Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Polityka - 08-03-2008

 

 

Hipotezy. Teoria wielkiej wklęsłości

 

Karol Jałochowski

Wirusowe wydrążenie umysłu

 

 

Teoria wydrążonej Ziemi: piękna, absurdalna i przyciągająca jak magnes. Mało było tak niewiele znaczących idei, które mówiłyby o nas tak wiele.

Ach, gdyby tylko ta będąca naszym dalekim przodkiem błotna istota, która po raz pierwszy wyszła na ląd i spojrzała w niebo, mogła pomyśleć o tym, co właśnie zobaczyła! Raczej niemożliwe, by przytłaczający ogrom nieboskłonu skłonił ją do refleksji, że życie, jak mawiał Albert Einstein, niemal na pewno ma sens. Nasz prehistoryczny dziadek (babcia?) poczułby się mały, tak bardzo nędzny, że cofnąłby się tam, skąd wypełzł, choćby i wbrew prawom ewolucji.

Jakby nie dość było powodów do melancholii, pewien kanonik warmiński miał potem dowieść, że Ziemia nie jest sercem kosmosu. Z czasem okazało się też, że mieszkamy na zaledwie dalekich przedmieściach rozszerzającego się bez celu i stygnącego Wszechświata. Trudno się dziwić potomkom przodka, że poszukując utraconej dumy, szukali czasem dróg na skróty, bez poszanowania reguł nauki (a czasem je wręcz ignorując), dając w ten sposób początek pewnej intelektualnej przewrotce, która przywraca człowiekowi należne mu miejsce, czyli centrum (uwagi). Jest nią teoria wydrążonej Ziemi. Idea, o której David Standish, autor wydanej niedawno książki "Hollow Earth", pisze, że była błędna, nie zmieniła niczego, ale mimo to miała i ma nieodparty wręcz urok.

Ojciec mimo woli

Pomysł, że kula ziemska może być w rzeczywistości sferą, był na tyle dziwny, że nawet jego twórca Edmund Halley (1656-1742) wydawał się nieco zakłopotany, gdy w 1691 r. stanął przed Royal Society, by nakreślić jego zarys. A przecież w skład Królewskiego Towarzystwa Naukowego wchodził dojrzały kwiat brytyjskiej nauki, któremu niestraszne były nawet dzieła o "doświadczeniach poczynionych nad właściwościami jaszczurek, tak w stanie stałym, jak i płynnym, w odniesieniu do leczenia chorób wenerycznych i grzybic". Umysł naukowy dopiero zaczynał się kształtować.

Mimo wszystko Halley obawiał się nieco, że opowiadając o wydrążonej skorupie wewnątrz której, jego zdaniem, obracać miały się trzy inne sfery (o rozmiarach Wenus, Marsa i Merkurego), naraża się na śmieszność. Sprawa była jednak poważna. Teoria Halleya była bowiem pierwszą naukową próbą rozwiązania problemu, który znosił Wielką Brytanię na manowce - w przenośni i dosłownie. Nawigatorzy okrętów Jej Królewskiej Mości, walczący o dominację na morzach i oceanach, zdani byli na niedokładne i kłopotliwe w użyciu Almanachy Astronomiczne. Określanie długości geograficznej stanowiło w XVII w. nie lada wyzwanie, a poza tym im bardziej marynarze zbliżali się do biegunów, tym bardziej igła busoli odchylała się w bok. Biegun magnetyczny uparcie nie pokrywał się z geograficznym, co utrudniało i tak skomplikowaną nawigację między lodami Północy. Tymczasem odnalezienie przejścia z Europy do Azji wiodącego nie wokół Afryki, ale skrótem przez Arktykę, było marzeniem każdego z morskich mocarstw.

Stawka była duża, lata całe spędził więc Halley próbując rozwikłać zagadkę wędrujących biegunów, po czym doszedł do wniosku, że jedynym wytłumaczeniem musi być obecność we wnętrzu naszego globu obracających się sfer, z których każda ma własne bieguny magnetyczne, wpływające na położenie biegunów sfery zewnętrznej, czyli powierzchni Ziemi. Jakkolwiek zaskakująca, propozycja Halleya nie była całkiem oryginalna. Po części była dalekim echem odwiecznego mitu, który przyczyn codziennej niedoli kazał dopatrywać się w nieżyczliwych interwencjach mrocznych bóstw (którymi zaludniały wnętrze Ziemi niemal wszystkie religie); po części zaś kontynuacją teorii magnetycznej Athanasiusa Kirchera (1602-1680), ponoć ostatniego człowieka, który wiedział wszystko, a niemal wszystko, co wiedział, spisał na 800 stronach dzieła "Magnes", gdzie dowodził, że źródłem wszelkiego ruchu i życia jest magnes nad magnesami (czyli Bóg).

Początkowo Halley zakładał, że wewnętrzne sfery to raczej jałowe krainy, bo "nie wiadomo, jaki użytek miałby wynikać ze skorup zamkniętych w wiecznej Ciemności, i z tego też powodu niestosownych do produkcji Zwierząt lub Roślin". Wkrótce jednak zmienił zdanie przekonując, że "wiele jest sposobów wytwarzania światła, których nie znamy". A światło to życie. Jednak te i inne frapujące implikacje idei Halleya nie spotkały się z przychylnym przyjęciem przyrodników, nad czym uczony przeszedł do porządku dziennego, być może dlatego, że miał wiele innych zajęć. Jak pisze Lisa Jardine w "Ingenious Pursuits", "w annałach Królewskiego Towarzystwa aż roi się od jego śmiałych publikacji o wszystkim, od globalnych prawidłowości w zachowaniu pasatów do mechaniki dzwonów do nurkowania i zbawiennych efektach zażywania opium".

Z drugiej jednak strony z tą jedną ideą łączyły Halleya więzy uczuciowe niepoddające się naukowej analizie. Ich dowodem może być ostatni portret ukazujący zasępionego 80-letniego uczonego z arkuszem papieru w dłoni, na którym dojrzeć można nie bezbłędne trajektorie badanych przez niego komet i gwiazd, ale szkic czterech sfer otaczających kuliste jądro Ziemi.

Jak później dowiedziono, cały swój koncept Halley oparł na błędnych przesłankach. Wartość kluczowego w swych obliczeniach parametru, masę Księżyca, zaczerpnął z dzieła "Principia" Izaaka Newtona. A w tym akurat punkcie Newton mylił się i to bardzo (przeszacował masę trzykrotnie). Ale kiedy fakt ten stał się oczywisty, było już za późno. Teoria wydrążonej Ziemi poszła w świat, by atakować niczym egzotyczny pasożyt umysłu - co prawda raz na kilkadziesiąt lat i tylko wybrane jednostki, ale za to bez litości.

Symmes lepszy od Kolumba

Jedną z pierwszych ofiar (a z pewnością jedną z najbarwniejszych) był John Cleves Symmes (1779-1829), emerytowany kapitan kawalerii, który na amerykańskim pograniczu handlował z Indianami w czymś, co przypomina współczesne supermarkety. W 1818 r. 38-letni Symmes odezwał się do świata tymi słowy: "Oświadczam, że Ziemia jest pusta i nadająca się do zamieszkania wewnątrz; zawiera pewną liczbę sztywnych, zawierających się w sobie wzajemnie koncentrycznych sfer, i że jest otwarta na biegunach na wysokości 12 lub 16 stopnia szerokości geograficznej. Zaklinam się na własne życie, że będę wspierać tę prawdę i poznawać owo wydrążenie, jeśli tylko świat wspomoże mnie w tym przedsięwzięciu". Świat pozostał jednak obojętny i po 10 latach nieudanych prób zorganizowania ekspedycji do środka Ziemi, i po niezliczonych objazdach kraju z wykładami na temat swej teorii, Symmes zmarł z przemęczenia.

Jego świat składać się miał z co najmniej pięciu (ostateczną liczbę należało zbadać) oddzielonych wolnymi przestrzeniami skorup, z których każda posiadała własną atmosferę, a co za tym idzie, nadawała się do zamieszkania, zarówno na górze, jak i od spodu (Bóg nie dopuściłby do sytuacji, przekonywał Symmes, by tyle przestrzeni wewnątrz Ziemi miało się marnować). Wszystkie sfery też miały otwory na biegunach, dzięki którym można było swobodnie wędrować między piętrami, których krawędzie były na tyle szerokie i łagodne, że krajobraz zakrzywiałby się niezauważenie. Podróżnika nie ogarnęłyby nagłe ciemności, bo, jak zapewniał Symmes, światło słoneczne docierałoby do wnętrza sfer podobnie jak dociera do pokoi z oknami skierowanymi na północ.

Tę wydrążoną krainę wyczerpująco opisał anonimowy autor "Symzonii" (prawdopodobnie sam Symmes), bodajże pierwszej, wydanej w 1820 r., amerykańskiej powieści utopijnej. Jej bohater, kapitan Adam Seaborn, wpływa do czeluści na biegunie północnym, by na wewnętrznej powierzchni globu odkryć szczęśliwą cywilizację niewysokich, ale dobrze zbudowanych istot, które w kwestiach społecznych rządzą się prawami idealnej merytokratycznej demokracji (nieliczne jednostki zdegenerowane są karnie wysyłane na zewnątrz). Urzeczony odkryciem lepszego świata wilk morski Seaborn, ewidentnie alter ego Symmesa, daje się w pewnym momencie ponieść euforii i wyznaje bezwstydnie: "Tak oto zagwarantowałem sobie spektakularne i nieprzemijające miejsce na stronicach Historii i najlepsze z miejsc w świątyni Sławy. Przy moich osiągnięciach podróż Kolumba była tylko wycieczką na ryby, a jego odkrycia w porównaniu z moimi - zaledwie błahostką".

Niestety, sława powieściowego Seaborna nie stała się udziałem Symmesa. Podczas swych prelekcji mówił ponoć nosowym głosem i z wyraźnym trudem. Mniej wrażliwych na ludzką mękę słuchaczy ogarniały fale senności, tym bardziej wrażliwym samo przypatrywanie się mówiącemu Symmesowi sprawiało fizyczny wręcz ból, a pozostałych zniechęcał nieskładny i nielogiczny sposób, w jaki prezentował swoje tezy. Zapewne z tych powodów akurat ta jedna z wielu krążących wówczas po świecie utopijnych teorii z pogranicza nauki i fantazji nie znalazła zwolenników. Śmierć dopadła Symmesa gdzieś w drodze między jednym a drugim wykładem. Symzonia pozostała krainą marzeń, niespełnioną przygodą chłopca, który zestarzał się, zanim zdołał dojrzeć.

Poe nieustraszony

Epizodyczną, ale chyba najbardziej zagadkową rolę w ewolucji teorii wydrążonej Ziemi odegrał Edgar Allan Poe (1809-1849), amerykański pisarz, który przez swe krótkie życie przeszedł, jak pisał o nim Władysław Kopaliński (parafrazując fragment poematu "Kruk"), śniąc sny, których śmiertelnik żaden przed nim nie śmiał śnić. W zasadzie trudno się dziwić, że znany z romantycznego i chorobliwego zamiłowania do zjawisk osobliwych i przerażających, uznał rzekomo istniejące, ale jeszcze niezbadane, a prowadzące do trzewi Matki Ziemi dziury na biegunach (zwane wtedy dziurami Symmesa) za wdzięczny teren artystycznych eksploracji.

"Poe walczył o byt piórem i z walki tej nieodmiennie wychodził pokonany", pisał Kopaliński w przedmowie do zbioru jego opowiadań, ale zdarzały się krótkie chwile triumfu, z których dwie związane były właśnie z teorią Halleya i Symmesa. Uwagę czytelników przykuło jedno z wczesnych opowiadań pisarza "Rękopis znaleziony w butelce", w którym bohater dzieli się swymi wrażeniami z podróży statkiem po morzach południowych. Rejs kończy się niespodziewanie, kiedy "urągająca najdzikszej wyobraźni spiętrzona i wirująca pianą czeluść oceanu" rozwiera swe otchłanie. Podmiot liryczny przestaje notować, gdy okręt "śród wycia burzy i gromowych rozhuków ryczącego oceanu korab wzdryga się - o, Boże! - zapada w bezdno!" - w przeciwieństwie do pisarza, który dzięki temu opowiadaniu na krótko od dna (finansowego) się odbija.

Wątek porzucony (a raczej zatopiony) w "Rękopisie" podjął Poe w równie popularnej "Opowieści Artura Gordona Pyma z Nantucket". Jej bohaterowie zostają wessani do wnętrza planety, zamieszkanego przez dzikie i czarne jak smoła istoty czczące wielkie białe bóstwo. Po wielu przygodach panowie Pym i Peters umierają śmiercią gwałtowną i niewyjaśnioną, antycypując poniekąd los ich twórcy, o którym Charles Baudelaire pisał: "Jakąż żałosną tragedią jest życie Edgara Allana Poego. I jego okropne zakończenie". Pisarz dokonał żywota jako nędzarz, w dziwnych okolicznościach, dręczony wizjami ostatnich stadiów delirium. Schodził w czeluść, nie pozostawiając pamiętnika.

Podobny wątek podjął też Juliusz Verne w "Podróży do wnętrza Ziemi", jednak ze zgoła innych powodów. Jego bohaterowie, czyli reprezentujący inteligencję profesor Otto Lindenbrock i jego bratanek Axel oraz ich krzepki, symbolizujący bliskie związki z naturą przewodnik Hans, schodzą do wulkanu na Islandii właściwie tylko po to, by w tych nietypowych okolicznościach przyrody omówić dręczące im współczesnych pytania o istotę procesów zachodzących w jądrze planety. Zanim u kresu swej podróży drużyna zostanie szczęśliwie wystrzelona na powierzchnię z krateru na włoskiej wyspie Stromboli, Verne zaprezentuje z właściwą sobie drobiazgowością poglądy zapomnianych już dziś neptunistów i plutonistów, katastrofistów i uniformistów, zwolenników i przeciwników ewolucji, geologów wiernych Pismu i ateistów oraz kilku innych grup nacisku w jakże interesującym środowisku XIX-wiecznych geologów.

Teed gwałtownie porażony

Bakcyl teorii wydrążonej Ziemi oszczędził dziadka literatury science fiction tylko po to, by zebrawszy siły następną ofiarę opętać bez reszty. Tym razem przybrał postać jasnej panienki, która nawiedziła Cyrusa Reeda Teeda (1839-1908). Stało się to wtedy, gdy ten amerykański medyk leżał bez przytomności, którą stracił po tym, jak eksperymentując z elektrycznością sam nieopatrznie podłączył się do prądu. Duch Święty bez trudu przekonał niczym niewyróżniającego się dotąd Teeda, że jest on wybrańcem Bożym i czym prędzej powinien zająć się wyznaczeniem miejsca, gdzie stanie odizolowane od reszty cywilizacji Nowe Jeruzalem, czyli zalążek nowego porządku.

Objawienia zwykle przychodzą w najlepszym momencie - tak było i tym razem. Oplatany siecią kabli telefonicznych i omiatany wiązkami fal radiowych świat Teeda gwałtownie się kurczył. Wybrzeża Ameryki połączyła linia kolei żelaznej, przynosząc kres mitowi pogranicza, gdzie wszystko można zacząć od nowa. Urbanizujący się kraj zdawał się staczać ku chaosowi, w którym człowiek zdany był na łaskę i niełaskę gargantuicznych korporacji. Jakby tego było mało, darwiniści uparcie przekonywali, że na początku była małpa, astronomowie, że Wszechświat nie ma końca, natomiast fizycy twierdzili, że nie ma ducha, ale tylko elektryczne impulsy. Szczęśliwie jednak podczas krótkiej iluminacji Teed dowiedział się, że Bóg to kwestia indywidualna, nie podlega więc prawom ewolucji lub fizyki. Podobnie zresztą jak niebo i piekło, które mają naturę duchową i nosimy je w sobie, czyli w duszy podlegającej reinkarnacji. Elektryczna panienka (która najwyraźniej czytała zapiski Halleya i Symmesa) wyjaśniła też, że nie musimy się martwić przerażającym nadmiarem miejsca w kosmosie, ponieważ jest on jak jajko, a my żyjemy po wewnętrznej stronie jego skorupki.

Jajko Teeda składać się miało z 17 warstw o łącznej grubości 150 km, pięciu geologicznych, pięciu mineralnych i siedmiu metalicznych, o niezwykle skomplikowanych własnościach i mechanice, opisanej w równie szczegółowy co zagmatwany sposób w dziele "Kosmogonia komórkowa". W tej wklęsłej kosmogonii planety i gwiazdy na niebie okazywały się zaledwie odbiciami "tarcz rtęciowych unoszących się między warstwami metalowych płaszczyzn", podobnie zresztą jak unoszące się w środku przestrzeni Słońce, będące widmem wielkiej "elektromagnetycznej baterii". Komety zaś były "czymś złożonym z sił kruzorycznych, wywołanych kondensacją przez rozproszenie substancji kolorowej w przerwach przy otwarciu obwodów elektromagnetycznych zamykających przepust energii słonecznej i księżycowej" (cytat za "Pseudonauka i pseudouczeni" Martina Gardnera, PWN, Warszawa 1957).

Siły kruzoryczne, choć do dziś nieodkryte, z pewnością ułatwiły temu przystojnemu mężczyźnie o przenikliwym spojrzeniu i głębokim niskim głosie skłonić dziesiątki osób, w większości samotnych kobiet, do założenia utopijnej komuny religijnej, która osiadła w Estero na Florydzie. Miejsce to miało być tarczą zarodkową alchemiczno-organicznego jaja całego kosmosu. Tam właśnie członkowie komuny oczekiwali nowego początku, oddając się budowie wyjątkowego osiedla, które i dziś spełniłoby najostrzejsze unijne normy ekologiczne (posiadało np. własną elektrownię i oczyszczalnię ścieków). W czasie wolnym wierni oddawali się badaniom Wielkiej Wklęsłości, nie dopuszczając myśli o Wypukłości, albowiem, jak pisali, "wiara w wypukłość Ziemi jest zaprzeczeniem Boga i jego dzieła".

Teed twierdził ponadto, że odkrył sekret kamienia filozoficznego oraz (wcześniej niż Einstein) związki łączące masę i energię, a co za tym idzie posiadł umiejętność zamiany materii w pole elektromagnetyczne i z powrotem. Dlatego też, kiedy umarł, jego wyznawcy bez lęku czuwali przy jego chwilowo, jak sądzili, nieżywym ciele. Dopiero na polecenie stanowego urzędnika sanitarnego pochowano je w mauzoleum, wciąż jednak wierząc, że Teed powstanie z martwych. Tak się jednak złożyło, że huragan z 1921 r. zmył grobowiec do morza, a pozbawiona wsparcia grupa wiernych, która jeszcze za życia duchowego lidera nie potrafiła sobie ułożyć życia z sąsiadami, rozpierzchła się po świecie. Tymczasem Teeda jak nie było, tak nie ma. Być może utknął gdzieś między warstwami.

Świat unicestwiony

Pod koniec XIX w. teoria wydrążonej Ziemi opuściła domenę nauki, by stać się jednym z ulubionych tematów fantastycznych powieści utopijnych (tylko między 1886 a 1896 r. i tylko w samych Stanach Zjednoczonych dała zaczyn ponad setce utworów). Ponieważ literatura fantastycznonaukowa zawsze szczególnie wiernie odwzorowywała lęki charakterystyczne dla epoki, w której powstawała, podróżujący do wnętrza Ziemi na przełomie wieków odnajdywali tam zdrowy, nieskażony korupcją socjalizm, podczas I wojny światowej - konflikty dobrze znane z powierzchni (co zmuszało ich do budowania skomplikowanych militarnych koalicji), natomiast po II wojnie światowej autorzy opowiadań ze szczególnym upodobaniem sięgali po modny wówczas motyw pozaziemskich cywilizacji. Z nieznanych bliżej przyczyn obcy uparcie zagnieżdżali się w jądrze naszej planety (dając początek np. atlantydzkiej rasie tytanów), by potem niepokoić sąsiadów na górze rajdami latających spodków, które wynurzały się z dobrze zamaskowanych otworów na biegunach.

Z czasem jednak naukowa wiedza o rzeczywistych procesach zachodzących we wnętrzu planety, w wielu aspektach zaskakująco zresztą zbieżna z niektórymi pomysłami Edmunda Halleya, zaczęła uśmiercać fantastyczne spekulacje (choć odporność na nią wykazują jeszcze nieliczni poszukiwacze dziur Symmesa, luźno związani z ruchem New Age). Chyba ostatnie, ale tym razem już tylko nostalgiczne wspomnienie teorii wydrążonej Ziemi znajdą czytelnicy w wydanej 10 lat temu powieści "Mason i Dixon" Thomasa Pynchona, gdzie mieszkańcy wewnętrznej powierzchni planety, co "wiszą niczym gacki w dzwonnicy", wypowiadają znamienne słowa: "Gdy tylko paralaksę słoneczną się pozna, wszelkie stopnie nieodzowne odnotuje, a rozmiary, ciężar i kształt Ziemi na dobre ustali, nasza kraina zniknie".

Wszechświat z ludzką twarzą

Kraina znikła, choć jej historia ma pieprzny epilog. Egipski matematyk Mostafa A. Abdelkader podniósł przykurzoną ideę Halleya, Symmesa i Teeda, doprawił kilka równań przywracając jej utraconą cześć i w takiej postaci w 1983 r. opublikował w najzupełniej poważnym periodyku naukowym "Speculations in Science and Technology". Przekonywał, że dla kogoś "obdarzonego na tyle otwartym umysłem, by wyzbyć się przywiązania do Wszechświata kopernikańskiego, jedyną atrakcyjną alternatywą będzie Geokosmos, czyli Wszechświat zawarty we wklęsłej Ziemi. Ten pierwszy, z niewiarygodnie wielką liczbą gwiezdnych galaktyk i innych ciał niebieskich odległych o miliardy lat świetlnych oraz ze źródłami energii o zdumiewającej mocy rozrzuconymi bez celu w przestrzeni, sprawia, że w jego porównaniu Ziemia i Układ Słoneczny wydają się być niczym, podczas gdy w tym drugim powierzchnia Ziemi jest ostateczną granicą całego kosmosu, który w niej właśnie się zawiera".

Zdaniem Abdelkadera, spokój ducha mieszkańcom naszej planety, skazanym na obcowanie z przygnębiającą nieskończonością Wszechświata, może przywrócić proste rzutowanie każdego z punktów przestrzeni na zewnątrz, na punkty wewnątrz sfery skorupy ziemskiej. Poddany takiemu przekształceniu Księżyc zmniejszyłby się do kuli o promieniu kilometra, Słońce stałoby się 2,5-metrową bańką zawieszoną nieco ponad 200 m nad centrum Wklęsłości, wokół którego krążyłyby także Mars, Wenus i inne planety (o rozmiarach bakterii). Mostafa z Aleksandrii elegancko rozprawił się też z problemem wschodów i zachodów Słońca oraz ruchów innych ciał niebieskich zakładając, że światło biegnie nie po liniach prostych, ale zakrzywia się jak długie, omiatające powierzchnię Ziemi wąsy kosmicznego kota. I chociaż brzmi to jak żart, ma swój sens - przynajmniej z punktu widzenia matematyki. Co więcej, nie sposób rozstrzygnąć doświadczalnie czy Wszechświat jest wklęsły, czy wypukły.

Niestety, wyjaśnienie złożoności Wszechświata o kształcie, w jakim chciałby go widzieć Abdelkader, wymagałoby od fizyków zburzenia starego i wybudowania od podstaw nowego gmachu nauki oraz odrzucenia tzw. brzytwy Ockhama, jednego z podstawowych narzędzi współczesnych uczonych, które nakazuje "bytów nie mnożyć, fikcyj nie tworzyć". Wielka szkoda. Bo gdyby tak być nie musiało, to dzięki teorii wydrążonej Ziemi wszystko, co widzialne, stałoby się osiągalne. I nie byłoby wreszcie we Wszechświecie nic ważniejszego niż my sami i nic potężniejszego niż nasz mózg. Wtedy można by już było śmiało spojrzeć w górę (czyli w dół) i pomyśleć, że warto było wychodzić z błota.

No i po co nam ta cała nauka?







Francis King - JAJO KOSMICZNE I UŁUDNY WSZECHŚWIAT





Martin Gardner - ZIEMIA PŁASKA I ZIEMIA PUSTA





Louis Pauwels, Jacques Bergier - Rzeczywistość fantastyczna






TAJEMNICA PUSTEJ ZIEMI - Śródziemcy