York Timesa" Meyer Berger pisze: "Wszyscy gracze musieli być znani obsłudze. Ludzie z zewnątrz mogli co najwyżej udać się do restauracji". Zwillman starał się zachowywać pozory uczciwości. Gdy w 1932 r. syndykat popadł w kłopoty na skutek uprowadzenia dziecka Lindberghów, Zwillman rozładował napięcie, wyznaczając wysoką nagrodę za ujęcie porywaczy. Na początku lat pięćdziesiątych wykupił udziały w licznych legalnych firmach i zaczął prowadzić działalność filantropijną: przekazał m.in. 250 000 dolarów na rzecz renowacji slumsów w Newark. Pozory te prysły jednak pod koniec lat pięćdziesiątych, gdy Komisja McClellana ujawniła jego przestępcze interesy. W obliczu narastającej presji ze strony Komisji oraz policji podatkowej Zwillman zaczął popadać w narastającą depresję.

Mniej więcej w tym samym okresie Zwillman wszedł w konflikt z syndykatem, a w szczególności z ambitnym Vito Genovese, któremu odmówił poparcia w planach odsunięcia od władzy Franka Costello. Kolejnym błędem Zwillmana było postawienie na Alberta Anastasię w jego wojnie z Genovese. Gdy w 1957 r. Anastasia został zamordowany, pozostali bossowie zaczęli podkopywać niezagrożoną dotychczas pozycję Zwillmana w New Jersey.

Biorąc pod uwagę ilość kłopotów, jakie zwaliły się na głowę Zwillmana, jego rzekome samobójstwo, popełnione 27 lutego 1959 r., tuż przed planowanym przesłuchaniem go przez Komisję McClellana, nie wydaje się dziwne. Okoliczności śmierci Zwillmana rodzą jednak liczne pytania. Podobno w jakiś sposób sam udusił się plastikową liną w piwnicy swojego luksusowego, wartego 200 000 dolarów domu w West Orange (stan New Jersey). Byłaby to dość nieortodoksyjna metoda popełnienia samobójstwa - zwłaszcza że na zwłokach odnaleziono liczne ślady otarć, a na nadgarstkach bruzdy, które sugerowały, że ręce Zwillmana związano za pomocą jakiegoś drutu.

Niezależnie od tego, czy Zwillman popełnił samobójstwo, czy też został zamordowany, jego odejście musiało stanowić wielką ulgę dla przywódców syndykatu, a zwłaszcza dla Meyera Lansky'ego (który obawiał się, że podstarzały Zwillman mógłby ulec presji ze strony władz i zdradzić swoich wspólników w zamian za łagodniejszy wyrok). W późniejszych latach Lansky wielokrotnie powtarzał swoim izraelskim biografom, że nie zlecił zamachu na Zwillmana i że za jego śmiercią stał Genovese. Przebywający na wygnaniu we Włoszech Luciano krytykował Lansky'ego za nieudzielenie wsparcia swojemu dawnemu wspólnikowi i twierdził, że Zwillman zginął na rozkaz Carlo Gambino, gdy zwrócił się przeciwko niemu po uwięzieniu Genovese. Tak czy inaczej, zamach na Zwillmana nie mógł odbyć się bez zgody Lansky'ego (podobnie jak zabójstwo Bugsy'ego Siegela kilkanaście lat wcześniej).

Zgodnie z wersją popularną wśród gangsterów Zwillman został zabity, ale z szacunkiem. Zabójcy przyszli do niego i wyjaśnili mu, że musi zginąć. Longy nie chciał umierać, lecz jego oprawcy cierpliwie tłumaczyli, że nie ma innego wyjścia. Przynieśli mu nawet butelkę drogiej brandy, by ukoić jego nerwy. Gdy Zwillman popadł w stan upojenia alkoholowego, związali go, by zanadto się nie miotał, a następnie powiesili na rurze w piwnicy jego domu. Trudno o lepszy przykład samobójstwa.

 

 

ŻYDOWSKA Mafia

Współczesna przestępczość zorganizowana w USA stanowi rezultat dokonanego na początku lat trzydziestych scalenia dwóch najpotężniejszych etnicznie amerykańskich grup przestępczych: Włochów i Żydów. Za głównego architekta tzw. Mafii żydowskiej (lub "Mafii koszernej", jak pisali niektórzy dziennikarze) uważa się Meyera Lansky'ego - to za jego sprawą ważni żydowscy gangsterzy z całego kraju zjednoczyli się w ramach amerykańskiego syndykatu.

Lansky utrzymywał bliskie kontakty z Luckym Luciano, którego wspierał w konflikcie z mafiosami starej daty, a ściślej z dwójką zwalczających się nawzajem bossów: Joe Bossem Masserią oraz Salvatore Maranzano. Obaj pochodzili z Sycylii, obaj (a szczególnie Masserią) nienawidzili gangsterów o innych niż oni korzeniach etnicznych i obaj współpracowali z gangsterami innej narodowości tylko wtedy, gdy było to absolutnie konieczne (choć nawet podczas takiej współpracy obmyślali sposoby skutecznego pozbycia się znienawidzonych "obcych"). Luciano i Lansky zrozumieli, że w świecie przestępczym nie ma miejsca na destrukcyjną bigoterię, postanowili więc usunąć zarówno Masserię, jak i Maranzano. Długoletnia, podszyta intrygami wojna starej i nowej Mafii zakończyła się w 1931 r. wraz ze śmiercią Masserii i Maranzano. Lansky i Luciano stanęli teraz przed koniecznością "sprzedania" swoich zasad braterstwa gangsterom żydowskim i włoskim. Lansky przystąpił do jednoczenia rozproszonych po całym kraju żydowskich organizacji przestępczych. Jego działalność misyjna zaowocowała uzyskaniem poparcia ze strony Purple Gang z Detroit, a także od Moe Dalitza z Cleveland. Wkrótce potem doszło do konferencji gangów żydowskich z Wschodniego Wybrzeża, przeprowadzonej w nowojorskim hotelu Franconia 11 listopada 1931 r. Wśród delegatów znaleźli się Bugsy Siegel (długoletni wspólnik Lansky'ego i Luciano), Louis "Lepke" Buchalter, Joseph "Doc" Stacher, Jacob "Gurrah" Shapiro, Hyman "Curly" Holtz, Louis "Shadows" Kravits, Harry Tietlebaum, Philip "Little Farvel" Kovalick oraz Harry "Big Greenie" Greenberg.

Lansky wyjaśnił zgromadzonym, że Luciano dokonał skutecznego zjednoczenia włoskich mafiosów oraz że "kombinacja" Lansky-Luciano (nazywana od tej chwili syndykatem) stanowiła przyszłość amerykańskiej przestępczości zorganizowanej. Wszyscy uczestnicy konferencji okazali Lansky'emu swoje poparcie i od tego czasu "Żydki i dagos już z sobą nie walczą" - jak stwierdził elokwentny Siegel.

Żydowscy gangsterzy, których uznano za niezdolnych do zaakceptowania nowych porządków - tacy jak "nieprzystosowany" Waxey Gordon, król filadelfijskich bimbrowników - zostali wyeliminowani. Syndykat poradził sobie z Gordonem za pomocą amerykańskiej policji skarbowej: agentom po prostu przekazano informacje o prowadzonej przez Gordona działalności przestępczej. Gdy Gordon trafił do więzienia, schedę po nim przejęli znacznie bardziej chętni do współpracy Nig Rosen i Boo Boo Hoff.

Fakt, że niektórzy delegaci konferencji w hotelu Franconia - Big Greenie i Bugsy Siegel - zostali później zamordowani, nie umniejsza jej roli ani znaczenia zawartych tam porozumień. Bugsy byłby zapewne zadowolony z faktu, że zgodę na jego usunięcie wydały wspólnie "Żydki i dagos". Jack Dragna, boss Mafii z Los Angeles, podzielił się z Jimmym Fratianno (zawodowym mordercą, a później informatorem policyjnym) zwięzłą opinią na temat organizacji żydowskich: "Meyer ma swoją rodzinę żydowską, działającą tak samo jak nasza sprawa. Ale jego rodzina jest rozproszona po całym kraju. Ma ludzi takich jak Lou Rhody i Dalitz, Doc Stacher, Gus Greenbaum, twardych sk... i dobrych biznesmenów. Oni wiedzą, że nie ma po co nam podskakiwać".

Warto dodać, że Dragna częściowo kłamał (a może po prostu próbował wywrzeć wrażenie na Fratianno): w rzeczywistości on sam podskakiwał na każde życzenie Lansky'ego.

 

* Carl Sifakis "Mafia amerykańska. Encyklopedia", 2007







AMERYKAŃSKA MAFIA - cz. 1








O mafii polskiej