Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 01/08/1998

 

 

 

 

NAUKA I IDEOLOGIA

 

 

Anna Bikont, Sławomir Zagórski

Burzliwe dzieje gruszek na wierzbie

 

 

 

 

Dokładnie przed półwieczem w Moskwie, na słynnej sesji Wszechzwiązkowej Akademii Nauk Rolniczych im. W.I. Lenina, Trofim Łysenko - piewca wyssanej z palca, odrzucającej istnienie genów "nowej biologii" - ostatecznie rozprawił się z opozycją. Pobłogosławiony przez Stalina, zawładnął do reszty radziecką biologią i rolnictwem. Wkrótce łysenkizm stał się obowiązkową doktryną i w Polsce.

 

Rok 1948, 31 lipca. Nabita wielka sala w ministerstwie rolnictwa. Z niewyraźnych fotografii, które wkrótce trafią do podręczników biologii w Związku Radzieckim i krajach satelickich, nie sposób się domyślić, ile pierwszych rzędów zajmuje aktyw polityczny. A może pierwszy rząd zajęli akademicy, którym kilka dni wcześniej Trofim Łysenko, niezgodnie ze statutem, załatwił w radzie ministrów nominacje, by zapewnić sobie klakę i głosy?

Sesję otwiera referat Łysenki:

"Socjalistyczne rolnictwo, kołchozowo-sowchozowy ustrój stworzył w istocie nową, własną, radziecką biologię, która rozwija się w ścisłej jedności z praktyką rolniczą jako biologia rolnicza. Przedstawiciele reakcyjnej biologii bronią tzw. chromosomowej teorii dziedziczności. Twierdzą, że w chromosomach istnieje jakaś swoista substancja dziedziczna, przebywająca w ciele osobnika jak w jakimś futerale, która zostaje przekazana następnym pokoleniom niezależnie od jakościowych właściwości ciała i jego warunków życiowych".

(Przypomnijmy, choć uczyliśmy się tego w szkole, że twórcą chromosomowej teorii dziedziczności był amerykański biolog Thomas Morgan. Prowadząc badania nad muszką owocową drozofilą, dowiódł, że czynniki dziedziczności - geny - zlokalizowane są w chromosomach. W 1933 r. otrzymał za to Nagrodę Nobla).

"Zgodnie z tą teorią właściwości nabyte przez roślinne i zwierzęce organizmy nie mogą być przekazywane następnym pokoleniom - grzmi Łysenko. - My, przedstawiciele radzieckiego, miczurinowskiego kierunku, twierdzimy, że dziedziczenie cech nabytych przez rośliny i zwierzęta w procesie ich rozwoju jest możliwe i konieczne".

Łysenko powoływał się na Iwana Miczurina, ogrodnika urodzonego w połowie XIX w., znanego z tego, iż wyhodował ok. 300 nowych odmian jabłoni, gruszy, śliwy charakteryzujących się m.in. wyższą mrozoodpornością. Jego odmiany niespecjalnie nadawały się do reprodukcji, a sam Miczurin był raczej marzycielem niż wybitnym praktykiem. W drugiej połowie lat 20. został jednak wykreowany na "bohatera ludowego" i "ojca jabłek", a tuż przed śmiercią, w 1935 r., wybrano go na honorowego członka Akademii Nauk ZSSR.

"Gienow niet"

Zwolennicy genetyki mendlowskiej (nauki, którą kontynuował Morgan, opartej na odkrytych w latach 60. XIX w. przez czeskiego zakonnika Gregora Mendla prawidłowościach w przekazywaniu cech dziedzicznych w grochu, zwanych później prawami Mendla) bronią swoich pozycji. Aż do ostatniego dnia obrad, kiedy na trybunę znów wkracza Łysenko: "Dostałem kartkę z sali z zapytaniem, co sądzi Komitet Centralny o moim stanowisku. Otóż Komitet Centralny zanalizował mój referat i go popiera".

Łysenko wygłasza frazy, które będą obowiązywać przez kilka następnych lat: "Doktryna dialektyczna Miczurina, biologia awangardy, prowadzona przez geniuszy ludzkości, Stalina i Lenina, zwyciężyła nad idealistyczną, metafizyczną, burżuazyjną teorią dziedziczenia Mendla. Mendelizm-morganizm oparty jest na przypadkach i tym samym >>nauka<< ta zaprzecza istnieniu koniecznych zależności w przyrodzie żywej, przez co skazuje praktykę na bezpłodne oczekiwanie. Nauka, która nie daje jasnej perspektywy, siły i pewności, że praktyczne cele będą osiągnięte, niegodna jest nazywać się nauką. Nauka jest wrogiem przypadku. Towarzysze, nasza sesja jest historycznym drogowskazem w rozwoju biologii. Nie omylę się, jeśli powiem, że sesja ta jest wielkim świętem dla wszystkich pracujących w dziedzinie nauk biologicznych i rolniczych. Postępowa biologia jest wdzięczna geniuszom ludzkości Leninowi i Stalinowi za to, że dzięki nim do skarbnicy naszego poznania do nauki weszła jako złoty wkład teoria I.W. Miczurina. Chwała wielkiemu przyjacielowi i koryfeuszowi nauki - naszemu wodzowi i nauczycielowi, towarzyszowi Stalinowi!".

W ostatnim dniu obrad trzech genetyków, którzy opowiadali się za genetyką mendlowską, składa samokrytykę: "Powinniśmy pomóc naszej Partii zdemaskować tę reakcyjną pseudonaukową zgniliznę, którą rozprzestrzeniają za granicą nasi wrogowie. Powinniśmy zrozumieć, że ta zgnilizna miała wpływ na niektórych radzieckich uczonych i że trzeba ją wyrwać z korzeniami". Jedynie Josif Rappoport, uznany genetyk, zasłużony też w czasie rewolucji, podtrzymuje swoje zdanie. Inni milczą.

Następnego dnia "Prawda" poda, że uczestnicy jednogłośnie potępili zachodnią genetykę.

W niecały miesiąc później prezydium Akademii Nauk rozwiązuje wszystkie placówki naukowe zajmujące się genetyką. Z dnia na dzień traci pracę kilka tysięcy osób. Dziedzina ta zostaje objęta całkowitym zakazem nauczania. Z księgarń i bibliotek znikają książki poświęcone genetyce. Na uczelniach i w instytutach naukowych, związanych m.in. z mikrobiologią, histopatologią, zootechniką, weterynarią, psychiatrią... rusza machina weryfikacji kadry. Powstają specjalne komisje, mające ujawniać odchylenia mendelo-morganowskie. Na kierownicze stanowiska w naukach biologicznych mają szanse wyłącznie piewcy "nowej biologii".

Rok 1948 był ukoronowaniem kilkunastoletnich starań Łysenki i jego popleczników o pełną kontrolę nad biologią. Wcześniej władza godziła się na realizowanie jego pomysłów, ale był on wciąż co najmniej lekceważony przez społeczność naukową. Gwiazdą radzieckiej genetyki pozostawał przez lata Nikołaj Wawiłow, który krzyżował rośliny uprawne z ich dzikimi krewniakami, odpornymi na różne choroby, i widział w Łysence nawiedzonego karierowicza.

Wawiłowa aresztowano w 1940 r. Zmarł na Łubiance dwa lata później, dołączając do licznego grona akademików, którzy zginęli w czystkach stalinowskich.

Ich ofiarą stał się później Jakub Parnas, wielki polski biochemik, przedwojenny profesor Uniwersytetu Lwowskiego. W czasie okupacji władze radzieckie zaoferowały Parnasowi pracę w Moskwie. Uczony przyjął ofertę i założył w stolicy ZSRR istniejący do dziś Instytut Biologii Molekularnej. Po wojnie profesor Hugo Steinhaus, słynny matematyk, jeden z organizatorów Uniwersytetu Wrocławskiego, udał się do Moskwy i namawiał Parnasa na przyjazd do Wrocławia. Spotkał się z odmową: - Za późno. Z moją cukrzycą mam najwyżej dziesięć lat życia. Nie mogę sobie pozwolić, żeby połowę tego poświęcić na organizowanie nowego warsztatu pracy.

Ta rozmowa, opowiada nam profesor Włodzimierz Zagórski z warszawskiego Instytutu Biochemii i Biofizyki PAN, miała miejsce w 1946 r. Gdy trzy lata później na sesji prezydium Akademii zabierze głos Łysenko, autorytatywnie twierdząc: "Gienow niet", Parnas podnosi głowę znad papierów i mówi: "Kakoj durak. Gieny suszczestwujut". Następnego dnia zjawia się u niego NKWD. Uczony ląduje na Łubiance. Żona biegnie za nim z insuliną, której mu nie podają. Profesor Parnas wkrótce umarł.

Sukces siewczy w "Prawdzie"

Czym była "nowa biologia", którą zadekretowano na sesji Akademii?

"Gdy się czytało pisma Łysenki - pisał w 1957 r. niedawno zmarły polski genetyk profesor Wacław Gajewski - to w potoku słów i definicji można było bez trudu na różnych stronach znaleźć zdania, które sobie przeczyły. Nie robiło to wrażenia żadnej zwartej logicznej teorii naukowej. Był to raczej nie skoordynowany bełkot. Na początku nauka ta polegała przede wszystkim na reakcji przeciw genetyce mendlowskiej, z jednoczesną ignorancją, nieznajomością genetyki współczesnej, na ośmieszaniu i wyszydzaniu przeciwników. Następnie Łysenko rozbudował >>nową biologię<< nowymi zdobyczami, jak swoją teorią powstawania gatunków czy teoriami Lepieszyńskiej [która głosiła tezę o istnieniu "bezkomórkowej żywej materii" - red.]. Teorie Lepieszyńskiej potrzebne były dla wytłumaczenia przemiany jednych gatunków w drugie na drodze powstawania tzw. krupinek, z których w kłosach pszenicy powstają ziarna żyta. Były skrytykowane już przed wojną i od tego czasu było o niej cicho. Dopiero, że tak powiem, na zamówienie społeczne wyciągnął ją z zapomnienia Łysenko i zrobił z niej przodującą uczoną".

A skąd wziął się sam Łysenko, który potrafił przekonać Stalina, by zniszczyć poronionymi uprawami tysiące hektarów pól i lasów?

Urodził się w 1898 r. w rodzinie ukraińskich chłopów. Studiował zaocznie w Kijowskim Instytucie Rolniczym. Jego kariera rozpoczęła się w 1927 r., gdy o zimowych zasiewach grochu, które użyźniają pola w Azerbejdżanie, poinformował gazetę "Prawda". "Każda roślina potrzebuje określonej ilości ciepła, by przejść przez wszystkie stadia rozwoju - tłumaczył w "Prawdzie" - od kiełkowania do wydania nasion. Jeśli ilość tę mierzyć w kaloriach, problem zimowych zasiewów rozwiązać można na pomiętym skrawku papieru". Trudno w tym twierdzeniu doszukać się jakiegokolwiek sensu.

Dwa lata później ogłosił, że wynalazł jarowizację zbóż - zabieg polegający na przechowaniu ziaren w chłodzie i ich wysiewaniu na wiosnę. Zdaniem Łysenki zabieg ten miał nie tylko przynieść zwiększenie plonów, ale także świadczyć o możliwości przeobrażania się jednych gatunków w drugie pod wpływem czynników zewnętrznych, np. pszenicy jarej w ozimą. Ale metoda wcale nie była nowa. Stosowano ją w Rosji i w USA już w drugiej połowie XIX w. i uznano za nieskuteczną, jeśli chodzi o zwiększenie plonów.

Chłopi z pincetkami

Idee Łysenki padały na podatny grunt. Kilka kolejnych bardzo mroźnych zim, a przede wszystkim kolektywizacja rolnictwa, doprowadziły do katastrofalnego nieurodzaju. Władza potrzebowała szybkich rozwiązań. Genetycy twierdzili, że wyselekcjonowanie nowych, lepszych odmian zabierze im dziesięć lat. Łysenko dawał rozwiązania natychmiastowe. Perspektywa szybkiego uzyskania pszenicy odpornej na syberyjskie mrozy była wielce kusząca. Od początku słuchano więc chętniej ignoranta-wizjonera niż naukowców.

W lipcu 1931 r. komisarz rolnictwa Jakowlew nakazał masowe siewy jarowizowanej pszenicy. Dwa lata później metodą Łysenki miało być obsianych kilka milionów hektarów.

Gdy w 1935 roku na kongresie wszechzwiązkowym kołchoźników Łysenko wygłasza przemówienie o walce klasowej na froncie jarowizacji i o kułakach-sabotażystach szepczących do ucha chłopom, by nie stosowali się do zaleceń, przybyły na kongres Stalin woła: "Brawo, towarzyszu Łysenko, brawo".

Plon z siewów jarowizowanej pszenicy co prawda był marny, ale w 1935 r. Łysenko żył już zupełnie inną sprawą. Jakowlew otrzymał od niego depeszę zawiadamiającą o nowej, rewelacyjnej metodzie "odnawiania gatunków" osłabionych na skutek samozapylania (przenoszenia pyłku na słupek w obrębie tej samej rośliny). "Mamy niskie plony, ponieważ nasza pszenica jest zdegenerowana. Znalazłem sposób, jak temu zaradzić" - triumfalnie zapowiadał Łysenko.

Z punktu widzenia nauki była to zupełna bzdura. Rośliny samozapylające się, takie jak pszenica, istnieją bowiem od wieków i nie ulegają żadnej degeneracji. Łysenko żądał jednak, aby jego metodę wprowadzić natychmiast w życie w kilkudziesięciu tysiącach gospodarstw rolnych, co wymagało odkomenderowania do pracy dodatkowo 800 tys. chłopów.

"Przeciwko pomysłowi wypuszczenia na pola armii uzbrojonych w pincetki chłopów, mających wyrywać z każdego kłosa pręciki, by nie dopuścić do samozapylenia, protestowali głośno akademicy: Wawiłow, Lisycyn i Konstantinow" - pisał Stefan Amsterdamski, który odtworzył dla polskiego czytelnika przebieg kariery Łysenki. Na próżno. Pomysł wprowadzono w życie na dwa lata - po czym o sprawie zapomniano.

Niezrażony niepowodzeniami Łysenko snuje nowe pomysły racjonalizatorskie i nowe teorie. Mówi coraz częściej o przemianie jednych gatunków w drugie, o wyrastaniu nasion żyta z kłosa pszenicy, o zamianie sosen w brzozy, o wielkich planach przekształcania przyrody mających polegać na sadzeniu wielkich połaci lasów i zmianie klimatu południowych i pustynnych obszarów ZSRR.

Szybko wspina się po szczeblach administracyjnej kariery. W 1934 r. zostaje członkiem Akademii Nauk Ukraińskiej SRR, pięć lat później członkiem Akademii Nauk ZSRR. Od 1935 r. wchodzi też w skład Wszechzwiązkowej Akademii Nauk Rolniczych im. Lenina, dwukrotnie jej przewodniczy. Pełni funkcje głównego agronoma w ministerstwie rolnictwa ZSRR. Dochrapuje się nawet członkostwa w prezydium Rady Najwyższej ZSRR.

Swoje doświadczenia przeprowadza bez kontroli, wyników nie poddaje analizie statystycznej, którą uważa za wynaturzenie zgniłego Zachodu. Z upływem lat otacza go coraz większa armia zwolenników fabrykujących wyniki, jakich oczekuje. Łysenko nie musi też konfrontować się z nauką zachodnią, która w latach 40. i 50. przeżywa lawinowy rozwój genetyki. Od 1944 r. wiadomo już, na czym polega przenoszenie informacji genetycznej z jednej bakterii do drugiej, a w 1953 r. ustalono dokładną strukturę nośnika dziedziczności - DNA. Te osiągnięcia nie mają jednak żadnego wpływu na to, co dzieje się z biologią radziecką. Począwszy od 7 sierpnia 1948 r., Łysenki krytykować nie wolno, a genetyka w ZSSR przestała istnieć.

Portrety Łysenki wiszą we wszystkich instytucjach naukowych, w sklepach z pamiątkami można nabyć jego popiersia, chór moskiewskiej filharmonii ma w swoim repertuarze hymn go sławiący, a dzieci uczą się ze śpiewników ułożonych na jego cześć piosenek.

Dialektyczne spojrzenie na degenerację kartofla

Ofensywa obejmuje wkrótce państwa satelickie, z Wietnamem włącznie. W zapiskach z obrad Biura Politycznego PZPR znalazł się zapis o konieczności intensywnego wprowadzania miczurinizmu w Polsce. Do Warszawy zaczynają zjeżdżać radzieccy wykładowcy. Uczą obowiązującego języka: zachodni genetycy będą odtąd reakcyjnymi, wstecznymi i antynaukowymi sługusami Wall Street. Co bardziej znanych naukowców wysyła się do Moskwy, do Łysenki.

Tak wspomina dziś Łysenkę sadownik profesor Szczepan Pieniążek: - Postać bardzo interesująca, niski wzrost, duża czupryna, odgarniał władczym ruchem włosy, które opadały mu na czoło, mówił chrapliwym głosem. Miał charyzmę. Pokazał kłos pszenicy, a w nim ziarnko żyta, i powiedział, że to przemiana jednego gatunku w drugi. Uwierzyłem mu. Na krótko zresztą.

Szczepan Pieniążek wrócił dwa lata wcześniej z Ameryki, dokąd wyjechał jeszcze przed wojną. Zrobił tam doktorat z sadownictwa i wykładał jako profesor.

- Brałem udział w objeździe agrobiologów po Związku Radzieckim. Na dworcu w Moskwie czekał na nas sam Łysenko. Spędziliśmy z nim dużo czasu. Miałem pewne wątpliwości, jeżeli chodzi o jego pomysły na przeobrażanie przyrody. Propagowanie jego idei w Polsce to był mój kompromis z władzą. Nie po to wróciłem ze Stanów, żeby siedzieć w więzieniu, ale by służyć krajowi. Dzięki takim kompromisom udało mi się wysłać na roczne praktyki do Stanów tysiąc osób z Polski.

Zdaniem Pieniążka żadnych szkód łysenkizm w Polsce nie wyrządził. - Organizowałem kółka miczurinowskie, ale one były tylko takie z nazwy, prowadziliśmy normalne doświadczenia, i nawet odmian miczurinowskich nie wprowadzaliśmy, bo one się nie nadawały na nasz klimat.

Pieniążek napisał wtedy broszurę "Iwan Miczurin i Trofim Łysenko". We wstępie opisywał, jak to w Polsce po powstaniu styczniowym zdarzyła się klęska obfitych opadów, zapanował na wsi głód, a chłopi dawali księżom sute ofiary na mszę i modlitwy. Tymczasem w ZSRR po klęsce suszy w 1951 r. naukowcy wespół z rolnikami zabrali się z całą energią do pracy. Pisał m.in. "Degenerację ziemniaków przypisywano chorobom wirusowym, to typowy przykład metafizycznego rozumowania, Łysenko wyszedł z dialektycznego punktu widzenia".

Łysenko twierdził, że choroba kartofla, na którą jest on szczególnie podatny w suchym i gorącym klimacie, nie jest chorobą wirusową i dziedziczną, lecz wynikiem "fazowego starzenia się dojrzewających podczas gorącego lata bulw". Zamiast więc hodowli odmian niepodatnych na choroby wirusowe i ich selekcji, kazał po prostu sadzić kartofle późno, by dojrzewały w porze chłodniejszej. Władze przez parę lat zalecały stosowanie tej metody. Plonów nie zwiększono, za to zawleczono choroby wirusowe do rejonów centralnych Związku Radzieckiego, gdzie ich poprzednio nie było.

Rozprawa z mitem kukułki

Wrażenia ze spotkania z Łysenką tak opisywał w 1990 r. w amerykańskim piśmie naukowym "The Quarterly Review of Biology" profesor Wacław Gajewski, który zafascynował się genetyką jeszcze przed wojną i w 1948 r. przygotowywał się właśnie do objęcia nowego zakładu genetyki i do cyklu wykładów na UW:

"Wszedłem do dużego biura. Pod ścianą w zupełnym milczeniu siedział rząd mężczyzn. Pozostali niemymi świadkami mojej wizyty aż do końca. >>Jeśli nie zamierza pan uwierzyć w to, co powiem, to pańska wizyta jest bezcelowa<< - oświadczył na wstępie gospodarz. Uśmiechnąłem się tylko. Potem Łysenko rozpoczął swój monolog. Trwał dwie godziny. >>Ludzie myślą, że kukułki podrzucają jaja do wysiadywania innym ptakom - mówił. - Mylą się. W rzeczywistości kukułcze pisklęta rozwijają się z jaj gospodarza. To tylko jeden z przykładów przekształcania się jednego gatunku w inny<<.

Wierzył w samorództwo: >>Jeśli zamknięto by hermetycznie staw, a jego wodę i glebę wysterylizowano, gwarantuję panu, że po pewnym czasie pojawiłyby się w nim żaby, a także inne zwierzęta i rośliny<<.

W trakcie wywodu w kącikach ust Łysenki pojawiła się piana, a ton stawał się coraz bardziej agresywny, mimo że nikt nie zgłaszał sprzeciwu. Łysenko wydawał się wypowiadać prawdy objawione. Był opętany jak Rasputin i fanatyczny jak Savonarola. Odniosłem wrażenie, że cierpiał na jakąś chorobę psychiczną".

Następnego dnia, gdy oprowadzano Gajewskiego po laboratoriach, stało się dla niego oczywiste, że wszystkie wyniki potwierdzające teorie Łysenki są fabrykowane przez jego współpracowników.

"Po powrocie do Warszawy Rada Wydziału Biologii UW poprosiła mnie, abym zaprzestał uczyć starej, błędnej genetyki i wprowadził na to miejsce nową, poprawną - pisze Gajewski. - Odpowiedziałem, że nie ma dwóch genetyk, lecz jedna, oparta na dobrze udokumentowanych faktach. Wtedy zaoferowano mi rozwiązanie kompromisowe: Będę uczył obu, >>starej<< i >>nowej<< genetyki. Odpowiedziałem, że to niemożliwe, gdyż przeczą one sobie nawzajem. Wówczas zabroniono mi w ogóle uczyć. Wiedziałem, że nie zrobię szybkiej kariery, ale poza tym nie działa mi się żadna krzywda".

Kawa w Tatrach, ryż na nizinach

Wacław Gajewski szkicował portrety uznanych naukowców, którzy przyłączyli się do łysenkizmu.

Prof. Stanisław Skowron z Akademii Medycznej w Krakowie, który uczył się genetyki na Zachodzie: "W 1948 r. wydano w Polsce jego podręcznik genetyki. Opowiadano mi, że po tym, jak Łysenko odniósł zwycięstwo latem 1948 r., Skowron wykupił wszystkie egzemplarze książki z krakowskich księgarń".

Prof. Kazimierz Petrusewicz, żarliwy komunista jeszcze od lat 30. Doktoryzował się z ekologii pająków. Po wojnie robił karierę polityczną jako wiceminister aprowizacji, potem wiceminister żeglugi. W 1949 r. został mianowany profesorem z zadaniem propagowania łysenkizmu. "Na genetyce się nie znał, we wszystko wierzył, jego brak kompetencji nie stanowił dla niego żadnego problemu. Był przy tym bardzo miłym człowiekiem i byliśmy dobrymi kolegami. Prof. Petrusewicz bardzo chciał mnie nawrócić i zabrał mnie na wycieczkę do Moskwy". To on właśnie zorganizował mu wizytę u Łysenki. Gajewski twierdzi, że Petrusewicz po 1960 r. został dobrym ekologiem.

Prof. Jan Dembowski, znany już przed wojną psycholog zwierząt, po wojnie attache naukowy w ZSRR, w marcu 1949 r. zorganizował z zespołem redakcyjnym "Nowych Dróg" pierwszą łysenkowską konferencję, na której był głównym mówcą z ramienia Koła Przyrodników-Marksistów. W wydrukowanych w książce materiałach konferencji czytamy wypowiedź Dembowskiego: "Fakty zdają się zaprzeczać możliwości dziedziczenia cech nabytych. Obrzezanie ludzi czy obcinanie ogonów u zwierząt nie pociąga za sobą żadnego śladu dziedziczenia. Łysenko uważa przykłady podobne za zupełnie nieistotne". Po czym 14 dyskutantów, w większości profesorów, poparło gorąco Łysenkę.

Fanatycznie oddana sprawie łysenkizmu była prof. Jadwiga Lekczyńska, dyrektor nowo powołanego Instytutu Hodowli i Aklimatyzacji Roślin. Zdaniem Gajewskiego charakteryzowała się wyjątkową ignoracją. To z jej inicjatywy do nazwy IHAR dodano słowo "Aklimatyzacja" - miało wyrażać wiarę, że każdą roślinę można zmusić do wzrostu w każdym klimacie. To IHAR podjął próby wyhodowania ryżu na suchych polskich nizinach, a w Tatrach sadził krzewy kawy.

- Kraków był twierdzą antyłysenkizmu - mówi prof. Jerzy Vetulani z Instytutu Farmakologii PAN w Krakowie. - Na studiach w ogóle nie wykładano o Miczurinie i Łysence. W ramach zajęć zwanych "Wstęp do biologii" prof. Franciszek Górski uczył nas jedynie genetyki klasycznej. Nie było najmniejszej wątpliwości, że chromosomy istnieją. O dziedziczeniu cech nabytych mówiono wyłącznie jako o niepotwierdzonej hipotezie Lamarcka. Profesorowie Zygmunt Grodziński, Maria Skalińska i Franciszek Górski ochronili krakowskich studentów przed >>nową biologią<<. Teorie Łysenki próbowali w Krakowie propagować, z marnym zresztą skutkiem, Stanisław Skowron i bardzo dobry przedwojenny genetyk Teodor Marchlewski, rektor UJ, bratanek wielkiego biochemika Leona Marchlewskiego, a także rewolucjonisty Juliana.

Krzyżówki wegetatywne dla celów sprawozdawczych

Gajewski wspomina wykład jednego z przybocznych Łysenki G. M. Boszjana, który przybył do Warszawy. Na wykład spędzono biologów, agronomów, politycznych aktywistów. Boszjan, powołując się na - jak się wyraził - własne badania naukowe, utrzymywał, że wirusy powstają spontanicznie z tzw. niezorganizowanej materii organicznej (co znaczył ten termin, nikt nie wiedział) i mogą dać początek bakteriom. Pokazywał zdjęcia jakichś kryształów, z których powstawały jego zdaniem wirusy, a potem bakterie.

"Po wykładzie nie przewidywano żadnych pytań ani dyskusji - pisał Gajewski. - Większość słuchaczy nie wydawała się jednak zaniepokojona tym, co usłyszeli. Niektórzy byli nawet dumni z osiągnięć nauki radzieckiej. Lata okupacji nie sprzyjały uczeniu się, studiowaniu. Młodzi ludzie mogli się złapać na rewelacje Boszjana, bo brakowało im wiedzy. Większość młodych naukowców w ogóle nie miało pojęcia o zachodniej genetyce i intuicyjnie zaakceptowało koncepcję dziedziczenia cech nabytych".

- Kto mógł uwierzyć w łysenkizm? Tacy ludzie jak ja - mówi Anna Putrament, dziś emerytowany profesor genetyki: - Moją rodzinę w 1940 r. wywieziono na Syberię, między 14. a 19. rokiem życia byłam robotnicą, żyłam w całkowitej izolacji intelektualnej. Po powrocie do Polski zrobiłam maturę na kursach przyśpieszonych i rolnictwo na Wydziale Rolniczo-Leśnym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ja ze swoją pseudomaturą nie byłam uodporniona na Łysenkę. A ilu z moich kolegów wiedziało, że to bzdury - nie wiem. Wiedział profesor Edmund Malinowski, genetyk o pokolenie starszy od Gajewskiego, robił w SGGW krzyżówki wegetatywne dla celów sprawozdawczych, aby w razie czego móc udowodnić, że jest za Łysenką. Gajewski był jedyny, o którym słyszałam, że otwarcie przeciwstawił się łysenkizmowi. Opowiadał mi później, jak przyjeżdżali do niego koledzy botanicy i mówili: "Ma pan żonę, dwójkę dzieci...". Gdyby pani Gajewska mówiła to samo, może by się załamał.

Nasi rozmówcy są zgodni, że w Polsce łysenkizm nie zaowocował specjalnymi szkodami w rolnictwie, natomiast bardzo dotkliwe były straty w edukacji. Kolejne roczniki studentów biologii nie miały dostępu do nowoczesnej genetyki, zaś uczniowie szkół średnich, a często i studenci wydziałów rolniczych wkuwali, że "nauka Łysenki podkopuje zbrodniczy bezsens ustroju kapitalistycznego". Tak pisał Włodzimierz Michajłow, główny wtedy autor podręczników, który miał dwie legitymacje partyjne - PZPR i KPZR.

Dla wybranych młodych adeptów wiedzy organizowano kursy ideologiczne. Najdłuższy odbył się latem 1952 r. w Dziwnowie. Uczestnicy przez cały miesiąc byli poddani intensywnemu praniu mózgów. Wykłady wydano pod tytułem "Zagadnienia twórczego darwinizmu". Licząca 756 stron książka ukazała się pod koniec 1952 r. i stała się biblią "nowej biologii". W tym czasie tylko bardzo ważne politycznie książki ukazywały się z taką szybkością.

- Pamiętam, że w okresie stalinowskim na indeksie znalazła się nie tylko genetyka - wspomina profesor Stanisław Lewak z Uniwersytetu Warszawskiego. - Za reakcyjną, idealistyczną uznano również fizykę z jej teorią względności i mechaniką kwantową, a także teorię rezonansu elektronowego w chemii organicznej. Nie wiadomo, czym naraziło się akademikom podwójne wiązanie pomiędzy atomami węgla. Polscy chemicy na zjeździe w Karpaczu, podobnym do kursu dziwnowskiego dla biologów, przyłączyli się do tej krytyki. Ale profesor Osman Achmatowicz z UW udawał, że o niczym nie wie i wykładał dalej przyzwoitą chemię organiczną.

Aragon bieży z odsieczą

Kilka tygodni po zjeździe w Moskwie na pierwszej stronie komunistycznego pisma "Les lettres francaises" ukazuje się artykuł referujący sesję. Francuscy komuniści dowiadują się, że "zwolennicy genetyki mendlowskiej plasują się w obozie spadkobierców nazistowskiej ideologii".

We Francji na łamach różnych komunistycznych pism, jak "L'Humanite", "La Pensee", "Le Populaire", "Europe", rozpoczyna się debata francuskich naukowców. Przypomnijmy, że w 1946 r. partia komunistyczna we Francji, owiana legendą tej, która obroniła honor Francji w ruchu oporu, zdobywa w wyborach parlamentarnych 28 procent głosów, najwięcej ze wszystkich partii. Członkami partii komunistycznej bądź jej "towarzyszami drogi" jest znaczna część francuskiej elity intelektualnej.

Prof. Marcel Prenant - światowej sławy zoolog i członek KC francuskiej partii, autor rozchodzącej się właśnie jak ciepłe bułeczki książki "Biologia i marksizm", w której genetyka mendlowska jest przedstawiona jako ucieleśnienie idei marksizmu dialektycznego - usiłuje bronić i kozy, i kapusty. Twierdzi, że Łysenko naprawdę szanuje osiągnięcia genetyki, tylko zwalcza niektóre jej aspekty: "Łysenko powołuje się na autorytet Marksa i Engelsa, do czego nie jesteśmy w dyskusjach naukowych przyzwyczajeni, ale nie może to przesłaniać faktu, że cały wielki naród korzysta z osiągnięć Miczurina i Łysenki. Czy ktokolwiek z jego zjadliwych krytyków miał kiedykolwiek takie osiągnięcia?".

Ale wielu biologów związanych z partią komunistyczną jest co najmniej sceptycznych. Na znak protestu partię opuszcza Jacques Monod, przyszły noblista za badania nad regulacją działania genów (wymyślonego bytu zdaniem Łysenki), wówczas szef laboratorium w Instytucie Pasteura. Partia zwraca się o pomoc do Louisa Aragona. Ten subtelny poeta i zatwardziały stalinista cały numer pisma "Europe", którego jest redaktorem naczelnym, poświęca na materiały moskiewskiej sesji. W słowie wstępnym powołuje się na zdanie jednego z francuskich biologów, że nie przypadkiem klasyczna genetyka została wymyślona przez mnicha (Mendla). Pisze, że na miczurinizmie się nie zna, ale docenia fakt, iż jest to kierunek postępowy i proletariacki. "Pierwsza teoria dziedziczności ukazuje bezradność człowieka, druga uznaje, że człowiek może zmieniać gatunki. Jeżeli badacz jest marksistą, jeżeli pojmuje swoją powinność nie tylko w tłumaczeniu świata, ale i w jego transformacji, jasne jest, że ta druga teoria musi być mu bliższa".

Przewodniczący francuskiej partii Maurice Thorez pisze list do "L'Humanite", że racja jest po stronie Łysenki. Miczurinowi i Łysence oddaje się cześć w artykułach, doktoratach, wierszach, tekstach filozoficznych. 500 intelektualistów komunistów francuskich spotyka się na konferencji o odpowiedzialności intelektualisty-komunisty. Opowiadają się za obowiązującą w ZSRR teorią dwóch nauk: burżuazyjnej i proletariackiej. Prenant cały czas broni postawy środka. Wyrusza do Moskwy porozmawiać z Łysenką.

Samolubne dąbki na stepie

Opowieść Marcela Prenanta o wizycie u Łysenki kropka w kropkę przypomina opowieść Gajewskiego. Ta sama wielka, pusta sala. Po jednej stronie fotel, na którym siedzi Łysenko, po przeciwległej sto krzeseł zajętych przez widzów, bezgłośnych i poważnych. Łysenko przedstawia mu swoją teorię sadzenia drzew w skupiskach.

- Ale potem niektóre trzeba będzie wyciąć? - upewnia się Prenant.

- Nie, jedne się poświęcą dla innych w imię dobra gatunku - słyszy w odpowiedzi.

(Projekt zaczęto realizować w 1949 r. Zamierzano przekształcić 120 mln ha stepu w bujny park. Wielkie pasy leśne miały zmienić klimat południowych i pustynnych rejonów ZSRR. Już w 1952 r. stało się jasne, że przedsięwzięcie bierze w łeb. "Posadzone kosztem miliardów rubli dąbki - pisał Amsterdamski - nie znały widać przodującej teorii biologicznej, nie chciały bowiem współpracować i wyginęły prawie doszczętnie w ciągu paru lat. W 1952 r. żyła już tylko połowa zasadzonych drzewek, a w 1956 r. niespełna 5 proc.").

Prenant nie ma już wątpliwości, że Łysenko jest ignorantem i to mało inteligentnym. Prenant o tym nie mówi, by nie przysporzyć argumentów "wrogom Związku Radzieckiego". Ale jak w każdej partii komunistycznej, tak i we francuskiej nie wystarczy nie być przeciw. Trzeba być ostentacyjnie za. W 1950 r. nazwisko Prenanta nie figuruje już w nowym składzie Komitetu Centralnego. Upłynie jeszcze kilka lat i opuści partię.

Grono naukowców-aktywistów jednoczy się w 1950 r. w organizacji "Association francaise des amis de Mitchourine" (Francuskie Stowarzyszenie Przyjaciół Miczurina). Podobne stowarzyszenia powstają wkrótce w Belgii, Anglii, Argentynie, Japonii. We Francji organizacja jest bardzo prężna, urządza pokazy filmów o Miczurinie, pogadanki dla rolników. Twierdzi, że na południu Francji pięć tysięcy rolników, kontrolowanych przez Stowarzyszenie, stosuje się do zasad miczurinowskich. Badacze w kilku instytutach francuskich próbują powtórzyć eksperymenty radzieckie. P. Dommergue z Institut National de Recherche Agronomique de Versailles powtarza eksperyment Głuszczenki, polegający na uzyskaniu nowych odmian pomidorów. Badania trwają dwa lata i kończą się kompletnym fiaskiem. Ich autor wini siebie. Pisze do towarzyszy: "Kiedy armia walczy, nie może opłakiwać swoich rannych ani nawet swoich zabitych. Żywię wciąż nadzieję, że choć zostałem zraniony, pewnego dnia dołączę do awangardy".

Idei Łysenki najdłużej broniono właśnie we Francji - Stowarzyszenie Przyjaciół Miczurina działało tu do 1963 r.

Brzoza z sosny, pies i jabłonka

W ZSRR z nastaniem odwilży teoria Łysenki co prawda nie została odwołana, ale też o jego osiągnięciach nie pisano już na pierwszych stronach gazet. Łysenko jeszcze w 1958 r. został odznaczony Orderem Lenina. Poszedł w odstawkę dopiero w 1965 r., po dymisji Chruszczowa, który gustował w jego teoriach.

Siergiej Kowaliow, biofizyk, wybitny działacz ruchu obrony praw człowieka, dawniej w Związku Radzieckim i dziś w Rosji, opisuje w wydanej niedawno w Polsce książce "Lot białego kruka" dzieje napisanego wówczas tekstu dezawuującego Łysenkę.

Prace nad artykułem, podpisanym m.in. przez Nikołaja Nikołajewicza Siemionowa, znanego fizyka, noblistę i wiceprzewodniczącego Akademii Nauk, a pisanym z początku dla "Prawdy", trwały kilka miesięcy. "Kiedy projekt artykułu był gotowy, Siemionow uznał za stosowne skorzystać z usług zawodowych dziennikarzy, a następnie filozofów - wspomina Kowaliow. - Ci pierwsi mieli zadbać o styl, drudzy zaś wzbogacić pracę o argumenty marksistowskie. Wtręty te miały wykazać, że Łysenko bezprawnie podawał się za marksistę, a w rzeczywistości nim nie był. Redakcja >>Prawdy<< przyjęła materiał, ustalono datę publikacji, ale artykułu nie opublikowano. Najprawdopodobniej stary lis Łysenko czegoś się dowiedział i uruchomił swe kontakty >>w najwyższych kręgach<<".

Siemionowa potem przepraszano, wyjaśniano, że tekst ukaże się później, ale stało się jasne, że "Prawda" go nie przyjmie. Kiedy jakiś czas później tekst ujrzał światło dzienne w "Nauce i Życiu", Łysenko przyjął cios spokojnie. " Stary intrygant pojął, że jego czas się kończy - pisze Kowaliow. - Mimo to nie był w stanie się powstrzymać i rzucił złośliwą uwagę na temat Siemionowa: >>Nieźle napisane. Siemionow wie, jak znajdować pomocników. Teraz rozumiem, jak dochrapał się Nobla<<".

"Opowiadano mi, że utraciwszy wszystkie wysokie stanowiska, Łysenko został kierownikiem kołchozu pod Moskwą - pisze Gajewski. - Słał stamtąd raporty do władz, donosząc, że pozostające pod jego opieką krowy dają z każdym rokiem coraz więcej mleka. Specjalna komisja stwierdziła, że dane te były sfabrykowane".

Łysenko umiera w 1976 roku.

Tymczasem od lat 50. szef laboratorium biologicznego w Obninsku pod Moskwą Żores Miedwiediew, którego nauczycielem i mistrzem był Wawiłow, zbierał materiały dotyczące łysenkizmu. Książka, ukończona w 1961 r., krążyła w maszynopisie. Miedwiediew oddał ją rosyjskiemu wydawnictwu, które odmówiło publikacji. Wkrótce mikrofilm dotarł na Zachód i został tam opublikowany. Książka, świetnie napisana, rejestrująca krok po kroku karierę Łysenki, stanie się podstawą wielu publikacji zachodnich o fenomenie łysenkizmu.

Gdy Miedwiediew zaczynał zbierać materiały do książki, groził mu za to łagier. Gdy książka ukazała się na Zachodzie, głosy krytyczne były już dopuszczalne w radzieckiej prasie. I tak, czasopismo wydawane przez słynny Instytut Botaniki Radzieckiej Akademii Nauk - które opublikowało w swoim czasie pracę o przekształceniu się sosny w brzozę w lesie pod Leningradem i na dowód zamieściło zdjęcie sosny, z której wyrastała brzoza - zamieszcza nową fotografię. Po latach studenci z Instytutu odszukali oryginalne drzewo i sfotografowali je od tyłu. Widać wyraźnie dwa rosnące bardzo blisko siebie drzewa, w pewnych partiach nawet częściowo zrośnięte.

Ale po napisaniu książki o Łysence Miedwiediew pisze następną: "Tajne pieriepiska achraniajetsa zakonom" - o tym, jak realizowane jest w praktyce w ZSRR prawo o tajemnicy korespondencji. Aresztowany w 1970 r., zostaje zamknięty w szpitalu psychiatrycznym. Zwolniony na skutek międzynarodowych protestów i interwencji Andrieja Sacharowa, Miedwiediew emigruje w 1973 r. do Anglii.

- Na którymś z kursów nowej biologii, w Olsztynie w 1955 roku, pokazano mi: o, tam idzie Gajewski - opowiada Anna Putrament. - Szła odwilż, więc go zaproszono, ale bez prawa głosu.

Przejawem odwilży są też krążące po Warszawie dowcipy. Wacław Gajewski przytacza jeden z nich: "Co było największym sukcesem Miczurina? Wyprodukowanie hybrydy psa i jabłonki. Hybryda szczeka, ilekroć złodziej próbuje ukraść jabłka, i sama się podlewa".

Sztuka niemniemania niczego

W kwietniu 1956 r. w Pałacu Staszica w Warszawie odbyła się narada zorganizowana przez redakcję "Po prostu" wspólnie z grupą młodych biologów. Profesor Petrusewicz nadal broni teorii Łysenki. Przyznaje, że ma słabe punkty, ale i słuszne. Najostrzej występuje Gajewski:

"Warto sobie uświadomić, w jakim klimacie powstała >>nowa biologia<<. Niczym to nie przypomina normalnych przewrotów w nauce. Normalnie nowe teorie, prądy czy kierunki powstają w wyniku sporów naukowych. Sesja miała charakter raczej rozprawy sądowej niż dyskusji naukowej. Zwolennicy >>nowej biologii<< występowali w charakterze prokuratorów, a ich przeciwnicy jako oskarżeni. Gorzej, że tego rodzaju klimat doprowadzić musiał do szeregu nadużyć i fałszerstw w nauce, a to jest najpotworniejsza szkoda, jaką można jej wyrządzić.

W przemianę pszenicy w żyto od początku nie wierzyłem, wydawało mi się to zupełnie śmieszne. U nas takie odmiany gatunków propagowali zoologowie, ale ciekaw jestem, dlaczego żaden z nich nie stwierdził, iż np. możliwe jest, aby kotka porodziła szczenięta".

- Gajewski dostał paszport, był we Francji, Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych, odnowił naukowe kontakty, wrócił z masą odbitek na temat roli DNA w dziedziczeniu - opowiada Anna Putrament. - W Polsce nic nie wiedzieliśmy o tym, że gen jest podzielny. W 1958 roku zaczął prowadzić wykład z genetyki. Przychodziły tłumy.

W 1958 r. ukazują się też nowe podręczniki genetyki, ale niektóre z podręczników szkolnych pozostały niezmienione jeszcze wiele lat później.

- Słuchałem wykładu Petrusewicza w 1963 roku - wspomina Włodzimierz Zagórski. - Mówił nam o toczących się w latach 30. dyskusjach na temat dziedziczenia cech nabytych. Opowiadał o pracach Kramera dowodzących, że żabom lądowym przetrzymywanym w środowisku wodnym tworzą się na łapach narośla, tzw. modzele, i że cecha ta przekazywana jest potomstwu. "Międzynarodowa komisja uczonych wykazała, że wyniki te były sfałszowane - mówił Petrusewicz - i skończyło się to samobójstwem Kramera". Odbieraliśmy tę opowieść jako kierowaną specjalnie do nas przestrogę przed wpadnięciem w pułapki, których Petrusewiczowi nie udało się ominąć.

- Na ile łysenkizm zaszkodził Polsce? - zastanawia się prof. Janina Kaczanowska z Instytutu Zoologii UW. - Ileś osób dobrej woli zmarnowało się nie dlatego, że było za lub przeciw, tylko dlatego, że usiłowało zachować milczenie. Myślę, że dobrze oddaje tę sytuację to, co powiedział Gombrowicz: "Nie jestem na tyle szalony, abym w tych szalonych czasach coś mniemał lub nie mniemał". Ludzie nic nie mniemali. Wiadomo było, że to jest trefny temat i dlatego nikt tego nie ruszał.

- Można było uprawiać tylko te dziedziny biologiczne, do których genetyka się nie odnosiła - dodaje prof. Andrzej Kaczanowski. - Takich dziedzin jest niewiele, a jak dziś się okazuje, w ogóle ich nie ma. I tak wyrosło pokolenie ludzi niedouczonych.

Prof. Alina Kacperska z Uniwersytetu Warszawskiego robiła magisterium na Wydziale Biologii UW w 1956 r.: - Na pierwszym piętrze Szkoły Głównej, w sąsiednich pokojach, egzaminowali Gajewski i Petrusewicz. Petrusewicz zapytał mnie o krytykę genetyki mendlowskiej. Wyrecytowałam zarzuty łysenkowców wobec Mendla i Morgana. Następnie przeszłam do Gajewskiego, który wszystko słyszał przez ścianę. Nogi mi się ugięły, gdy usłyszałam pytanie: "A teraz proszę powiedzieć, jakie argumenty przemawiają za genetyką mendlowską?". Przytoczyłam wyniki Mendla, przypomniałam zasady chromosomowej teorii dziedziczności Morgana. Gajewski uśmiechnął się i zapytał: "A co pani sama myśli?". "Ja nie mogę sama nic na ten temat myśleć, ja tylko zdaję egzamin magisterski" - odpowiedziałam. Dostałam piątkę.

Łysenkizm Anno Domini 1998

W drugiej połowie lat 70. sami studiowaliśmy biologię i uczęszczaliśmy na wykłady Gajewskiego. Zapamiętałam opowieść profesora, jak to dobrze teraz mamy, bo nie musimy bywać na jego wykładach, a kiedy zaczynał je prowadzić, nie było żadnego podręcznika do genetyki i bez notatek z wykładu nie sposób było zdać. Poprosił kiedyś pewnego studenta - a jego twarzy nie widział na żadnym wykładzie - by mu narysował gen. Podpowiadał mu: na górze półkole, potem kreseczka, a potem jeszcze kreseczka poprzeczna na dole - i student to rysował. - Tak właśnie - powiedział na końcu profesor. - Tylko że tak nie wygląda gen. Tak wygląda dwója.

Ale o tym, dlaczego kiedyś nie było podręcznika genetyki, dowiedziałam się w tym samym czasie od prof. Stefana Amsterdamskiego na wykładzie Towarzystwa Kursów Naukowych, które odbywało się w ciasnym mieszkanku na Stegnach. Amsterdamski opowiadał o fanatycznym, niewykształconym szarlatanie, który zawładnął na ćwierćwiecze biologią i rolnictwem, i dowodził, dlaczego to było możliwe tylko w państwie totalitarnym.

Z tych wykładów powstała książeczka wydana w podziemiu przez "Nową". "O cudownej metodzie zimowych zasiewów grochu rychło zapomniano - pisał w niej Amsterdamski, komentując pierwszy pomysł Łysenki napisania do "Prawdy" o swoim odkryciu. - Ale już ten pierwszy epizod każe zwrócić uwagę na pewne właściwe szarlatanom obyczaje, które karierze Łysenki będą stale towarzyszyć: po pierwsze - pełny ignorancji i lekceważenia stosunek do dotychczasowych osiągnięć wiedzy, po drugie - informowanie o swych odkryciach w celu ich legitymizacji nie społeczności uczonych, lecz władz gospodarczych lub politycznych oraz zabieganie u nich o poparcie dla swych koncepcji. Łysenko nigdy nie przeszedł żadnego treningu pracy badawczej, nigdy nie uzyskał na normalnej drodze żadnego stopnia naukowego. Do społeczności uczonych został wprowadzony na mocy decyzji administracyjnych, tj. kolejnych nominacji na rozmaite kierownicze stanowiska. Był jednak niewątpliwie mistrzem w tym, co Amerykanie nazywają >>public relations<<".

Włodzimierz Zagórski przestrzega, że i dziś za pomocą nauki robi się ludziom wodę z mózgu: - Łysenko dlatego został tak dobrze przyjęty przez marksistów, że mówił o plastyczności świata biologicznego, która była niezbędna, jeżeli się myślało o wychowaniu nowego człowieka. Wielki, demiurgiczny plan zmiany świata. I to samo dzieje się w jakimś stopniu dziś, gdy w nieuzasadniony sposób budzi się demiurgiczne nadzieje związane np. z inżynierią genetyczną. Wszyscy będą zdrowi, szczęśliwi, nie będą się starzeć... A dzięki czemu? A dzięki niczemu - po prostu pozmienia się geny. 

 

 

Bibliografia:

* Stefan Amsterdamski, "Życie naukowe a monopol władzy (casus Łysenko)", Zeszyty Towarzystwa Kursów Naukowych, Nowa, Warszawa 1981;

* Jan Dembowski, "O nowej genetyce", KiW, Warszawa 1949;

* Wacław Gajewski, "The Grim Heritage od Lysenkoism: Four Personal Accounts", The Quarterly Review of Biology, State University of New York, NY 1990;

* David Joravsky, "The Lyssenko Affair", Harvard University Press, 1970;

* Joel et Dan Kotek, "L'Affaire Lysenko", Editions Complexe, Bruxelles 1986;

* Siergiej Kowaliow, "Lot białego kruka", Amber, Warszawa 1998;

* Dominique Lecourt, "Lyssenko. Histoire reelle d?une >>science proletarienne<<", Editions Francois Maspero, Paris 1976;

* Zhores A. Medvedev, "The Rise and Fall of T.D. Lysenko", Columbia University Press, NY 1969;

* Włodzimierz Michajłow, "Stara i nowa biologia", PZWS, Warszawa 1950;

* A. Mołodczykow, "Człowiek zmienia przyrodę roślin", PIWR, Warszawa 1950;

* Szczepan Pieniążek, "Iwan Miczurin i Trofim Łysenko", Czytelnik, Warszwa 1952;

* Szczepan Pieniążek, "Pamiętnik sadownika", Fundacja Rozwój SGGW, Warszawa, 1997;

* "Biologia i polityka", materiały narady biologów zorganizowanej przez "Po prostu", KiW, Warszawa 1957;

* "O sytuacji w biologii", PIWR, Warszawa 1949;

* "Nauka Miczurina w walce z idealizmem w biologii", stenogram wykładu we Wszechzwiązkowym Towarzystwie Rozpowszechniania Wiedzy Politycznej i Naukowej w Moskwie - J. Głuszczenko, PZWS, Warszawa, 1950

 

 

"Chcemy wzorować się na nauce radzieckiej dlatego, że jest ona tak głęboko prawdziwa i tak głęboko twórcza. Ale chciałbym, żebyście zrozumieli, że dlatego jest ona tak głęboko prawdziwa i tak głęboko słuszna, że powstała w kraju zwycięskiego socjalizmu. Że oparta jest na jedności nauki z praktyką, na materializmie dialektycznym. Bez metody dialektycznej biologia współczesna nie może się rozwijać. Dobrym biologiem może być tylko materialista dialektyczny"

Kazimierz Petrusewicz, przemówienie końcowe na kursie w Dziwnowie, 1952 r.

 

"Genetycy formalni i neodarwiniści pragną oczywiście wzrost liczby np. schorzeń umysłowych składać na karb działalności i rozprzestrzeniania się hipotetycznych genów i nie chcą ich wiązać z warunkami życia związanymi z ustrojem kapitalistycznym. Podwoiła się w ostatnich 25 latach w Anglii ilość umysłowo chorych. Na 150 milionów mieszkańców USA jest ok. 3 milionów niedorozwiniętych. Genetyka jest imperialistom potrzebna, by wykazać, że to nie skutki ustroju, lecz działanie praw biologicznych".

K. Petrusewicz, W. Michajłow "O społecznej funkcji nauki", 1952.

 

"Idealistów wszystkich pokrojów charakteryzuje mętniactwo, stanowisko antyludowe i nieprzydatność do życia praktycznego. Genetyka morganowska nigdzie i nigdy nie była na usługach narodu, nie pomagała mu w podnoszeniu jego dobrobytu".

J. Głuszczenko "Nauka Miczurina w walce z idealizmem w biologii", PZWS, Warszawa, 1950.

 

"Nowa biologia będzie pierwszą chyba dziedziną wiedzy, której miliony ludzi są nie tylko odbiorcami, ale i twórcami. Setki tysięcy chłopów pracujących w chatach-laboratoriach w myśl wskazań Łysenki - to zjawisko bez precedensu w dziejach nauki. Znamionuje ono nadejście nowego okresu w rozwoju wszystkich gałęzi wiedzy - okresu nauki socjalistycznej".

W. Michajłow "Stara i nowa biologia", PZWS, Warszawa, 1950.







CEZARY ŁAZAREWICZ - SADZIMY RYŻ, BUDUJEMY SOCJALIZM




Martin Gardner - "Burżuazyjny idealizm" w radzieckiej fizyce nuklearnej




Leszek Kołakowski - Stalinizm w kulturze i nauce sowieckiej